Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 15 listopada 2004

Jest takie miejsce - trzeba wyjechać z Inverness na zachód, ale po kilku milach skręcić z drogi do Fort William lekko na północ. Dolina nazywa się Glen Afric. Mozna nią iść cały dzień (do połowy długości można dojechać samochodem (ale po co...), dalej już tylko piechotą. To takie miejsce, w którym można zapomnieć, że jest dwudziesty wiek (to znaczy - jasne, dwaudzisty pierwszy, ale ostatni raz byłem tam w 1999 r., więc...).

No, siedzę w męczącej firmie B. i nostalgia mnie ogarnęła. Glen Afric. No i "bonnie banks of Loch Lomond".

Ech.

„Jesień idzie – nie ma na to rady”, jak głosiła popularna (kiedyś) piosenka. Zimno się zrobiło, drzewa już bez liści, na dworze nieprzyjemnie. Jeśli do tego dodać mało przyjemne nastroje w pracy (…), krótki dzień i myśl, że aż do Bożego Narodzenia nie będzie już żadnych „ekstra” dni wolnych – to robi się smętnie.

Długi weekend minął szybko (tak to jest, wszystko, co dobre… i tak dalej). Mieliśmy gości, byliśmy w gościach, zdążyliśmy nawet (co rzadkie) posiedzieć spokojnie w domu i nawet wspólnie obejrzeć coś tam w telewizji (pierwszy raz od… nie pamiętam doprawdy, od kiedy). „Zemsta” Wajdy (to znaczy – „Zemsta” Fredry, rzecz prosta, w ekranizacji Wajdy J). Dwa zarzuty:

- Agata Buzek to świetna aktorka, niemniej obsadzenie jej w roli Klary w sztuce, w której co drugie zdanie ktoś mówi o „pięknej Klarze” to chyba przesada J

- Polański jako Papkin dobrze sprawdza się w momentach, kiedy Papkin jest płaczliwy i się boi, znacznie gorzej w tych scenach, kiedy ma się pysznić i puszyć.

Natomiast poza tym – przesympatyczne. Rafał Królikowski – aktor zupełnie mi nie znany – jako Wacław znakomity. Seweryn w roli Rejenta – niesamowity. Demoniczny, diaboliczny, makiaweliczny. Tyle śmieszny, co straszny.

No i Gajos jako Cześnik – WIELKI! Potwierdza się – moim zdaniem – teza, że to największy polski aktor po śmierci Łomnickiego…

**************

Dalej wsłuchuję się w Cohena. „Nightingale” – niesamowite. Tekst i muzyka, które mogłyby spokojnie być wzięte za jakąś irlandzką piosenkę ludową. Żart muzyczny. Ale – jak wszystko o Cohena – z podtekstem.

No i „To A Teacher”. Nowa piosenka do starych słów (wiersz C. bodaj z początku lat 60). Robi wrażenie, zmusza do słuchania…

„Hurt once and for all into silence.
A long pain ending without a song to prove it.
Who could stand beside you so close to Eden,
When you glinted in every eye the held-high
razor, shivering every ram and son?
And now the silent loony bin, where
The shadows live in the rafters like
Day-weary bats,
Until the turning mind, a radar signal,
lures them to exaggerate
Mountain-size on the white stone wall
Your tiny limp.
How can I leave you in such a house?
Are there no more saints and wizards
to praise their ways with pupils,
No more evil to stun with the slap
of a wet red tongue?
Did you confuse the Messiah in a mirror
and rest because he had finally come?
Let me cry Help beside you, Teacher.
I have entered under this dark roof
As fearlessly as an honoured son
Enters his father's house."

 

**************

Zamyślony Puchatek

środa, 10 listopada 2004

Środa dziś - a nastrój jak w piątek, tylko jeszcze sympatyczniej, bo weekend dłuższy. Cztery dni bez firmy B. Wczoraj próbowali mnie wrobić w wyjazd na konferencję do Rzeszowa. W piątek w czasie długiego weekendu. Wolne żarty - to by oznaczało dwa dni wyjęte z życiorysu (dwa, bo przecież z Warszawy do Rzeszowa nie dojedzie się w dwie godzinki, jak do Łodzi). O, nie. Potwory czekają, tatę widują ostatnio pół godziny rano i trzy kwadranse wieczorem. Bez przesady - są ważniejsze rzeczy, niż konferencje.

