Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

(Nie)Codzienności, czyli Życie i Nie Tylko

środa, 04 lipca 2018

Już półtora tygodnia po zakończeniu roku szkolnego zdążyłem się zebrać, żeby coś napisać.

Zakończenie jak zakończenie. Do tego, że Potwory Starsze wymieniane są wśród "super-hiper-mega-najlepszych", zdążyłem się już przyzwyczaić. Wiem, wiem, jestem zblazowany, średnia ocen typu 5,7 już mnie nie wzrusza aż tak, jak kiedyś… Ale zawsze to miło, jak w gronie dziesięciorga najlepszych uczniów całego gimnazjum 20 procent stanowią Potwory.

Papiery do liceum złożone. Pietruszka ma łączną punktację (świadectwo + wszelkie "extrasy" + egzaminy gimnazjalne) na poziomie powyżej 180. Do klasy, do której chce się dostać (klasy "pierwszego wyboru") w ubiegłym roku szkolnym próg punktowy wynosił 172. Nawet, jakby w tym roku podnieśli o 5 punktów (co jest mało prawdopodobne), to i tak jest jeszcze zapas.

Piłka miała pod koniec roku szkolnego dziwne zderzenie z jednym z nauczycieli. Sytuacja była dość niezrozumiała, na szczęście zainterweniowała wychowawczyni (świetna nauczycielka i rozsądny człowiek) i wszystko się jakoś ułożyło. Problem polega na tym, że Piłka lekcje z tym panem będzie miała jeszcze przez rok i boję się, że może być nieprzyjemnie. Może coś napiszę na ten temat oddzielnie. Ale poza tym wszystko OK.

Pucek… Ach, Pucek. Trochę zawsze niedoceniany (naukowo) na tle starszego rodzeństwa - przyniósł świadectwo z paskiem i średnią 5,18. No naprawdę, nie mam pytań.

No i wakacje. Ale o planach wakacyjno-wyprawowych napiszę oddzielnie. Jak mi wpłyną jakieś pieniądze za czerwiec, bo na razie, jakby to powiedzieć, nie bardzo jest za co gdziekolwiek jechać :-)

poniedziałek, 14 maja 2018

… nie moją.

Piłka ma dokładnie zaplanowaną wizję swojej przyszłości.

Po pierwsze - chce studiować prawo. Medycyna odpadła z konkurencji.

Po drugie - chce je studiować… w Stanach Zjednoczonych. Jest dopiero w drugiej klasie gimnazjum, ale ma już wszystko zaplanowane. Do jakiej klasy pójdzie w liceum i jakie przedmioty będzie rozszerzać. Że po maturze zrobi sobie rok przerwy, żeby pójść do jakiejś pracy i odłożyć trochę pieniędzy. A potem pójdzie na studia tu, w Polsce - żeby zrobić licencjat, który umożliwi jej ubieganie się o miejsce na dobrym uniwersytecie w USA (bo tam przecież inny system studiów - college to w zasadzie jeszcze edukacja ogólna). Że potem będzie składać papiery na amerykańskie uczelnie. I że żeby się dostać na prawo musi zdać taki specjalny egzamin (nie pomnę, jak się nazywa) - więc już teraz siedzi w wolnych chwilach i rozwiązuje przygotowujące do niego testy (…i już teraz jest w stanie w przewidzianym czasie nastukać jakieś 25 - 30 procent).

A koszty? Studia w USA są drogie, więc delikatna sugestia, że raczej nie będzie nas na to stać… Ale nie, spokojnie, dziecko już wszystko sprawdziło. Że jak się dostanie, to jest system stypendialny, są kredyty studenckie, że generalnie "jak już kogoś przyjmą i uznają, że jest dobry, to nie pozwolą mu odpaść z powodów czysto finansowych" (to fakt, na tych dobrych uczelniach trochę tak to wygląda). Więc jedyne koszty na początek to opłaty ze ten super-egzamin (który można zdawać "na odległość", w Polsce) plus koszty wizy, biletu lotniczego etc. A na to przecież zarobi sobie w tym roku po maturze. No.

