Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 24 października 2004

To był bardzo sympatyczny weekend. Wczoraj - cały dzień razem, pogoda piękna, Piłeczka dreptała po mieszkaniu (jest tak zachwycona faktem, że umie chodzić, że nie patrzy przed siebie, tylko leeeeci! Toteż co chwilę słychać donośne ŁUBUDUM! - i ryk. Ale zaraz wstaje i idzie dalej. I tylko wygląda potem jak z plakatu "...bo zupa była za słona..." - sińce na czółku, zadrapana broda, a nad tym wszystkim ten zbójecki uśmiech ;)

Pietruszka za to walczy z nocnikiem ;) Już siada, robi co trzeba, nawet bez protestów (zajęło mu to trochę czasu; mały filozof, wszystko musi przemyśleć, przepracować w tym małym łebku, ale jak już przez to przejdzie - to jest twardy i konsekwentny. Jeszcze nie umie wołać, że chce, więc trzeba go obserwować, żeby wyłapać właściwy moment... :)

A jutro, niestety, znowu do ukochanej (...) pracy. Ale za to wieczorem - spotkanie z panem B.C. - być może pierwszy krok do Czegoś Zupełnie Nowego.

A za oknem ciepła noc. Wyszedłem nalać Szelmie wody i poczułem się jak w końcu sierpnia w Bieszczadach. Gwiazdy, taki niepokojący szum wiatru, który prowokuje do wyruszenia w drogę...

Może rzeczywiście jakaś nowa droga przede mną? Oby.

"Boże! Choć oni wszystko ustalą i ujmą, / Scalą i w stal zakują w kuźniach swej potęgi, / Ty dalej będziesz falą przetaczał się bujną / W umiłowanym sercu płochego włóczęgi."

(Tuwim, rzecz prosta...)

piątek, 22 października 2004

Jest taki wiersz (E.E.Cummings, w tłumaczeniu Barańczaka). Znany, bo Turnau (Grzegorz) go śpiewał na którejś płycie. Chodzi za mną od jakiegoś czasu - nagle jakby w oderwaniu od melodii, sam tekst - i coraz mocniej zaczynam go rozumieć (odczuwać?). Pozwolę sobie zacytować (odrobina poezji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła... chyba).

Szło to tak:

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć


to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym


więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem


coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży
więc kocham cię kochasz mnie


chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
( a my w śpiew w tan wokoło przez czas)
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem


więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a nigdy jest zawszenigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz )

**********************

A z innej beczki poetyckiej - ukazała się nowa płyta Cohena. Recenzje - entuzjastyczne: że dojrzała, że inna, że C. wciąż w genialnej formie, że wspaniale pracuje głosem... Że poetycko coraz dojrzalsze...

Ano, zobaczymy. Trzeba kupić (choć z finansami krucho). Problem z poezją Cohena polega na tym, że wszyscy (w każdym razie wszyscy, których czytałem) krytycy literaccy z kręgu anglojęzycznego są zgodni, że to poezja - powiedzmy - średniej klasy (bez ironii - nie "kiepska" tylko własnie "średnia").

Może i tak jest - ale... Mnie ta "średniość" bardzo odpowiada (ale mój angielski jednak jest "wyuczony", nie jestem "native speaker", może pewnych niuansów języka poetyckiego nie łapię...).

Zamyślony

Puchatek

czwartek, 21 października 2004

No bo tak - stworzyłem (jak to brzmi!) kolejny wpis, kliknąłem jak admin przykazał "publikuj", a tu... kiszka. Brak. Nie ma. Wchodzę na stronę - zalogowany, niezalogowany, wsio rawno - i pokazuje się wpis wczorajszy, a dzisiejszego nie ma. A całkiem był długi - nie będę go przecież pisał od nowa.

:(

 

środa, 20 października 2004

Siedzę. Piszę. Nie chce mi się. Nie piszę. Dokończę jutro. Nie, muszę dzisiaj coś zrobić, bo jutro przecież idę na konferencję X, więc w pracy będę mniej (to plus), ale i czasu będzie mniej na pracę (to minus).