Wyszedłem dziś rano z domu i... aż trudno opisać. Zimno, ale już tak zimno - zimowo. Mroźno niemal (choć powyżej zera). Ostre słońce, ostre powietrze. Aż się chciało żyć! Nawet przez całą drogę do stacji udało się nie myśleć o pracy...

Szelma już w całej zimowej krasie. Futro puchate, wygląda, jakby w ciągu ostatniego miesiąca urosła i przytyła. I jakby miała łeb półtora raza większy, niż w lecie. Cieszy się, wyraźnie się cieszy na nadchodzącą zimę. Już chciałem jej powiedzieć, że podobno ma być lekka i łagodna, ale się rozmyśliłem. Co jej będę humor psuł ;)

Pietruszka rozmawiał przez telefon z dziadkiem, czyli moim Szanownym Teściem. Dziadek dzwoni z Ameryki, stęskniony za wnukami. Pietruszko, chcesz porozmawiać z dziadkiem?

"Tak!" zdecydował Pietruszka (to zmiana, ewolucja, do niedawna zamiast "tak" mówił "aha"). No więc słuchawka w małej łapce, mina przejęta, wzrok skupiony. "Halo, Pietruszko" - mówi dziadek (słuchawka na full, więc wszystko słyszymy). Głos się dziadkowi aż śmieje. "Halo..." - odpowiada Pietruszka niepewnie. "Co robisz" - pyta dziadek. Pietruszka jest zdziwony. "Stoję!" odpowiada, wyraźnie nie rozumiejąc, dlaczego dziadek pyta o coś, co przecież widać gołym okiem ;)

************************

Ostatnio zasłyszane:

Przychodzi Eskimos do baru i mówi do kelnera:

- Poproszę whisky.

Kelner: - Z lodem?

Eskimos: - A chcesz oberwać?

:)))

wtorek, 09 listopada 2004

Kupiłem wreszcie tę nową płytę Cohena. Na razie zdołałem jej posłuchac raz – a i to pobieżnie. Ale refleksji kilka już się nasuwa.

Cohen się zmienił. Chyba doszedł do ładu ze sobą, pogodził się z czymś, czy ja wiem… W porównaniu z „Ten New Songs” płyta „Dear Heather” jest znacznie pogodniejsza, jaśniejsza. To taki nastrój – zabawne skojarzenie – jak u Staffa („…pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu”).

Na końcu – na żywo – „Tennessee Waltz”, wykonany po prostu brawurowo. Cohen już kilka razy pokazał, że rozumie różne style muzyczne. Country to muzyka specyficzna – muzyka otwartych przestrzeni, prostych (choć nie prostackich, jak się niektórym wydaje) wartości i problemów. Wielu muzyków z zupełnie innych klimatów aranżowało po swojemu przeboje country. Ale zawsze (czy prawie zawsze) – śpiewając pokazywali „inność” (czy wręcz „wyższość”) swojej muzyki. Tymczasem Cohen zaśpiewał tak, jakby nigdy w życiu nie śpiewał nic innego. Z duszą, z sercem, cały zanurzony w muzyce…

Jak posłucham jeszcze ze dwa razy, to może napiszę coś więcej. A tymczasem – Staff właśnie, ten wiersz, który wspomniałem. Oceńcie sami, czy Staff i Cohen nie mają czegoś wspólnego… Wiersz nosi tytuł „Przedświt”

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów,

Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów,

Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska:

Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,

Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,

A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia -

Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.

Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach

Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta,

Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,

A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni.

Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;

Widziałem konających w nadziejnej otusze

I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;

Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,

Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.

Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,

Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie.

I uczę miłowania, radości w uśmiechu,

W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,

I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,

Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.

