Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

(Nie)Codzienności, czyli Życie i Nie Tylko

środa, 07 lutego 2018

Rzadko, bo nie mam kiedy (tak, wiem, powtarzam się).

***

Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego - jako jedyna ze szkoły (!). Wśród lektur "zadanych" do każdego etapu zawsze jest jedna większa. W drugim etapie było to "Imię róży" - Piłka siedziała, czytała z wypiekami, mówiła, że trudne, ale ciekawe i wciąga. Do trzeciego etapu zadany jest "Moby Dick". Dziecko czyta, ale tym razem z oporami. Mówi, że nudne. I że ma dość wielorybów…

Zastanawiam się, czy rzeczywiście "Moby Dick" to książka która dotrze do współczesnej piętnastolatki. Niby ja to czytałem nawet trochę wcześniej, ale po pierwsze - to były inne czasy, a po drugie (co jest zasadniczą różnicą) z własnej woli.

A przedwczoraj Piłka idąc z psem (a w zasadzie jadąc na rolkach za psem pociągowym) źle wyliczyła zakręt i zaryła nogą w chodnik z takim impetem, że przez dłuższy czas byliśmy niemal pewni, że rzeczona noga jest złamana. Na szczęście rentgen udowodnił, że jednak nie - ale żeby go zrobić trzeba było podjąć wyprawę do szpitala i takie tam różne, co (rzecz prosta) stało się przyczynkiem do kolejnych głębokich przemyśleń na temat organizacji polskiej służby zdrowia. Ale o tym innym razem.

***

Pietruszka - namówiony przez swoją wychowawczynię, anglistkę - zdaje EFC. Pani ich zapisała, rodzice dostali maila potwierdzającego zapis z prośbą o uiszczeni opłaty egzaminacyjnej. Kwota, którą zobaczyłem, sprawiła, że się lekko zakrztusiłem. No cóż - jak się ma zdolne dzieci, to trzeba płacić…

***

W czasie ferii byliśmy kilka dni w C. Potwory nawet dwa razy na nartach pojeździły. W tym czasie kolega P. mieszkał u nas w domu jako dog-sitter. No i cat-sitter i turtle-sitter też. Cała menażeria przeżyła. Kolega też przeżył.

***

Kończę książkę dla Szacownego Wydawnictwa. Po raz pierwszy w całej "karierze" mam wrażenie, że z pozycji liczącej prawie 400 stron nie dowiedziałem się niczego nowego. Przy okazji - gdyby ktokolwiek z Was miał ochotę używać słowa "coaching", to bardzo proszę w bezpiecznej odległości ode mnie, bo będę gryzł.

***

A przy okazji tematów zawodowych: nasi ukochani rządzący zrobili mi wspaniałą niespodziankę. Od stycznia (przynajmniej na razie, bo rozmowy i naciski trwają…) od rachunków za tłumaczenia nie można odliczać 50% kosztów uzysku… Jeśli Wasza księgowa jeszcze o tym nie wie, to jej powiedzcie, żebyście potem nie mieli problemów z US… Jeśli łaskawcy w sejmie przegłosują poprawkę (i jeśli przegłosują, że poprawka działa od początku roku…), to ja się upomnę o zwrot od US przy rozliczeniu rocznym.

Tak, proszę państwa: zgodnie z aktualnie obowiązującą ustawą do zawodów „twórczych” należy m. in. zawód KASKADERA. Ale tłumacza już nie…

sobota, 30 grudnia 2017

Święta jak święta. Wiadomo.

Tylko z choinką w tym roku zaszaleliśmy. Od kilku lat nie kupujemy choinek na targu czy "na ulicy", tylko jeździmy na "plantację", która znajduje się… trzy uliczki od naszego domu. Można sobie wybrać choinkę, właściciel na miejscu ją wycina i pakuje w siatkę. Taka choinka może stać nawet miesiąc i w ogóle się nie sypie, a w dodatku jest sporo tańsza, niż na targu czy gdziekolwiek indziej.

