Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

Włóczykije

sobota, 18 sierpnia 2012

Wróciły Puchatki wczoraj wieczorem. Przejechały 3,4 tysiąca kilometrów, ale i tak najbardziej męczący był ostatni odcinek po do znudzenia remontowanej gierkówce...

Trasa była niesamowita:

Polska - Słowacja - Węgry - Słowenia - Chorwacja - Słowenia - Włochy - Austria - Niemcy - do domu.

Opowiem po kawałku, w kolejnych odcinkach. Teraz tylko napiszę, że do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić doszło kolejnych kilkanaście pozycji...

wtorek, 08 maja 2012

Zwiedzaliśmy poniemiecki bunkier kolejowy (380 metrów, beton, tory, mokro i ZIMNO jak jasny szlag). Obejrzeliśmy romański kościółek z XI w., podobno jeden z najstarszych w Polsce. Widzieliśmy żubry. Pucek poznał strażaków (prawdziwych!), którzy pozwolili mu założyć strażacki kask, strażacką kamizelkę (sięgała do kostek...), potrzymać strażackiego węża i usiąść za kierownicą strażackiego samochodu. Jeśli Wam napiszę, że ukochaną kreskówką Pucka jest "Strażak Sam", to chyba zrozumiecie, co to dla niego znaczyło. Przez pół godziny Pucek stanowił jedno, wielkie, czteroletnie szczęście. Dwadzieścia kilo żywego zachwytu.

A następnego dnia popłynęliśmy kajakami po Pilicy. Przez nieco ponad cztery godziny pokonaliśmy dobre dwadzieścia kilometrów (ze Spały do mostu w Mysiakowcu). Słońce, cisza, śpiew ptaków. Zwłaszcza na pierwszym odcinku ze Spały do Inowłodza trasa jest naprawdę piękna. Rzeka meandruje, brzegi są porośnięte lasem, po wodzie pływają kaczki i perkozy, zrywają się do lotu łabędzie, a ptaki śpiewają tak, że aż się niesie. I żadnych ludzi, przez prawie półtorej godziny żywego ducha, żadnych odgłosów poza naturalnymi. Cisza jak w środku wielkiej puszczy...

Potwory były przeszczęśliwe, a Pucek zwłaszcza - mimo że w normalnych warunkach posadzenie go w jednym miejscu na cztery godziny (z krótką przerwą na plaży w Inowłodzu) mogłoby się skończyć czymś na kształt niewielkiej wojny atomowej.

*** 

Marzy mi się majówka w Bieszczadach, jak za dawnych czasów. W małej grupce przyjaciół - albo po prostu tylko we dwoje. Marzy mi się żeby tak jak dawniej pójść z Wetliny przez Przełęcz Karłowicza na Połoninę Wetlińską, a z niej na Caryńską. I żeby wracając w środku nocy leżeć sobie na szosie w Brzegach Górnych i gapić się w gwiazdy.

Ale pewnie jeszcze parę lat musi minąć, zanim to znowu będzie możliwe.

*** 

Maj to jednak magiczny miesiąc. Koniec zimy - definitywnie. Początek lata.

 

wtorek, 23 sierpnia 2011

Tyle się dzieje po powrocie do domu, że nie mam kiedy pisać. A przecież do dopiero przygrywka - prawdziwa jazda zacznie się od września, jak Potwory ruszą do szkół, a M. do pracy... Już się boję.

Ale tymczasem, zgodnie z obietnicą, trochę o Wielkiej Wyprawie.

Wyruszyliśmy z miejscowości C., z Dolnego Śląska, gdzie M. z Potworami spędzili kilka dni u Ulubionej Cioci i Dziadka (tzn. Dziadka M., a pradziadka Potworów). Ja dojechałem tam tylko na dwa dni - i ruszyliśmy na zachód.

Z C. do granicy w Zgorzelcu jest 70 kilometrów, ale autostradą. A potem granica (nawet nie zwolniliśmy...) - i już zaczynają się niemieckie autostrady, których fanklub od tych wakacji reprezentuję.

Z C. jechaliśmy do Ottersheim bei Landau, gdzie mieszka serdeczna koleżanka M. z mężem i czwórką dzieci. Trasa z C. do Ottersheim to 730 kilometrów. Przejechaliśmy to w jeden dzień, przy czy samej jazdy było nieco ponad 6 godzin. Niemieckie autostrady, wspominałem?..

W Ottersheim spędziliśmy trzy i pół dnia, wspominając Dawne Czasy, podróżując po okolicy (Nadrenia - Palatynat, góry Harzu, Speyer z niesamowitą, romańską katedrą...) - można zobaczyć na zdjęciach (w linkach po lewej).

