Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

Mruczanki - Wkurzanki

środa, 29 sierpnia 2018

Nowy rok szkolny (…za pasem), nowe problemy.

Wychowawczyni Pucka przysłała nam dzisiaj mailowo nowy plan lekcji. Najpierw mnie szlag trafił, potem się załamałem.

Szkoła Pucka (ta sama, do której chodziły starsze Potwory) była kiedyś, dawno temu, małą wiejską szkółką. W pewnym momencie gmina chciała ją nawet zamknąć - ale właśnie wtedy dookoła zaczęły się budować nowe domy i osiedla i zrobiło się więcej dzieci. Dyrektorem został wspaniały człowiek, stary harcerz, społecznik, trochę wizjoner. Zrobił ze szkoły naprawdę "rodzinną" instytucję, z fajnymi nauczycielami, z fajną atmosferą. Kiedy szukaliśmy szkoły dla Pietruszki - który był dzieckiem specyficznym i nie chcieliśmy go posyłać do naszego rejonowego molocha - uznaliśmy szkołę w A. za świetny wybór. I nie pomyliliśmy się.

Z czasem dzieci było coraz więcej - bo ludzie się budowali, bo powstawały nowe domy i nowe osiedla - ale wszystko jakoś się jeszcze mieściło, dopóki Niemiłościwie Nam Panujący nie przepchnęli siłą reformy oświaty, przez złośliwych nie bez racji zwanej "deformą".

I nagle okazało się, że w tym samym budynku - który przecież z gumy nie jest - muszą się zmieścić jeszcze klasy siódme (w ubiegłym roku szkolnym) i ósme (w tym, który się za chwilę zacznie). Jednych i drugich bodaj po cztery w roczniku. Czyli dodatkowe 8 klas, czyli dodatkowe 200 dzieciaków!

Mała, kameralna szkółka, w której w roku 2009 uczyło się około 150 uczniów, dziś ma tych uczniów ponad SZEŚCIUSET. Trzy lata temu budynek został co prawda rozbudowany, dzięki czemu zyskał dodatkowe… cztery sale lekcyjne. Co, jak się łatwo domyśleć, jest kroplą w morzu potrzeb.

Proboszcz parafii, która jest po drugiej stronie ulicy, udostępnia szkole sale w domu parafialnym - do tych sal upchnięto zerówki i pierwsze klasy (proboszcz nie bierze za to od szkoły ani grosza, gmina zwraca mu tylko za wodę, prąd i ogrzewanie).

Co nie zmienia faktu, że już od jakiegoś czasu zajęcia w szkole odbywają się w systemie zmianowym. W ubiegłym roku Pucek miał dwa razy w tygodniu "na rano" (czyli na 8:00) i trzy razy w tygodniu "na później" (czyli na 11:40, co oznaczało lekcje do 16:05). Niespecjalnie - ale dało się jeszcze przetrwać.

W tym roku znowu ma być dwa razy "na rano" i trzy razy "na później". Tyle, że żeby upchnąć wszystkich uczniów w za małym budynku, dyrektor musiał kompletnie pozmieniać plan. I teraz "na rano" znaczy na 7:10. A "na później" oznacza kończenie lekcji raz o 16:15, a dwa razy o 17:10.

Jaki to ma sens? Jaki pożytek wyniesie dziesięciolatek z lekcji, które kończą się o 17:10? Lekcje musi wtedy odrabiać rano - co oznacza, że idąc do szkoły już jest zmęczony. Nie wspominam już o tym, jak bardzo mnie to rozbija dzień i uniemożliwia normalną pracę.

Zacząłem się zastanawiać nad zmianą szkoły. Nad tym, żeby przenieść Pucka do P., tam, gdzie starsze Potwory chodziły do gimnazjum (a Piłka jeszcze przez rok pochodzi).

Tak racjonalnie - same plusy. Lekcje w P. są codziennie na 8:00. Szkoła fajna, spokojna, przestronna (około 450 dzieciaków w ponaddwukrotnie większym budynku!). Sensowni nauczyciele. Pucek dojeżdżałby rano razem z Piłką, kolejką.

Jedyne, co mnie powstrzymywało, to kwestie "ludzko-towarzyskie". Bo tu już wszystkich zna, bo klasę ma sympatyczną, bo wychowawczyni świetna…

Ale dwie godziny później rozmawiałem z Pucka wychowawczynią przez telefon - i dowiedziałem się kolejnych rewelacji.

