Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 04 listopada 2004

Ileż między ludźmi jest pogardy i niechęci… Tak, wiem, to banał, ale im więcej człowiek rejestruje (świadomie!) otaczającej rzeczywistości, tym mocniej go to uderza. Ludzie gardzą sobą nawzajem bardzo często tylko dlatego, że się nawzajem nie rozumieją. A nie rozumieją się dlatego, że nie chcą się zrozumieć…

Przyglądałem się kampanii i wyborom prezydenckim w Ameryce. Oczywiście – przyglądałem się pośrednio, czytając gazety, oglądając wiadomości. No i co? No i tak:

Wiadomo, że oba „wybrzeża” USA głosują na Demokratów (choć w tym roku wyłamała się Floryda, popierając Busha).

Cały niemalże amerykański „interior” głosuje twardo na Republikanów.

Poglądy można mieć różne. Niemniej – trochę mnie przeraża to, co słyszę z ust „intelektualnych elit” Ameryki (zgromadzonych na „wybrzeżach”) na temat całej „reszty”.

Według mieszkańców Nowego Jorku czy Los Angeles mieszkańcy „interioru” to buraki, głupole, ciemni farmerzy, pół-analfabeci nie mający pojęcia o świecie, nietolerancyjni, brudni etc. Pogarda, lekceważenie. Bush to dla nich taki właśnie idealny kandydat „buractwa”.

Jak daleko odeszły „elity” od tego, czym naprawdę być powinny… Dlaczego sam fakt bycia „białym kołnierzykiem” intelektualnym jest dla wielu wystarczającym argumentem do pogardzania każdym, kto śmie mieć inne poglądy (na politykę, na moralność, na cokolwiek). Gdzieś tu się przebija to koszmarna, lewicowa („lewacka” właściwie) tendencja do postawy „ja wiem lepiej, co dla ciebie dobre, a jeśli przy tym robię ci krzywdę, to tylko dla twojego dobra”. A jeśli tego nie widzisz – to tylko potwierdza, żeś głupiec…

Zwłaszcza, że kiedy czyta się i słyszy różne wypowiedzi tych „elit” z punktu widzenia człowieka jako-tako wykształconego, a w dodatku mającego za sobą epizod życia w kraju komunistycznym – widać chwilami potworną miałkość intelektualną, pustkę skrywaną pod płaszczykiem niby-wyższości, nicość. Iluż tam „użytecznych idiotów” naprawdę przekonanych, że ataki z 11 września 2001 r. były „moralnie usprawiedliwione tym, co Ameryka robi na świecie” (bo przecież i takie głosy w całkiem poważnych lewicowych gazetach amerykańskich były słyszalne).

Nie popieram Busha, nie popieram Kerry’ego, nie wyrokuję, który z nich byłby lepszym prezydentem USA, nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję, czy lepszy program mają Republikanie, czy Demokraci (choć nie ukrywam, że gdzieś w środku lepiej się czuję z tymi pierwszymi). Chodzi mi tylko o to, że dla wielu ludzi we współczesnym świecie ocena drugiego człowieka sprowadza się do krótkiego rzutu okiem na to, jak zapatruje się on na dwa - trzy „modne” problemy.

Nie ważne, co umiesz, kim jesteś, nie ważne, czego w życiu dokonałeś, nie ważne, ile masz fakultetów i iloma językami mówisz, czy napisałeś w życiu dobrą książkę, czy jesteś cenionym fachowcem w swojej dziedzinie… Wystarczy, że:

- jesteś przeciwnikiem aborcji na życzenie,

- nie podoba ci się pomysł legalizacji związków homoseksualnych,

- jesteś zwolennikiem redukcji podatków i zmniejszenia interwencjonizmu państwa w gospodarkę –

…i już. Jesteś w szufladce z napisem „ciemny, nietolerancyjny burak głosujący na Busha”.

(Rzecz prosta – działa to w obie strony, pogarda dla każdego, kto myśli inaczej…)

Oczywiście – Ameryka to tylko przykład. W naszej starej, dobrej (?) Europie jest tak samo…

A Natan Tenenbaum pisał:

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy, przed mocą Twoją się ukorzę,

Ale zbaw mnie, Panie, od pogardy, przed nienawiścią strzeż mnie, Boże…

Puchatek

wtorek, 02 listopada 2004

Dziś zaduszki. Cmentarze, groby, świeczki, nastrój, bla-bla-bla. Drażni mnie telewizyjno - radiowo - gazetowy styl mówienia o tym dniu. "Nasi bliscy zmarli". "Ci, którzy odeszli". "Zaduma nad grobami bliskich". "Pamięć o tych, co po tamtej stronie". SLOGANY. Schematy językowe, mające się nijak do ludzkich przeżyć, powtarzane bezmyślnie przez spikerów, dziennikarzy.