A potem ruszyliśmy (dla odmiany) za zachód.

Pierwotne plany przewidywały "pojeżdżenie po Francji". Myśleliśmy o Wogezach, o Masywie Centralnym... Ale jak przyszło co do czego, doszliśmy do wniosku że jednak ze względu na Potwory warto by nad jakieś morze. A konkretnie - to nawet nad jakiś ocean. Więc ruszyliśmy w stronę Bretanii...

Przejechaliśmy - nocując na kempingach - calusieńką dolinę Loary, zamki niestety oglądając tylko od zewnątrz (Potwory, a zwłaszcza trzylatek Pucek, nie są jeszcze na etapie "zwiedzania"...).

Przejechaliśmy przez Orlean, bo po prostu nie mogliśmy sobie darować wejścia do Katedry, skoro byliśmy tak blisko... Potwory jednakowoż znacznie bardziej zachwyciły się karuzelą stojącą na centralnym placu miasta, obok pomnika świętej Joanny d'Arc. Stara, francuska karuzela - piętrowa - wprawdzie się nie kręciła, ale można było po niej chodzić, co Potworom zajęło godzinę.

Kiedy już dojechaliśmy do Bretanii, rozbiliśmy się na kilka dni na kempingu w Plouharnel (południe), a stamtąd jeździliśmy na plaże (głównie na półwysep Quiberon), do Carnac, na Point du Raz.

My z M. byliśmy już w tych rejonach - dziesięć lat temu, na ostatniej wyprawie przed epoką Potworów. Mówiąc precyzyjnie - Pietruszka był już w zasadzie z nami, choć nikt poza nami jeszcze o tym nie wiedział... :-)

Bretania...

Magiczne miejsce. Może nie tak jak Szkocja, ale jednak magiczne. Kamienne domki, niebieskie okiennice, menhiry, dolmeny...

I wiatr od oceanu.

Wiatr od oceanu to coś zupełnie wyjątkowego. To nie to samo, co wiatr od morza (choćby nad Bałtykiem czy Morzem Północnym). Nie wiem na czym to polega - ale ten zapach powietrza i szum w gałęziach drzew połączone z odgłosami fal bijących o skały, wszystko to jest absolutnie niepowtarzalne.

Pamiętam wiatr nad oceanem w północnej Szkocji - ale także na zachodnich wybrzeżach Hiszpanii, w Portugalii, pamiętam wiatr znad Pacyfiku w Kalifornii, na Santa Monica czy nad Zatoką San Francisco... Taki wiatr, w którym można się zakochać, który wzywa do wypłynięcia na ocean, do wędrowania, do pójścia drogą, której się nigdy nie widziało na oczy.

Choćby dla tego wiatru warto było przejechać te sześć tysięcy kilometrów.

***

Wyprawę generalnie należy zaliczyć do udanych. Pogoda była wspaniała. Potwory na kempingach spisywały się dzielnie i świetnie się bawiły. Zobaczyliśmy kawał Europy, a my z M. przypomnieliśmy sobie nasze dawne wyprawy - i odbudowaliśmy w sobie trochę nadziei, że może jeszcze kiedyś...

Tylko kiedy?


niedziela, 14 sierpnia 2011

Puchatek uniżenie przeprasza, że go tutaj przez miesiąc nie było. Ale był gdzie indziej, gdzie dostęp do sieci nie należał do priorytetów.

Najpierw były przygotowania (równolegle z kończeniem różnych pilnych prac...), potem wyjazd i wyprawa.

Opiszę Wam wszystko, ale jeszcze nie dziś. Bo wczoraj późnym popołudniem wróciliśmy dopiero z wyprawy, zwanej przez M. nieco złośliwie obozem wędrownym.

Przejechaliśmy całe Niemcy (w poprzek) i całą Francję (takoż). Skakaliśmy na falach Atlantyku w Bretanii. Jedliśmy bretońskie naleśniki. Robiliśmy sobie zdjęcia pod menhirami i dolmenami. Potwory zaznały mieszkania w namiocie - i bardzo im się spodobało. I tak dalej.

Przejechaliśmy (od wyjazdu z domu do powrotu pod furtkę) prawie sześć tysięcy kilometrów.

A tak na szybko - trzy krótkie myśli natury geograficzno-teologicznej:

1. Żadne morze, jezioro, staw czy rzeka nie mogą się równać z oceanem.

2. Katedra w Orleanie nie ma sobie równych - żadna inna (nawet paryska Notre Dame, nawet katedra w Chartres...) nie mają w sobie tyle strzelistości, lekkości i gotyckiego piękna (tak, to subiektywna uwaga).