Życie zaplanowane na dziesięć lat do przodu. Zaczynam się jej bać :-)

(Jasne, zdaję sobie sprawę, że ona ma dopiero piętnaście lat i że ta wizja jeszcze sto razy może się zmienić. Ale jakoś podziwiam jej upór, zdecydowanie i siłę przebicia. I mam głębokie podejrzenie graniczące z pewnością, że jeśli wizja się nie zmieni - to dopnie swego i swój plan zrealizuje. Moja krew! :-)

niedziela, 06 maja 2018

Nie wiem właściwie. Mógłbym zacząć od "Tyle się dzieje…". Albo od "Nic się nie dzieje…". I chyba oba stwierdzenia po trochu byłyby prawdziwe.

***

Bo z jednej strony dzieje się mnóstwo - na poziomie "wydarzeń bieżących", cytując klasyków.

Pietruszka pisał egzaminy gimnazjalne i bardzo narzeka, że pomylił się wpisując jedną odpowiedź w arkusz, w związku z czym nie będzie miał 100%…

Byliśmy w C., u Cioci. Jeden dzień co prawda, ale zawsze. A jeden dzień dlatego, że Piłka zaczęła grać w młodzieżowej orkiestrze dętej w G., która właśnie została reaktywowana i po serii prób miała pierwszy koncert 3 maja, czyli w środku majówki. Nawet fajnie grali - trochę "klasyki", ale też trochę jazzu plus wiązankę gospel / Negro spirituals. Jak na zupełnie nowy zespół z zupełnie nowym dyrygentem i po raptem pięciu próbach - było super.

Pracy mam (za)dużo. Nie nadążam. Choć, Bogiem a prawdą, nie nadążam nie tylko dlatego, że jest jej (za)dużo. Także dlatego, że - widzę to coraz wyraźniej - pracuję wolniej, niż kiedyś. Więcej czasu zajmuje mi "wejście w rytm", łatwiej się rozpraszam, trudniej mi się skupić, a jak już pracuję, to w określonym czasie robię mniej, niż jeszcze kilka lat temu. "Wypalenie zawodowe"? Czy po prostu wiek?…

Auto zmieniliśmy. Akcja jak z "Ziemi Obiecanej" ("…ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…) razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…").

Wszystko zaczęło się od tego, że nasz Osiołek miał iść do remontu. Nazbierało mu się, ma biedak swoje lata, parę większych rzeczy trzeba było przy nim zrobić - byłem przygotowany na to, że jakieś dwa - dwa i pół tysiąca będzie trzeba w tę imprezę włożyć. Trochę mnie to uwierało - rynkowa wartość Osiołka to jakieś 8 tysięcy, czyli wkładam w naprawę jedną czwartą jego wartości (albo więcej) - a przecież w razie sprzedaży ten remont jego ceny o tę sumę nie podniesie… No, ale co robić: pieniędzy na wymianę auta nie ma, nic nie wskazuje na to, żeby miały być, więc Osiołek musi jeździć. Tak się złożyło, że znajomi sprzedawali właśnie swoje auto, więc mogli mi je pożyczyć na te parę dni, które Osiołek miał spędzić w warsztacie.

Pojechałem do znajomych, wziąłem kluczyki, wsiadłem do tego pożyczonego auta… I mnie strzeliło. Auto w tym samym wieku co Osiołek, czyli wiekowe, ale po pierwsze o dwie klasy lepsze, a po drugie - znajomi z tych, co to każdy drobiazg załatwiają wyłącznie w autoryzowanym serwisie. Dlatego samochód zewnętrznie w stanie na czwórkę z plusem, ale silnik i reszta pracują jak w nowym aucie. jak powiedział pan Tomek - nasz Stały i Niezawodny Mechanik - "uuuu, warto!".

A cena? Od rynkowej wartości Osiołka wyższa dokładnie o tyle, ile musiałbym włożyć w planowany remont. Czyli zamiast wkładać w remont, tę samą sumę dołożyłem do "nowego", który - zdaniem pana Tomka - powinien bez większych nakładów jeszcze spokojnie dwa - trzy lata pojeździć.

Dlatego od teraz będziemy jeździć zafirą (zwaną już przez Potwory "Zefirkiem"). Czyli wreszcie z ciężarówki (bo Osiołek, nie oszukujmy się, to jednak ciężarówka była…) przesiedliśmy się do osobowego. Przy 140 km/h na autostradzie można spokojnie słuchać muzyki i rozmawiać bez podnoszenia głosu. No, luksusy po prostu. Plus komputer pokładowy, elektrycznie składane lusterka i parę innych bajerów.

