Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 13 maja 2018

Bankomat. Karta. PIN. "Co chcesz zrobić?" Chcę wyjąć gotówkę. "Jaka kwota?" - do wyboru 20, 50, 100, 150…

20 zł poproszę.

Bankomat myśli. Burczy, trzeszczy, w końcu zamiast pieniędzy wypluwa karteczkę "Operacja niemożliwa do zrealizowania". A na ekranie pojawia się komunikat, żebym wybrał inną sumę, podzielną przez 100.

OK, rozumiem, w bankomacie skończyły się banknoty o niższych nominałach. Tylko czy nie mógł OD RAZU wyświetlić, że do wyboru jest 100 zł lub wielokrotność? Panowie programiści, czy za dużo wymagam?

Trudno, niech będzie stówa. Klikam odpowiednie przyciski, bankomat burczy, trzeszczy, po czym już bez sprzeciwu wypłaca mi sto złotych.

W pięciu banknotach dwudziestozłotowych.

Nosz…

6oytck

niedziela, 06 maja 2018

Nie wiem właściwie. Mógłbym zacząć od "Tyle się dzieje…". Albo od "Nic się nie dzieje…". I chyba oba stwierdzenia po trochu byłyby prawdziwe.

***

Bo z jednej strony dzieje się mnóstwo - na poziomie "wydarzeń bieżących", cytując klasyków.

Pietruszka pisał egzaminy gimnazjalne i bardzo narzeka, że pomylił się wpisując jedną odpowiedź w arkusz, w związku z czym nie będzie miał 100%…

Byliśmy w C., u Cioci. Jeden dzień co prawda, ale zawsze. A jeden dzień dlatego, że Piłka zaczęła grać w młodzieżowej orkiestrze dętej w G., która właśnie została reaktywowana i po serii prób miała pierwszy koncert 3 maja, czyli w środku majówki. Nawet fajnie grali - trochę "klasyki", ale też trochę jazzu plus wiązankę gospel / Negro spirituals. Jak na zupełnie nowy zespół z zupełnie nowym dyrygentem i po raptem pięciu próbach - było super.

Pracy mam (za)dużo. Nie nadążam. Choć, Bogiem a prawdą, nie nadążam nie tylko dlatego, że jest jej (za)dużo. Także dlatego, że - widzę to coraz wyraźniej - pracuję wolniej, niż kiedyś. Więcej czasu zajmuje mi "wejście w rytm", łatwiej się rozpraszam, trudniej mi się skupić, a jak już pracuję, to w określonym czasie robię mniej, niż jeszcze kilka lat temu. "Wypalenie zawodowe"? Czy po prostu wiek?…

Auto zmieniliśmy. Akcja jak z "Ziemi Obiecanej" ("…ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…) razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…").

Wszystko zaczęło się od tego, że nasz Osiołek miał iść do remontu. Nazbierało mu się, ma biedak swoje lata, parę większych rzeczy trzeba było przy nim zrobić - byłem przygotowany na to, że jakieś dwa - dwa i pół tysiąca będzie trzeba w tę imprezę włożyć. Trochę mnie to uwierało - rynkowa wartość Osiołka to jakieś 8 tysięcy, czyli wkładam w naprawę jedną czwartą jego wartości (albo więcej) - a przecież w razie sprzedaży ten remont jego ceny o tę sumę nie podniesie… No, ale co robić: pieniędzy na wymianę auta nie ma, nic nie wskazuje na to, żeby miały być, więc Osiołek musi jeździć. Tak się złożyło, że znajomi sprzedawali właśnie swoje auto, więc mogli mi je pożyczyć na te parę dni, które Osiołek miał spędzić w warsztacie.

Pojechałem do znajomych, wziąłem kluczyki, wsiadłem do tego pożyczonego auta… I mnie strzeliło. Auto w tym samym wieku co Osiołek, czyli wiekowe, ale po pierwsze o dwie klasy lepsze, a po drugie - znajomi z tych, co to każdy drobiazg załatwiają wyłącznie w autoryzowanym serwisie. Dlatego samochód zewnętrznie w stanie na czwórkę z plusem, ale silnik i reszta pracują jak w nowym aucie. jak powiedział pan Tomek - nasz Stały i Niezawodny Mechanik - "uuuu, warto!".

A cena? Od rynkowej wartości Osiołka wyższa dokładnie o tyle, ile musiałbym włożyć w planowany remont. Czyli zamiast wkładać w remont, tę samą sumę dołożyłem do "nowego", który - zdaniem pana Tomka - powinien bez większych nakładów jeszcze spokojnie dwa - trzy lata pojeździć.

