Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

(Nie)Codzienności, czyli Życie i Nie Tylko

piątek, 01 lutego 2019

Nasz kot miauczy pod drzwiami - chce wyjść na dwór. Kiedy podchodzę i otwieram mu drzwi, siada i patrzy na mnie wyczekująco. I nie wychodzi. Więc zamykam drzwi, bo na dworze zimno przecież. A wtedy kot zaczyna na nowo miauczeć i drapać w drzwi. Otwieram drzwi. Sytuacja się powtarza.

Od pewnego czasu mówimy już po prostu, że kot robi Brexit…

sobota, 26 stycznia 2019

Ha. Pani odpisała i zgodziła się na zaproponowaną przeze mnie stawkę. Co należy uznać za sukces… do pewnego stopnia. Bo stawka, którą zaproponowałem, i tak jest w gruncie rzeczy bardzo niska. Ale (uznajmy) mieści się w granicach przyzwoitości, a książka jest ciekawa i fajnie napisana. Dodatkowo wydawnictwo zgodziło się na niewielką zmianę kształtu umowy tak, żeby mi bardziej pasowało. Więc ogólnie chyba jestem do przodu…

***

Ferie się zaczęły. Pierwszy tydzień w domu, bo Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego (90 procent!), a w pierwszym tygodniu jej polonistka siedzi w domu, więc mogą się kilka razy spotkać i poprzygotowywać. Zważywszy, że pani K. robi to w swoim wolnym czasie i nikt jej za to nie płaci, to trudno wybrzydzać.

Zresztą i tak wyjechać możemy najwyżej na kilka dni. Raz, że na dłużej nie bardzo jest za co. Dwa, że patrz punkt pierwszy, czyli nowa książka do tłumaczenia (termin do końca marca – i wcale nie mam poczucia, żeby to był nadmiar czasu…).

Pojedziemy do C., do cioci (która już dzwoniła dopytywać się, kiedy będziemy, bo "ferie się zaczynają i czegoś nam w domu brakuje). Miło, że są jeszcze miejsca, w których ktoś cieszy się na nasz przyjazd…

W dodatku G., wnuczka cioci, właśnie kończy pierwszy semestr studiów. Myślała o medycynie, ale paru punktów jej zabrakło, więc (na razie?) studiuje psychologię - i bardzo się cieszy na mój przyjazd, bo będzie mogła z kimś o studiach pogadać. Może być ciekawie…

***

Podarły mi się spodnie. OK, nie jest to news dnia, zdarza się - problem polegał na tym, że to były moje ostatnie czarne spodnie. A jak wiadomo nie wszędzie wypada pójść w niebieskich dżinsach czy w spodniach koloru khaki.

Pojechałem zatem do pobliskiej galerii handlowej, do sklepu dużej odzieżowej sieciówki, w którym zwykle można było kupić spodnie za rozsądne pieniądze. Niestety, dłuższa chwila poszukiwań na półkach i wieszakach ujawniła straszliwą prawdę: spodnie owszem, były, ale wyłącznie w fasonach "slim fit" albo "skinny fit". Czyli albo "rurki", albo "jeszcze bardziej rurki".

Poszedłem do sprzedawczyni (większość pracujących tam pań wygląda, jakby były niewiele starsze od mojej córki… Czy to one są młode, czy ja się starzeję?…) i zapytałem, czy dostanę normalne czarne spodnie. – A co pan rozumie przez "normalne"? - zapytała pani podejrzliwie.

- No, wie pani, żeby to nie były rurki… - odparłem.

- A pan nie lubi rurek? - zapytało dziewczę pogodnie.

- Proszę pani - odparłem patrząc na nią z politowaniem. - Niech pani na mnie popatrzy. Jak, pani zdaniem, wyglądałbym w rurkach?…

Sadząc po jej minie - załapała (i doceniam profesjonalizm, bo nie zaczęła się śmiać).

Niestety, okazało się, że "standard fit" są tylko niebieskie dżinsy, więc muszę szukać dalej. Czy naprawdę wszyscy faceci w dzisiejszych czasach chodzą w "rurkach"?! Bo niektórzy (jak ja) zdecydowanie nie powinni…

 

Zrzut_ekranu_20190116_o_14.49.12

środa, 12 grudnia 2018

W zasadzie dopiero wczoraj udało mi się nadrobić wszystkie zaległości, zamknąć wszystkie "tyły" i generalnie dogonić rzeczywistość (…ciekawe, na jak długo). Teraz już robię tylko prace bieżące.