Dobra praca musi mieć kilka podstawowych cech. Poza oczywistymi (że musi być uczciwa oraz że da się z niej żyć) powinna być twórcza / rozwijająca, ciekawa, no i - last, but not least - SENSOWNA, czyli pożyteczna (społecznie, ludzko...).

To, co w tej chwili robię NIE SPEŁNIA tych warunków. Nudzi mnie to, nie rozwijam się (...raczej się zwijam...), nie widzę także specjalnie sensu tego, co robię. Czyli - kanał. Pierwszy raz w życiu pracuję TYLKO PO TO, żeby zarabiać na życie. I jakoś mi to zupełnie nie pasuje.

Dopóki nie znajdę czegoś nowego - muszę tu siedzieć i robić dobrą minę do... może nie złej, ale kompletnie niewciągającej gry (jako "jedyny żywiciel rodziny" nie mogę sobie pozwolić na powiedzenie adieu bez gwarancji czegoś w zamian).

Na szczęście - widać już światełko w tunelu (i jest nadzieja, że to nie pociąg nadjeżdżający z przeciwka ;)

W niedzielę rozmawiałem (telefonicznie) z panem B.C. Umówiłem się z nim na poniedziałek na rozmowę (już "osobistą", u niego w domu). Oczywiście - na razie żadnych konkretów, to dopiero wstępne "obwąchiwanie" siebie nawzajem, ale... coś mi mówi, że to może być to. A moje "coś" rzadko się myli. :)

Gdyby to wyszło - miałbym pracę idealną. Ciekawą, sensowaną, rozwijającą intelektualnie, w dobrym towarzystwie (pan C. to osoba klasy zerowej, że się tak wyrażę przez analogię do klasyfikacji zabytków ;). A w dodatku - marzenie marzeń - byłaby to praca głównie w domu! Pewnie zarobiłbym trochę mniej, niż teraz, ale siedząc w domu miałbym więcej czasu na dorabianie (coraz częściej zdarza mi się pisywać za pieniądze; nie jest to jeszcze prawdziwy "freelancing", ale już coś. No i zawsze będą jakieś tłumaczenia - głupie, ale przynajmniej dobrze płatne, więc żyć z czego będzie).

A praca w domu ma parę dodatkowych zalet. Nie wspominam już o tym, że zawsze lepiej mi się pracowało przy własnym biurku z własnym kubkiem własnej herbaty (właśnie! dobra herbata - to jedna z niewinnych namietności mojego życia. Zaparzona według reguł, nie "szczur" wrzucony w kubek wrzątku... A w pracy biurowej tylko kawa i kawa - nawet lubię kawę, ale natchnienia z niej nie ma...).

Ale problem z moją obecną pracą w firmie B. polega na tym, że system biurowy zakłada "siedzenie w pracy" od... do.... Nie ważne, czy ma się cos do roboty, czy akurat nie - przed godziną... wyjść nie wolno.

Efekt: cały dzień poza domem (bo trzeba dojechać z G. do Warszawy, a potem wrócić). Cały dzień nie widzę własnych dzieci... Siłą rzeczy M. siedzi z nimi cały dzień sama - i jest naprawdę zmęczona.

Tak że potencjalna nowa praca będzie także działaniem prorodzinnym ;)

...a dziś piękny dzień. Ciepło, złoto, niemal wrześniowo - choć w powietrzu już się czuje nadchodzącą zimę. Szelma zaczyna nabierać futra, puchacieje, robi się szersza, powoli zcazyna wyglądać jak puchowa kurtka obrośnięta kłakami. A ona nigdy się nie myli, czuje zimę całym półtora tysiąca lat liczącym zestawem swoich malamucich genów.

Pozdrawiam

Puchatek

wtorek, 19 października 2004

Długo myślałem, czy zacząć. Ciągnęło mnie, ale przecież brak czasu i tak dalej. Ale - co szkodzi spróbować....