3. Jeśli niebo ma być miejscem doskonałym, to budowę dróg Pan Bóg niewątpliwie powierzy Niemcom.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Pietruszka miał obiecany - w prezencie pierwszokomunijnym - wyjazd z tatą w góry. Taką męską wyprawę, tylko we dwóch. I tak NAPRAWDĘ w góry. Jak usłyszał o tym prezencie, to ucieszył się tak, jak - gwarantuję - żadne dziecko nie cieszyło się z komunijnego roweru, komputera, quada czy co tam teraz akrat jest na topie komunijnych prezentów...

Wyprawa miała mieć miejsce w końcu czerwca, ale pogody nie było, a jechać w Tatry po to, żeby siedzieć w domu u przemiłej skądinąd ciotki A - to, sami przyznacie, byłoby bez sensu.

Pogody nie było i nie było - ale prognozy uważnie obserwowane wskazały jednoznacznie, że pogoda BĘDZIE w czwartek, 7. lipca. Więc Puchatek był zgarnął Pietruszkę i pojechali w środę do Zakopanego, przenocowali u ciotki, a w czwartek rano (BARDZO rano) zerwali się z łóżek i popędzili w góry.

Pietruszka ma dziewięć lat - ale jest naprawdę wspaniałym turystą. Idzie dzielnie, nie marudzi, jest wytrwały... Plan był taki, żeby w ramach tej "górskiej inicjacji" po raz pierwszy umożliwić mu przekroczenie magicznej granicy dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.

Najpierw więc wjechali na Kasprowy (no tak, kolejką - gdyby zaczęli od dwugodzinnego wspinania na Kasprowy, to jednak dla dziewięciolatka mogłoby być za dużo). Kolejka zresztą była dodatkową atrakcją, wiadomo. Zachwyt dziewięcioletniego turysty na widok przepaści za Myślenickimi Turniami był naprawdę ogromny. A potem wyszliśmy na Kasprowy i...

Pietruszka bywał w górach - ale nigdy w takim miejscu. Pogoda była fantastyczna, trochę małych chmurek, słońce, wiatr. Widok - jak to z Kasprowego, na całe Wysokie Tatry. Świnica z gustowną czapeczką z obłoków, Kozie Wierchy, Granaty, Kościelec jak na dłoni, w oddali Krywań... Słowo daję, nigdy Puchatek nie widział u swojego najstarszego potomka takich wielkich oczu. Widać było, że połknął bakcyla.

Z Kasprowego ruszyliśmy na zachód (Świnica - uznał Puchatek - to jednak za dużo dla dziewięciolatka). Goryczkowe, Suche Czuby, Przełęcz pod Kopą - i po mozolnej wspinaczce wreszcie Kopa Kondracka. Dwa tysiące i pięć metrów nad poziomem  morza.

Na Kopie zdjęcia, a potem - w dół, na Przełęcz Kondracką i wgórę, na Giewont...

Giewont to szczyt specyficzny. Miejsce magiczne - ale przez to tak oblężone, że Puchatek był na nim RAZ. Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu. I potem już nigdy, absolutnie nigdy się tam nie pchał - zresztą sam widok kolejki turystów w klapkach czekających na zwolnienie miejsca na łańcuchach zawsze wystarczał, aby Puchatka zniechęcić.

No, ale Pietruszka ma dziewięć lat i marzył, żeby być na Giewoncie - więc Puchatek poszedł. Kolejka koszmarna, ludzi tłum - ale widok ze szczytu (i widok zachwyconej twarzy Pietruszki) był tego wart.

A potem w dół, najcięższą możliwą trasą z zejściem na Strążyską. Łącznie w trasie byliśmy dziesięć godzin. A po powrocie do domu ciotki A. Pietruszka padł na łóżko, chwilę milczał, poczym zapytał:

- No, to teraz już mogę pomarudzić?

***

Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, co się naprawdę kocha. Są ludzie - mam wielu takich znajomych - którzy mimo całej miłości do gór nie lubią Tatr. Bo małe, bo zatłoczone, bo tłum ludzi... Rozumiem ich. Mnie też irytują te tłumy, mnie też męczy "ceprowisko" w którym z rzadka tylko można spotkać prawdziwego turystę. Ja też lubię ciszę Beskidów, nastrój Bieszczadów...

Ale Tatry są jednak niepowtarzalne. Widok Wysokich Tatr ze szczytu Świnicy - czy choćby z Kasprowego i Suchych Czubów - to coś, czego się nie zapomina. I do czego chce się wracać, nawet jeśli trzeba w tym celu ścierpieć te tłumy...