Zafira_copy

Oczywiście - jak w każdej pozytywnej wiadomości - i tu musi być kropelka niepokoju: pieniądze na zakup Zefirka musiałem pożyczyć. Żeby je zwrócić - muszę sprzedać Osiołka. A żeby sprzedać Osiołka (na którego zresztą mam już chętnego) - muszę go przeprowadzić przez sąd, bo to przecież część "masy spadkowej". A Pożyczkodawca musi dostać zwrot na początku lipca. Więc czasu mam niewiele. A jak nie zdążę, to będę musiał pożyczyć, żeby oddać. No, i takie tam.

***

A z drugiej strony - właściwie nie dzieje się nic. Aż do końca. I to jest czasami naprawdę męczące.

środa, 07 lutego 2018

Rzadko, bo nie mam kiedy (tak, wiem, powtarzam się).

***

Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego - jako jedyna ze szkoły (!). Wśród lektur "zadanych" do każdego etapu zawsze jest jedna większa. W drugim etapie było to "Imię róży" - Piłka siedziała, czytała z wypiekami, mówiła, że trudne, ale ciekawe i wciąga. Do trzeciego etapu zadany jest "Moby Dick". Dziecko czyta, ale tym razem z oporami. Mówi, że nudne. I że ma dość wielorybów…

Zastanawiam się, czy rzeczywiście "Moby Dick" to książka która dotrze do współczesnej piętnastolatki. Niby ja to czytałem nawet trochę wcześniej, ale po pierwsze - to były inne czasy, a po drugie (co jest zasadniczą różnicą) z własnej woli.

A przedwczoraj Piłka idąc z psem (a w zasadzie jadąc na rolkach za psem pociągowym) źle wyliczyła zakręt i zaryła nogą w chodnik z takim impetem, że przez dłuższy czas byliśmy niemal pewni, że rzeczona noga jest złamana. Na szczęście rentgen udowodnił, że jednak nie - ale żeby go zrobić trzeba było podjąć wyprawę do szpitala i takie tam różne, co (rzecz prosta) stało się przyczynkiem do kolejnych głębokich przemyśleń na temat organizacji polskiej służby zdrowia. Ale o tym innym razem.

***

Pietruszka - namówiony przez swoją wychowawczynię, anglistkę - zdaje EFC. Pani ich zapisała, rodzice dostali maila potwierdzającego zapis z prośbą o uiszczeni opłaty egzaminacyjnej. Kwota, którą zobaczyłem, sprawiła, że się lekko zakrztusiłem. No cóż - jak się ma zdolne dzieci, to trzeba płacić…

***

W czasie ferii byliśmy kilka dni w C. Potwory nawet dwa razy na nartach pojeździły. W tym czasie kolega P. mieszkał u nas w domu jako dog-sitter. No i cat-sitter i turtle-sitter też. Cała menażeria przeżyła. Kolega też przeżył.

***

Kończę książkę dla Szacownego Wydawnictwa. Po raz pierwszy w całej "karierze" mam wrażenie, że z pozycji liczącej prawie 400 stron nie dowiedziałem się niczego nowego. Przy okazji - gdyby ktokolwiek z Was miał ochotę używać słowa "coaching", to bardzo proszę w bezpiecznej odległości ode mnie, bo będę gryzł.

***

A przy okazji tematów zawodowych: nasi ukochani rządzący zrobili mi wspaniałą niespodziankę. Od stycznia (przynajmniej na razie, bo rozmowy i naciski trwają…) od rachunków za tłumaczenia nie można odliczać 50% kosztów uzysku… Jeśli Wasza księgowa jeszcze o tym nie wie, to jej powiedzcie, żebyście potem nie mieli problemów z US… Jeśli łaskawcy w sejmie przegłosują poprawkę (i jeśli przegłosują, że poprawka działa od początku roku…), to ja się upomnę o zwrot od US przy rozliczeniu rocznym.

Tak, proszę państwa: zgodnie z aktualnie obowiązującą ustawą do zawodów „twórczych” należy m. in. zawód KASKADERA. Ale tłumacza już nie…

sobota, 30 grudnia 2017

Święta jak święta. Wiadomo.

Tylko z choinką w tym roku zaszaleliśmy. Od kilku lat nie kupujemy choinek na targu czy "na ulicy", tylko jeździmy na "plantację", która znajduje się… trzy uliczki od naszego domu. Można sobie wybrać choinkę, właściciel na miejscu ją wycina i pakuje w siatkę. Taka choinka może stać nawet miesiąc i w ogóle się nie sypie, a w dodatku jest sporo tańsza, niż na targu czy gdziekolwiek indziej.