Przerwa w pisaniu była kilkudniowa – nie dało się po prostu. Bo najpierw była Łódź, potem intensywny weekend, a przedtem i potem pwb (zaraz wyjaśnię).

Po kolei.

1. „Pwb.” – to prosty skrótowiec zwrotu używanego w pewnych sytuacjach (w jakich – za chwilę) przez mojego Wielce Szanownego Teścia. Rozwinięcie brzmi „pożar w burdelu”. Brutalne, ale niezwykle celne w sytuacjach takich, jak od mniej więcej tygodnia dzieje się w Wielce Profesjonalnej I Niezwykle Biznesowej Firmie B., w której mam szczęście (niewątpliwe) pracować.

No bo – w dużym skrócie – wygląda to tak, że kiedy z firmy odszedł (do „wyższych rzeczy”) dyrektor wydawniczy, to okazało się – poniewczasie – że był JEDYNYM człowiekiem w B. mającym jakie takie pojęcie o procesie wydawniczym. R. (tak się nazywał) był wymagający do upierdliwości (pardon), ale był fachowcem i dbał o swój dział (i jego pracowników). Po jego odejściu wszystko zaczęło się walić, bez przerwy są opóźnienia, wszystko robi się „na ostatnią chwilę”, w dodatku prezesi zwolnili jedynego (!!!) w B. fotoedytora, wychodząc z założenia, że dziennikarze świetnie sobie poradzą z wyszukiwaniem (lub robieniem) zdjęć. Efekt – pisząc pięć tekstów jednocześnie (bo wcześniej się nie dało, bo planowanie numeru listopadowego odbyło się w połowie października, bo, bo, bo…) musiałem jeszcze ściągać zdjęcia i tracić czas na ich szukanie w Internecie lub wyżebrywanie od firm i ludzi, o których pisałem. Wszyscy chodzili wkurzeni, żarli się, kłócili, biedny Włodzio (szef mój bezpośredni) mało zawału nie dostał… Szopka. Kompletny brak profesjonalizmu. A najgorsze, że z następnym numerem będzie tak samo (opóźnienia się kumulują, jak wiadomo…) – teraz przed nami długi weekend, wracamy do pracy 15 listopada – i co? Ta-daammm! Znowu mamy połowę miesiąca… Cała pociecha w tym, że to już chyba niedługo.

2. Łódź… W Łodzi byłem służbowo, na pewnej konferencji, w czwartek. Poza ładnie odnowioną Piotrkowską – miasto jest szare, ponure… Nawet nie brudne czy zaniedbane, ale po prostu smutne. Atmosfera beznadziei. Przeszedłem się – w wolnej chwili – Piotrkowską, szukając kamienicy, która przed wojną była własnością mojej babci. Nie znalazłem (i nic dziwnego, zważywszy, że nie znałem adresu…). Cała rodzina babci (rodzina żydowska) zginęła w Oświęcimiu. Czyli – obecnie jedyni spadkobiercy kamienicy to (w kolejności) mój Tata, potem ja i moja przyrodnia siostra. Duża (podobno) ładna kamienica, w znakomitym punkcie… Ale Tata absolutnie nie zgadza się na jakiekolwiek działania w tej sprawie. I chyba ma rację – może nawet udałoby się cos od miasta uzyskać – ale co z tego? Natychmiast podniosłyby się głosy, że „Żydzi przychodzą zabierać…”. W takim świecie żyjemy.

czwartek, 04 listopada 2004

Czekam. Pan B.C. jest coraz bliżej finalizacji Projektu. W ciągu najbliższych dni będzie wiadomo - wóz czy przewóz. A jeśli "wóz" :) - to już tylko kwestia czasu, kiedy mogę przynieść wymówienie i adieu!

Zacząłem także wstępne podchody pod RD. Jeśli zgodzą się na moją propozycję (schodzę z ceny za stronę tłumaczenia w zamian za gwarancję konkretnej ilości tłumaczenia rocznie...) - to w połaczeniu z Projektem będzie to wystarczające, żeby przerzucić się na pracę wyłącznie domową. Wtedy:

- jestem na etacie u pana C. (niewielkim, bo niewielkim) - i robię rzeczy, które mnie interesują etc., a przy tym jestem (z rodziną) ubezpieczony, wszystkie ZUSy i takie tam...

