Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

Na Smutno

niedziela, 08 stycznia 2017

W czwartek, przed pierwszym w tym roku długim weekendem, spędziłem godzinkę u bardzo życzliwej Pani Notariusz. Poświadczenie przejęcia spadku.

Dlaczego po prawie dwóch latach? Bo nie miałem pojęcia, że to w ogóle potrzebne. Tak, wiem, niby człowiek inteligentny (w miarę…) i wykształcony, a głupi. Ale co zrobić - pierwszy raz w życiu zostałem wdowcem. Zawsze mi się (naiwnie) wydawało, że sprawa spadkowa potrzebna jest wtedy, kiedy są jakieś wątpliwości. Większa ilość spadkobierców, spory między nimi, testament (na przykład przez kogoś kwestionowany), jakieś dzieci z poprzednich małżeństw czy z innych związków… A tu - wydawałoby się - sprawa prosta. Oboje byliśmy jedynakami, żadnych innych dzieci poza trójką Potworów, żadnych wątpliwości co i kto.

A jednak. Okazało się, że trzeba. Bo bez tego nie da się załatwić miliona spraw. Ignorantia iuris non excusat, jak wiadomo.

Na szczęście - dzięki pomocy znajomego prawnika - udało się to załatwić bez konieczności robienia sprawy w sądzie rodzinnym, tylko właśnie przez notariusza. Choć tyle.

Tak więc jestem właścicielem 5/8 naszego domu - pozostałe 3/8 należą do moich dzieci. Czyli nawet, jakbym chciał któreś wyrzucić z domu, to nie będzie proste… Podobnie ma się sprawa z samochodem. Gdybym chciał go sprzedać - muszę uzyskać zgodę sądu rodzinnego (bo Potwory są niepełnoletnie) - a potem albo kupić nowy samochód znowu "na współwłasność" z dziećmi, albo poinformować sąd, w jaki sposób część pieniędzy ze sprzedaży należącą do moich dzieci przeznaczę na ich potrzeby. Trochę to paranoiczne, zważywszy, że mówimy o dziesięcioletnim samochodzie… Cóż zrobić - stulta lex, sed lex.

***

Przyjęcie spadku… Wyszedłem od Pani Notariusz w dziwnym nastroju. Przygasiło mnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, co. Trzymanie w ręku takiego dokumentu sprawia, że człowiek jakoś wyraźniej - choćby po tych dwóch latach - zdaje sobie sprawę z nieodwracalności zdarzeń. Z tego, że już nigdy. I że już zawsze. I tak dalej.

sobota, 22 października 2016

Czasami naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie wiem, jak to wszystko rozgrywać. Mam takie wrażenie, że wszystko, za co się wezmę, natychmiast zaczyna się sypać. Praca idzie fatalnie: za mało mam na nią czasu. A to "za mało" to i tak o wiele za dużo, jeśli spojrzeć z perspektywy tego, czego potrzebują moje dzieci. Zwłaszcza Pucek, ale przecież nie tylko on.

Z powakacyjnego dołka miałem wyjść w październiku - a tu październik się kończy, a brzegów dołka nie widać. A tu jakieś długi do pozamykania - miałem nadzieję, że już będę je miał z głowy, ale oczywiście nie, to by było za proste. Bo przecież ciągle coś się musi dziać, bo przecież jak już coś do przodu, to zaraz coś do tyłu, bo ubezpieczenie samochodu, bo cztery duże rachunki na raz, bo piekarnik się zepsuł, bo, bo, bo…

Jak tylko udaje mi się coś ogarnąć, dogonić rzeczywistość w jakiejś konkretnej sprawie, mieć przez moment poczucie, że zaczynam nad tym wszystkim panować - to zaraz się okazuje, że dwie inne sprawy zawaliłem, jedna nie poszła tak, jak miała pójść, a trzy kolejne właśnie się pojawiły. Chciałem książkę zamknąć przed końcem października - a guzik, gdzie tam. Może (może!) uda się do połowy listopada. I niby żaden problem, pośpiechu nie ma, termin jest do końca roku… Ale po pierwsze - potem do końca marca są jeszcze dwie książki, więc im szybciej skończę tę, tym szybciej zacznę kolejną. A po drugie - jak skończę, to mi zapłacą. Proste zależność, prawda?…