Jedyny problem polega na tym, że stojąc wśród kilkuset choinek różniej wielkości człowiek nie ma skali odniesienia. No i znowu mamy choinkę, która nie tylko zagina się pod sufitem (bo się nie zmieściła), ale jeszcze "wszerz" zajmuje pół pokoju. Ale wszystkim się podoba (choć, oczywiście, Puckowi najbardziej).

***

Nowy rok?… Jakoś nie mam głębokiego przekonana, że przyniesie coś naprawdę nowego. Ale może nie mam racji?…

wtorek, 12 grudnia 2017

…teraz jest ta chwila, w której ma Pan szanse dowiedzieć się o sobie ważnej prawdy: czy jest Pan Prezydentem Rzeczypospolitej, czy tylko partyjnym funkcjonariuszem.

Jako Prezydent ślubował Pan stać na straży Konstytucji.

Jako partyjny funkcjonariusz - obiecywał wykonywać polecenia Przełożonego.

Wybór należy do Pana.

***

Dopisuję 20 grudnia, już po ogłoszeniu decyzji:

No cóż, Panie Prezydencie - jaką decyzję Pan podjął, tak Pana historia osądzi.

czwartek, 23 listopada 2017

Nie mam kiedy pisać.

Nie jest to zresztą jedyna rzecz, której nie mam kiedy robić. A szkoda, bo pisanie pomaga zebrać myśli.

"Zapędzony jestem". Duże Szacowne Wydawnictwo dało mi książkę do tłumaczenia. Temat taki sobie, niespecjalnie wciągający, pieniądze ("za stronę") średnie, ale książka stosunkowo prosta, a przy tym Szacowne Wydawnictwo ma uroczy zwyczaj płacenia tłumaczom zaliczek, co, nie powiem, trochę mi cztery litery w listopadzie uratowało (wobec zatorów płatniczych w innych rejonach).

Niestety, jak wiadomo, każdy kij ma dwa końce: drugi koniec tego kija jest taki, że książkę trzeba teraz "zrobić". Czasu jest niby sporo - do końca lutego - ale… No właśnie, ale. Gdybym zajmował się (zawodowo) tylko tym, to pewnie nie byłoby problemu. Ale nie mogę zająć się zawodowo tylko tym, bo… wiadomo. Nie odrzucę teraz innych zleceń - raz, że są to jakoś tam zlecenia "ciągłe" i nie mogę im powiedzieć "adieu" na miesiąc czy dwa; dwa - że płatne są mniej więcej dwa razy lepiej. Ale przez ostatnie trzy tygodnie udało mi się zrobić pewnie jedną trzecią tego, co zrobić powinienem. Nie bardzo wiem, jak to wszystko pożenić.

***

Piłka dostała stypendium takiej polsko-kanadyjskiej fundacji dla uzdolnionych artystycznie dzieci (pardon, młodzieży) które są sierotami lub pół-sierotami. Kwota jednorazowa, bezgotówkowo - można coś sobie "kupić" i fundacja za to płaci. Oczywiście "coś" ma być związane z zainteresowaniami, kierunkiem rozwoju etc. Więc za dwa tygodnie jedziemy do Katowic (!) wybierać i odbierać dla Piłki własny flet (bo po skończeniu szkoły muzycznej ten szkolny musiała oddać, a teraz gra na pożyczonym). Nie będzie to może instrument z najwyższych półek, ale "do wydania" są prawie 3 tysiące złotych polskich nowych. Coś tam już można za to kupić.

Dziś odbieraliśmy stypendium (to znaczy - dyplom i gadżety, bo pieniądze, jako rzekłem, poszły bezgotówkowo). I piłka grała na flecie. I ma zdjęcie z panem ambasadorem Kanady. Bardzo sympatyczny gość. :-)

Najśmieszniej, że Piłka wcale nie wiąże swojej przyszłości zawodowej z fletem czy muzyką. Już nie. Ostatnio na tapecie są dwie opcje: albo idziemy na prawo, albo na medycynę. Nie pytajcie. Tak, wiem, toto ma dopiero czternaście lat i jeszcze wiele się może zmienić… Ale nawet, jeśli ta muzyka pozostanie tylko hobby - to i tak super, że będzie mogła grać.