A może tak: trochę poezji (Wisława Szymborska)

Bagaż powrotny

Kwatera małych grobów na cmentarzu.
My, długo żyjący, mijamy ją chyłkiem,
jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy.

Tu leżą Zosia, Jacek i Dominik,
przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,
obrotom roku, chmurom.

Niewiele uciułali w bagażu powrotnym.
Strzępki widoków
w liczbie nie za bardzo mnogiej.
Garstkę powietrza z przelatującym motylem.
Łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa.

Drobne nieposłuszeństwa,
w tym któreś śmiertelne.
Wesołą pogoń za piłką po szosie.
Szczęście ślizgania się po kruchym lodzie.

Ten tam i tamta obok, i ci z brzegu:
zanim zdążyli dorosnąć do klamki,
zepsuć zegarek,
rozbić pierwszą szybę.

Małgorzatka, lat cztery,
z czego dwa na leżąco i patrząco w sufit.

Rafałek: do lat pięciu brakło mu miesiąca,
a Zuzi świąt zimowych
z mgiełką oddechu na mrozie.

Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia,
o minucie, sekundzie:
ciemność i błysk żarówki i znów ciemność?

KÓSMOS MAKRÓS
CHRÓNOS PARADOKSOS
Tylko kamienna greka ma na to wyrazy.

*****************************

A jednak, z drugiej strony:

"Dlaczego szukacie żyjącego pośród umarłych? Nie ma Go tu - zmartwychwstał!".

Byłem kiedyś na pogrzebie, na którym mszę odprawiano z liturgią zmartwychwstania. Białe szaty kapłana, wielkanocne śpiewy. Najpierw ludzie nie łapali. Co ten organista gra? Pomyliło mu się, czy co?

A potem USŁYSZELI. Nad grobem. Kiedy opuszczano trumnę - ludzie płakali, a tu śpiew - potężny, nie dajacy się nie usłyszeć:

"Otrzyjcie już łzy, płaczący! Żale z serca wyzujcie!

Wszyscy w Chrystusa wierzący weselcie się, radujcie,

Bo zmartwychwstał!..."

Ambiwalencja. Rozpacz po stracie - i nadzieja. Lęk przed śmiercią - i wiara w zmartwychwstanie. Koniec - poczatek. Napis na jednym z wieńców: "Do zobaczenia w domu". Tak po prostu. A ludzi aż z nóg zwalało.

Puchatek

piątek, 29 października 2004

Szedłem do pracy. Słońce, babie lato, ciepło... Na Kilińskiego, obok Szkoły Specjalnej, grupka niepełnisprawnych dzieci grabiła liście. Spieszyłem się, żeby pociąg mi nie uciekł... Kiedy przechodziłem obok, jedna z dziewczynek podniosła głowę. Dziewczynka? Nie wiem, ile miała lat - piętnaście czy dwadzieścia pięć - w przypadku osób z zespołem Downa dosyć trudno to ocenić. Złapałem się na odruchowym "żałowaniu" (biedne dzieci... chore... bez perspektyw na życie...). A ta mała nagle, bez powodu (bez powodu?) uśmiechnęła się do mnie. - Dzień dobry! - powiedziała. - Piękny dzisiaj dzień, prawda?

Biedna? Bez perspektyw? Fakt - nie przeczyta nigdy sonetów Szekspira, nie nauczy się tabliczki mnożenia, nie zafascynuje się teorią Wielkiego Wybuchu...

Ale umie coś, czego ja już czasami nie potrafię - umie zachwycić się chwilą - promieniami słońca - szumem wiatru - ciepłem... Potrafi być szczęśliwa z tymi małymi radościami, które mnie tak często nie wystarczają. NIE WYSTARCZAJĄ.

Potrafi uśmiechnąć się na ulicy do obcego człowieka i podzielić się z nim radością z pięknego dnia.