Jedyny problem polega na tym, że stojąc wśród kilkuset choinek różniej wielkości człowiek nie ma skali odniesienia. No i znowu mamy choinkę, która nie tylko zagina się pod sufitem (bo się nie zmieściła), ale jeszcze "wszerz" zajmuje pół pokoju. Ale wszystkim się podoba (choć, oczywiście, Puckowi najbardziej).

***

Nowy rok?… Jakoś nie mam głębokiego przekonana, że przyniesie coś naprawdę nowego. Ale może nie mam racji?…

wtorek, 12 grudnia 2017

…teraz jest ta chwila, w której ma Pan szanse dowiedzieć się o sobie ważnej prawdy: czy jest Pan Prezydentem Rzeczypospolitej, czy tylko partyjnym funkcjonariuszem.

Jako Prezydent ślubował Pan stać na straży Konstytucji.

Jako partyjny funkcjonariusz - obiecywał wykonywać polecenia Przełożonego.

Wybór należy do Pana.

***

Dopisuję 20 grudnia, już po ogłoszeniu decyzji:

No cóż, Panie Prezydencie - jaką decyzję Pan podjął, tak Pana historia osądzi.

czwartek, 23 listopada 2017

Nie mam kiedy pisać.

Nie jest to zresztą jedyna rzecz, której nie mam kiedy robić. A szkoda, bo pisanie pomaga zebrać myśli.

"Zapędzony jestem". Duże Szacowne Wydawnictwo dało mi książkę do tłumaczenia. Temat taki sobie, niespecjalnie wciągający, pieniądze ("za stronę") średnie, ale książka stosunkowo prosta, a przy tym Szacowne Wydawnictwo ma uroczy zwyczaj płacenia tłumaczom zaliczek, co, nie powiem, trochę mi cztery litery w listopadzie uratowało (wobec zatorów płatniczych w innych rejonach).

Niestety, jak wiadomo, każdy kij ma dwa końce: drugi koniec tego kija jest taki, że książkę trzeba teraz "zrobić". Czasu jest niby sporo - do końca lutego - ale… No właśnie, ale. Gdybym zajmował się (zawodowo) tylko tym, to pewnie nie byłoby problemu. Ale nie mogę zająć się zawodowo tylko tym, bo… wiadomo. Nie odrzucę teraz innych zleceń - raz, że są to jakoś tam zlecenia "ciągłe" i nie mogę im powiedzieć "adieu" na miesiąc czy dwa; dwa - że płatne są mniej więcej dwa razy lepiej. Ale przez ostatnie trzy tygodnie udało mi się zrobić pewnie jedną trzecią tego, co zrobić powinienem. Nie bardzo wiem, jak to wszystko pożenić.

***

Piłka dostała stypendium takiej polsko-kanadyjskiej fundacji dla uzdolnionych artystycznie dzieci (pardon, młodzieży) które są sierotami lub pół-sierotami. Kwota jednorazowa, bezgotówkowo - można coś sobie "kupić" i fundacja za to płaci. Oczywiście "coś" ma być związane z zainteresowaniami, kierunkiem rozwoju etc. Więc za dwa tygodnie jedziemy do Katowic (!) wybierać i odbierać dla Piłki własny flet (bo po skończeniu szkoły muzycznej ten szkolny musiała oddać, a teraz gra na pożyczonym). Nie będzie to może instrument z najwyższych półek, ale "do wydania" są prawie 3 tysiące złotych polskich nowych. Coś tam już można za to kupić.

Dziś odbieraliśmy stypendium (to znaczy - dyplom i gadżety, bo pieniądze, jako rzekłem, poszły bezgotówkowo). I piłka grała na flecie. I ma zdjęcie z panem ambasadorem Kanady. Bardzo sympatyczny gość. :-)

Najśmieszniej, że Piłka wcale nie wiąże swojej przyszłości zawodowej z fletem czy muzyką. Już nie. Ostatnio na tapecie są dwie opcje: albo idziemy na prawo, albo na medycynę. Nie pytajcie. Tak, wiem, toto ma dopiero czternaście lat i jeszcze wiele się może zmienić… Ale nawet, jeśli ta muzyka pozostanie tylko hobby - to i tak super, że będzie mogła grać.

