Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

Puchatek Myśli (?!)

wtorek, 18 października 2016

Nie śledzę - jak kiedyś - na bieżąco programów informacyjnych, nie oglądam wiadomości w TV (za nerwowy jestem…), czasami wysłucham newsów w radiu jadąc samochodem - jeśli akurat trafię na "pełną godzinę". Wiadomości o tym, co się dzieje, czerpię głównie z sieci - bo to jest bezpieczniejsze: słowo pisane (nawet, jeśli podłe, złe, nienawistne czy po prostu głupie jak pasztet) jest już przetworzone, obrane z wierzchniej warstwy emocji, wyrwane z gorącej chwili. Można się nad nim zastanowić.

I to, zdaje się, sprawia, że - z punktu widzenia polityków - jestem chyba najgorszym możliwym rodzajem obywatela: zastanawiam się. Kiedy kolejny polityczny harcownik gada, co my ślina (albo partyjny rozdzielnik) na język przyniesie, nie wystarcza mi, że pomyślę "Tak, ma rację" albo "Nie, bzdury gada". Analizuję. Myślę. Przetwarzam. Porównuję z innymi wypowiedziami. Odnoszę do faktów. I tak dalej…

Wnioski, do jakich dochodzę, są dość przygnębiające. Są takie słowa - kiedyś już chyba je tu cytowałem - które moim zdaniem najlepiej oddają naszą polityczną rzeczywistość. Słowa ewangelickiego pastora, Dietricha Bonhoeffera - człowieka, który sprzeciwił się nazistom i przypłacił to życiem. A jednak to nie czyste zło nazizmu Bonhoeffer uważał za największe niebezpieczeństwo, największego "wroga" ludzkości. W jednym ze swoich pism napisał coś, co dziś powinno chyba pro memoria wisieć w sejmie, senacie i wszędzie tam, gdzie przebywają ludzie mający jakikolwiek wpływ na rzeczywistość.


"(...) głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż przewrotność. Przeciw złu można protestować, można je demaskować, w razie potrzeby można mu przemocą zapobiec. Zło obarczone jest zawsze zarodkiem samozagłady, gdyż pozostawia w człowieku co najmniej niesmak.

Wobec głupoty jesteśmy bezbronni. Protestami czy przemocą nic się nie wskóra, argumenty na głupiego nie działają, faktom, które przeczą jego uprzedzeniu, po prostu nie wierzy. W tych przypadkach staje się nawet krytyczny, a kiedy faktów ominąć nie można - odsuwa je zwyczajnie na bok, jako nic nie mówiące, sporadyczne przypadki. Nigdy już więcej nie podejmujmy próby przekonania głupca, odwołując się do sedna rzeczy. Jest to bezsensowne i niebezpieczne".

Amen.

środa, 28 października 2015

Czasami mam takie wrażenie, że to wszystko toczy się obok mnie. Dzieci, szkoły, zakupy, obiady, cała ta codzienna krzątanina. Liście na drzewach żółkną i czerwienieją, w nocy robi się zimno, dziś nawet był lekki przymrozek… Wieje jesienny wiatr, wczoraj na niebie wisiał księżyc w pełni, wielki, wyraźny w chłodnym powietrzu.

Ale to wszystko jest po trochu nierzeczywiste. Tak, jakby działo się gdzieś indziej, jakbym to oglądał na ekranie. Jakbym stał obok i patrzył. A moje myśli, uczucia, skojarzenia biegają zupełnie gdzie indziej. Jakimiś dziwnymi, krętymi ścieżkami przez wzgórza i wrzosowiska, pod innym księżycem, pod innymi gwiazdami. W miejscach, których już nie ma.

poniedziałek, 21 września 2015

Czytam Murakamiego. Nikt chyba nie pisze o samotności tak, jak on. Jego bohaterowie zawsze - prawie zawsze - są samotni. Nawet, jeśli mają jakichś przyjaciół, jakieś bliskie osoby, jakichś przyjaciół / mężów / żony / kochanków, to gdzieś tam głęboko są bardzo samotni. Samotność jest głównym tematem jego prozy.