A gra naprawdę fajnie. Wczoraj na przykład zaczęła się uczyć któregoś z Kaprysów Paganiniego w transkrypcji na flet. Od samego patrzenia na te nuty bolą mnie palce…

A, no i przeszła do drugiego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego. Więc teraz siedzi i czyta "Imię róży".

***

A Pucek nie chce jechać na zieloną szkołę z klasą. Nie i już. "Bo na pewno tam będzie złe jedzenie". A jego klub karate zaprosił go na ferie - obóz karate w Bukowinie Tatrzańskiej, treningi, narty etc. Jedzie ulubiony trener, jadą koledzy, a w dodatku (tak między nami) może tam pojechać za free.

I nie chce. I nie wiem, jak go namówić. Bo uważam, że sporo w ten sposób straci. Zwłaszcza, że z powodów przyziemnych, czyli finansowych, na jakieś większe ferie się w tym roku nie zanosi. W najlepszym razie będzie kilka dni w C., u cioci (ale i to nie jest pewne).

O co naprawdę chodzi? Nie wiem. Na pewno nie o lęk przed jechaniem bez taty, bo przecież już na wycieczki klasowe dwu-trzydniowe jeździł i nigdy nie było problemów. Ale na ostatniej coś mu się mniej podobało i… zipa dumna. Nie i już.

Nie wiem.

sobota, 23 września 2017

No i wracamy do normalnego rytmu. Rok szkolny.

Pietrucha w ostatniej klasie gimnazjum, zaczynamy myśleć o wyborze liceum. Tak czy owak będzie to Warszawa, oczywiście, bo w okolicy żadnego naprawdę dobrego liceum nie ma (jest jedno niezłe, ale bez przesady, w B., 5 kilometrów stąd, i jedno podobno dobre w M. - ale prywatne, za ciężkie pieniądze). Przy pietruszkowych preferencjach intelektualnych liceum pierwszego wyboru to oczywiście Staszic (dla czytelników spoza terenów okołostołecznych - szkoła znana ze specjalizacji w przedmiotach ścisłych, zwłaszcza w matematyce, z klasami o eksperymentalnym programie matematyki przygotowanym przez jakichś naukowców etc.). Tylko czy się dostanie? Ilość kandydatów na miejsce jest tam taka, że nawet laureaci konkursów kuratoryjnych gwarancji nie mają. Poza tym są jeszcze dwa czy trzy licea we względnym centrum Warszawy, które warto wziąć pod uwagę. Ano, właśnie: bo dla nas - poza poziomem szkoły i "specjalizacją" - niemałe znaczenie mają także kwestie logistyczne. Pietruszka i tak będzie dojeżdżał pociągiem, więc liceum nie może być w takim miejscu, żeby jeszcze od tego pociągu musiał się tłuc godzinę przez miasto.

Piłka się rozkręca, wpasowała się w towarzystwo klasowe, mają taką "szaloną trójkę" - ona, jej koleżanka o tym samym imieniu, i kolega I., inteligentny gość, a przy tym sportowiec: uprawia sporty walki i …szachy. I podobno w jednym i w drugim jest niezły. Piłka ma już plany co do kilku konkursów kuratoryjnych, w których zamierza w tym roku brać udział. Dobrze by było, jakby w którymś coś osiągnęła - bo za dwa lata, jak będzie szła do liceum, do na skutek deformy oświaty będzie miała znacznie większą konkurencję, niż normalnie (dwa roczniki będą wtedy startować do liceów - obecne drugie klasy gimnazjum i obecne siódme klasy podstawówki. Super, co?).

Pucek w czwartej klasie, jak ten czas leci… Ma nową wychowawczynię - tak się składa, że tę samą, która w kasach 4-6 była wychowawczynią Pietruszki. Co jest generalnie dobrą wiadomością, bo pani jest sensowna, konkretna, "normalna" i o swoich uczniów dba. Pucek w szkole sobie radzi dobrze - nie wygląda, żeby był prymusem takim, jak jego starsze rodzeństwo (chociaż nigdy nie wiadomo…), ale jest solidny, łapie szybko, czyta sprawnie, liczy dobrze, rozumie, co powinien rozumieć. Jedyne, czego się obawiam, to pisanie (teraz już "normalny" polski, z dobrą, ale dość wymagającą nauczycielką, a Pucek jak się spieszy, to robi błędy). Ale generalnie jestem dobrej myśli, wszystko wygląda dość pozytywnie.