A gra naprawdę fajnie. Wczoraj na przykład zaczęła się uczyć któregoś z Kaprysów Paganiniego w transkrypcji na flet. Od samego patrzenia na te nuty bolą mnie palce…

A, no i przeszła do drugiego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego. Więc teraz siedzi i czyta "Imię róży".

***

A Pucek nie chce jechać na zieloną szkołę z klasą. Nie i już. "Bo na pewno tam będzie złe jedzenie". A jego klub karate zaprosił go na ferie - obóz karate w Bukowinie Tatrzańskiej, treningi, narty etc. Jedzie ulubiony trener, jadą koledzy, a w dodatku (tak między nami) może tam pojechać za free.

I nie chce. I nie wiem, jak go namówić. Bo uważam, że sporo w ten sposób straci. Zwłaszcza, że z powodów przyziemnych, czyli finansowych, na jakieś większe ferie się w tym roku nie zanosi. W najlepszym razie będzie kilka dni w C., u cioci (ale i to nie jest pewne).

O co naprawdę chodzi? Nie wiem. Na pewno nie o lęk przed jechaniem bez taty, bo przecież już na wycieczki klasowe dwu-trzydniowe jeździł i nigdy nie było problemów. Ale na ostatniej coś mu się mniej podobało i… zipa dumna. Nie i już.

Nie wiem.

sobota, 23 września 2017

No i wracamy do normalnego rytmu. Rok szkolny.

Pietrucha w ostatniej klasie gimnazjum, zaczynamy myśleć o wyborze liceum. Tak czy owak będzie to Warszawa, oczywiście, bo w okolicy żadnego naprawdę dobrego liceum nie ma (jest jedno niezłe, ale bez przesady, w B., 5 kilometrów stąd, i jedno podobno dobre w M. - ale prywatne, za ciężkie pieniądze). Przy pietruszkowych preferencjach intelektualnych liceum pierwszego wyboru to oczywiście Staszic (dla czytelników spoza terenów okołostołecznych - szkoła znana ze specjalizacji w przedmiotach ścisłych, zwłaszcza w matematyce, z klasami o eksperymentalnym programie matematyki przygotowanym przez jakichś naukowców etc.). Tylko czy się dostanie? Ilość kandydatów na miejsce jest tam taka, że nawet laureaci konkursów kuratoryjnych gwarancji nie mają. Poza tym są jeszcze dwa czy trzy licea we względnym centrum Warszawy, które warto wziąć pod uwagę. Ano, właśnie: bo dla nas - poza poziomem szkoły i "specjalizacją" - niemałe znaczenie mają także kwestie logistyczne. Pietruszka i tak będzie dojeżdżał pociągiem, więc liceum nie może być w takim miejscu, żeby jeszcze od tego pociągu musiał się tłuc godzinę przez miasto.

Piłka się rozkręca, wpasowała się w towarzystwo klasowe, mają taką "szaloną trójkę" - ona, jej koleżanka o tym samym imieniu, i kolega I., inteligentny gość, a przy tym sportowiec: uprawia sporty walki i …szachy. I podobno w jednym i w drugim jest niezły. Piłka ma już plany co do kilku konkursów kuratoryjnych, w których zamierza w tym roku brać udział. Dobrze by było, jakby w którymś coś osiągnęła - bo za dwa lata, jak będzie szła do liceum, do na skutek deformy oświaty będzie miała znacznie większą konkurencję, niż normalnie (dwa roczniki będą wtedy startować do liceów - obecne drugie klasy gimnazjum i obecne siódme klasy podstawówki. Super, co?).

Pucek w czwartej klasie, jak ten czas leci… Ma nową wychowawczynię - tak się składa, że tę samą, która w kasach 4-6 była wychowawczynią Pietruszki. Co jest generalnie dobrą wiadomością, bo pani jest sensowna, konkretna, "normalna" i o swoich uczniów dba. Pucek w szkole sobie radzi dobrze - nie wygląda, żeby był prymusem takim, jak jego starsze rodzeństwo (chociaż nigdy nie wiadomo…), ale jest solidny, łapie szybko, czyta sprawnie, liczy dobrze, rozumie, co powinien rozumieć. Jedyne, czego się obawiam, to pisanie (teraz już "normalny" polski, z dobrą, ale dość wymagającą nauczycielką, a Pucek jak się spieszy, to robi błędy). Ale generalnie jestem dobrej myśli, wszystko wygląda dość pozytywnie.