- dorabiam tłumaczeniami, czyli jest z czego żyć.

Jedynym problemem pozostaje fakt, że z etatu w Projekcie odkłada mi się bardzo niska składka emerytalna. Wprawdzie do emerytury jeszcze trochę czasu ;) - ale warto i o tym pomyśleć. Jeśli uda się "atak" na RD - to problemu nie będzie, bo starczy na dodatkową składkę w jakimś prywatnym funduszu...

No, żyć nie umierać :)

Bo na razie... Ech. Jestem TU, nie ma mnie NIGDZIE INDZIEJ.

A, jak wiadomo:

tu gdzie mnie nie ma świat umiera
i o litość blaga każde drzewo kamień książka rym
tu gdzie mnie nie ma jest ponury wietrzny wieczór
ulicami snuje się trujący dym
tu gdzie mnie nie ma nie ma też nadziei
na najmniejszy pozytywny obrót moich spraw
tu gdzie nie mnie nie ma nic w ogóle nie ma
prócz pamięci mej mizernych papierowych raf

(Turnau, Grzegorz - nie mylić z Janem ;)

Czuję, że to już niedługo. Że wreszcie...

Puchatek

Ileż między ludźmi jest pogardy i niechęci… Tak, wiem, to banał, ale im więcej człowiek rejestruje (świadomie!) otaczającej rzeczywistości, tym mocniej go to uderza. Ludzie gardzą sobą nawzajem bardzo często tylko dlatego, że się nawzajem nie rozumieją. A nie rozumieją się dlatego, że nie chcą się zrozumieć…

Przyglądałem się kampanii i wyborom prezydenckim w Ameryce. Oczywiście – przyglądałem się pośrednio, czytając gazety, oglądając wiadomości. No i co? No i tak:

Wiadomo, że oba „wybrzeża” USA głosują na Demokratów (choć w tym roku wyłamała się Floryda, popierając Busha).

Cały niemalże amerykański „interior” głosuje twardo na Republikanów.

Poglądy można mieć różne. Niemniej – trochę mnie przeraża to, co słyszę z ust „intelektualnych elit” Ameryki (zgromadzonych na „wybrzeżach”) na temat całej „reszty”.

Według mieszkańców Nowego Jorku czy Los Angeles mieszkańcy „interioru” to buraki, głupole, ciemni farmerzy, pół-analfabeci nie mający pojęcia o świecie, nietolerancyjni, brudni etc. Pogarda, lekceważenie. Bush to dla nich taki właśnie idealny kandydat „buractwa”.

Jak daleko odeszły „elity” od tego, czym naprawdę być powinny… Dlaczego sam fakt bycia „białym kołnierzykiem” intelektualnym jest dla wielu wystarczającym argumentem do pogardzania każdym, kto śmie mieć inne poglądy (na politykę, na moralność, na cokolwiek). Gdzieś tu się przebija to koszmarna, lewicowa („lewacka” właściwie) tendencja do postawy „ja wiem lepiej, co dla ciebie dobre, a jeśli przy tym robię ci krzywdę, to tylko dla twojego dobra”. A jeśli tego nie widzisz – to tylko potwierdza, żeś głupiec…

Zwłaszcza, że kiedy czyta się i słyszy różne wypowiedzi tych „elit” z punktu widzenia człowieka jako-tako wykształconego, a w dodatku mającego za sobą epizod życia w kraju komunistycznym – widać chwilami potworną miałkość intelektualną, pustkę skrywaną pod płaszczykiem niby-wyższości, nicość. Iluż tam „użytecznych idiotów” naprawdę przekonanych, że ataki z 11 września 2001 r. były „moralnie usprawiedliwione tym, co Ameryka robi na świecie” (bo przecież i takie głosy w całkiem poważnych lewicowych gazetach amerykańskich były słyszalne).

