Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 24 grudnia 2016

…wesołych Świąt.

Posłuchajcie. Klasyka w nowym wydaniu. Kapitalna grupa, kapitalne opracowanie.

 

23:52, puuchatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 grudnia 2016

Parking pod szkołą muzyczną w G. Odwiozłem Piłkę na zajęcia, wracam. Przychodzi SMS, więc wyciągam telefon i sprawdzam. SMS nieważny, ale na belce widzę ikonkę i napis "Dostępne sieci Wi-Fi". Z ciekawości sprawdzam, jakie - i co widzę? Aż zrobiłem zrzut ekranu z wrażenia, bo chyba nikt by mi nie uwierzył:

 

Zrzut_ekranu_20161216_o_17.42.57

wtorek, 13 grudnia 2016

Pucek odrabia lekcje. Ma posegregować rzeczowniki według rodzaju - męski, żeński czy nijaki.

- Obłok… - mówi. - To męski.

- Jasne - potwierdzam. - Męski. "Obłok w spodniach" - dodaję ni z gruszki ni z pietruszki, bo mi się skojarzyło.

- Obłok w spodniach? - pyta zdziwione dziecko. - To znaczy, jak ktoś puści bąka…?

No więc niestety, Majakowski jest spalony. Teraz już zawsze będzie mi się kojarzył…

 

środa, 07 grudnia 2016

Piłka siedzi przy stole w kuchni i odrabia jakieś lekcje (artystyczna dusza nie pozwala jej odrabiać ich w sposób banalny, czyli przy własnym biurku). Nagle jednak widzę, że artystyczna dusza przerzuciła się także na strój: Piłka siedzi w kuchni z bosymi stopami. A trzeba wiedzieć, że w Puchatkowie podłoga (zwłaszcza na dole) jest dość zimna (…zwłaszcza zimą).

- Piłka, dlaczego jesteś bez skarpetek? - pytam nieco zdziwiony.

- Bo zdjęłam - pada lakoniczna odpowiedź.

- To widzę - zaczynam się irytować. - Ale dlaczego zdjęłaś?…

- Bo je zalałam.

- Czym je zalałaś? - pytam, mając jednocześnie poczucie, że moje brwi dojechały już w okolice czubka głowy.

- Zupą - odpowiada dziecko z kamiennym spokojem, po czym wraca do zadania z chemii.

środa, 30 listopada 2016

Nosz, tak i owak.

Jak to jest, powiedzcież, że jakieś kłopoty, awarie, psucia i wypadki losowe zdarzają się zawsze wtedy, kiedy akurat nie ma się pieniędzy?… Jak konto jest pełne, to nic się nie psuje, wszystko działa, gra i burcy. A jak na koncie pustki - to natychmiast włączają się prawa Murphy'ego i wszystko się psuje.

Trzy tygodnie temu padł piekarnik - przepaliła się jedna grzałka. No problem, przyszedł fachowiec, zabrał piekarnik, zwrócił za dwa dni, działa. 180 zł.

Dwa tygodnie temu, po powrocie z C., okazało się, że akumulator w samochodzie zdechł. No, uczciwie mówiąc, miał pełne prawo - miał tyle, co samochód, czyli już dziesięć lat, i niejedno przeżył. Ale dlaczego akurat teraz? Akumulator plus robocizna - 350 zł.

Chwilę potem Pucek zaczął się skarżyć, że ząb boli. Jak to, moje dziecko BOLI ZĄB? Przecież u nas w rodzinie takie rzeczy się nie zdarzają… A jednak. Okazało się, że wypadła stara plombka (czego nie dało się zauważyć, bo była mała i schowana), wdała się próchnica… Pani dentystka (sprawdzona i poniekąd zaprzyjaźniona) powiedziała, że są dwa wyjścia. Można drania usunąć (mleczak, więc no problem) - ale że to czwórka, to Pucek będzie przynajmniej dwa czy trzy lata świecił dziurą po zębie, co jest niewygodne. Albo można leczyć - ale to wymaga dwóch wizyt i odpowiednika leczenia kanałowego (w przypadku mleczaka nie jest to bolesne, ale wciąż skomplikowane i kosztowne). Pucek na samo hasło o wyrywaniu aż się skulił. No więc wiadomo. Dwie wizyty, łącznie ponad godzina na fotelu (na szczęście prawie bezboleśnie). Łącznie - 240 zł.

Wczoraj - zmywarka. Blokada, "błąd 24", znaczy - zatkane. Ale zatkane tak, że własnymi siłami w żaden sposób nie byłem w stanie odetkać (zatkało się nie w rurze odpływowej, tylko pomiędzy odpływem a rurą, wewnątrz urządzenia). Fachowiec (ten sam) załatwił to w pół godziny, na miejscu. 70 zł.