***

A poza szkołą? Wszystko po staremu. Finansowo znowu cienko. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach - "Co się polepszy, to się po…". Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej - to zaraz się okazuje, że jednak nie. Duży Amerykański Portal, o którym pisałem w czerwcu, wydawał się być światełkiem w tunelu, zapewniając akurat takie wpływy, jakich w moim miesięcznym budżecie brakowało. Ale jak zwykle nic nie jest tak piękne, jak się wydaje: okazało się, że jednak budżet mają niższy, niż się zapowiadało, więc zamiast "co najmniej jednego tekstu dziennie" są dwa - trzy tygodniowo. To oczywiście i tak plus, bo płacą nieźle i jakieś pieniądze z tego są - ale właśnie "jakieś". Ciągle nie takie, żeby na spokojnie wyjść na prostą.

A to oznacza, że trzeba by się porozglądać za czymś jeszcze. Czyli wracamy do punktu wyjścia, bo moje możliwości "rozglądania się" są takie, jakie są. Tak, jak już pisałem: na tym etapie życia do "normalnej" pracy, wymagającej wyjścia z domu na cały dzień, pójść nie mogę. Bo to by wymagało upchnięcia Pucka na cały dzień w szkole / świetlicy. A raczej nie zarobię tyle, żeby jeszcze móc zapłacić komuś, kto będzie się w tym czasie moimi dziećmi zajmował (nawet, gdybym uznał, że to dobry pomysł).

Nie wiem. I trochę już jestem zmęczony tym "nie wiem".

 

sobota, 09 września 2017

Szanowni Państwo,

z kronikarskiego obowiązku spieszę poinformować, że od dziś mieszka z nami Lucjusz. Lucjusz wygląda tak, jak widać. Lucjusz przyjechał ze schroniska w Milanówku. Ma 7-8 miesięcy, jest rudy i dłuuugi.

Nie jest to wyżeł. Jest to raczej niżeł i dłużeł. Jego długość - czego na tym zdjęciu nie widać - jest zdecydowanie z innej bajki, niż wzrost. Jak leży - wygląda na psa średniej wielkości, rozmiaru border collie na przykład. Jak wstanie… No cóż - okazuje się, że jednak jest mały. I wygląda jak krzyżówka corgi z lisem.

Lucjusz jest psem Piłki. Wymarzonym, wybłaganym. I dlatego nazywa się Lucjusz. Bo miał się nazywać Baskerville, ale Piłka (niestety) zmieniła zdanie :-)

Na razie jest mocno przerażony - jak wszedł do pokoju Piłki, to nie chciał wyjść. A jak już wyszedł, to nie chciał wejść. Jego najgorszym koszmarem są schody - boi się ich. Ale już mniej, niż kilka godzin temu.

Na smyczy chodzi nadspodziewanie grzecznie (zwłaszcza jak na rezydenta schroniska). Z kotem też chyba problemów nie będzie: jak Lucjusz zjawił się w domu i zobaczył kota, to nie miał nawet najdrobniejszego odruchu agresji czy ścigania. Wyglądał tylko na zdziwionego. Kot zresztą też wyglądał na zdziwionego, może lekko zaniepokojonego, ale nie na tyle, żeby wstać i ruszyć się z miejsca. Więc chyba nie będzie źle :-)

 

IMG_3269_copy1

środa, 30 sierpnia 2017

Właśnie dostałem list. Z Francji. Na urzędowym papierze, z trójkolorową flagą, profilem Marianny i hasłem "Liberté-Égalité-Fraternité".

Poczułbym się prawie zaszczycony… gdyby nie fakt, że był to mandat. Za przekroczenie prędkości. Z jakiegoś francuskiego fotoradaru. Z tekstu korespondencji wynika, że przekroczyłem prędkość o… 5 kilometrów na godzinę. Kto mnie zna ten wie, że nie pędzę, nie szarżuję, jeżdżę zgodnie z przepisami - widać się rozpędziłem (może z górki było…).