Dlatego od teraz będziemy jeździć zafirą (zwaną już przez Potwory "Zefirkiem"). Czyli wreszcie z ciężarówki (bo Osiołek, nie oszukujmy się, to jednak ciężarówka była…) przesiedliśmy się do osobowego. Przy 140 km/h na autostradzie można spokojnie słuchać muzyki i rozmawiać bez podnoszenia głosu. No, luksusy po prostu. Plus komputer pokładowy, elektrycznie składane lusterka i parę innych bajerów.

Zafira_copy

Oczywiście - jak w każdej pozytywnej wiadomości - i tu musi być kropelka niepokoju: pieniądze na zakup Zefirka musiałem pożyczyć. Żeby je zwrócić - muszę sprzedać Osiołka. A żeby sprzedać Osiołka (na którego zresztą mam już chętnego) - muszę go przeprowadzić przez sąd, bo to przecież część "masy spadkowej". A Pożyczkodawca musi dostać zwrot na początku lipca. Więc czasu mam niewiele. A jak nie zdążę, to będę musiał pożyczyć, żeby oddać. No, i takie tam.

***

A z drugiej strony - właściwie nie dzieje się nic. Aż do końca. I to jest czasami naprawdę męczące.

piątek, 27 kwietnia 2018

Pucek od dwóch tygodni wracał sam ze szkoły. Na rowerze. Cztery kilometry, dwadzieścia minut. Bardzo był z siebie dumny. Ja mu tylko wkładałem do głowy, że ma uważać, przez ulicę tylko na pasach, i że zawsze jak jedzie sam ze szkoły to ma mieć ze sobą telefon (włączony i naładowany).

Dziś koło piętnastej - telefon. Pucek. Płacze, mówi niewyraźnie, rozumiem tylko, że jest "koło Stasia" (kolegi z klasy, który mieszka po drodze) i że się przewrócił. Po chwili telefon przejmuje jakaś pani i mówi, żebym szybko przyjechał, bo synek się przewrócił i "mocno krwawi". Nosz.

Zanim dojechałem, Pucek był już u Stasia, który widział cały wypadek i pobiegł po mamę. Krew - jak się okazało - lała się głównie z ust. Szybkie wypłukanie - i aż mnie zmroziło: prawa górna jedynka (stała!) złamana w połowie wysokości i dodatkowo pęknięta "wzdłuż" na całej długości.

Do najbliższej dentystki dojechaliśmy w pięć minut. Poczekaliśmy, aż wyjdzie poprzedni pacjent - i na fotel. Ale już po minie pani doktor widziałem, że nie jest fajnie. Obejrzała, zrobiła zdjęcie pokręciła głową i powiedziała, że z tym to trzeba do specjalisty - stomatologa dziecięcego, najlepiej chirurga. Czyli do Warszawy, na Nowy Zjazd. Telefon, potwierdzenie, jedziemy.

W Warszawie pan doktor specjalista - choć teoretycznie skończył już pracę (piątek, zrobiła się osiemnasta!) przyjął nas bez słowa sprzeciwu. Rentgen. Konsultacja z innymi lekarzami. Na fotel. Dobra wiadomość - nie będzie trzeba usuwać całego zęba (wtedy musiałby chodzić ze szczerbą ładnych parę lat, bo implant można zrobić dopiero, jak skończy rosnąć). Zła - połówkę trzeba jednak usunąć (tę, która "odpękła"). A to wiąże się z odsłonięciem nerwu, czyli koniecznością usunięcia tego nerwu - czyli leczeniem kanałowym. Na szczęście znieczulenie zadziałało doskonale, cała operacja zajęła pół godziny, dentysta "przy okazji" poprawił dwa okoliczne zęby (dwójkę i drugą jedynkę) które - jak się okazało - też były nadkruszone, choć minimalnie.

W poniedziałek jedziemy z powrotem - na "dokończenie". Wtedy też będzie konsultacja z drugim chirurgiem i z ortodontą, żeby podjąć decyzję, co z tym fantem robić dalej. Czy da się "dobudować" jakąś koronkę na tej części, którą udało się uratować? Czy trzeba będzie jednak robić częściowy implant (na szczęście prościej, bo w oparciu o tę pozostałą część i zachowany korzeń)? Zobaczymy.

Na razie Pucek ma kawałek zęba, zaopatrzony po leczeniu (jak sam stwierdził spojrzawszy w lustro - ząb wygląda, jakby go ktoś pomalował korektorem).

Co za pech cholerny! Kask miał na głowie - ale przecież nie na zębach. Szlag.

czwartek, 22 lutego 2018
wtorek, 20 lutego 2018

Choć czasu ostatnio za mało (…na cokolwiek), udało mi się gdzieś w biegu przesłuchać niesamowity album o specyficznym tytule: "Niepotrzebna pogodynka, aby znać kierunek wiatru".