A dziś w samochodzie - dla odmiany - padł rozrusznik. Pan Tomek (zaufany mechanik, "lekarz pierwszego kontaktu" naszego pojazdu…) przyjechał, postukał. Zapaliliśmy "na pych" i opelek powędrował do warsztatu. Nie wiem, jak długo tam zostanie (na szczęście mam od kogo pożyczyć auto na parę dni). Nie wiem też jeszcze, ile to będzie kosztowało - pan Tomek zadzwoni, jak rozkręci i sprawdzi, w czym rzecz. Ale już się boję, co usłyszę.

I to wszystko w trzy tygodnie. Cholerny Murphy…

Fajnie, co? ;-)

 

12:17, puuchatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 listopada 2016

Pucek ma tysiąc pomysłów na minutę - z czego mniej więcej trzy czwarte dotyczą tego, co chciałby dostać w prezencie. Problem "co napisać w liście do Mikołaja" pojawia się już od sierpnia. I - jak to u Pucka - najgorszy jest poziom decyzji. To? A może Tamto? Czy jednak Jeszcze Coś Innego?…

Niestety, duża część puckowych pragnień jest raczej nie do zrealizowania. Klocki Lego - super, jestem za, ale jak Pucek z błyskiem w oku pokazuje mi swój wymarzony zestaw (to znaczy - ten, który jest wymarzonym akurat dziś…), to już wiem, że go raczej nie dostanie. Bo wydanie 400, 500 czy (był i taki) 1,6 tys. zł na klocki Lego raczej nie wchodzi w grę. Podobnie ma się sytuacja z interaktywnym, zdalnie sterowanym robotem za drobne 800 zł i temu podobnymi atrakcjami.

Mieliśmy ostatnio poważną rozmowę - tak poważną, jak można z ośmiolatkiem na takie tematy przeprowadzać. Wyjaśniłem, że to są naprawdę Bardzo Drogie Zabawki i że nas na nie po prostu nie stać, bo jest tak, jak jest i nie mamy bardzo dużo pieniędzy (podejrzewam, że jakbym miał bardzo dużo pieniędzy, to i tak miałbym opory przeciwko wydaniu ośmiu stów na "zdalnie sterowanego…" i tak dalej, ale to już zupełnie inna historia). Pucek zaczął myśleć. Myślał dwa dni.

A dziś przyszedł do mnie… ze swoim małym portfelikiem, w którym trzyma swoje oszczędności (wiadomo - coś dostanie od dziadka, coś od cioci, kilka stów już się tego zebrało…). I powiedział, że właściwie to jemu te pieniądze niepotrzebne, więc żebym ja je wziął, bo przecież utrzymanie domu (tak powiedział!) jest ważniejsze.

Wyściskałem go i wytłumaczyłem, że aż tak źle to jeszcze nie jest, że z głodu nie umieramy i absolutnie nie tknę jego oszczędności. Ale wiecie co? Wzruszyłem się jak stary siennik. Gdzie w takim małym człowieku mieści się takie wielkie serce?…

wtorek, 01 listopada 2016

Jakoś mi trudno pisać. Ale chodzi mi po głowie stara piosenka Dona McLeana. Znacie? To posłuchajcie.

 

23:26, puuchatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 października 2016

Wbrew pozorom to, co napisałem, nie ma nic wspólnego z polityką i z toczącymi się obecnie w Polsce sporami między dwoma światami.

Zaczęło się od tego, że czytałem sobie wiadomości. Czytałem sobie, czytałem, aż mi się przelało. A przelewa mi się najczęściej na papier (metaforycznie, rzecz prosta, bo papieru do tego nie używam…). Wysłałem list do gazety - a raczej za pośrednictwem gazety wysłałem list otwarty.

I, wyobraźcie sobie, właśnie się ukazał - na razie w sieci, ale może być i w papierowym wydaniu. Więc na wszelki wypadek piszę Wam o tym, żebyście się nie musieli zastanawiać, czy to ja napisałem. Tak, to ja. Pewnie nie powinienem, ale wiecie co? Szlag mnie trafił.

Podpisałem się, oczywiście, ale poprosiłem, żeby w razie publikacji dali „imię i nazwisko do wiadomości redakcji”. Wolałbym wystąpić jako ja (nie wstydzę się tego, co napisałem!), ale nie chcę robić szumu wokół tego ze względu na moje dzieci - bo nazwisko mamy na tyle nieoczywiste, że zaraz wszyscy w obu szkołach wiedzieliby, o kim mowa.

 

sobota, 22 października 2016

Czasami naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie wiem, jak to wszystko rozgrywać. Mam takie wrażenie, że wszystko, za co się wezmę, natychmiast zaczyna się sypać. Praca idzie fatalnie: za mało mam na nią czasu. A to "za mało" to i tak o wiele za dużo, jeśli spojrzeć z perspektywy tego, czego potrzebują moje dzieci. Zwłaszcza Pucek, ale przecież nie tylko on.