Nie, nie zamieniłbym się z nią. Ale nie jest "nieszczęśliwą, pokrzywdzoną przez los istotą". Jest człowiekiem takim, jak ja.

Puchatek

środa, 27 października 2004

Jeszcze o Wujku Ustupskim.

Przypomniała mi się taka stara, harcerska piosenka (nie, nigdy nie byłem harcerzem). Ani to wielka poezja, ani głębia przemyśleń... Ale od wczoraj chodzi mi po głowie i nie mogę się od niej odczepić. Posłuchajcie:

Góralska opowieść
  

Kiedy góral umiera, to góry z żalu sine
Pochylają nad nim głowy, jak nad swoim synem.
Las w oddali szumi mu odwieczną pieśń bukową,
A on długo się sposobi przed najdalszą drogą.

Kiedy góral umiera, to nikt nad nim nie płacze,
Siedzi, czeka aż kostucha w okno zakołacze.
Oczy jeszcze raz podniesie wysoko do nieba,
By pożegnać góry swoje, by im coś zaśpiewać.

Ref.:
Góry moje, wierchy moje, otwórzcie swe ramiona,
Niech na miękkim z mchu posłaniu
Cichuteńko skonam 
Bracie mój, halny wietrze, powiej ku północy,
Ciepłą, drżącą swoją ręką zamknij zgasłe oczy,
Bym mógł w ziemię wrosnąć, strzelić potem
Do słońca smreczyną
I na zawsze szumieć już nad swoją dziedziną.

Kiedy góral umiera to dzwony mu nie grają,
Cicho wspina się pod bramy góralskiego raju,
Tylko strumień na kamieniach żałobną nutę składa,
Tylko nocka chmurnooka górom opowiada.

A gdy góral już umrze, to nikt nie układa baśni,
Tylko w niebie roziskrzonym mała gwiazdka zgaśnie.
Ziemia twardą, szorstką ręką tuli go do siebie,
By na zawsze mógł już zostać pod góralskim niebem.

*********************************************

A ja, przez parszywą pracę w parszywej firmie B. nie dam rady pojechać na pogrzeb, który będzie w piatek. Niech to szlag trafi.

Smutny jednakowoż - Puchatek.

Wczoraj (we wtorek) późnym wieczorem dowiedziałem się, że przedwczoraj (w poniedziałek) późnym wieczorem zmarł w Zakopanem mój stryjeczny dziadek - Jerzy Ustupski.

Postać nietuzinkowa. Góral (prawdziwy!), GOPR-owiec (przez dłuższy czas nawet szef tatrzańskiej grupy GOPR), ratownik, taternik, w czasie wojny - w AK, uciekł z transpoortu do Oświęcimia... Parę lat był burmistrzem Zakopanego (rety, jak Go czerwoni nie cierpieli ;). "Szerszej publicznosci" znany jednak przede wszystkim jako sportowiec. Znakomity narciarz, jeszcze lepszy (jak przystało na górala)... wioślarz. Brązowy medalista z olimpiady w Berlinie (1936).

A dla mnie - przede wszystkim Ktoś, Kto Pokazał mi Góry. Nie, nie prowadzał mnie po Tatrach - kiedy ja zaczynałem tatrzańskie wędrówki, On był już panem koło siedemdziesiątki (co nie przeszkadzało mu co roku "biegać" na Giewont z pielgrzymką Związku Podhalan). Natomiast opowiadał mi o Górach INACZEJ niż ktokolwiek inny. Uczył mnie podstawowych zasad bezpieczeństwa (dwukrotnie te nauki uratowały mi potem życie, raz w Tatrach, raz w Górach Skalistych...).

I jeszcze coś, czego w gazetach nie wyczytacie. To był człowiek ogromnego poczucia humoru, pogodny. Jego żarty - czasem złośliwe, zawsze piekielnie inteligentne - po prostu kochałem.

Na osiemnaste urodziny dostałem od Niego "Przewodnik po Tatrach" Zwolińskiego. Stary, zniszczony tomik z odpadającą okładką. "Sam z nim w młodości chodziłem po górach" powiedział. Mam tę książkę do dziś. Z Jego dedykacją.