Pani od matematyki - dobra nauczycielka i sympatyczna osoba - odchodzi, bo dostała pracę bliżej domu. A że nauczycieli matematyki w G. rozpaczliwie brakuje (gmina ogłasza już, że oferuje mieszkania matematykom, którzy zdecydują się na przeprowadzkę do G. - i nic), to każda szkoła przyjmie ją z pocałowaniem ręki. Więc po co ma dojeżdżać?… "Deforma" oświaty sprawiła, że nauczyciele uczą w kilku różnych szkołach, tracą czas na dojazdy, więc ich brakuje. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej z nich rezygnuje z pracy w szkole, mając dość przeładowanych i niedopracowanych programów, bajzlu organizacyjnego, kiepskich pensji…

W związku z czym matematykę w klasie Pucka przejmie pan JG.

I tu mi się przelało. Bo pan JG - poza tym, że jest niesympatyczny, nadęty i ma ego jak stąd na Kamczatkę - jest po prostu FATALNYM nauczycielem, co wiem i z doświadczenia (Piłka miała z nim miesiąc zastępstwa, kiedy jej wychowawczyni-matematyczka była chora) i z opowieści innych rodziców. W dodatku nie jest nawet matematykiem, tylko jakimś inżynierem, który porobił różne studia podyplomowe i ma prawo uczyć matematyki, przyrody, niemieckiego, informatyki i wuefu (nie żartuję!).

A piąta klasa to jest w nauce matematyki dość kluczowy czas - sporo nowych, trudnych rzeczy. A Pucek lubi matematykę i jest z niej niezły - ale nie tak, jak jego starszy brat-geniusz, tylko tak po prostu. I potrzebuje dobrego nauczyciela. Ja nie dam rady przerabiać z nim całego programu matematyki na bieżąco. A na korepetycje mnie nie stać, do licha.

Jutro jadę do P. porozmawiać o możliwości przyjęcia Pucka do klasy piątej. Koniecznie 5B, bo chodzi do niej jeden Pucka kolega, więc byłoby mu łatwiej na starcie. Pucek, jak usłyszał o 7:10, 17:10 i panu JG, to zdecydował, że chce się przenieść.

Trochę szkoda. Szkoła w A. to było naprawdę fajne miejsce.

Dziękujemy, pani minister Zalewska. Pani zapewnienia, że reforma jest świetnie przygotowana, bardzo nas podtrzymują na duchu.

niedziela, 13 maja 2018

Bankomat. Karta. PIN. "Co chcesz zrobić?" Chcę wyjąć gotówkę. "Jaka kwota?" - do wyboru 20, 50, 100, 150…

20 zł poproszę.

Bankomat myśli. Burczy, trzeszczy, w końcu zamiast pieniędzy wypluwa karteczkę "Operacja niemożliwa do zrealizowania". A na ekranie pojawia się komunikat, żebym wybrał inną sumę, podzielną przez 100.

OK, rozumiem, w bankomacie skończyły się banknoty o niższych nominałach. Tylko czy nie mógł OD RAZU wyświetlić, że do wyboru jest 100 zł lub wielokrotność? Panowie programiści, czy za dużo wymagam?

Trudno, niech będzie stówa. Klikam odpowiednie przyciski, bankomat burczy, trzeszczy, po czym już bez sprzeciwu wypłaca mi sto złotych.

W pięciu banknotach dwudziestozłotowych.

Nosz…

6oytck

piątek, 27 kwietnia 2018

Pucek od dwóch tygodni wracał sam ze szkoły. Na rowerze. Cztery kilometry, dwadzieścia minut. Bardzo był z siebie dumny. Ja mu tylko wkładałem do głowy, że ma uważać, przez ulicę tylko na pasach, i że zawsze jak jedzie sam ze szkoły to ma mieć ze sobą telefon (włączony i naładowany).

Dziś koło piętnastej - telefon. Pucek. Płacze, mówi niewyraźnie, rozumiem tylko, że jest "koło Stasia" (kolegi z klasy, który mieszka po drodze) i że się przewrócił. Po chwili telefon przejmuje jakaś pani i mówi, żebym szybko przyjechał, bo synek się przewrócił i "mocno krwawi". Nosz.

Zanim dojechałem, Pucek był już u Stasia, który widział cały wypadek i pobiegł po mamę. Krew - jak się okazało - lała się głównie z ust. Szybkie wypłukanie - i aż mnie zmroziło: prawa górna jedynka (stała!) złamana w połowie wysokości i dodatkowo pęknięta "wzdłuż" na całej długości.