Milion myśli chodzi mi po głowie - znajdzie się w tym milionie jakiś niewielki odsetek, którym zechcę się podzielić.

Tylko - z kim? W rzeczywistości internetu - nigdy nie wiadomo.

Będę tu pisywał:

- na pewno nie bardzo regularnie (czas, czas...)

- nie zawsze do rzeczy

- zawsze szczerze (bo inaczej - po co?)

**********************

Kilka słów o sobie? Ależ proszę.

*Rocznik: 1970 (to chyba trochę powyżej średniej wieku blogowego?...)

*Poglądy, przekonania? O polityce nie chcę (choć pewnie czasem nie zdzierżę...). A co do meritum - jestem chrześcijaninem. Tak, to dla mnie bardzo ważne. Nie, nie będę tu nikogo nawracał. Ale bez tego mnie nie zrozumiesz.

*Stan cywilny: baaardzo żonaty :)  Amerykanie mówią "Married with children" - moja Żona to M., moje dzieci to Pietruszka (TEN Pietruszka) - 2 lata i 7 miesięcy, oraz Piłeczka (TA Piłeczka) - 10 miesięcy aktualnie I WŁAŚNIE ZACZĘŁA CHODZIĆ. Drużynowo - Potwory. :)

(Ale nie, nie, nie - nie będzie to wyłącznie "blog zabieganego tatusia", którego głównym motywem będzie "Posłuchajcie-co-moje-dzieci-zrobiły-wczoraj". To będzie raczej o mnie - choć Powtory też będą się pojawiać...)

*Zawód? Hmmm. Dziennikarz / redaktor / pisarz (bez dorobku publikowanego... na razie) / poeta (bardziej w duszy, niż w piśmie ;)

*Praca? Błeeee. Chwilowo. Właśnie na etapie zmiany, bo nowe możliwości i szanse się otwierają... Ale o tym na razie ciiiiicho.

*Czas wolny? A co to jest? ;) Jak się ma pracę w systemie biurowym (czyli od... do... z półgodzinną przerwą - błeeee) i dwa Potwory w domu, to "czas wolny" jest pojęciem bez desygnatu.

Ale tak w ogóle - to muzyka (klasyka... dłuuugo, długo nic... blues / jazz / soul (prawdziwy! Nie Withney Houston, tylko Aretha Franklin for example...) / No i jeszcze generalnie muzyka z północnego zachodu Europy, klimaty Celtów i takie tam... Harfa Celtycka... Loreena McKennitt...

Potem - podróże po świecie, szczególnie - autostopowe. Jestem jedyną znaną mi osobą, która spędziła PODRÓŻ POŚLUBNĄ jeżdżąc autostopem, nocując na kempingach (albo i nie na kempingach, tylko "gdzieś w lesie"), w dodatku w tej chłodniejszej - północnej części Europy. I dodam, że po tym ciekawym doświadczeniu moja Żona nie zażądała rozwodu. Znaczy - chyba naprawdę mnie kocha :)

Co, że "muzyka + podróże" to banalny zestaw? Trudno, u ha ha. To lubie, rzekłem. Howgh. Po naszemu - amen.

A zaczyna się wszystko jesienią. Październik. Coraz chłodniej. Nie jest to moja ukochana pora roku, choć swój urok ma.

Misie już się szykują do snu zimowego. Niegłupie te misie, też bym chętnie przespał najbliższe parę miesięcy.

A w Portree pewnie teraz pada, jest mgliście, morze w porcie wzburzone, sino - fioletowe. Na drodze do Uig żywego ducha (no, nie jest to autostopowa pora roku...). I zamek McLeodów pewnie moknie.  Nie byłem tam już pięć lat. Ale niech no Potwory podrosną - pewnie jeszcze tam pojedziemy z M

 SAMI :)

Pieśń przyszłości.

A zatem - początek został zrobiony (czyli kości zostały rzucone ;)

Zapraszam zatem do wspólnej podróży.

Puchatek

16:30, puuchatek
Link Dodaj komentarz »
1 ... 81 , 82 , 83 , 84 , 85