45 euro. A żeby ich żaby zjadły :-)

Zapłaciłem, co robić.

To jednak, co z wrodzonej uczciwości musze przyznać, to fakt, że mandat (podobnie jak wszystkie dołączone do niego dokumenty) był PO POLSKU. Co więcej - całe pismo zredagowane było poprawną polszczyzną, bez błędów. Nawet przecinki były na swoich miejscach. Z ciekawości porównałem z kilkoma polskimi pismami urzędowymi, które ostatnio dostawałem. Różnica wyraźna - na korzyść Francuzów. :-)

wtorek, 29 sierpnia 2017

Tak, tak, wiem, poprzedni wpis był półtora miesiąca temu. Jakoś ciężko mi się ostatnio zebrać do tego, żeby tu coś napisać. NIe wspominając o tym, że miesiąc nas w domu nie było.

Tak, miesiąc. Z czego, rzecz prosta, mojego "urlopu" - czasu, kiedy nic nie robiłem zawodowo - był tydzień. Dobre i to.

Byliśmy w C., gdzie przyjmowano nas ciepło jak zwykle.

Byliśmy w Niemczech, u znajomych, w Lesie Palatynackim, w ich pięknym, nowym domu położonym w małej wiosce w górskiej dolince. Zwiedzaliśmy stare zamki, jeździliśmy pięknymi trasami, śmialiśmy się razem, wygłupialiśmy się. Nas czworo, ich ośmioro: wystarczyło, żeby wszyscy znaleźli się w tym samym czasie w jednym pomieszczeniu - i już było wesoło.

Potem byliśmy tydzień we Francji - ale nie w Bretanii, bo okazało się, że akurat przez te kilka dni w Bretanii miało być deszczowo. Więc pojechaliśmy ciut dalej na południe, do Wandei, a konkretnie - na niezwykłą wyspę Île de Noirmoutier. Leniwy czas, spokojny, wakacyjny. Kemping nad samym oceanem, który szumiał nocami na swój niepowtarzalny, oceaniczny sposób.

A na koniec - Kotlina Kłodzka i rekolekcje / warsztaty muzyczne, podczas których okazało się, że z czterdziestki przypadkowych amatorów można jednak stworzyć chór, który naprawdę zabrzmi.

A teraz… Koniec wakacji. Za parę dni nowy rok szkolny. Znowu zacznie się „codzienność”. Pustka, która przez te dwa miesiące została zepchnięta poza margines postrzegania, wraca. Oczywiście - przecież wiadomo było, że nie zniknie.

Tysiąc myśli, inspiracji, projektów i pomysłów… Z których, rzecz prosta, nic nie wyjdzie. Bo brak czasu, bo obiad, pranie, dojazdy i praca, żeby na to wszystko pieniędzy starczyło.

Czegoś, cholera, w tym wszystkim brakuje.

poniedziałek, 03 lipca 2017

Inaczej - cytując Klasyków - prosimy nie powtarzać, zwłaszcza Osobom Zainteresowanym.

Jakiś czas temu Piłka - z wyrazem niejakiego obrzydzenia - opowiedziała mi:

- Wiesz, tato, jest w klasie taki kolega (tu padło imię), któremu się chyba podobam.

- A on Tobie? - zapytałem czujnie, ale dziecko spojrzało na mnie tak, jakbym je pytał, czy ma ochotę pogłaskać pająka (kto zna Piłkę, ten wie, że nie ma ochoty…).

No dobrze - czyli nie było się czym przejmować. Fakt, że moja córka jakiemuś chłopakowi się podoba, specjalnie mnie nie dziwi (zdziwiłbym się, gdybym poznał takiego, któremu nie…). Fakt, że mi o tym mówi (sama z siebie) i ze szczegółami opowiada, oznacza, że wszystko jest OK - i że ma do mnie zaufanie. No dobrze, było, minęło, o sprawie zapomniałem. Do dziś.