Dylan.pl - niezwykły projekt, w efekcie którego powstał dwupłytowy album pod takim właśnie tytułem. Tytuł to tłumaczenie wersu z piosenki Boba Dylana "Subterranean Homesick Blues" (w oryginale: You don't need a weather man / To know which way the wind blows).

W nagraniach brało udział paru znakomitych muzyków, ale osobą, która najbardziej przyczyniła się do jego powstania jest Filip Łobodziński - dziennikarz, tłumacz, jeden z założycieli Zespołu Reprezentacyjnego (no i absolwent "mojej" szkoły średniej, czyli warszawskiego VI liceum imienia Reytana…).

Muzycznie album jest świetny - doskonale oddaje dylanowski klimat, nie będąc jednocześnie prostą kopią, ale ewidentnie dziełem autorskim. Ale "muzycznie" to tylko połowa tego zjawiska…

Teksty. Tłumaczenie Dylana to sprawa niełatwa - poziom nagromadzenia metafor, odniesień literackich, kulturowych i tak dalej - wie to każdy, kto kiedykolwiek wsłuchał się w to, co ubiegłoroczny noblista śpiewa… W Polsce niewiele było naprawdę dobrych tłumaczeń Dylana. "Blowin' in the Wind" śpiewało się kiedyś przy ogniskach ("Przez ile dróg…") - tłumaczenie było wcale dobre (Andrzej Bianusz, jeśli dobrze pamiętam). "The Times They Are a-Chinging" było tłumaczone kilka razy (m. in. bardzo dobrze przez Agnieszkę Osiecką). Ale poza tym? Niewiele.

A  tu nagle dostajemy dwadzieścia dziewięć piosenek, po polsku, w naprawdę znakomitych tłumaczeniach! Łobodziński znajduje doskonałą równowagę między wiernością autorowi, pięknem przekładu i tłumaczeniem dylanowskich skojarzeń na polską rzeczywistość.

Tak naprawdę do jego tłumaczeń mam tylko dwa zastrzeżenia… Pierwsze - to "Hard Rain's a-Gonna Fall", które w ogóle jest poezją z gatunku nieprzetłumaczalnych, a w dodatku z niezrozumiałych dla mnie powodów Łobodziński tłumaczy "hard rain" jako "twardy deszcz" (…dlaczego "twardy"? Angielskie "hard rain" to "mocny deszcz", "ulewny deszcz" - i o to w tej piosence chodzi). I jeszcze kilka szczegółów w poszczególnych zwrotkach… Drugie zastrzeżenie - to "Like a Rolling Stone" - piosenka przetłumaczona świetnie, z wyjątkiem samego tytułowego zdania, które Łobodzinski tłumaczy "Jak błądzący łach". Moim zdaniem ten "łach" ma zupełnie inny klimat, inny odcień niż angielskie (…czy raczej - amerykańskie…) "rolling stone".

Ale to są szczegóły. Naprawę. Cała reszta przetłumaczona jest świetnie, część - po prostu wspaniale, ale są dwie piosenki, które Łobodziński przetłumaczył po prostu genialnie.

Pierwsza to "Subterranean Homesick Blues", z której wziął się tytuł albumu. Nie myślałem, że to się w ogóle da tak po polsku zaśpiewać. W takim rytmie, z tak wiernym oddaniem klimatu oryginału i z tekstem, który opowiada wszystko, co Dylan chciał w tej piosence oddać.

Druga - to "Mr. Tambourine Man". Tu naprawdę aż trudno coś napisać… Zatkało mnie. Trzecia zwrotka to po prostu taki majstersztyk, że chylę czoło podwójnie: i jako miłośnik Dylana, i jako tłumacz. Chapeau bas. Posłuchajcie:  

środa, 07 lutego 2018

Rzadko, bo nie mam kiedy (tak, wiem, powtarzam się).

***

Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego - jako jedyna ze szkoły (!). Wśród lektur "zadanych" do każdego etapu zawsze jest jedna większa. W drugim etapie było to "Imię róży" - Piłka siedziała, czytała z wypiekami, mówiła, że trudne, ale ciekawe i wciąga. Do trzeciego etapu zadany jest "Moby Dick". Dziecko czyta, ale tym razem z oporami. Mówi, że nudne. I że ma dość wielorybów…

Zastanawiam się, czy rzeczywiście "Moby Dick" to książka która dotrze do współczesnej piętnastolatki. Niby ja to czytałem nawet trochę wcześniej, ale po pierwsze - to były inne czasy, a po drugie (co jest zasadniczą różnicą) z własnej woli.