I jest to właśnie typowa "samotność epoki postmodernizmu" - samotność w tłumie, samotność u boku bliskiej osoby, w grupie przyjaciół, w łóżku z kochankiem / kochanką, w podróży, na zatłoczonej ulicy… Samotność, która nie daje się pokonać, ogarnąć, zmienić. To dlatego tak częstym motywem w książkach Murakamiego jest sytuacja, w której osoba bliska bohaterowi znika. Czasami nie wiadomo, co się z nią stało, czasami maczają w tym palce jakieś siły nadprzyrodzone (motywy będące japońskim odpowiednikiem południowoamerykańskiego realizmu magicznego), czasami po prostu odchodzi "bez możliwości powrotu" albo popełnia samobójstwo…

Kiedyś uważałem, że najlepszą książką o samotności jest "Buszujący w zbożu". Ale Salinger tylko pokazuje samotność. Pokazuje ją w sposób przejmujący, głęboki, bolesny - ale tylko pokazuje. Murakami przeprowadza jej wiwisekcję, rozbiera ją na czynniki pierwsze, wgryza się, próbuje zrozumieć - nie tyle jako stan, w którym się znajdujemy, ale jako fenomen, jako dynamiczne, żywe, nieustannie mutujące zjawisko.

Salinger ukazuje stan - Murakami analizuje, bada, szuka przyczyn, korzeni, źródeł. I nawet jeśli prędzej czy później dochodzi do tego samego (nie oszukujmy się…) wniosku, który sformułowali już autorzy tragedii antycznych, to jednak pozwala tę swoją (swoją?) samotność trochę lepiej zrozumieć.

wtorek, 31 grudnia 2013

Ano tak – żadnych świątecznych wpisów. Wybaczcie. Jakoś nie było ani czasu, ani chęci.

U nas święta w tym roku chorobowe. Jedno zapalenie ucha, jedno zapalenie oskrzeli, jeden katar jak stąd na Kamczatkę, dwa razy "głowa boli" plus "brzuch męczy" (przy czym to ostatnie bez żadnego związku ze świątecznym przejadaniem się).

Za to kilka miłych spotkań z różnymi Jakiś Czas Nie Widzianymi Znajomymi, kilka fajnych rozmów, ze dwie dobre książki. Czyli generalnie – bilans na zerze.

***

Myśli po lekturze opowiadań Murakamiego ("Zniknięcie słonia").

Są dwa rodzaje samotności. Jest dobra samotność, czas dla siebie, możliwość wędrowania w ciszy, bez natłoku myśli, bez konieczności rozmowy. Każdy potrzebuje takiej samotności – niektórzy tylko czasami, inni częściej. Ale jest też zła samotność – samotność w tłumie, poczucie opuszczenia, świadomość że nie ma do kogo wyciągnąć ręki, że nie ma dokąd wracać.

Są dwa rodzaje ciemności. Jest dobra ciemność – ciemność która pozwala odpocząć oczom, która (paradoksalnie) pozwala widzieć dalej ("…w nocy widzi się dalej, bo w nocy widać gwiazdy"). Ciemność ciepłej, letniej nocy – albo nocy zimowej, pełnej gwiazd, w ciszy po Wigilii. Ale jest też zła ciemność – taka, która nie pozwala widzieć wyraźnie, która sprawia że człowiek potyka się na drodze, że nie widzi celu. Ciemność, w której czają się potwory.

Są dwa rodzaje ciszy. Jest dobra cisza – cisza odpoczynku, cisza zamyślenia, cisza modlitwy. Cisza, w której słyszy się własne serce, w której można usłyszeć szum wiatru i śpiew ptaków. Cudowna cisza, w której słowa przestają być potrzebne, w której rozumie się drugiego człowieka bez konieczności werbalizacji myśli. Cisza, w której do człowieka mówi Bóg. Ale jest też zła cisza – pustka, która uniemożliwia komunikację (albo która wynika z faktu, że nie ma się z kim komunikować). Cisza która jest zimna, która zamraża od środka. Cisza która powstaje kiedy ktoś cię odrzuca, kiedy ktoś nie chce do ciebie mówić. Cisza, która – jak śpiewali Simon i Garfunkel – "rozrasta się jak rak".

