Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

Mruczanki - Wkurzanki

czwartek, 21 grudnia 2017

A już było tak blisko… A już się wydawało, że tym razem się uda. Że jeszcze na dniach wpłyną ostatnie pieniądze, które w tym roku wpłynąć miały - i w ten sposób grudzień (a tym samym cały rok 2017) zamknie się na plusie.

No i właśnie przyszedł rachunek za gaz. I - jak mawiali starożytni - zipa dumna.

sobota, 15 lipca 2017

Rzadko tu bywa politycznie, bo też nie o tym są te zapiski. Ale czasami jednak trzeba.

Nie mogę być jutro pod Sądem Najwyższym. Nie będę też pisał wzniosłych słów, bo i po co: jedna strona ich nie potrzebuje, druga ma je tam, gdzie pan może pana majstra…

Chciałbym jednak zacytować coś, co powinni wziąć pod uwagę obecnie rządzący. A zatem - oddajmy głos Kodeksowi Karnemu:

Art. 127. Zamach stanu
§1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

Art. 128. Zamach na organ konstytucyjny RP
§1. Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

I tyle.

sobota, 29 października 2016

Wbrew pozorom to, co napisałem, nie ma nic wspólnego z polityką i z toczącymi się obecnie w Polsce sporami między dwoma światami.

Zaczęło się od tego, że czytałem sobie wiadomości. Czytałem sobie, czytałem, aż mi się przelało. A przelewa mi się najczęściej na papier (metaforycznie, rzecz prosta, bo papieru do tego nie używam…). Wysłałem list do gazety - a raczej za pośrednictwem gazety wysłałem list otwarty.

I, wyobraźcie sobie, właśnie się ukazał - na razie w sieci, ale może być i w papierowym wydaniu. Więc na wszelki wypadek piszę Wam o tym, żebyście się nie musieli zastanawiać, czy to ja napisałem. Tak, to ja. Pewnie nie powinienem, ale wiecie co? Szlag mnie trafił.

Podpisałem się, oczywiście, ale poprosiłem, żeby w razie publikacji dali „imię i nazwisko do wiadomości redakcji”. Wolałbym wystąpić jako ja (nie wstydzę się tego, co napisałem!), ale nie chcę robić szumu wokół tego ze względu na moje dzieci - bo nazwisko mamy na tyle nieoczywiste, że zaraz wszyscy w obu szkołach wiedzieliby, o kim mowa.

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Najpierw - w sobotę  przed świętami - dziura ja krater po bombie. Prawe, przednie koło. Huk był taki, że myślałem, że mi to koło odpadło - ale nie: koło na miejscu, tylko opona w naleśnik. No nic - koło zmienione (zapasowe na szczęście zadbane i w dobrym stanie), w poniedziałek do wulkanizatora. Da się tę opnę naprawić? Ano, nie da się. Opona do wyrzucenia, felga do lekkiego prostowania.

No dobrze. Felga naprostowana, opona zmieniona (…wszystkie cztery zmienione - akurat były do wzięcia od Puchatkowego Ojca, zimówki, po jednym zimowym sezonie, czyli prawie nowe, bo Ojciec zimą jeździ bardzo niewiele. A że Tatusiowe Autko przeniosło się do samochodowego raju, to opony zostały.)

Jeździmy, jeździmy, niby wszystko OK (nawet na autostradzie, nawet przy 140 km/h…) - ale jednak nie do końca. Przy przejeżdżaniu przez progi spowalniające wyraźnie słychać, że w prawym, przednim zawieszeniu cosik zgrzyta. Ano - trzeba sprawdzić, bo może dziura uszkodziła nie tylko oponę…

Już się prawie z mechanikiem umawiałem, kiedy…

Ostatni Piątek, koło trzeciej po południu. Śnieg wali jak głupi, a pod śniegiem - podła warstewka lodu (o tym lodzie, żeby było jasne, wiem TERAZ. Wtedy nie wiedziałem). Skręcam w prawo z osiedlowej uliczki w drugą osiedlową  uliczkę, jadę ostrożnie (bo śnieg…), na liczniku mam szalone 15 km/h. Skręcam… Ja skręcam. Samochód nie całkiem. To znaczy - zmienia położenie względem osi jezdni, ale sunie dalej, po tym ukrytym lodzie, bokiem, w prawie tę samą stronę, co przed skręceniem kierownicy. I BUMS! - bokiem lewego przedniego koła w krawężnik. Koło cofnięte o jakieś 3 czy 4 centymetry. Zdołałem tylko dotelepać się do mechanika. I teraz czekam na wyrok - czy to tylko wahacze i takie tam (pół biedy), czy na przykład oś do wymiany. Bo jak to drugie, to aż się boję pomyśleć, ile ta zabawa będzie kosztować. Zwłaszcza, że jeszcze to lewe przednie do sprawdzenia, plus klocki hamulcowe chyba warto już zmienić, plus filtr paliwa, który już i tak powinien być zmieniony chwilę temu.