*

Jak to jest, że ZAWSZE w grudniu robi się finansowy dołek? Niby czekam na pieniądze z czterech różnych źródeł - jak już wszystkie wpłyną (a jest cień nadziei, że stanie się to przed świętami…) to chyba nawet będę na plusie (…troszkę). Ale na razie - na koncie echo… (Jak mawiał w czasach studenckich pewien znajomy, mieszkający w akademiku: "W lodówce mam dwie rzeczy: światło i zimne powietrze. Przy czym światło  nie zawsze, ale tylko wtedy, kiedy otworzę drzwi…" - to teraz podobnie jest z moim kontem bankowym :-)).

*

Piłka - jako JEDYNA z całej szkoły - przeszła do drugiego etapu polonistycznego konkursu kuratoryjnego. Teraz siedzi, czyta mądre książki, spotyka się prywatnie ze swoją znakomitą polonistką (która, nota bene, robi to absolutnie "społecznie", szkoła jej za te dodatkowe godziny nie płaci…) i ma nadzieję, że uda jej się przejść do trzeciego. A wtedy jest już spora szansa, że zostanie jeśli nie laureatką, to przynajmniej oficjalną finalistką (do tego w trzecim etapie trzeba zdobyć bodaj powyżej 30 procent punktów). Taki tytuł finalisty daje jej dodatkowe 10 punktów przy rektutacji do liceum, co ma swój urok, zważywszy na "podwójny rocznik", jaki zafundują dzieciakom w przyszłym roku Niemiłościwie Nam Panujący.

*

Dwa dni temu (!) ocknąłem się, że przecież już zaraz święta, a ja z jakimikolwiek prezentami jestem, delikatnie mówiąc, w czarnej dziurze. A tu jeszcze Osobisty Tata (mówiąc wprost) zwalił na mnie kwestię prezentów dla Potworów od dziadka. To znaczy - mam nie tylko dowiedzieć się, co by Potwory chciały dostać, ale jeszcze to zamówić / kupić, a dziadek to sfinansuje. Niby trudno się dziwić - dziadkowi bliżej już do ósmego krzyżyka, niż do siódmego, trochę sił brakuje, żeby po sklepach biegać… Tyle, że mnie z kolei brakuje czasu. Ech.

Dobrze, że przynajmniej Potwory wiedzą, czego chcą. Na przykład Pietruszka: zapytany, co chciałby dostać od dziadka pod choinkę, odpowiedział natychmiast, bez wahania i bez cienia wątpliwości: "Nie wiem". I tak co roku, do jasnej karbidówki…

niedziela, 02 grudnia 2018

No nie było jak i kiedy.

Przechorowałem się przez prawie półtora miesiąca (!). Zrobiło mi się zapalenie nerwów wstępujących - coś jak "korzonki", ale w szyi. I trzymało półtora miesiąca z jedną, kilkudniową przerwą. Koszmar po prostu: ból niby niewielki, ale absolutnie wystarczający, żeby nie móc zasnąć. I wystarczający, żeby nie móc pracować. Przez półtora miesiąca robiłem w zasadzie wyłącznie to, co musiałem robić na bieżąco - bo więcej po prostu nie byłem w stanie. Dwie godziny pracy dziennie, maksimum trzy. A dodatku mój twardy organizm jest dość odporny na wszelką chemię: standardowe leki przeciwzapalne prawie nie działały, te niestandardowe - słabo. Dopiero ketonal pomógł (i to po dziesięciu dniach zażywania dość końskiej dawki). Przez ostatnie trzy lata nie zjadłem tyle lekarstw, co od października do połowy listopada. Pewnie już świecę w ciemności…

W związku z powyższym - zaległości w pracy mam takie, jak stąd na Kamczatkę. To znaczy - miałem, bo już część nadrobiłem. Jak się dobrze sprężę - i jak nie zwali się za dużo rzeczy "bieżących" - to do czwartku powinienem dogonić rzeczywistość. Miejmy nadzieję.

piątek, 14 września 2018

Dzisiejsza Aunty Acid.