Każdy człowiek który jakiś czas po świecie chodzi na pewno doświadczył jednego i drugiego. Murakami – to motyw powracający we wszystkich jego książkach – pokazuje, jak cienka potrafi być granica między dobrą a złą samotnością, między dobrą a złą ciemnością i ciszą. Ale mówi też o tym, że bez takiego doświadczenia – bez doświadczenia dobrej i złej samotności, ciemności, ciszy – nigdy nie staniesz się naprawdę sobą. Nie poznasz siebie. Nie będziesz człowiekiem.

A to, po której stronie tej cienkiej granicy się znajdujemy, zależy jednak przede wszystkim od nas samych. Choć uświadomienie sobie tego bywa bolesne…

poniedziałek, 28 października 2013

Mam takie wspomnienie dotyczące Tadeusza Mazowieckiego…

1989 r., wigilia Bożego Narodzenia, pasterka w mojej rodzinnej parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Tłum ludzi, jak to na pasterce. Msza się kończy, proboszcz – także już nieżyjący o. Mirosław Paciuszkiewicz SI – jak zwykle składa parafianom życzenia świąteczne. To szczególny moment, pierwsze Boże Narodzenie po przełomie, wszyscy wciąż jeszcze mają poczucie wielkości chwili, historyczności wydarzeń…

I nagle o. Paciuszkiewicz dodaje:

– Kochani, właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że jest z nami na mszy pan premier Tadeusz Mazowiecki, którego chciałbym z wielką radością powitać w naszej wspólnocie!

Ludzie zaczynają się nerwowo rozglądać: gdzie, gdzie stoi? Ktoś obok mnie szeptem mówi, że dwie ulice od kościoła na Rakowieckiej mieszka syn Mazowieckiego, że pewnie był na wigilii u syna…

A proboszcz składa mu życzenia świąteczne w imieniu całej parafii, po czym dodaje (cytując z pamięci, z głowy cały fragment "Kwiatów Polskich"):

– Brzmią mi dziś w uszach słowa Juliana Tuwima:

Chmury nad nami rozpal w łunę,

Uderz nam w serca złotym dzwonem,

Otwórz nam Polskę, jak piorunem

Otwierasz niebo zachmurzone.

Daj nam uprzątnąć dom ojczysty

Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych

Jak z grzechów naszych, win przeklętych.

Niech będzie biedny, ale czysty

Nasz dom z cmentarza podźwignięty.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi

I brzask wolności ją ozłoci,

Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,

Mocnych w mądrości i dobroci.

– I wierzę, Panie Premierze, że oto dziś, po tylu latach, dobry Bóg wysłuchał tej modlitwy Poety – dodaje. – Że mamy dziś rządy mądrych, dobrych ludzi.

Wierzcie albo nie, ale pół kościoła miało łzy w oczach.

*

Przez te dwadzieścia z górą lat od 1989 r. prawie zawsze idąc na wybory prezydenckie miałem poczucie, że głosuję "przeciw". Że głosuję na X, choć wcale nie jestem do niego przekonany, żeby prezydentem nie został Y.

Jeden, tylko jeden raz głosowałem naprawdę "za", naprawdę z pełnym przekonaniem że chciałbym, aby ten właśnie człowiek został prezydentem mojej ojczyzny. Jeden raz: w 1990 r., w pierwszej turze, kiedy głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego.

środa, 03 kwietnia 2013

Pietruszka (klasa czwarta, jakby co) miał coś w szkole o stylach w architekturze. Lekcje odrabiał – i nie był pewien, więc przyszedł zapytać: czy kościoły romańskie to "okrągłe łuki", a gotyckie – "ostre łuki", czy odwrotnie?

Odpowiedziałem mu, rzecz prosta, ale potem – odruchowo, automatycznie – rzuciłem przykładami. Przykładami, które Pietruszka widział na własne oczy.

– Pamiętasz katedrę w Spirze? Grube mury, niewielkie okna z "normalnymi" łukami… To jaka to była katedra?

– Romańska – odparł, i słusznie.

– A katedra w Orleanie? Lekka, pełno światła, wielkie okna z witrażami, ostre łuki?