W wysokich górach człowiek czuje, że żyje. Że jest wolny (niezależnie od wszystkich swoich problemów, kłopotów, ciężarów). Człowiek przypomina sobie, kim naprawdę jest. Uświadamia sobie na powrót właściwe proporcje, hierarchię ważności spraw. Z góry widać wyraźniej. Przeszkody które na dole wydaja się nie do pokonania z górskiego szlaku okazują się tym, czym są naprawdę: głupstwami.

W takich górach jestem u siebie. Tam jest moje miejsce (nawet, jeśli na co dzień mieszkam gdzie indziej). Tam zawsze wracam.

You won't know what tomorrow brings / In a world where few hearts survive

All I know is the way I feel / And if it’s real I'm gonna keep it alive

Cause the road, the road is long / There are mountains in our way / But we climb still higher everyday

Lord lift us up where we belong / Where the eagels fly on a mountain high

Lord lift us up where we belong / Up from the worlds we know / Where the clear winds blow (...)

Znacie to? Pewnie znacie. To posłuchajcie.

środa, 24 listopada 2010

Piątek, sobotę i niedzielę spędziły Puchatki w Węgierskiej Górce (czyli w Beskidzie Żywieckim). Wyprawa była na zaproszenie Pewnych Znajomych, którzy poprosili Puchatka o bycie ojcem chrzestnym ich córeczki. Nie, znajomi mieszkają w Warszawie - ale tam właśnie dziecię było chrzczone, z przyczyn różnych.

Dom u uroczych beskidzkich górali (gospodyni, Jagusia, była zresztą chrzestną matką). Cały dom dla nas (to znaczy dla czworga Znajomych i pięciorga Puchatków). Jedzenie takie (i w takich ilościach), jakbyśmy wszyscy pracowali ciężko pod ziemią. Pogoda fantastyczna (to znaczy - jak na listopad).

Ado tego na dole, w "salonie" - kominek, przy którym siedzieliśmy sobie wieczorami leniwie gadając na Poważne Tematy. Jak to przy kominku...

Trochę zdjęć w linku po lewej. :-)

wtorek, 12 października 2010

Tak, dzień szósty i siódmy razem.

Dzień szósty (czyli 1. sierpnia) upłynął mi pod znakiem starego, dobrego autostopu. Rano zwinąłem namiocik i dotarłem z kempingu z powrotem do Oban (z miłą pomocą dwójki przesympatycznych Hiszpanów, którzy podrzucili mnie samochodem, dzięki czemu nie musiałem dreptać z tobołem całych siedmiu kilometrów...).

W Oban zwiedziłem pewien uroczy sklepik prezentowy, gdzie nabyłem drogą kupna jakieś drobiazgi dla reszty Puchatkowa, a potem - jako że to była niedziela - poszedłem na mszę do miejscowej katedry.

A po mszy - wyszedłem na drogę i... Kciuk do góry.

Plan był taki, żeby tego dnia dojechać do Stirling. W Stirling miałem przenocować, a rankiem dotrzeć do Edynburga, żeby ten ostatni dzień połazić po szkockiej stolicy.

Plan udało mi się zrealizować tylko częściowo: rzeczywiście popołudniem dotarłem do Stirling. Niestety, urocze miasto przywitało mnie w mało uroczy sposób, czyli rzęsistym deszczem. Na kemping było daleko, autobus już nie jeździł (niedziela...), trzeba by było zasuwać piechotą ładne parę mil. W deszczu.

Szczerze mówiąc - nie chciało mi się. A że Stirling znałem dosyć dobrze, postanowiłem że od razu pojadę do Edynburga i znajdę schronisko (kemping w Edynburgu jest baaardzo daleko od centrum, w zupełnych burakach, a ja we wtorek musiałem być na lotnisku o szóstej rano).

"Jak pomyślał, tak zrobił". Pociąg podmiejski ze Stirling do Edynburga jedzie trzy kwadranse. Wysiadłem na dworcu Waverley, podreptałem pod górę na Royal Mile i w ciągu kwadransa byłem już zameldowany na dwie noce w schronisku. Umyłem się, zjadłem coś i... jeszcze wieczorem "ruszyłem w miasto".

***

Miasto..

Edynburg to półmilionowe miasto, zdaniem wielu - jedno z najpiękniejszych na całych Wyspach Brytyjskich. Londyn? Londyn jest cudowny, ale to ogromna, kosmopolityczna metropolia. A Edynburg jest taki... bardzo szkocki, ale też bardzo brytyjski właśnie.