Nie popieram Busha, nie popieram Kerry’ego, nie wyrokuję, który z nich byłby lepszym prezydentem USA, nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję, czy lepszy program mają Republikanie, czy Demokraci (choć nie ukrywam, że gdzieś w środku lepiej się czuję z tymi pierwszymi). Chodzi mi tylko o to, że dla wielu ludzi we współczesnym świecie ocena drugiego człowieka sprowadza się do krótkiego rzutu okiem na to, jak zapatruje się on na dwa - trzy „modne” problemy.

Nie ważne, co umiesz, kim jesteś, nie ważne, czego w życiu dokonałeś, nie ważne, ile masz fakultetów i iloma językami mówisz, czy napisałeś w życiu dobrą książkę, czy jesteś cenionym fachowcem w swojej dziedzinie… Wystarczy, że:

- jesteś przeciwnikiem aborcji na życzenie,

- nie podoba ci się pomysł legalizacji związków homoseksualnych,

- jesteś zwolennikiem redukcji podatków i zmniejszenia interwencjonizmu państwa w gospodarkę –

…i już. Jesteś w szufladce z napisem „ciemny, nietolerancyjny burak głosujący na Busha”.

(Rzecz prosta – działa to w obie strony, pogarda dla każdego, kto myśli inaczej…)

Oczywiście – Ameryka to tylko przykład. W naszej starej, dobrej (?) Europie jest tak samo…

A Natan Tenenbaum pisał:

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy, przed mocą Twoją się ukorzę,

Ale zbaw mnie, Panie, od pogardy, przed nienawiścią strzeż mnie, Boże…

Puchatek

wtorek, 02 listopada 2004

Dziś zaduszki. Cmentarze, groby, świeczki, nastrój, bla-bla-bla. Drażni mnie telewizyjno - radiowo - gazetowy styl mówienia o tym dniu. "Nasi bliscy zmarli". "Ci, którzy odeszli". "Zaduma nad grobami bliskich". "Pamięć o tych, co po tamtej stronie". SLOGANY. Schematy językowe, mające się nijak do ludzkich przeżyć, powtarzane bezmyślnie przez spikerów, dziennikarzy.

A może tak: trochę poezji (Wisława Szymborska)

Bagaż powrotny

Kwatera małych grobów na cmentarzu.
My, długo żyjący, mijamy ją chyłkiem,
jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy.

Tu leżą Zosia, Jacek i Dominik,
przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,
obrotom roku, chmurom.

Niewiele uciułali w bagażu powrotnym.
Strzępki widoków
w liczbie nie za bardzo mnogiej.
Garstkę powietrza z przelatującym motylem.
Łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa.

Drobne nieposłuszeństwa,
w tym któreś śmiertelne.
Wesołą pogoń za piłką po szosie.
Szczęście ślizgania się po kruchym lodzie.

Ten tam i tamta obok, i ci z brzegu:
zanim zdążyli dorosnąć do klamki,
zepsuć zegarek,
rozbić pierwszą szybę.

Małgorzatka, lat cztery,
z czego dwa na leżąco i patrząco w sufit.

Rafałek: do lat pięciu brakło mu miesiąca,
a Zuzi świąt zimowych
z mgiełką oddechu na mrozie.

Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia,
o minucie, sekundzie:
ciemność i błysk żarówki i znów ciemność?

KÓSMOS MAKRÓS
CHRÓNOS PARADOKSOS
Tylko kamienna greka ma na to wyrazy.

*****************************

A jednak, z drugiej strony:

"Dlaczego szukacie żyjącego pośród umarłych? Nie ma Go tu - zmartwychwstał!".

Byłem kiedyś na pogrzebie, na którym mszę odprawiano z liturgią zmartwychwstania. Białe szaty kapłana, wielkanocne śpiewy. Najpierw ludzie nie łapali. Co ten organista gra? Pomyliło mu się, czy co?

A potem USŁYSZELI. Nad grobem. Kiedy opuszczano trumnę - ludzie płakali, a tu śpiew - potężny, nie dajacy się nie usłyszeć:

"Otrzyjcie już łzy, płaczący! Żale z serca wyzujcie!