– Gotycka – odpowiedział Pietruszka i widać było, że łapie o co chodzi. Że już gotyku z romańszczyzną nie pomyli. Bo był, bo widział – nie tylko na zdjęciu, ale "na żywo". Bo wszedł do środka, bo patrzył zadzierając głowę, bo słyszał jak się dźwięk rozchodzi i jak światło pada przez okna…

Zdałem sobie sprawę, jak bardzo jego dzieciństwo różni się od mojego. Że to wszystko co on już widział – mając lat jedenaście! – ja odkrywałem dla siebie dopiero na studiach.

Wspaniałe.

poniedziałek, 07 stycznia 2013

"Znany dziennikarz sportowy" Krzysztof Stanowski opublikował w Internecie swoisty manifest o tym, że – mówiąc w uproszczeniu – media ogłupiają ludzi. Piszę "znany dziennikarz" w cudzysłowie, bo ja go akurat zupełnie nie znam (zapewne dlatego, że średnio interesuję się sportem w mediach).

Teza ogólna: media karmią nas papką, za to nie wiemy co się naprawdę dzieje na świecie, kto nim rządzi i co jest naprawdę ważne.

Próbka tekstu:

Wiem, że Anna Mucha jeździ mercedesem, a nie wiem, kto rządzi Izraelem.

Wiem, że Doda rozstała się z chłopakiem, a nie wiem, kto rządzi Izraelem. (…)

Wiem, że Ewa Farna tyje, ale nie wiem, kto rządzi Chinami.

Wiem, że nowy iPhone jest dłuższy niż stary, a nie wiem, kto rządzi Chinami.

Jestem idiotą.

Wniosek:

Coś jest nie tak z przekazem medialnym.

"Coś jest nie tak z przekazem medialnym"?

A może jednak coś jest nie tak z panem Stanowskim i tymi, którzy przyklaskują jego tezie?

Od kogo zależy to, co czytam i na co zwracam uwagę? Zawsze myślałem, że głównie jednak ode mnie. Nie mam pojęcia, czym jeździ Anna Mucha - wiem o tej pani tyle, że to aktorka którą widziałem w jednym chyba filmie (no cóż, może akurat gra w tym typie kina, który nie przyciąga mnie przed ekran). Ewa Farna? Słyszałem w radiu ze dwie jej piosenki, ale fakt że utyła jakoś umknął mojej uwadze.

A może nie "umknął"? Może po prostu nie czytam "Plotków", "Pudelków", "Faktu" i innych plotkarskich "mediów"?

Za to owszem, wiem kto jest premierem Izraela, wiem kto rządzi w Chinach i co się zmieniło w tym kraju po ostatnim zjeździe KPCh. Wiem też wiele innych rzeczy.

A przecież, panie Stanowski, mamy - jak sądzę - dostęp do tych samych informacji, do tych samych mediów, tych samych stron internetowych.

Więc jak - czy to wina mediów i dziennikarzy? Czy jednak dokonywanych przez nas każdego dnia wyborów?

Innymi słowy - proszę wybaczyć - trudno mi zrozumieć, dlaczego zwala Pan na media i dziennikarzy winę za własną głupotę i za to, że zamiast zainteresować się światem czyta Pan "Pudelki"... Z całego Pańskiego tekstu z jednym stwierdzeniem jestem zmuszony się zgodzić: rzeczywiście, czytając Pański manifest odnoszę wrażenie, że jest Pan idiotą.

Tylko czy to na pewno wina mediów?…

A przy okazji: "Pudelki" funkcjonują dlatego, że ludzie chcą je czytać. Nie oszukujmy się: nikt o tyciu młodocianej gwiazdki czy samochodzie popularnej aktorki nie pisze "dla idei". Można się oburzać na "płytkie media", ale gdyby nie było ludzi chętnych na tę papkę, to nikt by jej nie produkował.

"Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!" - że zacytuję klasyka...

 

 

piątek, 20 kwietnia 2012

Muszę kilka słów na ten temat napisać - bardziej dla siebie w gruncie rzeczy, niż dla kogoś kto to będzie czytał: żeby trochę poukładać własne emocje, zgodnie z zasadą "co zwerbalizowane, to uświadomione".

