Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 30 października 2013

Jest nieźle. Leczenie działa: poprawa jest tak ewidentna, że widać ją gołym okiem. Co było mocno czerwone – jest bladoróżowe, prawie niewidoczne; co było różowe – zniknęło; "grudki" zanikły, znikł związany z nowotworem stan zapalny pod skórą, więc ustąpiły też wszystkie dolegliwości. Dziś Pani Doktor kazała zrobić ponowne USG węzłów chłonnych, które miesiąc temu były powiększone – dziś są czyściutkie i nie powiększone ani trochę.

– To znaczy, że jeszcze sobie pożyję… – stwierdziła M. filozoficznie.

– Wszystko na to wskazuje – zgodziła się pogodnie lekarka robiąca USG.

I tego się trzymajmy.

poniedziałek, 28 października 2013

Mam takie wspomnienie dotyczące Tadeusza Mazowieckiego…

1989 r., wigilia Bożego Narodzenia, pasterka w mojej rodzinnej parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Tłum ludzi, jak to na pasterce. Msza się kończy, proboszcz – także już nieżyjący o. Mirosław Paciuszkiewicz SI – jak zwykle składa parafianom życzenia świąteczne. To szczególny moment, pierwsze Boże Narodzenie po przełomie, wszyscy wciąż jeszcze mają poczucie wielkości chwili, historyczności wydarzeń…

I nagle o. Paciuszkiewicz dodaje:

– Kochani, właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że jest z nami na mszy pan premier Tadeusz Mazowiecki, którego chciałbym z wielką radością powitać w naszej wspólnocie!

Ludzie zaczynają się nerwowo rozglądać: gdzie, gdzie stoi? Ktoś obok mnie szeptem mówi, że dwie ulice od kościoła na Rakowieckiej mieszka syn Mazowieckiego, że pewnie był na wigilii u syna…

A proboszcz składa mu życzenia świąteczne w imieniu całej parafii, po czym dodaje (cytując z pamięci, z głowy cały fragment "Kwiatów Polskich"):

– Brzmią mi dziś w uszach słowa Juliana Tuwima:

Chmury nad nami rozpal w łunę,

Uderz nam w serca złotym dzwonem,

Otwórz nam Polskę, jak piorunem

Otwierasz niebo zachmurzone.

Daj nam uprzątnąć dom ojczysty

Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych

Jak z grzechów naszych, win przeklętych.

Niech będzie biedny, ale czysty

Nasz dom z cmentarza podźwignięty.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi

I brzask wolności ją ozłoci,

Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,

Mocnych w mądrości i dobroci.

– I wierzę, Panie Premierze, że oto dziś, po tylu latach, dobry Bóg wysłuchał tej modlitwy Poety – dodaje. – Że mamy dziś rządy mądrych, dobrych ludzi.

Wierzcie albo nie, ale pół kościoła miało łzy w oczach.

*

Przez te dwadzieścia z górą lat od 1989 r. prawie zawsze idąc na wybory prezydenckie miałem poczucie, że głosuję "przeciw". Że głosuję na X, choć wcale nie jestem do niego przekonany, żeby prezydentem nie został Y.

Jeden, tylko jeden raz głosowałem naprawdę "za", naprawdę z pełnym przekonaniem że chciałbym, aby ten właśnie człowiek został prezydentem mojej ojczyzny. Jeden raz: w 1990 r., w pierwszej turze, kiedy głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego.

niedziela, 27 października 2013

Jestem zmęczony. Zmęczenie objawia się kolejnymi zaćmieniami umysłu…

Wracaliśmy z M. z Warszawy – w środę, po chemii (tak, zaczęliśmy kolejny cykl). Kiedy M. leżała sobie pod kroplówką (z książką i herbatką), ja wpadłem na chwilę do ojca. Pogadaliśmy, kawkę wypili – i pojechałem z powrotem do szpitala, zabrałem M. i ruszyliśmy do domu.

Jeszcze przed wjazdem na obwodnicę zjechaliśmy na stację benzynową. Zatankowałem, sięgam do kieszeni kurtki (prawa, wewnętrzna) i… kieszeń jest pusta.

Całkiem pusta. Pusta na sto procent.

A nie powinna. Bo jeszcze godzinę wcześniej była w niej skórzana "okładka", a w niej – dokumenty, karty do bankomatu, prawo jazdy, dowód rejestracyjny… Wszystko. Była saszetka – nie ma saszetki.

Im bardziej jej szukałem, tym bardziej jej nie było.

Za paliwo M. zapłaciła swoją kartą, ale co z resztą? Jak tu jechać do domu? Bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego i ubezpieczenia? M. miała przynajmniej prawo jazdy – ale po chemii średnio nadawała się do siadania za kierownicę.