Będzie mi Go brakowało. Ale z drugiej strony - wiem, gdzie teraz jest. Chodzi sobie znowu, gdzieś pewnie w okolicach Zamarłej Turni, związany liną z Tym, Który Nigdy Nie Odpada. I patrzy sobie w dół, na niebieskie hale, i niżej - na nas... I - jak Go znałem - podśmiewa się z Ciotki w żałobie, z patetycznych nekrologów w gazetach, ze wspominkowych artykułów, które właśnie się piszą.

Hej, wujku! A pamiętaj tam o nas. Pogadaj z Najwyzsym Bacom, co by nos w opiece mioł.

O wspinaczach mawiano - nieco patetycznie - "odszedł w Góry Najwyższe". Niewielu znam ludzi, do których to stwierdzenie tak by pasowało, jak do Niego...

Pozdrawiam,

zamyślony Puchatek...

 

wtorek, 26 października 2004

Ha.

Rozmowa z Panem B.C. - wielce obiecująca. Pan C. zdecydowanie widzi mnie jako swojego współpracownika w przygotowywanym Projekcie. Prosi o dyskrecję, dopóki wszystko się nie wyjaśni. Oczywiście - dopóki nie wszystko wiadomo (czyli - nie wiadomo czy będą pieniądze na Projekt i ile ich będzie...) nie może mnie "zatrudnić". Na razie współpraca (czyli, niestety, nie mogę jeszcze zanieść wymówienia w firmie B...), a docelowo - będę jego zastępcą. Szansa na stałą pracę - za jakieś 3 do 6 miesięcy. Potencjalne zarobki (zwłaszcza na początku) nieduże - ale przy pracy głównie w domu więcej też byłoby możliwości i czasu na dorabianie, więc to by się wyrównało.

Czyli - remis moich obaw z nadziejami. No bo obawy były takie, że zaproponuje mi w ogóle tylko współpracę (pisywanie dla niego tekstów...), co dla mnie byłoby nie do zrobienia (nie jestem w stanie zaangażować się mocniej czasowo, siedząc 8 godzin dziennie w B.). Nadzieje - że "już" mnie zatrudni i będę mógł się pożegnać z firmą.

Nie jest źle. Otwiera się perspektywa. Jeśli to wyjdzie (wszystko będzie wiadomo za jakieś 2 - 3 tygodnie), to WARTO POCZEKAĆ.

Pana C. znałem wcześniej z lektur i opowieści, z kilku rozmów telefonicznych. Spotkanie z nim "na żywo" to duża przyjemność. Człowiek dużej klasy i ogromnej kultury, prawdziwy intelektualista, sama rozmowa z nim to ciekawe doświadczenie intelektualne. Nie wątpię, że szefem byłby STRASZNYM :) - w tym sensie, że byłby ogromnie wymagający, konsekwentny, a na dodatek - po raz pierwszy od daaaawna - miałbym szefa, któremu NIE DA SIĘ "wciskać kitu" :)

Wiem też, że praca z nim (zwłaszcza w tym Projekcie) byłaby sytuacją stymulującą - intelektualnie, ale duchowo też. WRESZCIE. Dosyć już mam pracy polegającej na "odrabianiu pańszczyzny". Potrzebuję jakichś wyzwań, impulsu do ruszenia do przodu... Nie mam już siły pisać o głupotach i użerać się z durnymi problemami stwarzanymi sztucznie przez ambicje i brak myślenia mojego obecnego szefostwa. W dodatku tego, co teraz robię, nie da się nawet określić ucziwie mianem dziennikarstwa (dział handlowo-reklamowy dyktujący dziennikarzom, z kim mogą rozmawiać, a z kim nie, "bo jak z nim zrobisz wywiad, to nie da reklamy"... A co mnie to obchodzi?!).

Ad maiorem natus sum :)

Czyli: rzeczywiście (miejmy nadzieję!) zaczęło się coś nowego. Tak to już ostatnio jest w moim życiu, że do rzeczy ważnych dochodzi się powoli i mozolnie. OK - mogę poczekać. Już umiem.

Bo kiedyś nie umiałem. Nie potrafiłem czekać. To podobno charakterystyczna cecha DDA. Dopiero M. mnie tego nauczyła - swoją cierpliwością, konsekwencją, wyciszeniem; Nie wiem, kim byłbym, gdyby nie Ona.

