Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 25 października 2008

Wszystko wskazuje na to, że małe Puchatki mają od dziecka wyrobione poglądy polityczne... Dwie scenki oddalone od siebie o drobne trzydzieści osiem lat:

1. Rok pański 1970, grudzień. Puchatek miał wtedy niecałe pół roku, a Pierwszym Sekretarzem KC PZPR został niejaki Edward Gierek (młodsi czytelnicy niech sobie w Wikipedii sprawdzą kto to był i co oznaczają te skróty).
No i Puchatek leżał sobie był na przewijaku, a z tyłu, za nim, na ekranie włączonego telewizora towarzysz Gierek wygłaszał właśnie jakieś przemówienie (bodaj nawet pierwsze, inauguracyjne). I nagle mały Puchatek - któremu Osobista Mama właśnie zdjęła pieluszkę, acz jeszcze nie założyła nowej - strzelistym sikiem parabolicznym skierowanym do tyłu, nad głową (mali chłopcy tak potrafią!) obsikał telewizor. I - pośrednio - przemawiającego towarzysza Gierka. - Widać, że dziecko ma zdrowe poglądy - ucieszył się Osobisty Tata.
2. Rok pański 2008, październik. Pyszczak - niecałe pięć miesięcy mający - w gabinecie lekarskim. Pani pielęgniarka szykuje zastrzyk, a pani doktor zabawia malucha (wiadomo, maluch, hi hi, ha ha, ciu ciu). Pyszczak się śmieje, gulga i w ogóle jest zadowolony z życia (jeszcze nie kojarzy, że zaraz będą kłuli w odwłok).
I nagle pani doktor pośród innych "gu, gu", "bum, bum" i "pif-paf" mówi głośno i wyraźnie:
- Kwa, kwa!
...A rozbawiony dotąd Pyszczak nagle robi pdokówkę i zaczyna płakać.
Mały bo mały, ale swój rozum ma. Żadengo "kwa, kwa", bardzo proszę! ;-)
wtorek, 21 października 2008
Jest w mieście G. szkoła podstawowa "na blokach", czyli na osiedlu spółdzielczym. Duża, nowoczesna (choć rzecz prosta lekko przepełniona, jak wszystkie szkoły w G.). To ta sama szkoła, przy której działa "przedszkolny oddział zerówkowy", do którego uczęszcza Pietruszka.
Siłą rzeczy do szkoły chodzi większość dzieci Lokalnych Znajomych.
Wczoraj po południu ze szkoły wracała dwójka dzieci - czternastoletnia gimnazjalistka i jej dziewięcioletni brat. Ulica, przez którą musieli przejść, nie jest "szosą międzymiastową", nie jest też - nawet jak na skalę powiatowego miasta G. - dużą ulicą. Ot, osiedlowa uliczka.
Przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu, dwadzieścia metrów od wyjścia z podjazdu prowadzącego do szkoły. Czternastolatka wzięła młodszego brata za rękę, rozejrzała się. Z lewej jechał samochód - ale kierowca zobaczył stojące przed przejściem dzieci, więc się zatrzymał.
Dzieci weszły na jezdnię. Ale samochód jadący z drugiej strony sie nie zatrzymał. Dziewczynę odrzuciło na kilka metrów, spadła na maskę temu kierowcy, który stanął, żeby ją przepuścić. Jest połamana, leży na intensywnej terapii w Warszawie.
Jej braciszek miał mniej szczęścia - samochód (jakaś cholerna "terenówka") zahaczył go i ciagnął jeszcze trzydzieści metrów, zanim zdołał stanąć. Dziecko zmarło w szpitalu po kilku godzinach.
Była 16:30, więc jeszcze nie było ciemno. Pogoda była piękna, widoczność dobra, asfalt suchy. Debil za kierownicą terenówki MUSIAŁ widzieć wchodzące na przejście dzieciaki, MUSIAŁ też widzieć, że jadący z przeciwka samochód staje. Na co liczył? Pijany nie był (policja sprawdziła). Pewie jechał co najmniej 80, jeśli nie szybciej. Na osiedlowej ulicy, która na całym kilkusetmetrowym odcinku obstawiona jest znakami ostrzegającymi że szkoła, że dzieci.
Chłopiec który zginął - trzecioklasista - był kolegą z ławki syna naszych przyjaciół.
"Nie wychodź sam na ulicę" - uczymy nasze Potwory. "Popatrz w lewo i w prawo". "Przechodź TYLKO na przejściu". "Przez ulicę - zawsze za rękę".
NO I CO Z TEGO?
No i co z tego, skoro zachowując wszystkie te rodzicielskie przykazania i tak można trafić na debila o duszy rajdowca i mózgu wiewiórki?
***
Dziś (jechałem na pocztę) przy przejściu dla pieszych paliły się znicze. Dużo zniczy.
Kierowca "terenówki" może trafić za kratki _nawet_ na osiem lat, powiedziała prokuratura.
No i co z tego?
... MAĆ.
piątek, 17 października 2008

Przesilenie jesienne Puchatka dopada... Oj, dopada... Tyle, że kiedy normalni ludzie (…) przeżywają różne jazdy w stylu "stany depresyjne", Puchatek przesilenie jesienne przeżywa na poziomie bardziej - jakby to ująć… - fizjologicznym. Zasypia, mianowicie. Niezależnie od tego, jak długo śpi w nocy i jak bardzo jest wyspany - kiedy siada do pracy (zwłaszcza popołudniową porą), odwala klasycznego dzięcioła. I nie ma mocnych - kawa, nie kawa… Dzięcioł.