A jeszcze ta cholerna jesień. Nienawidzę jesieni. Leje, mokro, paskudnie. A niedługo znowu bezsensowna, nikomu do niczego niepotrzebna zmiana czasu, która sprawi, że koło czwartej już będzie ciemno. Czasami naprawdę doceniam mądrość niedźwiedzi: mam ochotę położyć się do łóżka i zapaść w sen zimowy. I wstać dopiero na wiosnę. I wcale nie musi to być ta najbliższa wiosna.

No, to sobie pomarudziłem.

wtorek, 22 marca 2016

Czasami jest tak, że po prostu nic nie działa. Że w którą stronę się człowiek nie obróci, trafia na ścianę. Wszystko pod górkę, wszystko nie tak. Jak już się jakieś okienko wydaje otwierać - to i tak się okazuje, że prowadzi do nikąd. Ja nie potrafię siedzieć i czekać - więc próbuję, kombinuję, wymyślam kolejne rozwiązania, robię nieustanną burzę mózgów (czy raczej - burzę mózgu).

I nic. Każde rozwiązanie okazuje się chybione. Każda decyzja - błędna. Im bardziej jakiś pomysł wydaje się logiczny i spójny - tym bardziej bierze w łeb. Tam, gdzie szukało się rozwiązania - trafia się na kolejny problem, który dodaje się do pozostałych (jakby ich było mało).

I to cholerne poczucie, że jestem z tym wszystkim sam, że sam muszę sobie z tym jakoś radzić. I że nie mogę pozwolić na to, żeby moje dzieci poczuły to obciążenie.

Jasne, i tak je czują (dzieci zawsze wiedzą i czują więcej, niż nam się wydaje - nauczyłem się tego już dawno…). Ale to JA muszę je przez to wszystko przenieść. Muszą czuć, że mają oparcie - zwłaszcza teraz, kiedy część ich świata i tak się już zawaliła. Więc nie, nie mogę sobie pozwolić na chwile słabości. Bo oni mają tylko mnie.

Więc sobie nie pozwalam. Dobrze, że nie jestem typem depresyjnym… Bo pewnie już bym się załamał. A tak to tylko sobie czasami pomarudzę i idę dalej. Do kolejnej ściany.

Hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again...

 

piątek, 18 marca 2016

Podobno się święta zbliżają? Ktoś coś słyszał na te temat?…

Nie mam czasu nawet posprzątać w domu, o zakupach nie wspominając.

 

niedziela, 27 grudnia 2015

Tak, już po. Drugi dzień świąt, "the feast of Stephen", minął szybko. Zawsze się narzeka, że święta tak szybko mijają… A ja nie narzekam. Gdyby nie to, że są Potwory, to pewnie bym sobie te trzy dni przesiedział w domu, sam, z muzyką.

Jakoś mi w tym roku zupełnie z tymi świętami nie było po drodze. Samo to, żeby usiąść do wigilijnego stołu, wymagało ode mnie dużo wysiłku. I nie mówię, rzecz prosta, o wysiłku związanym ze sprzątaniem i gotowaniem… Dzieci strasznie się na te święta cieszyły. Dzieci są nieprawdopodobnie elastyczne - niezależnie od wszystkich trudności i smutków potrafią szybko przystosować się do nowej sytuacji, nawet, jeśli to sytuacja trudna, smutna czy bolesna. I szybko potrafią się cieszyć, przeżywać, żyć po prostu. I chwała Bogu, że tak jest.