A przedwczoraj Piłka idąc z psem (a w zasadzie jadąc na rolkach za psem pociągowym) źle wyliczyła zakręt i zaryła nogą w chodnik z takim impetem, że przez dłuższy czas byliśmy niemal pewni, że rzeczona noga jest złamana. Na szczęście rentgen udowodnił, że jednak nie - ale żeby go zrobić trzeba było podjąć wyprawę do szpitala i takie tam różne, co (rzecz prosta) stało się przyczynkiem do kolejnych głębokich przemyśleń na temat organizacji polskiej służby zdrowia. Ale o tym innym razem.

***

Pietruszka - namówiony przez swoją wychowawczynię, anglistkę - zdaje EFC. Pani ich zapisała, rodzice dostali maila potwierdzającego zapis z prośbą o uiszczeni opłaty egzaminacyjnej. Kwota, którą zobaczyłem, sprawiła, że się lekko zakrztusiłem. No cóż - jak się ma zdolne dzieci, to trzeba płacić…

***

W czasie ferii byliśmy kilka dni w C. Potwory nawet dwa razy na nartach pojeździły. W tym czasie kolega P. mieszkał u nas w domu jako dog-sitter. No i cat-sitter i turtle-sitter też. Cała menażeria przeżyła. Kolega też przeżył.

***

Kończę książkę dla Szacownego Wydawnictwa. Po raz pierwszy w całej "karierze" mam wrażenie, że z pozycji liczącej prawie 400 stron nie dowiedziałem się niczego nowego. Przy okazji - gdyby ktokolwiek z Was miał ochotę używać słowa "coaching", to bardzo proszę w bezpiecznej odległości ode mnie, bo będę gryzł.

***

A przy okazji tematów zawodowych: nasi ukochani rządzący zrobili mi wspaniałą niespodziankę. Od stycznia (przynajmniej na razie, bo rozmowy i naciski trwają…) od rachunków za tłumaczenia nie można odliczać 50% kosztów uzysku… Jeśli Wasza księgowa jeszcze o tym nie wie, to jej powiedzcie, żebyście potem nie mieli problemów z US… Jeśli łaskawcy w sejmie przegłosują poprawkę (i jeśli przegłosują, że poprawka działa od początku roku…), to ja się upomnę o zwrot od US przy rozliczeniu rocznym.

Tak, proszę państwa: zgodnie z aktualnie obowiązującą ustawą do zawodów „twórczych” należy m. in. zawód KASKADERA. Ale tłumacza już nie…

sobota, 30 grudnia 2017

Święta jak święta. Wiadomo.

Tylko z choinką w tym roku zaszaleliśmy. Od kilku lat nie kupujemy choinek na targu czy "na ulicy", tylko jeździmy na "plantację", która znajduje się… trzy uliczki od naszego domu. Można sobie wybrać choinkę, właściciel na miejscu ją wycina i pakuje w siatkę. Taka choinka może stać nawet miesiąc i w ogóle się nie sypie, a w dodatku jest sporo tańsza, niż na targu czy gdziekolwiek indziej.

Jedyny problem polega na tym, że stojąc wśród kilkuset choinek różniej wielkości człowiek nie ma skali odniesienia. No i znowu mamy choinkę, która nie tylko zagina się pod sufitem (bo się nie zmieściła), ale jeszcze "wszerz" zajmuje pół pokoju. Ale wszystkim się podoba (choć, oczywiście, Puckowi najbardziej).

***

Nowy rok?… Jakoś nie mam głębokiego przekonana, że przyniesie coś naprawdę nowego. Ale może nie mam racji?…

czwartek, 21 grudnia 2017

A już było tak blisko… A już się wydawało, że tym razem się uda. Że jeszcze na dniach wpłyną ostatnie pieniądze, które w tym roku wpłynąć miały - i w ten sposób grudzień (a tym samym cały rok 2017) zamknie się na plusie.

No i właśnie przyszedł rachunek za gaz. I - jak mawiali starożytni - zipa dumna.

wtorek, 12 grudnia 2017

…teraz jest ta chwila, w której ma Pan szanse dowiedzieć się o sobie ważnej prawdy: czy jest Pan Prezydentem Rzeczypospolitej, czy tylko partyjnym funkcjonariuszem.

Jako Prezydent ślubował Pan stać na straży Konstytucji.

Jako partyjny funkcjonariusz - obiecywał wykonywać polecenia Przełożonego.

Wybór należy do Pana.

***

Dopisuję 20 grudnia, już po ogłoszeniu decyzji:

No cóż, Panie Prezydencie - jaką decyzję Pan podjął, tak Pana historia osądzi.

czwartek, 30 listopada 2017

Wczorajsza Aunty Acid. Każdy rodzic przyzna rację :-)

 

Zrzut_ekranu_20171129_o_11.34.172

08:40, puuchatek
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87