Wszyscy w Chrystusa wierzący weselcie się, radujcie,

Bo zmartwychwstał!..."

Ambiwalencja. Rozpacz po stracie - i nadzieja. Lęk przed śmiercią - i wiara w zmartwychwstanie. Koniec - poczatek. Napis na jednym z wieńców: "Do zobaczenia w domu". Tak po prostu. A ludzi aż z nóg zwalało.

Puchatek

piątek, 29 października 2004

Szedłem do pracy. Słońce, babie lato, ciepło... Na Kilińskiego, obok Szkoły Specjalnej, grupka niepełnisprawnych dzieci grabiła liście. Spieszyłem się, żeby pociąg mi nie uciekł... Kiedy przechodziłem obok, jedna z dziewczynek podniosła głowę. Dziewczynka? Nie wiem, ile miała lat - piętnaście czy dwadzieścia pięć - w przypadku osób z zespołem Downa dosyć trudno to ocenić. Złapałem się na odruchowym "żałowaniu" (biedne dzieci... chore... bez perspektyw na życie...). A ta mała nagle, bez powodu (bez powodu?) uśmiechnęła się do mnie. - Dzień dobry! - powiedziała. - Piękny dzisiaj dzień, prawda?

Biedna? Bez perspektyw? Fakt - nie przeczyta nigdy sonetów Szekspira, nie nauczy się tabliczki mnożenia, nie zafascynuje się teorią Wielkiego Wybuchu...

Ale umie coś, czego ja już czasami nie potrafię - umie zachwycić się chwilą - promieniami słońca - szumem wiatru - ciepłem... Potrafi być szczęśliwa z tymi małymi radościami, które mnie tak często nie wystarczają. NIE WYSTARCZAJĄ.

Potrafi uśmiechnąć się na ulicy do obcego człowieka i podzielić się z nim radością z pięknego dnia.

Nie, nie zamieniłbym się z nią. Ale nie jest "nieszczęśliwą, pokrzywdzoną przez los istotą". Jest człowiekiem takim, jak ja.

Puchatek

środa, 27 października 2004

Jeszcze o Wujku Ustupskim.

Przypomniała mi się taka stara, harcerska piosenka (nie, nigdy nie byłem harcerzem). Ani to wielka poezja, ani głębia przemyśleń... Ale od wczoraj chodzi mi po głowie i nie mogę się od niej odczepić. Posłuchajcie:

Góralska opowieść
  

Kiedy góral umiera, to góry z żalu sine
Pochylają nad nim głowy, jak nad swoim synem.
Las w oddali szumi mu odwieczną pieśń bukową,
A on długo się sposobi przed najdalszą drogą.

Kiedy góral umiera, to nikt nad nim nie płacze,
Siedzi, czeka aż kostucha w okno zakołacze.
Oczy jeszcze raz podniesie wysoko do nieba,
By pożegnać góry swoje, by im coś zaśpiewać.

Ref.:
Góry moje, wierchy moje, otwórzcie swe ramiona,
Niech na miękkim z mchu posłaniu
Cichuteńko skonam 
Bracie mój, halny wietrze, powiej ku północy,
Ciepłą, drżącą swoją ręką zamknij zgasłe oczy,
Bym mógł w ziemię wrosnąć, strzelić potem
Do słońca smreczyną
I na zawsze szumieć już nad swoją dziedziną.

Kiedy góral umiera to dzwony mu nie grają,
Cicho wspina się pod bramy góralskiego raju,
Tylko strumień na kamieniach żałobną nutę składa,
Tylko nocka chmurnooka górom opowiada.

A gdy góral już umrze, to nikt nie układa baśni,
Tylko w niebie roziskrzonym mała gwiazdka zgaśnie.
Ziemia twardą, szorstką ręką tuli go do siebie,
By na zawsze mógł już zostać pod góralskim niebem.

*********************************************

A ja, przez parszywą pracę w parszywej firmie B. nie dam rady pojechać na pogrzeb, który będzie w piatek. Niech to szlag trafi.

Smutny jednakowoż - Puchatek.