A tymczasem jeżdżę (…bo przecież czymś muszę…) takim śmiesznym autkiem pożyczonym od znajomych, którzy go na razie nie używają. Hyundai Galloper się toto nazywa. Terenówka, wysoka, pordzewiała, ma ze 20 lat. Na wielkich, potężnych oponach. Czuję się, jakbym siedział na drabinie i patrzył z góry na innych kierowców. Nie mówiąc o tym, że jak widzę przed sobą dziurę w asfalcie, to się tylko uśmiecham…

 

środa, 25 listopada 2015

(Nie bez powodu przytoczony):

 Tępi ludzie są jak tępe noże: krzywdy niby nie zrobią, ale jak irytują!

 

środa, 04 listopada 2015

Kapie, sukinkot.

Nie, nie mocno… Jak go postawię na parkingu przed szkołą na kwadrans czy pod sklepem na pół godziny - to nie. W niedzielę nawet specjalnie patrzyłem na parkingu przy kościele - półtorej godziny i nic. Ale jak stoi całą noc przed domem - to codziennie rano jakaś nowa plamka.

Uszczelka pod miską olejową, ta, co już kiedyś była wymieniana? Uszczelka pod skrzynią biegów? Albo jeszcze jaka inna zaraza? Cholera wie.

Niby ma toto już swoje parę lat, niby nic dziwnego, że od czasu do czasu do mechanika trzeba z nim zajrzeć… Z uczciwości wobec niemieckiej motoryzacji muszę przyznać, że zwykle nie częściej, niż dwa razy w roku - i że prawie zawsze są to drobiazgi. Tyle, że zawsze (ZAWSZE!) akurat w najgorszym momencie. Jak są pieniądze - to nie. Gra i burcy. A jak akurat czas cienki - to proszę bardzo, kapie.

Śmiech śmiechem, ale trochę jestem przerażony. Muszę się wybrać do niezawodnego pana Tomka, żeby zajrzał, ki czort. Normalnie powiedziałbym mu uczciwie, że jestem bez pieniędzy, więc niech tylko postawi diagnozę - jeśli to nic pilnego, to przyjadę za miesiąc czy półtora, jak będę miał z czym.

Tyle, że (prawa Murphy'ego, poziom drugi) za dwa tygodnie muszę zrobić badanie techniczne. A jak kapie, to mi przecież dowodu rejestracyjnego nie przybiją.

Szlag.

(No, to czekamy na pralkę - przecież ona zawsze się psuła razem z samochodem…)

 

środa, 10 grudnia 2014

M. trafiła na dwa (może trzy) dni do szpitala. Nie, nic groźnego ani nagłego tym razem - Pani Doktor uznała, że ten płyn z płuc (a w zasadzie z opłucnej lewego płuca) warto jednak ściągnąć, bo męczy i zwiększa ryzyko infekcji.

Zderzenie z absurdami panującymi w polskiej służbie zdrowia zawsze doprowadza mnie do furii - zwłaszcza, jak cierpią na tym moi bliscy. Nie, lekarze, pielęgniarki i cały personel szpitala w G. sprawował się bez zarzutu. Wszyscy mili, uprzejmi i (na oko) kompetentni. Problemem (jak zwykle) okazały się NFZ-owskie procedury, stworzone albo przez kompletnego idiotę, albo przez sadystę. Tertium non datur.

Pacjent zgłasza się do szpitala. Zgłasza się ze skierowaniem, w którym lekarz sugeruje konkretne rozwiązanie i podaje jego powód. Uwaga: SAM się zgłasza (czyli przychodzi na własnych nogach, nie przywozi go karetka, nie jest w stanie zagrożenia życia).

Procedury mają to w nosie. Pacjent traktowany jest tak samo, jakby przywiozła go karetka: trafia na SOR (szpitalny oddział ratunkowy). Nie ma innej opcji.

Na SORze - oczywiście - pierwszeństwo mają pacjenci w stanach ostrych i zagrażających życiu. Co zatem robi pacjent ze skierowaniem? CZEKA, rzecz prosta. Co, że przed nami są tylko dwie osoby? No to co - w każdej chwili może przecież zjawić się ktoś z karetki (zawał, hipoglikemia, wypadek, noga złamana na śliskim chodniku, whatever).