Do najbliższej dentystki dojechaliśmy w pięć minut. Poczekaliśmy, aż wyjdzie poprzedni pacjent - i na fotel. Ale już po minie pani doktor widziałem, że nie jest fajnie. Obejrzała, zrobiła zdjęcie pokręciła głową i powiedziała, że z tym to trzeba do specjalisty - stomatologa dziecięcego, najlepiej chirurga. Czyli do Warszawy, na Nowy Zjazd. Telefon, potwierdzenie, jedziemy.

W Warszawie pan doktor specjalista - choć teoretycznie skończył już pracę (piątek, zrobiła się osiemnasta!) przyjął nas bez słowa sprzeciwu. Rentgen. Konsultacja z innymi lekarzami. Na fotel. Dobra wiadomość - nie będzie trzeba usuwać całego zęba (wtedy musiałby chodzić ze szczerbą ładnych parę lat, bo implant można zrobić dopiero, jak skończy rosnąć). Zła - połówkę trzeba jednak usunąć (tę, która "odpękła"). A to wiąże się z odsłonięciem nerwu, czyli koniecznością usunięcia tego nerwu - czyli leczeniem kanałowym. Na szczęście znieczulenie zadziałało doskonale, cała operacja zajęła pół godziny, dentysta "przy okazji" poprawił dwa okoliczne zęby (dwójkę i drugą jedynkę) które - jak się okazało - też były nadkruszone, choć minimalnie.

W poniedziałek jedziemy z powrotem - na "dokończenie". Wtedy też będzie konsultacja z drugim chirurgiem i z ortodontą, żeby podjąć decyzję, co z tym fantem robić dalej. Czy da się "dobudować" jakąś koronkę na tej części, którą udało się uratować? Czy trzeba będzie jednak robić częściowy implant (na szczęście prościej, bo w oparciu o tę pozostałą część i zachowany korzeń)? Zobaczymy.

Na razie Pucek ma kawałek zęba, zaopatrzony po leczeniu (jak sam stwierdził spojrzawszy w lustro - ząb wygląda, jakby go ktoś pomalował korektorem).

Co za pech cholerny! Kask miał na głowie - ale przecież nie na zębach. Szlag.

czwartek, 21 grudnia 2017

A już było tak blisko… A już się wydawało, że tym razem się uda. Że jeszcze na dniach wpłyną ostatnie pieniądze, które w tym roku wpłynąć miały - i w ten sposób grudzień (a tym samym cały rok 2017) zamknie się na plusie.

No i właśnie przyszedł rachunek za gaz. I - jak mawiali starożytni - zipa dumna.

sobota, 15 lipca 2017

Rzadko tu bywa politycznie, bo też nie o tym są te zapiski. Ale czasami jednak trzeba.

Nie mogę być jutro pod Sądem Najwyższym. Nie będę też pisał wzniosłych słów, bo i po co: jedna strona ich nie potrzebuje, druga ma je tam, gdzie pan może pana majstra…

Chciałbym jednak zacytować coś, co powinni wziąć pod uwagę obecnie rządzący. A zatem - oddajmy głos Kodeksowi Karnemu:

Art. 127. Zamach stanu
§1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

Art. 128. Zamach na organ konstytucyjny RP
§1. Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

I tyle.

sobota, 29 października 2016

Wbrew pozorom to, co napisałem, nie ma nic wspólnego z polityką i z toczącymi się obecnie w Polsce sporami między dwoma światami.

Zaczęło się od tego, że czytałem sobie wiadomości. Czytałem sobie, czytałem, aż mi się przelało. A przelewa mi się najczęściej na papier (metaforycznie, rzecz prosta, bo papieru do tego nie używam…). Wysłałem list do gazety - a raczej za pośrednictwem gazety wysłałem list otwarty.

I, wyobraźcie sobie, właśnie się ukazał - na razie w sieci, ale może być i w papierowym wydaniu. Więc na wszelki wypadek piszę Wam o tym, żebyście się nie musieli zastanawiać, czy to ja napisałem. Tak, to ja. Pewnie nie powinienem, ale wiecie co? Szlag mnie trafił.

Podpisałem się, oczywiście, ale poprosiłem, żeby w razie publikacji dali „imię i nazwisko do wiadomości redakcji”. Wolałbym wystąpić jako ja (nie wstydzę się tego, co napisałem!), ale nie chcę robić szumu wokół tego ze względu na moje dzieci - bo nazwisko mamy na tyle nieoczywiste, że zaraz wszyscy w obu szkołach wiedzieliby, o kim mowa.

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Najpierw - w sobotę  przed świętami - dziura ja krater po bombie. Prawe, przednie koło. Huk był taki, że myślałem, że mi to koło odpadło - ale nie: koło na miejscu, tylko opona w naleśnik. No nic - koło zmienione (zapasowe na szczęście zadbane i w dobrym stanie), w poniedziałek do wulkanizatora. Da się tę opnę naprawić? Ano, nie da się. Opona do wyrzucenia, felga do lekkiego prostowania.