Chodzi za mną "Symfonia Klasyczna" Prokofiewa. Oczywiście - w najbliższych dniach nie zdołam spokojnie siąść i posłuchać płyty. Pietruszka ma ostatnio taki etap, że boi się włączonej wieży. Kiedyś bardzo lubił ("tańcić... Tutuś chce tańcić..." :) a teraz - nie. Jak gra muzyka ("mechaniczna"), to się boi i płacze. Czyi - na razie można słuchać muzyki tylko wieczorem, kiedy Pietruszka już śpi. A wtedy, to niestety muszę siedzieć nad tłumaczeniem dla R-D, bo w końcu zima się zaczyna i trzeba będzie płacić wyższe rachunki za gaz (ogrzewanie!). :)

Takie życie. Ale może w sobotę wieczorkiem się uda. Zaparzymy herbatkę (tak uczciwie, w wyparzonym dzbanku, prawdziwą...) i posłuchamy Prokofiewa. Miła prespektywa - zobaczymy, czy wyjdzie :)

Pozdrawiam -

zdeterminowany Puchatek.

niedziela, 24 października 2004

To był bardzo sympatyczny weekend. Wczoraj - cały dzień razem, pogoda piękna, Piłeczka dreptała po mieszkaniu (jest tak zachwycona faktem, że umie chodzić, że nie patrzy przed siebie, tylko leeeeci! Toteż co chwilę słychać donośne ŁUBUDUM! - i ryk. Ale zaraz wstaje i idzie dalej. I tylko wygląda potem jak z plakatu "...bo zupa była za słona..." - sińce na czółku, zadrapana broda, a nad tym wszystkim ten zbójecki uśmiech ;)

Pietruszka za to walczy z nocnikiem ;) Już siada, robi co trzeba, nawet bez protestów (zajęło mu to trochę czasu; mały filozof, wszystko musi przemyśleć, przepracować w tym małym łebku, ale jak już przez to przejdzie - to jest twardy i konsekwentny. Jeszcze nie umie wołać, że chce, więc trzeba go obserwować, żeby wyłapać właściwy moment... :)

A jutro, niestety, znowu do ukochanej (...) pracy. Ale za to wieczorem - spotkanie z panem B.C. - być może pierwszy krok do Czegoś Zupełnie Nowego.

A za oknem ciepła noc. Wyszedłem nalać Szelmie wody i poczułem się jak w końcu sierpnia w Bieszczadach. Gwiazdy, taki niepokojący szum wiatru, który prowokuje do wyruszenia w drogę...

Może rzeczywiście jakaś nowa droga przede mną? Oby.

"Boże! Choć oni wszystko ustalą i ujmą, / Scalą i w stal zakują w kuźniach swej potęgi, / Ty dalej będziesz falą przetaczał się bujną / W umiłowanym sercu płochego włóczęgi."

(Tuwim, rzecz prosta...)

piątek, 22 października 2004

Jest taki wiersz (E.E.Cummings, w tłumaczeniu Barańczaka). Znany, bo Turnau (Grzegorz) go śpiewał na którejś płycie. Chodzi za mną od jakiegoś czasu - nagle jakby w oderwaniu od melodii, sam tekst - i coraz mocniej zaczynam go rozumieć (odczuwać?). Pozwolę sobie zacytować (odrobina poezji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła... chyba).

Szło to tak:

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć


to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym


więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem


coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży
więc kocham cię kochasz mnie


chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
( a my w śpiew w tan wokoło przez czas)
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem


więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a nigdy jest zawszenigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz )

**********************

A z innej beczki poetyckiej - ukazała się nowa płyta Cohena. Recenzje - entuzjastyczne: że dojrzała, że inna, że C. wciąż w genialnej formie, że wspaniale pracuje głosem... Że poetycko coraz dojrzalsze...

Ano, zobaczymy. Trzeba kupić (choć z finansami krucho). Problem z poezją Cohena polega na tym, że wszyscy (w każdym razie wszyscy, których czytałem) krytycy literaccy z kręgu anglojęzycznego są zgodni, że to poezja - powiedzmy - średniej klasy (bez ironii - nie "kiepska" tylko własnie "średnia").

Może i tak jest - ale... Mnie ta "średniość" bardzo odpowiada (ale mój angielski jednak jest "wyuczony", nie jestem "native speaker", może pewnych niuansów języka poetyckiego nie łapię...).