Jakby powiedzieli Anglicy - so true…

Zrzut_ekranu_20180914_o_11.20.081

poniedziałek, 03 września 2018

No i stało się. Po dziewięciu latach pożegnaliśmy się ze szkołą w A. Przenosiny Pucka były przez moment trochę nerwowe, bo wyglądało na to, że nie będzie dla niego miejsca (akurat pięte klasy w P. okazały się pełne…), ale właśnie, kiedy rozmawiałem o tym z panią dyrektor, okazało się, że ktoś zrezygnował. Miejsce się zwolniło.

I dziś Pucek zaczął rok szkolny w nowej szkole. Ma fajną klasę, bardzo sympatycznego wychowawcę (anglista, ten sam, który uczy Piłkę w ostatniej klasie gimnazjum) i bardzo dobry zestaw nauczycieli.

Trochę mi szkoda szkoły w A., to było ciepłe, rodzinne miejsce, w którym - poza wszystkim - Puckiem bardzo się zaopiekowano w najtrudniejszych chwilach trzy lata temu. Ale tak się dłużej po prostu nie dało żyć.

A teraz Pucek będzie miał codziennie lekcje na ósmą rano, a kończyć będzie między pierwszą a drugą po południu.

***

Co oznacza także, że ja będę miał wreszcie czas na pracę - "ciurkiem" od rana do plus minus drugiej. Może wreszcie nadrobię zaległości, przyspieszę książkę…

Bo na razie - jest fatalnie. Minus na koncie jest większy, niż łączna suma wpływów, które są przewidziane na wrzesień. A w tym tygodniu czeka mnie jeszcze zakup podręczników dla Pietruszki, bo przecież w liceum już "darmowych" nie dostają. A, no i bilety miesięczne. Ciekawe, czy minus nie zdąży dojść do dna, zanim wpłyną najbliższe pieniądze… Fajnie, co…?

wtorek, 21 sierpnia 2018

Przepraszam, ale jakoś do pisania (tutaj) nie mogę się ostatnio zebrać.

Wakacje były. Wyprawa wakacyjna zawiodła nas nad Balaton, w okolice uroczego Tihany, do krainy papryki, lawendy i totalnego lenistwa. A potem byliśmy jeszcze dwa dni w Słowenii, gdzie przejechaliśmy przez przełęcz Vrsic, zwiedzaliśmy Planicę (Pietruszka z Puckiem nawet wdrapali się na samą górę największej skoczni!) i podziwialiśmy widoki.

A potem byliśmy nieco ponad dwa tygodnie w okolicy Tarnowa, na wyjeździe zorganizowanym (17 dni, kiedy nie musiałem gotować. W ogóle. Mmmm…).

A teraz jesteśmy już w domu.

I wszystko wraca do normy. Pracę trzeba nadrabiać (na wyjeździe coś tam robiłem, ale zaległości narosły…), do szkoły się przygotowywać, na koncie minus… Wszystko po staremu.

Z nowości to tyle, że właśnie zmywarka odmówiła współpracy. Jutro przychodzi fachowiec. Wszystko wskazuje na to, że padła pompa. Az się boje pomyśleć, ile to będzie kosztowało…

***

A poza tym dużo myśli, dużo różnych pomysłów, dużo obaw i niepokojów przed nowym rokiem szkolnym. Ale o tym kiedy indziej.

środa, 04 lipca 2018

Już półtora tygodnia po zakończeniu roku szkolnego zdążyłem się zebrać, żeby coś napisać.

Zakończenie jak zakończenie. Do tego, że Potwory Starsze wymieniane są wśród "super-hiper-mega-najlepszych", zdążyłem się już przyzwyczaić. Wiem, wiem, jestem zblazowany, średnia ocen typu 5,7 już mnie nie wzrusza aż tak, jak kiedyś… Ale zawsze to miło, jak w gronie dziesięciorga najlepszych uczniów całego gimnazjum 20 procent stanowią Potwory.

Papiery do liceum złożone. Pietruszka ma łączną punktację (świadectwo + wszelkie "extrasy" + egzaminy gimnazjalne) na poziomie powyżej 180. Do klasy, do której chce się dostać (klasy "pierwszego wyboru") w ubiegłym roku szkolnym próg punktowy wynosił 172. Nawet, jakby w tym roku podnieśli o 5 punktów (co jest mało prawdopodobne), to i tak jest jeszcze zapas.