W dodatku właśnie zaczynał się Fringe, czyli Festiwal Edynburski. A Fringe to nie tylko znakomite spektakle teatralne, koncerty, wystawy i inne duże wydarzenia artystyczne. Fringe to także teatry uliczne, najróżniejsi magicy i akrobaci na każdym rogu ulicy, połykacze ognia, żonglerzy, ludzie-orkiestry, mimowie, lalkarze klauni... Nie dało się przejść pięćdziesięciu metrów, żeby nie mieć okazji do obejrzenia kolejnego ulicznego przedstawienia, pokazu, koncertu.

Atmosfera fantastyczna - choć muszę przyznać, że po tygodniu spędzonym na Wyspach Zachodnich ta nieprawdopodobna ilość ludzi i wydarzeń sprawiła, że po dwóch godzinach głowa mi pękała.

Więc dałem głowie odpocząć - wróciłem do schroniska i poszedłem spać.

***

W poniedziałek wstałem rano, coś zjadłem, przy śniadaniu pogadałem z sympatycznym Brazylijczykiem (zapytał skąd jestem, odpowiedziałem, na co on odparł że "tak mu się właśnie wydawało, bo wyglądam na kogoś ze wschodu"; odpaliłem, że jakby pomieszkał tydzień w małym namiocie na Western Islands to też by wyglądał na kogoś ze schodu. I obaj się obśmialiśmy).

A potem znowu ruszyłem w miasto... I chodziłem po tym mieście do dziesiątej wieczorem. Tak, chodziłem - w Edynburgu naprawdę wszystko co warte zwiedzania można zobaczyć "na piechotę".

Zamek, Hollyrood, cała Royal Mile (pewnie z pięć razy w tę i z powrotem), katedra, National Gallery of Scotland, parę innych muzeów, park, szkocki parlament, Princess Street i okolice...

Nie będę Wam tego wszystkiego opisywał, bo możecie to znaleźć w dowolnym przewodniku. Powiem tylko, że jak o dziesiątej wieczorem dotarłem z powrotem do schroniska, to nogi mi już właziły tam, gdzie pan może pana majstra... i tak dalej.

A następnego dnia - czyli we wtorek - wstałem o czwartej rano, przed szóstą byłem na lotnisku, o ósmej oderwałem się od pasa startowego (to znaczy nie sam, tylko z całym samolotem Bardzo Tanich Linii) i... po dwóch godzinach z haczykiem lądowałem w Krakowie.

***

I tyle. I wiecie co? Kocia Twarz - już tęsknię za Szkocją...

Ale następny raz (nie wiem kiedy, nie mam pojęcia, ale - nigdy nic nie wiadomo...) to już musi być z M. Bo samotne wędrowanie ma swoje uroki, ale wędrowanie z Nią ma tego uroku zdecydowanie więcej.

środa, 06 października 2010

Dzień piąty - czyli 31. lipca. I tu właściwe samego opowiadania jest stosunkowo niedużo...

Z Lochmaddy porannym autobusem (czyli w zasadzie minibusikiem) pojechałem na południe. Przejechałem wzdłuż cały North Uist, Benbeculę, South Uist, dotarłem na Barrę. Widoki, widoki, widoki... (kilka obrazków wrzucam poniżej). Z Barry cofnąłem się na South Uist, do Lochboisdale, skąd późnym popołudniem odpłynąłem już, niestety, na szkocki mainland, do Oban.

Z ciekawszych widoków - z pokładu promu zobaczyłem nagle dużą (półtora - dwa metry wysokości)... trójkątną płetwę nad wodą. Skojarzenie ze "Szczękami" nasunęło się niemal automatycznie. Płetwa była ewidentnie trójkątna, nie podłużna - a więc nie były to orki. Rekin? TAKI rekin?! Nawet ten w "Szczękach" musiał być mniejszy... Okazało się (co wytłumaczył mi jakiś uprzejmy Szkot widząc moje zdziwienie), że to rzeczywiście rekin - ale też że skojarzenie ze "Szczękami" było zupełnie nietrafione. To był rekin długoszpar - rybka niemała, drugi co do wielkości (po rekinie wielorybim) rekin świata (10 do 12 metrów długości, 4 tony...). Ale przy tym wszystkim zwierz zupełnie niegroźny, bo żywi się wyłącznie planktonem... W czasie ponaddwugodzinnej przeprawy widziałem ich łącznie chyba z dziesięć. "Leżały" tuż pod powierzchnią wody i wygrzewały się w promieniach słońca...

Wieczorem byłem już w Oban - uroczym portowym miasteczku położonym mniej więcej w połowie wysokości zachodniego wybrzeża Szkocji. Miasteczku? Po tym, co widziałem na Hebrydach powinienem chyba napisać - "w wielkim mieście"...