Czytam gazety, słucham jakichś wiadomości w radiu (to drugie głównie w czasie jazdy samochodem) - nie sposób w ostatnich dniach uniknąć informacji o wydarzeniach związanych z trwającym właśnie procesem Andersa Breivika, mordercy z Norwegii. Słucham,czytam - i łapię się na tym, że to jedne z nielicznych ostatnio informacji, które budzą we mnie aż tyle emocji.

Breivik podnoszący rękę w faszystowskim pozdrowieniu, wygłaszający przed sądem swoje tyrady, narcystycznie wzruszający się własnym filmikiem propagandowym. Breivik "żądający" kary śmierci lub uniewinnienia, bo "tylko to byłby oznaką szacunku".

"Dlaczego morderca traktowany jest jak człowiek, dlaczego ma uczciwy proces, dlaczego nie potraktuje się go tak samo, jak on potraktował swoje ofiary?" - tego typu pytania (oczywiście w znacznie mniej poukładanej i kulturalnej formie...) padają codziennie na setkach forów internetowych, na listach dyskusyjnych, w telewizyjnych talk-show. Oczywiście, to pytania wynikające z emocji, z wściekłości, z bezsilności w gruncie rzeczy - ale odpowiedź na nie jest stosunkowo prosta (co nie znaczy, że łatwa do przyjęcia): "Dlatego, że tym właśnie się od niego różnimy".

A jednak jest w tym wszystkim coś, czego mi brakuje.

Brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział temu człowiekowi prosto w oczy kim jest i dlaczego naprawdę zrobił to, co zrobił. Bo na razie - niezależnie od wymiaru kary etc. - Breivik naprawdę wierzy w te dyrdymały, które głosi.

W studiach telewizyjnych i radiowych, na łamach poważnej prasy i amatorskich blogów - podobnie zresztą jak w autobusach i kolejkach po bułki - trwa dyskusja "dlaczego". Analizuje się "manifest" mordercy, jego deklaracje, jego wytłumaczenia.

A ja mam ochotę krzyknąć: BZDURA! Nic nie rozumiecie. W ten sposób tylko realizujecie jego scenariusz.

Bo prawdziwy powód tego co zrobił Breivik jest inny. I nie ma nic wspólnego z taką czy inną ideologią, naprawdę.

Powód jest prosty. Jest zresztą zawsze taki sam - czy chodzi o Breivika, czy o tego łotra który bohatersko strzelał do małych dziewczynek w Tuluzie, czy kogokolwiek.

Breivik zrobił to co zrobił tylko i wyłącznie z tego powodu, że jest nikim. Jest małym, nic nie wartym, tchórzliwym człowieczkiem - małą gnidą, która po prostu nie potrafi zaistnieć inaczej, jak tylko zabijając i niszcząc. I to jest jedyna odpowiedź na pytanie "dlaczego". I taką właśnie odpowiedź powinien Anders Breivik usłyszeć. Ktoś powinien mu to prosto w oczy powiedzieć. Ktoś powinien przed nim stanąć - tam, na tej sali sądowej - powiedzieć mu w twarz:

Panie Breivik, jesteś pan nikim. Jesteś pan megalomanem, narcyzem, a w dodatku - wbrew wysokiemu o sobie mniemaniu - parszywym tchórzem. Tak, panie Breivik, tchórzem.

Bo przecież to nie przypadek, że na swoje ofiary wybrałeś pan te dzieciaki na Utoyi. Najsłabsze możliwe ofiary. Bezbronne. Nie zaatakowałeś pan posterunku policji czy bazy wojskowej. Nie pojechałeś pan walczyć do Afganistanu czy Iraku. Pojechałeś pan na Utoyę i strzelałeś do bezbronnych dzieci. A jak tylko pojawiła się uzbrojona policja, to wbrew dzisiejszym deklaracjom o gotowości na śmierć - natychmiast grzecznie się pan poddałeś.

I właśnie dlatego, panie Breivik, niczym się pan nie różnisz od innych bandytów strzelających do bezbronnych ludzi. Od tego sukinsyna z Tuluzy, od tych Talibów którzy strzelają do wychodzących ze szkoły dziewczynek bo uważają że dziewczynki nie powinny się uczyć, od bandytów którzy strzelali do dzieciaków w szkole w Biesłanie...