Zamyślony

Puchatek

czwartek, 21 października 2004

No bo tak - stworzyłem (jak to brzmi!) kolejny wpis, kliknąłem jak admin przykazał "publikuj", a tu... kiszka. Brak. Nie ma. Wchodzę na stronę - zalogowany, niezalogowany, wsio rawno - i pokazuje się wpis wczorajszy, a dzisiejszego nie ma. A całkiem był długi - nie będę go przecież pisał od nowa.

:(

 

środa, 20 października 2004

Siedzę. Piszę. Nie chce mi się. Nie piszę. Dokończę jutro. Nie, muszę dzisiaj coś zrobić, bo jutro przecież idę na konferencję X, więc w pracy będę mniej (to plus), ale i czasu będzie mniej na pracę (to minus).

Dobra praca musi mieć kilka podstawowych cech. Poza oczywistymi (że musi być uczciwa oraz że da się z niej żyć) powinna być twórcza / rozwijająca, ciekawa, no i - last, but not least - SENSOWNA, czyli pożyteczna (społecznie, ludzko...).

To, co w tej chwili robię NIE SPEŁNIA tych warunków. Nudzi mnie to, nie rozwijam się (...raczej się zwijam...), nie widzę także specjalnie sensu tego, co robię. Czyli - kanał. Pierwszy raz w życiu pracuję TYLKO PO TO, żeby zarabiać na życie. I jakoś mi to zupełnie nie pasuje.

Dopóki nie znajdę czegoś nowego - muszę tu siedzieć i robić dobrą minę do... może nie złej, ale kompletnie niewciągającej gry (jako "jedyny żywiciel rodziny" nie mogę sobie pozwolić na powiedzenie adieu bez gwarancji czegoś w zamian).

Na szczęście - widać już światełko w tunelu (i jest nadzieja, że to nie pociąg nadjeżdżający z przeciwka ;)

W niedzielę rozmawiałem (telefonicznie) z panem B.C. Umówiłem się z nim na poniedziałek na rozmowę (już "osobistą", u niego w domu). Oczywiście - na razie żadnych konkretów, to dopiero wstępne "obwąchiwanie" siebie nawzajem, ale... coś mi mówi, że to może być to. A moje "coś" rzadko się myli. :)

Gdyby to wyszło - miałbym pracę idealną. Ciekawą, sensowaną, rozwijającą intelektualnie, w dobrym towarzystwie (pan C. to osoba klasy zerowej, że się tak wyrażę przez analogię do klasyfikacji zabytków ;). A w dodatku - marzenie marzeń - byłaby to praca głównie w domu! Pewnie zarobiłbym trochę mniej, niż teraz, ale siedząc w domu miałbym więcej czasu na dorabianie (coraz częściej zdarza mi się pisywać za pieniądze; nie jest to jeszcze prawdziwy "freelancing", ale już coś. No i zawsze będą jakieś tłumaczenia - głupie, ale przynajmniej dobrze płatne, więc żyć z czego będzie).

A praca w domu ma parę dodatkowych zalet. Nie wspominam już o tym, że zawsze lepiej mi się pracowało przy własnym biurku z własnym kubkiem własnej herbaty (właśnie! dobra herbata - to jedna z niewinnych namietności mojego życia. Zaparzona według reguł, nie "szczur" wrzucony w kubek wrzątku... A w pracy biurowej tylko kawa i kawa - nawet lubię kawę, ale natchnienia z niej nie ma...).

Ale problem z moją obecną pracą w firmie B. polega na tym, że system biurowy zakłada "siedzenie w pracy" od... do.... Nie ważne, czy ma się cos do roboty, czy akurat nie - przed godziną... wyjść nie wolno.

Efekt: cały dzień poza domem (bo trzeba dojechać z G. do Warszawy, a potem wrócić). Cały dzień nie widzę własnych dzieci... Siłą rzeczy M. siedzi z nimi cały dzień sama - i jest naprawdę zmęczona.

Tak że potencjalna nowa praca będzie także działaniem prorodzinnym ;)

...a dziś piękny dzień. Ciepło, złoto, niemal wrześniowo - choć w powietrzu już się czuje nadchodzącą zimę. Szelma zaczyna nabierać futra, puchacieje, robi się szersza, powoli zcazyna wyglądać jak puchowa kurtka obrośnięta kłakami. A ona nigdy się nie myli, czuje zimę całym półtora tysiąca lat liczącym zestawem swoich malamucich genów.

Pozdrawiam

Puchatek