Piłka miała pod koniec roku szkolnego dziwne zderzenie z jednym z nauczycieli. Sytuacja była dość niezrozumiała, na szczęście zainterweniowała wychowawczyni (świetna nauczycielka i rozsądny człowiek) i wszystko się jakoś ułożyło. Problem polega na tym, że Piłka lekcje z tym panem będzie miała jeszcze przez rok i boję się, że może być nieprzyjemnie. Może coś napiszę na ten temat oddzielnie. Ale poza tym wszystko OK.

Pucek… Ach, Pucek. Trochę zawsze niedoceniany (naukowo) na tle starszego rodzeństwa - przyniósł świadectwo z paskiem i średnią 5,18. No naprawdę, nie mam pytań.

No i wakacje. Ale o planach wakacyjno-wyprawowych napiszę oddzielnie. Jak mi wpłyną jakieś pieniądze za czerwiec, bo na razie, jakby to powiedzieć, nie bardzo jest za co gdziekolwiek jechać :-)

poniedziałek, 14 maja 2018

… nie moją.

Piłka ma dokładnie zaplanowaną wizję swojej przyszłości.

Po pierwsze - chce studiować prawo. Medycyna odpadła z konkurencji.

Po drugie - chce je studiować… w Stanach Zjednoczonych. Jest dopiero w drugiej klasie gimnazjum, ale ma już wszystko zaplanowane. Do jakiej klasy pójdzie w liceum i jakie przedmioty będzie rozszerzać. Że po maturze zrobi sobie rok przerwy, żeby pójść do jakiejś pracy i odłożyć trochę pieniędzy. A potem pójdzie na studia tu, w Polsce - żeby zrobić licencjat, który umożliwi jej ubieganie się o miejsce na dobrym uniwersytecie w USA (bo tam przecież inny system studiów - college to w zasadzie jeszcze edukacja ogólna). Że potem będzie składać papiery na amerykańskie uczelnie. I że żeby się dostać na prawo musi zdać taki specjalny egzamin (nie pomnę, jak się nazywa) - więc już teraz siedzi w wolnych chwilach i rozwiązuje przygotowujące do niego testy (…i już teraz jest w stanie w przewidzianym czasie nastukać jakieś 25 - 30 procent).

A koszty? Studia w USA są drogie, więc delikatna sugestia, że raczej nie będzie nas na to stać… Ale nie, spokojnie, dziecko już wszystko sprawdziło. Że jak się dostanie, to jest system stypendialny, są kredyty studenckie, że generalnie "jak już kogoś przyjmą i uznają, że jest dobry, to nie pozwolą mu odpaść z powodów czysto finansowych" (to fakt, na tych dobrych uczelniach trochę tak to wygląda). Więc jedyne koszty na początek to opłaty ze ten super-egzamin (który można zdawać "na odległość", w Polsce) plus koszty wizy, biletu lotniczego etc. A na to przecież zarobi sobie w tym roku po maturze. No.

Życie zaplanowane na dziesięć lat do przodu. Zaczynam się jej bać :-)

(Jasne, zdaję sobie sprawę, że ona ma dopiero piętnaście lat i że ta wizja jeszcze sto razy może się zmienić. Ale jakoś podziwiam jej upór, zdecydowanie i siłę przebicia. I mam głębokie podejrzenie graniczące z pewnością, że jeśli wizja się nie zmieni - to dopnie swego i swój plan zrealizuje. Moja krew! :-)

niedziela, 06 maja 2018

Nie wiem właściwie. Mógłbym zacząć od "Tyle się dzieje…". Albo od "Nic się nie dzieje…". I chyba oba stwierdzenia po trochu byłyby prawdziwe.

***

Bo z jednej strony dzieje się mnóstwo - na poziomie "wydarzeń bieżących", cytując klasyków.