Można wierzyć w różne rzeczy. Można wyznawać różne idee. Ale jeśli w imię tych idei morduje się z zimną krwią niewinnych i bezbronnych ludzi - te idee tracą jakiekolwiek znaczenie. Człowiek strzelający do uciekających dzieci jest nikim, panie Breivik. Niezależnie od tego, czy robi to w imię idei prawicowych czy lewicowych, religijnych czy antyreligijnych.

Uczciwy proces - tak. Rezygnacja z kary śmierci - tak, mimo wszystko. Tym się, powtarzam, do Breivika różnimy. Ale szkoda, że nikt nie powie Breivikowi w oczy prawdy o nim samym. Prawdy, które może (może...) zachwiałaby jego narcyzmem i samozachwytem, jego nadętą megalomanią. Że nikt nie powie mu: jesteś pan nikim, jesteś tchórzem. Może TO właśnie byłaby dla niego najmocniejsza kara.

***

Choćby ludzie walczyli o najszlachetniejszą sprawę, o najbardziej słuszne racje, choćby „na wejściu” mieli rację – jeśli zaczną dochodzić swoich praw wysadzając w powietrze niewinnych ludzi czy strzelając do dzieci, przegrywają. Przegrywają podwójnie – raz, bo ludzie odwracają się od nich i ich (choćby najsłuszniejszej) sprawy, przejęci wstrętem, oburzeniem, obrzydzeniem. I drugi raz, bo walcząc ze złem (czy z tym, co uważają za zło) sami stają się źli, sami stają się zatem tym, z czym walczą. Oto prawdziwa klęska…

środa, 18 stycznia 2012

Bo zima to nie jest to, co Puchatki lubią najbardziej.

Są takie chwile, kiedy po prostu nic się nie chce. Nie chce się pracować, nie chce się czytać, nie chce się wyjść i nie chce się siedzieć w domu. Wiele przyczyn się na to składa - ale pisanie o nich byłoby bez sensu (zbyt prywatne / zbyt skomplikowane / zbyt nudne dla postronnych oczu - a choć lubię tu pisać, to mój poziom emocjonalnego ekshibicjonizmu jest jednak stosunkowo niski).

Są takie dni, kiedy gdzieś we mnie odzywa się ten prawdziwy niedźwiedź. Przy czym moja niedźwiedzia natura przejawia się przede wszystkim w pragnieniu zapadnięcia w sen zimowy. Położyć się spać teraz (...skoro wcześniej się nie dało...), wstać gdzieś w marcu, jak już zacznie z powrotem być zielono.

Przespać tę męczącą szarzyznę, zimną biel. Zasnąć - i obudzić się w świecie, w którym jest lato.

(Nie wiem, czy o tym kiedyś pisałem, ale w mojej świadomości istnieją tylko dwie pory roku: lato i zima. Wiosna to twór sztuczny, czysto konceptualny: do pewnego momentu to po prostu ostatnie podrygi zimy, od tego momentu - wstęp do lata. Z jesienią podobnie, tylko odwrotnie).

Najgorsze jest to, że relacja miedzy tym co na dworze a tym co wewnątrz wygląda u mnie obecnie tak, jak w powieści albo w romantycznym eposie: zima na dworze doskonale oddaje zimę w środku. Szarzyznę, zimną biel, poczucie że do lata jeszcze daleko, jakąś bolesną niemożność wędrowania, jakiś brak zieleni i słońca. Życia po prostu.

Tyle, że koniec prawdziwej zimy stosunkowo łatwo przewidzieć. Po styczniu przyjdzie luty (brr...), potem marzec... i już.

A ta zima w środku... Nie da się ukryć, że jest znacznie mniej przewidywalna. I niestety nie zleży od czynników tak stałych, pewnych i niezmiennych jak ruch Ziemi wokół Słońca.

Tak naprawdę jedyna piosenka, która wisi w mojej głowie i oddaje mój nastrój, już tu parę razy była. Nie będę jej wrzucał po raz kolejny. Ale jej słowa wydają mi się teraz tak cholernie prawdziwe:

Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz,

Będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę...