***

A poza szkołą? Wszystko po staremu. Finansowo znowu cienko. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach - "Co się polepszy, to się po…". Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej - to zaraz się okazuje, że jednak nie. Duży Amerykański Portal, o którym pisałem w czerwcu, wydawał się być światełkiem w tunelu, zapewniając akurat takie wpływy, jakich w moim miesięcznym budżecie brakowało. Ale jak zwykle nic nie jest tak piękne, jak się wydaje: okazało się, że jednak budżet mają niższy, niż się zapowiadało, więc zamiast "co najmniej jednego tekstu dziennie" są dwa - trzy tygodniowo. To oczywiście i tak plus, bo płacą nieźle i jakieś pieniądze z tego są - ale właśnie "jakieś". Ciągle nie takie, żeby na spokojnie wyjść na prostą.

A to oznacza, że trzeba by się porozglądać za czymś jeszcze. Czyli wracamy do punktu wyjścia, bo moje możliwości "rozglądania się" są takie, jakie są. Tak, jak już pisałem: na tym etapie życia do "normalnej" pracy, wymagającej wyjścia z domu na cały dzień, pójść nie mogę. Bo to by wymagało upchnięcia Pucka na cały dzień w szkole / świetlicy. A raczej nie zarobię tyle, żeby jeszcze móc zapłacić komuś, kto będzie się w tym czasie moimi dziećmi zajmował (nawet, gdybym uznał, że to dobry pomysł).

Nie wiem. I trochę już jestem zmęczony tym "nie wiem".

 

sobota, 09 września 2017

Szanowni Państwo,

z kronikarskiego obowiązku spieszę poinformować, że od dziś mieszka z nami Lucjusz. Lucjusz wygląda tak, jak widać. Lucjusz przyjechał ze schroniska w Milanówku. Ma 7-8 miesięcy, jest rudy i dłuuugi.

Nie jest to wyżeł. Jest to raczej niżeł i dłużeł. Jego długość - czego na tym zdjęciu nie widać - jest zdecydowanie z innej bajki, niż wzrost. Jak leży - wygląda na psa średniej wielkości, rozmiaru border collie na przykład. Jak wstanie… No cóż - okazuje się, że jednak jest mały. I wygląda jak krzyżówka corgi z lisem.

Lucjusz jest psem Piłki. Wymarzonym, wybłaganym. I dlatego nazywa się Lucjusz. Bo miał się nazywać Baskerville, ale Piłka (niestety) zmieniła zdanie :-)

Na razie jest mocno przerażony - jak wszedł do pokoju Piłki, to nie chciał wyjść. A jak już wyszedł, to nie chciał wejść. Jego najgorszym koszmarem są schody - boi się ich. Ale już mniej, niż kilka godzin temu.

Na smyczy chodzi nadspodziewanie grzecznie (zwłaszcza jak na rezydenta schroniska). Z kotem też chyba problemów nie będzie: jak Lucjusz zjawił się w domu i zobaczył kota, to nie miał nawet najdrobniejszego odruchu agresji czy ścigania. Wyglądał tylko na zdziwionego. Kot zresztą też wyglądał na zdziwionego, może lekko zaniepokojonego, ale nie na tyle, żeby wstać i ruszyć się z miejsca. Więc chyba nie będzie źle :-)

 

IMG_3269_copy1

środa, 30 sierpnia 2017

Właśnie dostałem list. Z Francji. Na urzędowym papierze, z trójkolorową flagą, profilem Marianny i hasłem "Liberté-Égalité-Fraternité".

Poczułbym się prawie zaszczycony… gdyby nie fakt, że był to mandat. Za przekroczenie prędkości. Z jakiegoś francuskiego fotoradaru. Z tekstu korespondencji wynika, że przekroczyłem prędkość o… 5 kilometrów na godzinę. Kto mnie zna ten wie, że nie pędzę, nie szarżuję, jeżdżę zgodnie z przepisami - widać się rozpędziłem (może z górki było…).

45 euro. A żeby ich żaby zjadły :-)

Zapłaciłem, co robić.

To jednak, co z wrodzonej uczciwości musze przyznać, to fakt, że mandat (podobnie jak wszystkie dołączone do niego dokumenty) był PO POLSKU. Co więcej - całe pismo zredagowane było poprawną polszczyzną, bez błędów. Nawet przecinki były na swoich miejscach. Z ciekawości porównałem z kilkoma polskimi pismami urzędowymi, które ostatnio dostawałem. Różnica wyraźna - na korzyść Francuzów. :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44