No dobrze - już po niecałych dwóch godzinach trafiamy do lekarza. Lekarz przegląda badania, zadaje kilkanaście konkretnych pytań, osłuchuje i potwierdza, że przyjmuje do szpitala na zabieg. Przychodzi inny lekarz, robi USG, zaznacza miejsce do wkłucia - wszystko gra.

No, prawie wszystko. Bo okazuje się, że pacjentka co prawda jest przyjęta, ale musi poczekać, aż się zwolni łóżko. - Troje pacjentów mamy już wypisanych, jak tylko zjawią się po nich rodziny, to Pani trafi na oddział - tłumaczy lekarz. - A na razie proszę poczekać.

Ile? A, nie wiadomo. Może godzinę. Może do popołudnia.

To może my pójdziemy do domu? Bo przecież mieszkamy pięć minut od szpitala, nie ma stanu zagrożenia życia… A jak miejsce się zwolni, to jeden telefon i za pięć minut jesteśmy.

Nie, tak się nie da. Dlaczego? Bo pacjent przyjęty MUSI być fizycznie w szpitalu. Bo jak się zwolni miejsce, a pacjenta fizycznie nie ma, to mają obowiązek go skreślić i przyjąć kolejnego. - Ja wiem, że to idiotyzm - rozłożył ręce lekarz. - Ale nic na to nie poradzimy…

I M. czekała. Siedząc na krzesełku na SORze. W szpitalu zjawiliśmy się o 8:20. Po wszystkich badaniach i „przyjęci” byliśmy o 11:30. Fizycznie na oddziale M. znalazła się o 15:30. Czyli - jeszcze nie zaczęli się nią zajmować, a już była wykończona, wściekła i na granicy płaczu.

I na koniec piekielność dodatkowa: Kiedy już zabierali ją na górę, pielęgniarka powiedziała, że po drodze trzeba zrobić rentgen. Rentgen płuc.

- Ale po co?! - Wkurzyła się M. - Przecież miałam robiony rentgen przedwczoraj, mam ze sobą opis i płytę ze zdjęciem, którą zresztą lekarz oglądał!

Ano, niestety - takie są procedury. Szpital musi zrobić własne badania, bo inaczej NFZ może zakwestionować konieczność zabiegu. A że pacjent będzie miał drugi rentgen w ciągu trzech dni? I że potem będzie świecił w nocy, nie dając spać innym pacjentom? To już drobiazg.

(I że za ten drugi, de facto kompletnie niepotrzebny rentgen NFZ też płaci - to zdaje się też drobiazg. NFZ jest bogaty, może sobie pozwolić.)

piątek, 24 października 2014

Nosz, Kurza Twarz…

Większość nauczycieli Potworów to osoby zupełnie sensowne - nie tylko nieźle uczą, ale są „normalni” i można się z nimi dogadać.

Niestety, są wyjątki. Pani Od Przyrody (POP) przynajmniej pod tym ostatnim względem jest stosunkowo ciężkim przypadkiem.

Pietruszka przyszedł ze szkoły z tróją z przyrody. Nie, żeby się tym specjalnie przejął (dawno go nauczyliśmy, że jednorazowa trójka nie jest problemem, pod warunkiem, że nie wynikła z „olania” pracy, a z pecha / przypadku / zbiegu okoliczności). Ja też nie przejmuję się trójką - ale szlag mnie trafia na to, skąd się wzięła.

Pani ma taką metodę: zadaje klasie jakąś pracę do wykonania w czasie lekcji, w grupach. Grupy najczęściej dzielone są na zasadzie „pierwsze trzy ławki, drugie trzy ławki, trzecie…”. Grupa ma pracę wykonać wspólnie - i dostaje za nią jedną ocenę. Tym razem grupa Pietruszki była pięcioosobowa. Dwóch dobrych uczniów (Pietrucha i jego kolega), jedna uczennica słabsza, ale porządna i pracowita, i dwoje kompletnych leserów - olewaczy. W efekcie grupa zrobiła mniej, niż powinna, bo dwóch „mózgowców” plus jedna solidna musiało nie tylko robić za całą piątkę, ale jeszcze całej piątce dyktować, żeby łaskawie w zeszytach zapisała efekty „wspólnej” pracy.

W efekcie POP oceniła całą pracę na trójkę. Co jest absurdem potrójnym:

Po pierwsze - jest oczywiste, że gdyby każdy robił to sam, to oceny byłyby inne: POP przecież doskonale wie, kto coś umie, a kto ma w nosie.

Po drugie - Pietruszka, jego kolega i koleżanka narobili się jak osły, starali się uczciwie pracować „grupowo”, i zostali za to (de facto) ukarani słabymi (jak na nich) ocenami, które im psują średnią etc.