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze:

Może orzeźwi cię - ale do nikąd dojść nie pomoże.

Tak to właśnie jest. Pewnych rzeczy po prostu nie zmienię. Nie zależą ode mnie, choćbym pół życia wmawiał sobie, że jest inaczej. Mój niepoprawny optymizm każe mi próbować wciąż na nowo - ale nawet ja prędzej czy później wpadam w coś, co psychologowie nazywają syndromem wyuczonej bezradności.

I pewnie nic na to nie poradzę. 

czwartek, 26 maja 2011

Jestem zmęczony. I nie chodzi o to wykłe zmęczenie związane z końcem roku szkolnego, zabieganiem i zapracowaniem (choć to oczywiście też).

Jestem zmęczony tym, co robię. Tym, że siedzę i tłumaczę jakieś (pardon) kompletne pierdoły, które ani mnie nie interesują, ani nie są nawet specjalnie pożyteczne. Że siedzę całymi dniami zajmując się czymś, co robię wyłącznie w celach zarobkowych.

Przez ostatnie parę lat wyglądało to tak, że pracowałem nad różnymi bzdurami "dla chleba", ale przynajmniej raz w roku miałem jakąś odskocznię - coś ciekawego, ambitnego, wciągającego (tak jak kiedyś Tybet, a potem te Chiny).

W ubiegłym roku niestety juz tak nie było, w tym też się nie zanosi. "Moja" książka była w finale Nagrody Kapuścińskiego - no i co z tego? Może w przyszłości coś pozytywnego z tego wyniknie - ale nic nie wskazuje na to, aby miała to być najbliższa przyszłość.

Mam poczucie straty czasu. Czasu, który chciałbym poświęcić na coś zupełnie innego. Mam kilka naprawdę fajnych pomysłów. Dwa znich są nawet dosyć konkretne. Pomysły na książki, które mógłbym napisać. Krystalizują się, ubierają w jakieś całkiem namacalne kształty.

I co z tego? Nie napiszę ich (na razie?...), bo najbanalniej nie mam na to czasu. Bo muszę siedzieć i tłuc jakieś idiotyzmy - bo z czegoś trzeba żyć i dzieci utrzymać. Bo żeby coś tworzyc musiałbym przynajmniej raz w tygodniu do tego przysiąść. Albo mieć na to przynajmniej godzinę dziennie. A nie mam nawet kwadransa.

Gdybym miał jakieś większe oszczędności - pewnie bym zostawił na chwile to, co robię i zajął się tymi projektami. Ale nie mam. Gdybym wygrał w Lotto. Dostał spadek. Albo coś w tym rodzaju...

Gdyby babcia miała wąsy...

No dobra, nie byłbym sobą jakbym nie dodał: na wszystko przyjdzie czas. Pewnie coś się w końcu zmieni. Pewnie już za parę miesięcy, za rok - dwa będzie inaczej.

Ale na razie jestem zmęczony. Mam dość. Bardzo. Potrzebuję jakiejś odmiany, potrzebuję drogi, wędrowania (niekoniecznie w sensie dosłownym). Czekam, rozglądam się - może gdzieś otwiera się właśnie jakaś furtka, jakas nowa ścieżka, jakaś okazja?...

Może. Ale na razie jej nie widzę i muszę dalej pełznąć pod górkę, choć mam ochotę na zupełnie inną Wędrówkę...

*** 

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me - In the jingle jangle morning I’ll come followin’ you (...)

My senses have been stripped, my hands can’t feel to grip / My toes too numb to step Wait only for my boot heels to be wanderin’

I’m ready to go anywhere, I’m ready for to fade Into my own parade, cast your dancing spell my way I promise to go under it (...)

Then take me disappearin’ through the smoke rings of my mind / Down the foggy ruins of time, far past the frozen leaves The haunted, frightened trees, out to the windy beach Far from the twisted reach of crazy sorrow

Yes, to dance beneath the diamond sky with one hand waving free / Silhouetted by the sea, circled by the circus sands With all memory and fate driven deep beneath the waves Let me forget about today until tomorrow...

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6