No dobrze. Felga naprostowana, opona zmieniona (…wszystkie cztery zmienione - akurat były do wzięcia od Puchatkowego Ojca, zimówki, po jednym zimowym sezonie, czyli prawie nowe, bo Ojciec zimą jeździ bardzo niewiele. A że Tatusiowe Autko przeniosło się do samochodowego raju, to opony zostały.)

Jeździmy, jeździmy, niby wszystko OK (nawet na autostradzie, nawet przy 140 km/h…) - ale jednak nie do końca. Przy przejeżdżaniu przez progi spowalniające wyraźnie słychać, że w prawym, przednim zawieszeniu cosik zgrzyta. Ano - trzeba sprawdzić, bo może dziura uszkodziła nie tylko oponę…

Już się prawie z mechanikiem umawiałem, kiedy…

Ostatni Piątek, koło trzeciej po południu. Śnieg wali jak głupi, a pod śniegiem - podła warstewka lodu (o tym lodzie, żeby było jasne, wiem TERAZ. Wtedy nie wiedziałem). Skręcam w prawo z osiedlowej uliczki w drugą osiedlową  uliczkę, jadę ostrożnie (bo śnieg…), na liczniku mam szalone 15 km/h. Skręcam… Ja skręcam. Samochód nie całkiem. To znaczy - zmienia położenie względem osi jezdni, ale sunie dalej, po tym ukrytym lodzie, bokiem, w prawie tę samą stronę, co przed skręceniem kierownicy. I BUMS! - bokiem lewego przedniego koła w krawężnik. Koło cofnięte o jakieś 3 czy 4 centymetry. Zdołałem tylko dotelepać się do mechanika. I teraz czekam na wyrok - czy to tylko wahacze i takie tam (pół biedy), czy na przykład oś do wymiany. Bo jak to drugie, to aż się boję pomyśleć, ile ta zabawa będzie kosztować. Zwłaszcza, że jeszcze to lewe przednie do sprawdzenia, plus klocki hamulcowe chyba warto już zmienić, plus filtr paliwa, który już i tak powinien być zmieniony chwilę temu.

A tymczasem jeżdżę (…bo przecież czymś muszę…) takim śmiesznym autkiem pożyczonym od znajomych, którzy go na razie nie używają. Hyundai Galloper się toto nazywa. Terenówka, wysoka, pordzewiała, ma ze 20 lat. Na wielkich, potężnych oponach. Czuję się, jakbym siedział na drabinie i patrzył z góry na innych kierowców. Nie mówiąc o tym, że jak widzę przed sobą dziurę w asfalcie, to się tylko uśmiecham…

 

środa, 25 listopada 2015

(Nie bez powodu przytoczony):

 Tępi ludzie są jak tępe noże: krzywdy niby nie zrobią, ale jak irytują!

 

środa, 04 listopada 2015

Kapie, sukinkot.

Nie, nie mocno… Jak go postawię na parkingu przed szkołą na kwadrans czy pod sklepem na pół godziny - to nie. W niedzielę nawet specjalnie patrzyłem na parkingu przy kościele - półtorej godziny i nic. Ale jak stoi całą noc przed domem - to codziennie rano jakaś nowa plamka.

Uszczelka pod miską olejową, ta, co już kiedyś była wymieniana? Uszczelka pod skrzynią biegów? Albo jeszcze jaka inna zaraza? Cholera wie.

Niby ma toto już swoje parę lat, niby nic dziwnego, że od czasu do czasu do mechanika trzeba z nim zajrzeć… Z uczciwości wobec niemieckiej motoryzacji muszę przyznać, że zwykle nie częściej, niż dwa razy w roku - i że prawie zawsze są to drobiazgi. Tyle, że zawsze (ZAWSZE!) akurat w najgorszym momencie. Jak są pieniądze - to nie. Gra i burcy. A jak akurat czas cienki - to proszę bardzo, kapie.

Śmiech śmiechem, ale trochę jestem przerażony. Muszę się wybrać do niezawodnego pana Tomka, żeby zajrzał, ki czort. Normalnie powiedziałbym mu uczciwie, że jestem bez pieniędzy, więc niech tylko postawi diagnozę - jeśli to nic pilnego, to przyjadę za miesiąc czy półtora, jak będę miał z czym.