Zjadłem coś, a potem zarzuciłem plecak i ruszyłem na kemping. Przetuptałem tak, lekko licząc, siedem kilometrów, na miejsce dotarłem po dziesiątej wieczorem. Mżyło... Namiot, prysznic i spać. A nazajutrz czekała mnie droga z Oban w kierunku Edynnburga...

Obrazki (nie moje, na szybko znalezione w sieci...)

Benbecula:

South Uist:

Barra:

Oban:

wtorek, 21 września 2010

Hostel w Lochmaddy... Urocze miejsce. Naprawdę. Takie jakieś... turystyczne. Jacyś morscy kajakarze, którzy przypłynęli na Uist na kajakach (!) z Oban, przez Morze Hebrydzkie. Jakiś ojciec z dwojgiem nastoletnich dzieci jadący przez całe Western Islands na rowerach. Jakiś motocyklista przemierzający to odludzie na wielkim Harleyu - i tym podobne typy. Dało się pogadać...

Zjadłem coś (tak, poczęstowano mnie - jak się towarzystwo dowiedziało, że przyjechałem już po zamknięciu jedynego sklepiku, to mnie po prostu nakarmili...) i poszedłem na długi spacer.

Długi - bo w tej okolicy krótko spacerować się nie da. Jak już człowiek wyjdzie za próg, jak wejdzie na drogę pomiędzy kamienistymi wzgórzami, to mógłby tak iść i iść... ("A droga wiedzie w przód i w przód...").

Pustka. Cisza. Jakiś wiatr, jakieś ptaki, czasami beczenie samotnej owcy snującej się niedaleko szosy. "Szosa" to dróżka na szerokość jednego samochodu z mijankami. Domków - po wyjściu z "miasteczka" - w zasadzie brak. Kamienie, trawy, trochę wrzosów, jakieś drzewka, tu i tam niewielkie lustra wody... I nad tym wszystkim takie bardzo, bardzo wyspiarskie niebo: trochę pochmurne, ale z przebłyskami słońca: niesamowity zestaw plam czystego błękitu przeświecających pomiędzy groźnymi (pozornie...) stalowo-sinymi chmurami.

Pewnie się powtarzam - ale przez takie okolice mógłbym iść bez końca. To klimat w którym samo przemieszczanie się, samo poczucie stawiania kolejnych kroków, sam wiatr i promienie słońca na twarzy sprawiają, że czuję się szczęśliwy (co, że patetyczne? Trudno, u ha ha). Że tak zwana "reszta świata" przestaje istnieć. Że wszystkie trudne sprawy, kłopoty, nierozwiązane problemy, ważne-rzeczy-do-zrobienia, polityczne spory, przepychanki i jazgot wydają się być równie odległe jak ciemna strona księżyca.

W takich chwilach zawsze myślę, że mógłbym w takim miejscu mieszkać. Rzucić wszystko, wziąć rodzinę i wynieść się tam, gdzie można tak właśnie iść przed siebie. Tak, tak, to oczywiście fikcja, realia pewnie byłyby zupełnie inne...

Po kilku godzinach takiego wędrowania, okrężną drogą wróciłem do Lochmaddy. Ale nie poszedłem prosto do schroniska, tylko "główną ulicą" podreptałem na przystań.

Przystań w Lochmaddy... O, przepraszam: "Lochmaddy Ferry Terminal". Betonowe nabrzeże, przy którym stoi bardzo nowoczesna (zbudowana kilka lat temu) szklano-metalowa "buda" w której można kupić bilety na prom i poczekać na wygodnych krzesełkach jeśli akurat pada.

Promy które tu przypływają z Oban to naprawdę spore statki (każdy zabiera koło setki samochodów). Jeden z nich (bodaj MV Clansman) stał właśnie przy nabrzeżu - wielka, stalowa góra przycumowana przy niewielkim skrawku betonu sprawiała kompletnie surrealistyczne wrażenie - jak czołg zaparkowany przy domku dla lalek.

Wrażenie potęgował jeszcze fakt, że jak okiem sięgnąć - ani na statku, ani na nabrzeżu, ani przy widocznych w głębi domach - nie było żywego ducha. Mały port, wielki prom, parę domków - i kamieniste wzgórza dookoła. Krajobraz trochę jak z katastroficznych filmów z gatunku "wszyscy ludzie na świecie wymarli, ja jestem ostatni".

Było już dobrze po jedenastej w nocy - ale na dworze było zupełnie jasno. Kiedyś już chyba o tym pisałem: północ Szkocji jest już na tyle daleko na północ (a Hebrydy - dodatkowo na zachód), że słońce zachodzi tu dużo później, niż w Polsce. O wpół do dwunastej w nocy (a więc o wpół do pierwszej polskiego czasu) jest jeszcze zupełnie jasno. Naprawdę ciemno robi się po północy, ale już o trzeciej można czytać na dworze bez latarki. Mowa o miesiącach letnich, rzecz prosta.