Pietruszka pisał egzaminy gimnazjalne i bardzo narzeka, że pomylił się wpisując jedną odpowiedź w arkusz, w związku z czym nie będzie miał 100%…

Byliśmy w C., u Cioci. Jeden dzień co prawda, ale zawsze. A jeden dzień dlatego, że Piłka zaczęła grać w młodzieżowej orkiestrze dętej w G., która właśnie została reaktywowana i po serii prób miała pierwszy koncert 3 maja, czyli w środku majówki. Nawet fajnie grali - trochę "klasyki", ale też trochę jazzu plus wiązankę gospel / Negro spirituals. Jak na zupełnie nowy zespół z zupełnie nowym dyrygentem i po raptem pięciu próbach - było super.

Pracy mam (za)dużo. Nie nadążam. Choć, Bogiem a prawdą, nie nadążam nie tylko dlatego, że jest jej (za)dużo. Także dlatego, że - widzę to coraz wyraźniej - pracuję wolniej, niż kiedyś. Więcej czasu zajmuje mi "wejście w rytm", łatwiej się rozpraszam, trudniej mi się skupić, a jak już pracuję, to w określonym czasie robię mniej, niż jeszcze kilka lat temu. "Wypalenie zawodowe"? Czy po prostu wiek?…

Auto zmieniliśmy. Akcja jak z "Ziemi Obiecanej" ("…ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…) razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…").

Wszystko zaczęło się od tego, że nasz Osiołek miał iść do remontu. Nazbierało mu się, ma biedak swoje lata, parę większych rzeczy trzeba było przy nim zrobić - byłem przygotowany na to, że jakieś dwa - dwa i pół tysiąca będzie trzeba w tę imprezę włożyć. Trochę mnie to uwierało - rynkowa wartość Osiołka to jakieś 8 tysięcy, czyli wkładam w naprawę jedną czwartą jego wartości (albo więcej) - a przecież w razie sprzedaży ten remont jego ceny o tę sumę nie podniesie… No, ale co robić: pieniędzy na wymianę auta nie ma, nic nie wskazuje na to, żeby miały być, więc Osiołek musi jeździć. Tak się złożyło, że znajomi sprzedawali właśnie swoje auto, więc mogli mi je pożyczyć na te parę dni, które Osiołek miał spędzić w warsztacie.

Pojechałem do znajomych, wziąłem kluczyki, wsiadłem do tego pożyczonego auta… I mnie strzeliło. Auto w tym samym wieku co Osiołek, czyli wiekowe, ale po pierwsze o dwie klasy lepsze, a po drugie - znajomi z tych, co to każdy drobiazg załatwiają wyłącznie w autoryzowanym serwisie. Dlatego samochód zewnętrznie w stanie na czwórkę z plusem, ale silnik i reszta pracują jak w nowym aucie. jak powiedział pan Tomek - nasz Stały i Niezawodny Mechanik - "uuuu, warto!".

A cena? Od rynkowej wartości Osiołka wyższa dokładnie o tyle, ile musiałbym włożyć w planowany remont. Czyli zamiast wkładać w remont, tę samą sumę dołożyłem do "nowego", który - zdaniem pana Tomka - powinien bez większych nakładów jeszcze spokojnie dwa - trzy lata pojeździć.

Dlatego od teraz będziemy jeździć zafirą (zwaną już przez Potwory "Zefirkiem"). Czyli wreszcie z ciężarówki (bo Osiołek, nie oszukujmy się, to jednak ciężarówka była…) przesiedliśmy się do osobowego. Przy 140 km/h na autostradzie można spokojnie słuchać muzyki i rozmawiać bez podnoszenia głosu. No, luksusy po prostu. Plus komputer pokładowy, elektrycznie składane lusterka i parę innych bajerów.

Zafira_copy

Oczywiście - jak w każdej pozytywnej wiadomości - i tu musi być kropelka niepokoju: pieniądze na zakup Zefirka musiałem pożyczyć. Żeby je zwrócić - muszę sprzedać Osiołka. A żeby sprzedać Osiołka (na którego zresztą mam już chętnego) - muszę go przeprowadzić przez sąd, bo to przecież część "masy spadkowej". A Pożyczkodawca musi dostać zwrot na początku lipca. Więc czasu mam niewiele. A jak nie zdążę, to będę musiał pożyczyć, żeby oddać. No, i takie tam.

***

A z drugiej strony - właściwie nie dzieje się nic. Aż do końca. I to jest czasami naprawdę męczące.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44