Ja już nie jestem taki elastyczny. Ja się tak szybko nie przystosowuję (…czy w ogóle kiedykolwiek się przystosuję?…). Dla mnie poczucie pustki, poczucie braku - obecne na co dzień - przy tym wigilijnym stole zintensyfikowało się tak, że było niemal dotykalne. Dodatkowe nakrycie… Jeden opłatek mniej… I tak dalej. 

Wczoraj przyjechała Ciotka B., a z nią - Kuzynka z Ameryki, która ostatni raz była w Polsce trzy lata temu. Z kuzynką zawsze dogadywaliśmy się w pół słowa, więc było nawet bardzo sympatycznie. Siedzieliśmy, gadaliśmy… Aż Kuzynka zobaczyła leżącą przy wieży płytę i zapytała, czy może posłuchać. Jasne, że może, czemu nie. Włączyliśmy płytę.

"A Winter Garden" Loreeny McKennitt, płyta, która zawsze u nas leci w czasie Bożego Narodzenia. I nagle, słuchając jednym uchem "Coventry Carol" i "Seeds of Love" zdałem sobie sprawę, że dokładnie rok wcześniej, mniej więcej o tej samej porze, słuchaliśmy z M. tej samej płyty. Nawet o tym wtedy napisałem.

Te dwie "zimowe" płyty Loreeny McKennitt to były ostatnie dwie płyty, których razem wysłuchaliśmy. Potem już jakoś nie było ani czasu, ani siły… A potem były szpitale i wiadomo. I chyba już zawsze słuchając "Seeds of Love" będę miał przed oczami ogień płonący kominku tamtego wieczoru, w drugi dzień świąt 2014 r.

 

niedziela, 01 listopada 2015

Wszystkich Świętych, jutro Zaduszki… Cmentarz pełen ludzi, pełen kwiatów i zniczy. Zawsze lubiłem w te dni chodzić na cmentarz po zmroku, patrzeć na morze migoczących zniczy, na drzewa w ciemności podświetlone od dołu żywym, drgającym światłem.

Tyle, że teraz to już dla mnie zupełnie inne święta, niż jeszcze w zeszłym roku. Idę przez ten sam cmentarz - i inaczej widzę, inaczej czuję. To jest niemal fizyczne doświadczenie: kolory są inne, odgłosy są inne, wiatr wieje inaczej.

Ludzie, których się spotyka - także znajomi, przyjaciele - też zachowują się inaczej. Niby wszystko jest tak samo - te same słowa powitania, te same uśmiechy - a jednak inaczej. Widać to w ich spojrzeniach, w mowie ciała, słychać w tonie głosu. Oni wiedzą, że ja idę na ten cmentarz inaczej, niż dotąd.

A ja? Najchętniej posiedziałbym tam, przy tym grobie, sam. W ciszy. Ale w te dni to niełatwe.

środa, 20 maja 2015

"Everyone's filling me up with noise, I don't know what they're talking about

You see all I need's a whisper in a world that only shouts."

 (Passenger, Whispers)

 

 

poniedziałek, 16 marca 2015

- Bo wiesz - mówię w rozmowie z M.M. - czasami czuję się tak, jakbym żył w dwóch światach na raz. Jeden świat to codzienność. Dzieci do szkoły, dzieci ze szkoły, zrobić obiad, posprzątać, pranie wstawić, robotą się zająć… Coś się dzieje, o czymś się rozmawia, dokądś się idzie czy jedzie. Ktoś opowiada jakiś żart, wszyscy się śmieją, ja też się śmieję. Nie, nie zapominam, nie wyrzucam z pamięci, ale po prostu żyję. A potem przychodzi taka chwila, kiedy jest cisza, nikogo nie ma dookoła, nikt nic nie mówi… Na przykład kiedy dzieci są w szkole, albo kiedy już śpią… I wtedy nagle jestem w tym drugim świecie. Nagle wraca świadomość, że to wszystko, ta bieganina, ta codzienność, że to wszystko jest puste. I że po trochu już zawsze takie będzie. I nie, to nie znaczy, że się załamuję, że siedzę i wypłakuję oczy, że wpadam w czarną rozpacz, w dół, depresję. Że się poddaję. Nie, bo ja nie umiem się poddać. Ale w tym drugim świecie, w tej drugiej rzeczywistości, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nic tak naprawdę nie jest ważne, nic w gruncie rzeczy nie sprawia większej radości. Jest szaro jak cholera.