Siadłem na betonowym nabrzeżu, tyłem do statku i "terminalu promowego", z twarzą zwróconą na zatokę. Siedziałem tak godzinę, po prostu gapiąc się na morze, na wzgórza po drugiej stronie zatoki, na skały wystające z wody. W miarę jak słońce zachodziło zielono-kamieniste wzgórza powoli traciły kolor i zamieniały się w czarne sylwety na tle jasnego jeszcze nieba. Woda była niemal zupełnie gładka, wiatr ustał.

Jest coś niemal magicznego w takim morsko-zatokowym krajobrazie tuż po zachodzie słońca. O tym też już chyba kiedyś pisałem - ale w takich chwilach rozumiem ludzi którzy kiedyś, dawno temu, siedzieli nad morzem i zastanawiali się co jest tam dalej. Za pasmem skał, za zatoką... Za morzem... To właśnie takie chwile - tak myślę - sprawiły, że ludzie w końcu zaczęli budować łodzie, statki, że ruszyli na morze, że szukali za tym morzem nieznanych lądów. Potem był Brendan Nawigator, potem byli Wikingowie, Magellan, Kolumb, Cook... Ale wcześniej, gdzieś w zamierzchłej przeszłości, wszystko zaczęło się właśnie od takiego siedzenia na morzem, o zmierzchu, od patrzenia na tajemniczo wyglądająca wodę i myśli "Co jest tam dalej?"...

Plum! Kilka metrów od miejsca w którym siedziałem z wody wnurzyła się foka. Rozejrzała się, poniuchała, zniknęła. Po chwili wynurzyła się znowu, metr czy dwa dalej. Siedziałem w zupełnym bezruchu, nie wiem czy zdawała sobie sprawę z mojej obecności... Niestety, było już za ciemno żeby zrobić zdjęcie (podejrzewam zresztą, że gdybym zaczął odpinać pokrowiec aparatu, natychmiast zniknęłaby pod wodą).

Wróciłem do hostelu koło pierwszej i położyłem się spać, ale długo jeszcze nie mogłem zasnąć. Wiatr szumiał za oknami a ja ciągle myślami byłem na wzgórzach, na drodze, nad wodą.

I tylko żałowałem, że jestem tu sam. Muszę kiedyś przyjechać tu razem z M. Muszę jej to pokazać.

piątek, 10 września 2010

Dzień czwarty, czyli 30. lipca.

Najgorszy pogodowo dzień całej wyprawy... Kiedy obudziłem się rano - padało. Nie lało, ale padało. Niebo było szare (nasi górale mawiają na takie niebo "zaciungło się"). Zwinąłem się, zjadłem coś i ruszyłem ze Stornoway na południe. Ruszyłem z niejakim żalem, bo gdybym mógł, to chętnie bym się jeszcze po Lewis powłóczył - ale cóż, czasu miałem tyle, ile miałem. Czyli mało.

Droga na południe, z powrotem w kierunku Tarbert, bez większych niespodzianek. Padało, przestawało, znowu padało... Ale ludzie autostopowicza zabierali chętnie, a po drodze były piękne góry, którym snujące się między nimi pasma mgły dodawały tylko uroku i tajemniczości...

Szkockie góry to specyficzne miejsce: niby nie są wysokie, ale kiedy się po nich chodzi potrafią dać w kość. Ben Nevis (najwyższy szczyt całych Wysp Brytyjskich) ma wysokość bieszczadzkiej Tarnicy - więc komuś kto zna Tatry, chodził po Pirenejach i był w Górach Skalistych, łatwo taką "górkę" zlekceważyć. Znam osobiście co najmniej trzy osoby, które się na Ben Nevis ostro nacięły - właśnie dlatego, że spojrzały na mapę czy do przewodnika i pomyślały: "Eeee, 1300 z groszami, wielka mi góra!". Mało kto (z przyjezdnych) bierze pod uwagę fakt, że na Tarnicę (jeśli już jesteśmy przy tym porównaniu) wchodzi się z Doliny Wołosatki, czyli "w pionie" około 500 metrów. Natomiast na Ben Nevis - jeśli wybierzemy szlak z Fort William - wchodzi się w zasadzie z poziomu morza, czyli przewyższenie wynosi całe 1300 metrów...