No i – co teraz? Nowy dowód, nowe prawo jazdy, nowe dokumenty samochodowe? Ile to kosztuje, to już nie wspomnę, ale ile czasu i biegania?

A jak już o kosztach – to przecież trzeba dzwonić do banków (w sumie trzech) i zastrzec karty, bo NAJPRAWDOPODOBNIEJ ktoś tę saszetkę ukradł…

No, kanał po prostu.

Co robimy? Ano cóż – ruszyliśmy do domu z nadzieją, że nas policja akurat do kontroli nie zatrzyma. Pędziliśmy autostradą w stronę G. Ja – wkurzony, M. – zmęczona i też zaniepokojona sytuacją.

Myślałem, myślałem… I wychodziło mi, że ten hipotetyczny złodziej po prostu NIE MIAŁ KIEDY mnie obrobić. Po mieście jeździłem autem, w żadnym tłoku nie byłem, na ulicy nikt na mnie nie wpadł… Impossible.

– Wiesz co? – powiedziałem do M. – Weź Ty tę moją kurtkę i przejrzyj jeszcze raz kieszenie. WSZYSTKIE kieszenie. Może w jakimś zaćmieniu schowałem dokumenty gdzieś indziej? (Oczywiście, że przeszukałem wcześniej wszystkie kieszenie – ale wiecie jak to jest: ktoś inny szuka i znajduje…).

No więc M. sięgnęła na tylne siedzenie i zaczęła przeglądać kieszenie. Pierwsza kieszeń, druga, trzecia…

– A co to jest? – zapytała w pewnym momencie moja Żona ze szczerym zdziwieniem, wyciągając z jednej z kieszeni Dziwny Przedmiot.

– To? – wybałuszyłem oczy (a w zasadzie jedno oko, bo drugim musiałem jednak obserwować drogę, co przy prędkości autostradowej bywa pomocne). – To jest kluczyk do samochodu!

– Widzę – odparła M. – Ale nie nasz.

– No jasne, że nie nasz – odpowiedziałem z pełnym poczuciem absurdalności sytuacji. – Przecież nasz jest w stacyjce. Poza tym to jest kluczyk od Hyundaia…

– Wygląda na to, że to nie jest twoja kurtka, kochanie… – skonkludowała M. po kilku chwilach zdziwionej ciszy.

– Najwyraźniej – potwierdziłem. – Ale czyja? – dodałem rozpaczliwie, uświadamiając sobie, że jedynym miejscem w którym mogłem tego dnia zamienić kurtki była szpitalna szatnia.

– Wygląda na to, że ktoś ma identyczną kurtkę jak twoja – kontynuowała M. – Ten sam fason, kolor, te same kieszenie, nawet ten sam rozmiar. Tyle, że jeździ Hyundaiem.

Hyundai! Słowo–klucz. Szpital nie był jedynym miejscem, gdzie mogłem zamienić kurtki. Kto jeździ Hyundaiem? Tatuś mój rodzony, rzecz prosta.

Wyszedłem od ojca w jego kurtce. Identycznej jak moja – obie kupiła kiedyś ciotka, jedną dla niego, drugą dla mnie.

M.. zadzwoniła i krztusząc się ze śmiechu powiedziała swojemu ulubionemu teściowi, że jednak ma w domu moje dokumenty. A my właśnie wieziemy do G. jego kluczyk do auta...

piątek, 18 października 2013

– Tych cegiełek starczy dotąd – powiedział pan Wiesław, fachowiec–remontowiec jakich mało. – Ale mnie się wydaje, że lepiej byłoby skończyć ten murek rządek niżej, o, tutaj – pokazał. – Jak pan woli?

Zastanowiłem się chwilę. – Też mi się wydaje, że dotąd będzie lepiej – odparłem. – Ale wolałbym, żeby jeszcze moja żona na to spojrzała, ona ma lepsze wyczucie… Ale ona wróci dopiero za pół godziny. Wiem, że panom się spieszy, ale… Ten murek będziecie stawiali od dołu?

(Tu chwila ciszy na wybrzmienie…).

Pan Wiesław popatrzył na mnie z lekko pochyloną głową. – No, wie pan… – powiedział z kamienną powagą, unosząc jedną brew. – Od góry to się raczej nie da…

Śmialiśmy się z tego jeszcze kilka godzin później.

niedziela, 13 października 2013

Rozmowa przy stole. Opowiadam o czymś (temat nieistotny). Mówię, że jak miałem pięć lat, to widziałem (coś tam) w telewizji.

Piłka, szczerze zdziwiona:

– To jak ty miałeś pięć lat to już była telewizja?!

Ale oczywiście, córeczko. Tylko obraz był kiepski, bo dinozaury bez przerwy obgryzały antenę…