- Tęsknisz - mówi M.M. - Po prostu tęsknisz.

I chyba ma rację. Tak to się właśnie nazywa.

 

niedziela, 08 marca 2015

Czy ja pisałem, że dom jest pusty?

Nie jest. Po kilku dniach zaczyna się zauważać, że dom wcale nie jest pusty. Przeciwnie: jest zapchany, zagracony po dach. Jest pełen przedmiotów, sprzętów, ubrań, rozwiązań. Pełen kolorów, która Ona wybierała. Kafelków, które Jej się podobały. Zasłon właśnie takich, a nie innych. Książek, których już nie zdążyła doczytać. Długopisów, które gdzieś położyła (zawsze szukała długopisów…) i które teraz wypełzają z różnych ciemnych skrytek. I jeszcze ta ikona, którą dostała pod choinkę, a której w całym zamieszaniu już nie zdążyliśmy powiesić na ścianie.

Są takie przedmioty, z którymi kiedyś trzeba będzie coś zrobić. Kurtka, która wisi na wieszaku. Buty stojące na półeczce pod nim. Sukienki w szafie. Bielizna w szufladzie. Kosmetyki. Apaszki. Biżuteria (niewiele, nie lubiła się „obwieszać”, zakładała jakąś bransoletkę czy wisiorek na specjalne okazje…).

Część pewnie przejmie Piłka. Część trzeba będzie komuś pooddawać.

Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie jestem w stanie o tym myśleć. Jeszcze nie mam siły rozpakować do końca walizki, z którą była w szpitalu. Przymierzałem się ze trzy razy - i nie dałem rady.

Powoli, krok po kroku, trzeba sobie wszystko poukładać na nowo. Wszystko: począwszy od kwestii „technicznych” i rodzinnej logistyki, poprzez różne sprawy pilne i konieczne, aż po te Najważniejsze.

***

W poniedziałek, dwa dni po pogrzebie, kiedy Potwory były w szkole, pojechałem na cmentarz. Stałem tam zupełnie sam (na szczęście), patrząc na te wszystkie szczegóły, których w dniu pogrzebu w ogóle nie widziałem. Na tę górę kwiatów na grobie. Na napisy na wstęgach - kompletnie niesztampowe, w większości bardzo osobiste.

Jeden z wieńców sprawił, że kompletnie się rozkleiłem. Duży, z bardzo kolorowych kwiatów, ze wstążką z napisem „Od małych i dużych przyjaciół ‚Ślimaka’” (‚Ślimak’ to przedszkole, które M. prowadziła). A do wieńca, między kwiatami, przymocowane były czerwone serduszka - ulepione z gliny, poszkliwione na czerwono, wypalone niewątpliwie w piecu w gliniarni u niezawodnej Justynki. Małe, gliniane serduszka, trochę krzywe, trochę nieforemne, każde innej wielkości - i na każdym było imię przedszkolaka, który je zrobił. Przedszkolaków obecnych - i tych, którzy ze ‚Ślimakiem’ pożegnali się już nawet parę lat temu.

Próbowałem te serduszka policzyć, ale nie byłem w stanie.

Ktoś mi powiedział, że ten pogrzeb był „…taki jasny, pełen światła, wyjątkowy”.

Odpowiedziałem, że pogrzeb jest taki, jak człowiek, którego się żegna.

niedziela, 01 marca 2015

Bardzo Wam wszystkim dziękuję. Za Waszą obecność (tę fizyczną i tę duchową). Za Wasz śpiew. I za ten pełny kościół. I tłum na cmentarzu. I za tę górę kwiatów.

I za Wasze łzy.

 

 
1 , 2