Oczywiście Ben Nevis to była tylko dygresja (nie leży on przecież na Hebrydach) - ale jadąc ze Stornoway na południe (a zwłaszcza stojąc w oczekiwaniu na okazję) przyglądałem się tym wyspiarskim górom i myślałem, że chciałbym kiedyś przyjechać tu tylko po to, aby po nich powędrować. Wysokie nie są (najwyższe - niecałe 600 metrów n.p.m., większość poniżej 300...), ale naprawdę byłoby gdzie chodzić i co oglądać. Może kiedyś...

Tymczasem stałem sobie na poboczu czekając na okazje (samochody pojawiały się średnio co dziesięć minut...), dmuchałem sobie w organki i czułem się jak za dawnych czasów - jakby cały czas tego świata należał do mnie, jakbym nic nie musiał, nigdzie się nie spieszył... Złudzenie, ale miłe. :-)

Chciałem odbić od głównej drogi w prawo, czyli na zachód, aby dotrzeć do miejscowości (?) o uroczej nazwie Hushinish, gdzie podobno są przepiękne klify i w ogóle bajkowy krajobraz. Niestety, to akurat mi się nie udało: stałem przy drodze odchodzącej na zachód, w deszczu, przez półtorej godziny (!) - przez ten czas przejechały tamtędy dwa (!) samochody, oba zbyt pełne, aby mnie zabrać. Poddałem się - ruszyłem dalej na południe, to Tarbert. W Tarbert złapałem już regularny autobus (...autobus to brzmi dumnie, w gruncie rzeczy był to dziesięcioosobowy mikrobusik) którym ruszyłem na samo południe wyspy, do Leverburgha.

O Leverburghu niewiele mogę napisać, bo to w zasadzie bardziej punkt na mapie niż "miejscowość". Ale po drodze...

Przyznam, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nawet w Szkocji.

Z Tarbert do Leverburgha prowadzą dwie drogi - "główniejsza", zachodnim wybrzeżem i "boczna" wschodnim. Traf chciał, że ten akurat autobus jechał tą "boczną.

Głusza. Kompletna głusza i dzicz. Wzgórza, niekończące się wzgórza - bez drzew, bez domów, niemal bez śladów działalności człowieka. Kamienie i trawa, trawa i kamienie. Trochę wrzosów, dużo wody, kamieni, trawa, kamienie... Czasami tylko - jakżeby inaczej - jakieś owce. O, taki klimat:

Gdzieniegdzie - z rzadka - jakiś samotny domek. I tak przez dobre dwadzieścia kilometrów. Krajobraz po prostu hipnotyzujący... Największe wrażenie zrobił na mnie moment, kiedy jeden z pasażerów - starszy człowiek z dużą torbą i twarzą pooraną wiatrem - powiedział kierowcy, że wysiada. Autobus zatrzymał się "w środku niczego" (nie było tam przystanku, nie było nic...), mężczyzna wysiadł, zarzucił swoją torbę na ramię i... poszedł. Ruszył pod górę ścieżką, którą zauważyłem dopiero kiedy na nią wszedł. Zapewne za wzgórzem był jego domek, zapewne... Ale z mojego punktu widzenia - zza szyby odjeżdżającego autobusiku - wyglądało to tak, jakby po prostu postanowił pójść "na pustynię". Poszedł między skaliste wzgórza i zniknął...

Do Leverburgha dojechałem po południu. Coś zjadłem w miejscowej restauracyjce (czyli w starym autobusie w którym na kilku ławkach można było usiąść i zamówić fish and chips albo jakiegoś hamburgera...) i poczekałem na prom. Promem (takim małym, na kilka samochodów...) przepłynąłem na Berneray - niewielką wyspę, z której już połączeniem drogowym można jechać dalej na południe na North Uist. Kolejne dwadzieścia kilometrów (już autostopem, nie wiem czy na tej trasie w ogóle jeżdżą jakiekolwiek stałe autobusy...) podobnymi drogami z mijankami co 200 metrów i owcami snującymi się melancholijnie wśród kamieni (i po asfalcie) - i dotarłem do Lochmaddy, "stolicy" North Uist.

Lochmaddy wygląda tak:

Tak, jakby kto pytał - to już w zasadzie cała miejscowość. Po okolicznych wzgórzach (patrz poprzednie zdjęcie) rozrzuconych jest jeszcze kilka domków, "z tyłu" jest jeszcze jedna "uliczka" (nie wiem, czy nie jest to zbyt odważne słowo w tym kontekście), ale poza tym nie ma tam NIC. Jeden hotelik, jeden sklepik (otwarty do piątej po południu, a ponieważ przyjechałem kwadrans po piątej, nie miałem już szans kupić sobie nic na kolację...). Jeden hostel. Kempingu brak.

Co było robić, poszedłem do hostelu...

Ale o tym już w następnym odcinku.

 
1 , 2 , 3 , 4