Bo dziś, Panie i Panowie, wyjąłem ze skrzynki list. List był niezwykle romantycznie przyrządzony - kartka ładnego papieru, opalona na brzegach (!), zapisana pismem co prawda mało kształtnym, ale wyraźnie zaangażowanym. Zaczynało się od "Droga Piłko…", kończyło podpisem (nie, żeby jakiś anonim, nie…). Skąd wiem, pytacie?

Ano stąd, że romantyczny list… nie był włożony do koperty (kolega wie, gdzie Piłka mieszka, bo kiedyś jakieś zeszyty od niej brał). Czyli teoretycznie mogłem go legalnie przeczytać od początku do końca (jak już przestałem się śmiać).

Czego nie zrobiłem, rzecz prosta. Nagłówek i pierwsze dwa czy trzy zdania przeczytane z rozpędu wystarczyły, żebym wiedział, że mam do czynienia z korespondencją miłosną. Oddałem list adresatce, mówiąc, że coś do niej w skrzynce leżało.

Przeczytała. Złapała się za głowę z taką miną, że na miejscu kolegi nie zbliżałbym się do niej bliżej niż na 50 metrów. Przez najbliższe 20 lat mniej więcej. Uniosłem brew pytająco - nie chciałem być wścibski (przesadnie…), ale dziecię wkurzonym tonem opowiedziało mi ze szczegółami treść listu, mniej więcej co drugie zdanie wtrącając epitety na temat kolegi. Nie zacytuję, bo damy takich rzeczy nie mówią. Zwykle.

Zasugerowałem lekko złośliwie, żeby odpisała koledze, aby następnym razem wkładał jednak list do zaklejonej koperty, bo inaczej tata przeczyta… Dowiedziałem się tylko, że "…jak będzie jakiś następny raz, to osobiście mu zrobię krzywdę".

No to śmiesznie. Moja córka dostaje listy miłosne. Czuję się staro… ;-)

***

A swoją drogą - historia lubi się powtarzać… Kiedy M. była mniej więcej w tym wieku (no dobrze, może rok starsza) też miała takiego upartego adoratora, co to był w niej po uszy zakochany. Opowiedziała mi o tym kiedyś (już po naszym ślubie), śmiejąc się i wspominając, jakiego obciachu jej parę razy narobił (na przykład przyjeżdżając bez zaproszenia na Drugi Koniec Polski, żeby ją odwiedzić u babci w czasie wakacji). Opowiadała, jaka była na niego wściekła. I pamietam - pamietam bardzo dobrze - że miała przy tym bardzo podobną minę jak Piłka dzisiaj. Naprawdę - na miejscu kolegi trzymałbym się z daleka…

***

Musze sobie kupić taką koszulkę:

Dadd2

…albo taką:

DADD1

:-)

 

piątek, 30 czerwca 2017

Jak wchodziłem do sklepu był upał - 28 stopni - i trochę chmur na niebie. Jak wychodziłem (kwadrans później) niebo było już ciemne. Oho, pomyślałem, ciekawe, czy zdążę do domu zanim zacznie lać. Bo pranie wisi na balkonie…

Nie zdążyłem. Po chwili zaczęło lać, dziesięć sekund później zerwał się taki wiatr, że widziałem fruwające w powietrzu przedmioty…

…a po kolejnych kilku sekundach trzy wielkie drzewa - sosny o wysokości ponad 30 metrów każda - przewróciły się na drogę tuż przed maską mojego samochodu. Jak zauważyłem kątem oka, że lecą, wcisnąłem hamulec do podłogi. ABS "zawarczał" na zalanym wodą asfalcie i zatrzymałem się na kilka metrów przed padającymi pniami, które rozwaliły płoty po obu stronach ulicy, a padając zerwały linię elektryczną: kable pod napięciem pacnęły w połowie drogi między drzewami a mną. Czyli jakieś dwa - trzy metry od mojego przedniego zderzaka. Snop iskier przeleciał po mokrej ulicy, przez całą jej szerokość. Dobrze, że samochody mają gumowe opony.

Gdybym jechał minimalnie szybciej, gdybym wyjechał z parkingu przed sklepem o jeden samochód wcześniej, gdyby nie było tego czerwonego światła… I tak dalej.

Wygląda na to, że mój Anioł Stróż wczoraj był na posterunku…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43