Z powakacyjnego dołka miałem wyjść w październiku - a tu październik się kończy, a brzegów dołka nie widać. A tu jakieś długi do pozamykania - miałem nadzieję, że już będę je miał z głowy, ale oczywiście nie, to by było za proste. Bo przecież ciągle coś się musi dziać, bo przecież jak już coś do przodu, to zaraz coś do tyłu, bo ubezpieczenie samochodu, bo cztery duże rachunki na raz, bo piekarnik się zepsuł, bo, bo, bo…

Jak tylko udaje mi się coś ogarnąć, dogonić rzeczywistość w jakiejś konkretnej sprawie, mieć przez moment poczucie, że zaczynam nad tym wszystkim panować - to zaraz się okazuje, że dwie inne sprawy zawaliłem, jedna nie poszła tak, jak miała pójść, a trzy kolejne właśnie się pojawiły. Chciałem książkę zamknąć przed końcem października - a guzik, gdzie tam. Może (może!) uda się do połowy listopada. I niby żaden problem, pośpiechu nie ma, termin jest do końca roku… Ale po pierwsze - potem do końca marca są jeszcze dwie książki, więc im szybciej skończę tę, tym szybciej zacznę kolejną. A po drugie - jak skończę, to mi zapłacą. Proste zależność, prawda?…

A jeszcze ta cholerna jesień. Nienawidzę jesieni. Leje, mokro, paskudnie. A niedługo znowu bezsensowna, nikomu do niczego niepotrzebna zmiana czasu, która sprawi, że koło czwartej już będzie ciemno. Czasami naprawdę doceniam mądrość niedźwiedzi: mam ochotę położyć się do łóżka i zapaść w sen zimowy. I wstać dopiero na wiosnę. I wcale nie musi to być ta najbliższa wiosna.

No, to sobie pomarudziłem.

wtorek, 18 października 2016

Nie śledzę - jak kiedyś - na bieżąco programów informacyjnych, nie oglądam wiadomości w TV (za nerwowy jestem…), czasami wysłucham newsów w radiu jadąc samochodem - jeśli akurat trafię na "pełną godzinę". Wiadomości o tym, co się dzieje, czerpię głównie z sieci - bo to jest bezpieczniejsze: słowo pisane (nawet, jeśli podłe, złe, nienawistne czy po prostu głupie jak pasztet) jest już przetworzone, obrane z wierzchniej warstwy emocji, wyrwane z gorącej chwili. Można się nad nim zastanowić.

I to, zdaje się, sprawia, że - z punktu widzenia polityków - jestem chyba najgorszym możliwym rodzajem obywatela: zastanawiam się. Kiedy kolejny polityczny harcownik gada, co my ślina (albo partyjny rozdzielnik) na język przyniesie, nie wystarcza mi, że pomyślę "Tak, ma rację" albo "Nie, bzdury gada". Analizuję. Myślę. Przetwarzam. Porównuję z innymi wypowiedziami. Odnoszę do faktów. I tak dalej…

Wnioski, do jakich dochodzę, są dość przygnębiające. Są takie słowa - kiedyś już chyba je tu cytowałem - które moim zdaniem najlepiej oddają naszą polityczną rzeczywistość. Słowa ewangelickiego pastora, Dietricha Bonhoeffera - człowieka, który sprzeciwił się nazistom i przypłacił to życiem. A jednak to nie czyste zło nazizmu Bonhoeffer uważał za największe niebezpieczeństwo, największego "wroga" ludzkości. W jednym ze swoich pism napisał coś, co dziś powinno chyba pro memoria wisieć w sejmie, senacie i wszędzie tam, gdzie przebywają ludzie mający jakikolwiek wpływ na rzeczywistość.


"(...) głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż przewrotność. Przeciw złu można protestować, można je demaskować, w razie potrzeby można mu przemocą zapobiec. Zło obarczone jest zawsze zarodkiem samozagłady, gdyż pozostawia w człowieku co najmniej niesmak.

Wobec głupoty jesteśmy bezbronni. Protestami czy przemocą nic się nie wskóra, argumenty na głupiego nie działają, faktom, które przeczą jego uprzedzeniu, po prostu nie wierzy. W tych przypadkach staje się nawet krytyczny, a kiedy faktów ominąć nie można - odsuwa je zwyczajnie na bok, jako nic nie mówiące, sporadyczne przypadki. Nigdy już więcej nie podejmujmy próby przekonania głupca, odwołując się do sedna rzeczy. Jest to bezsensowne i niebezpieczne".

Amen.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85