Tyle, że (prawa Murphy'ego, poziom drugi) za dwa tygodnie muszę zrobić badanie techniczne. A jak kapie, to mi przecież dowodu rejestracyjnego nie przybiją.

Szlag.

(No, to czekamy na pralkę - przecież ona zawsze się psuła razem z samochodem…)

 

środa, 10 grudnia 2014

M. trafiła na dwa (może trzy) dni do szpitala. Nie, nic groźnego ani nagłego tym razem - Pani Doktor uznała, że ten płyn z płuc (a w zasadzie z opłucnej lewego płuca) warto jednak ściągnąć, bo męczy i zwiększa ryzyko infekcji.

Zderzenie z absurdami panującymi w polskiej służbie zdrowia zawsze doprowadza mnie do furii - zwłaszcza, jak cierpią na tym moi bliscy. Nie, lekarze, pielęgniarki i cały personel szpitala w G. sprawował się bez zarzutu. Wszyscy mili, uprzejmi i (na oko) kompetentni. Problemem (jak zwykle) okazały się NFZ-owskie procedury, stworzone albo przez kompletnego idiotę, albo przez sadystę. Tertium non datur.

Pacjent zgłasza się do szpitala. Zgłasza się ze skierowaniem, w którym lekarz sugeruje konkretne rozwiązanie i podaje jego powód. Uwaga: SAM się zgłasza (czyli przychodzi na własnych nogach, nie przywozi go karetka, nie jest w stanie zagrożenia życia).

Procedury mają to w nosie. Pacjent traktowany jest tak samo, jakby przywiozła go karetka: trafia na SOR (szpitalny oddział ratunkowy). Nie ma innej opcji.

Na SORze - oczywiście - pierwszeństwo mają pacjenci w stanach ostrych i zagrażających życiu. Co zatem robi pacjent ze skierowaniem? CZEKA, rzecz prosta. Co, że przed nami są tylko dwie osoby? No to co - w każdej chwili może przecież zjawić się ktoś z karetki (zawał, hipoglikemia, wypadek, noga złamana na śliskim chodniku, whatever).

No dobrze - już po niecałych dwóch godzinach trafiamy do lekarza. Lekarz przegląda badania, zadaje kilkanaście konkretnych pytań, osłuchuje i potwierdza, że przyjmuje do szpitala na zabieg. Przychodzi inny lekarz, robi USG, zaznacza miejsce do wkłucia - wszystko gra.

No, prawie wszystko. Bo okazuje się, że pacjentka co prawda jest przyjęta, ale musi poczekać, aż się zwolni łóżko. - Troje pacjentów mamy już wypisanych, jak tylko zjawią się po nich rodziny, to Pani trafi na oddział - tłumaczy lekarz. - A na razie proszę poczekać.

Ile? A, nie wiadomo. Może godzinę. Może do popołudnia.

To może my pójdziemy do domu? Bo przecież mieszkamy pięć minut od szpitala, nie ma stanu zagrożenia życia… A jak miejsce się zwolni, to jeden telefon i za pięć minut jesteśmy.

Nie, tak się nie da. Dlaczego? Bo pacjent przyjęty MUSI być fizycznie w szpitalu. Bo jak się zwolni miejsce, a pacjenta fizycznie nie ma, to mają obowiązek go skreślić i przyjąć kolejnego. - Ja wiem, że to idiotyzm - rozłożył ręce lekarz. - Ale nic na to nie poradzimy…

I M. czekała. Siedząc na krzesełku na SORze. W szpitalu zjawiliśmy się o 8:20. Po wszystkich badaniach i „przyjęci” byliśmy o 11:30. Fizycznie na oddziale M. znalazła się o 15:30. Czyli - jeszcze nie zaczęli się nią zajmować, a już była wykończona, wściekła i na granicy płaczu.

I na koniec piekielność dodatkowa: Kiedy już zabierali ją na górę, pielęgniarka powiedziała, że po drodze trzeba zrobić rentgen. Rentgen płuc.

- Ale po co?! - Wkurzyła się M. - Przecież miałam robiony rentgen przedwczoraj, mam ze sobą opis i płytę ze zdjęciem, którą zresztą lekarz oglądał!

Ano, niestety - takie są procedury. Szpital musi zrobić własne badania, bo inaczej NFZ może zakwestionować konieczność zabiegu. A że pacjent będzie miał drugi rentgen w ciągu trzech dni? I że potem będzie świecił w nocy, nie dając spać innym pacjentom? To już drobiazg.

(I że za ten drugi, de facto kompletnie niepotrzebny rentgen NFZ też płaci - to zdaje się też drobiazg. NFZ jest bogaty, może sobie pozwolić.)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7