Po trzecie - dwójka olewaczy olała, miała dokładnie w nosie, nie kiwnęła palcem i… została za to nagrodzona. Tak, nagrodzona - bo dla nich trójka (zwłaszcza z przyrody) to bardzo dobra ocena, której sami tak łatwo by nie dostali.

Cholernie pedagogiczne, co?…

piątek, 05 września 2014

Idę do ZUS, żeby zanieść zwolnienie M. Zwolnienie – co istotne – jest kontynuacją poprzedniego: nic się nie zmienia, poza tym, że zostaje przedłużone do końca października.

Czujne oko pani urzędniczki w ZUS natychmiast wychwytuje błąd. – O, ale pani doktor zapomniała wpisać numeru PESEL! – mówi, a ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w jej głosie pobrzmiewa złośliwa satysfakcja.

Dziesięć minut rozmowy. Że przecież to kontynuacja, że przecież PESEL się nie zmienił, że można by go po prostu dopisać, bo wiadomo, jaki jest. Że przecież nie ma możliwości pomyłki, bo na zwolnieniu są też inne dane osobowe, łącznie z numerem NIP, który jest przecież niepowtarzalny. Że przecież ZUS wie o kogo chodzi, dopiszmy ten PESEL i po sprawie…

Nie. Nie, nie i nie. Lekarz musi uzupełnić, przystawić pieczątkę i parafkę. No, ale przecież ma pan na to siedem dni, więc chyba nie ma problemu?

Chwała Bogu w środę i tak jedziemy na wizytę – bo inaczej musiałbym specjalnie po raz kolejny jechać do Warszawy tylko po ten …ny numerek. A, i pieczątkę z parafką.

W urzędzie skarbowym kilka razy przeżyłem taką sytuację, w której urzędniczka mówiła mi szczerze: "Tak, ma pan rację, to rzeczywiście jest bez sensu – ale takie ustawodawca stworzył przepisy i ja inaczej nie mogę, nawet jeśli prywatnie absolutnie się z panem zgadzam". I w porządku – taką postawę rozumiem: w końcu to nie wina urzędnika, że przepisy są idiotyczne.

Ale ZUS to ostoja mentalności sprzed ćwierć wieku: ta pani naprawdę nie rozumiała, o co mi chodzi i dlaczego uważam, że "można po prostu dopisać". No, herezja po prostu. Druczek nie do końca wypełniony – zbrodnia niewybaczalna.

Chory może umrzeć z głodu czekając kolejny tydzień na zasiłek – to nieistotne. Istotne, żeby papierek się zgadzał.

…mać.

 

środa, 02 lipca 2014

Zawsze powtarzam (moi znajomi znają już tę frazę na pamięć…), że podstawowym problemem polskiej służby zdrowia nie jest brak pieniędzy, ale brak organizacji i tępa biurokracja NFZ.

Wbrew temu, co się czasami słyszy, zapisanie się na badanie tomografem komputerowym nie jest problemem. Jeśli ma się skierowanie (nawet bez adnotacji "cito"), to oczywiście raczej nie uda się załatwić tomografii "na jutro" – ale w ciągu tygodnia się da (w każdym razie w Warszawie).

A zatem: tomografia? Nie ma problemu. Problemem jest… dodzwonienie się. Tak, proszę wycieczki: tomograf komputerowy, jedno z najbardziej zaawansowanych urządzeń diagnostycznych jakie ludzkość wymyśliła – jasne, można zapisać się na badanie w ciągu tygodnia od wystawienia skierowania. Ale żeby to zrobić, trzeba spędzić dwie godziny przy telefonie dzwoniąc, dzwoniąc, dzwoniąc ad mortem defecatum. Czyli: tomograf – tak, ten poziom polska medycyna opanowała. Telefon? O, to już zupełnie inna historia…

A jak już się badanie zrobi, to trzeba poczekać na wyniki. I to nawet nie tak długo – dwa do pięciu dni. Wystarczy. Ale jak te wyniki dostać do ręki? Ano, wiadomo – trzeba przyjechać i odebrać je osobiście. No dobrze, jak pani podpisze upoważnienie to mężowi też wydamy. Czyli: możesz skorzystać z dobrodziejstw urządzenia, które pokaże lekarzowi każdy organ twojego ciała, warstwa po warstwie, szczegółowo, precyzyjnie, dokładnie i bez wątpliwości. Ale żeby wyniki tego super–nowoczesnego badania wysłali ci mailem? A, nie, "to się nie da". Musisz przyjechać i dostać w łapkę kopertę z papierkiem.

Zderzenie techniki z XXI w. z mentalnością z XIX w. To by nawet było zabawne… W innych okolicznościach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7