Ja wiem, że są gorsze problemy, ale to paskudnie w robocie przeszkadza. I idzie też rzeczona robota znacznie wolniej, niż zwykle. Uch.
***
Pietruszka w zerówce się wziął i zakochał. W koleżance jednej, imieniem Kinga. Oczywiście Pietruszka o zakochaniu nic nie mówi (nie sądzę, żeby w ogóle w tych kategoriach to rozpatrywał…), ale sprawa jest dosyć ewidentna. Nic, tylko Kinga i Kinga. Ja tam nie wiem, ja się pierwszy raz w życiu zakochałem jak byłem w szóstej klasie podstawówki… Ale w zerówce??? :-)
Ale z drugiej strony - Puchatkowy Osobisty Tata zawsze wspominał, że pierwszą narzeczoną miał w przedszkolu… Więc może Pietruszka po dziadku nie tylko imię odziedziczył? ;-)
No, ale musi Puchatek przyznać, że jego latorośl gust ma dobry (po tatusiu, a co ;-). Rzeczona Kinga jest zdecydowanie najładniejszą dziewczynką w grupie…
***
Są zespoły i muzycy, którzy są "pewniakami". Wiadomo, że cokolwiek napiszą czy zaśpiewają będzie albo dobre, albo przynajmniej "do słuchania". Wiem w ciemno, że mogę kupić kolejną płytę Cohena, Loreeny McKennitt czy Katie Melua - bo to mi się na pewno spodoba. Wiem, że jak coś śpiewa Joe Cocker, to to po prostu _musi_ być fajne.
Ale są też tacy muzycy / takie zespoły, które (to oczywiście subiektywna ocena…) zawsze będą dla mnie "zepołami jednej piosenki".
Znacie grupę o nazwie "Lynyrd Skynyrd"? Pewnie większość z Was nie. Ale tę piosenkę słyszał chyba każdy.
Mam ich płytę - ale nie rusza mnie aż tak bardzo. Ot, fajne pioseneczki, ale nic naprawdę wielkiego. Ale "Sweet Home Alabama" chodzi mi po głowie od dwóch tygodni i nie chce się odczepić. I jest jedną z nielicznych rzeczy, które mnie budzą :-)
Dziś w kategorii "Puchatek Poleca" coś w pozornie zupełnie niepuchatkowym stylu. A jednak. Yiii-ha! :-)
piątek, 03 października 2008
Wspomniał Puchatek o ubezpieczeniu samochodowym - ale wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa, która nie daje mu (Puchatkowi, znaczy) spokoju i od kilku dni jest powodem głębokiego niesmaku...
Podwyżka rzeczonego ubezpieczenia wynika - jak Czytelnicy wiedzą - z lutowej stłuczki. Stłuczka była - według Kodeksu Ruchu Drogowego - z winy Puchatka. Acz według logiki i faktów - nie do końca (szczegóły były TUTAJ).
Puchatek był psychicznie przygotowany na to, że efektem będzie podwyżka składki ubezpieczeniowej (utrata zniżek...). Ale Pan Agent, który Puchatkowe auto ubezpiecza (a także auto puchatkowego taty i paru innych Krewnych-I-Znajomych-Królika), powiedział Puchatkowi właśnie, dlaczego zalazł mu polisę w innym towarzystwie. Poprzednie za dużo chciało podnieść stawkę, bo z puchatkowej polisy wypłacono za dużą sumę, żeby negocjować.
- Za dużą sumę? - zdziwił się był Puchatek. Bądź co bądź to była tylko stłuczka, i to naprawdę drobna...
- Ano, dużą - odparł Pan Agent. - 17 tysięcy.
ILE????
Puchatek wyciągnał rachunki, przysłane mu przez ubezpieczyciela (rozliczenie było bezgotówkowe). Patrzył ze wszystkich stron, ale suma za nic nie chciała się zmienić: 5698, 06 PLN.
No dobra, to tylko cena części (nowych, w autoryzowanym warsztacie, żeby nie było). Doliczmy do tego robociznę - ile tego może wyjść? 8 tysięcy? No przecież nie więcej.
A pozostałe 9 tysięcy? Ano, ponieważ stłuczka była z winy i tak dalej, to znaczy że pozostałe 9 tysięcy poszło na naprawę "drugiego pojazdu".
Tyle, że drugi pojazd - kilkuletni golf - był _znacznie_mniej_uszkodzony_ niż puchatkowóz. Jeśli naprawa puchatkowozu kosztowała 8 tysięcy (co i tak jest grubym zaokrągleniem w górę), to naprawa tamtego (nawet, jeśli także w autoryzowanym warsztacie etc.) mogła kosztować... No właśnie, ile? 3 tysiące? 4 najwyżej (choć to już mało prawdopodobne). Wymiana jednego reflektora i lekko wgniecionego prawego błotnika (zakładam, że był wymieniony, a nie klepany i lakierowany, bo wtedy to nie miałoby prawa przekroczyć 2 tysięcy).
A wyszło co najmniej 9...
Wniosek? Właściciel "drugiego pojazdu" wyremontował sobie na koszt puchatkowego ubezpieczenia pół samochodu. "Przy okazji".
Co wywołuje niesmak samo w sobie, jak każda nieuczciwość. A niesmak pogłębia fakt, że - jak także pisałem TUTAJ - drugi uczestnik zdarzenia okazał sie być osoba znajomą. I w dodatku... Nie, wystarczy że znajomą.
I nie chodzi już o te ...set złotych, o które Puchatek będzie miał droższą polisę w tym roku. Chodzi o zasadę.
Kocia Twarz. :-(
Pan Agent też się wkurzył i obiecał Puchatkowi, że - choćby to miało potrwać - wyciągnie od ubezpieczyciela szczegółowe rozliczenie tych 17 tysięcy. Nic to nie zmieni, ale przynajmniej będzie jasna sytuacja.
Jak Puchatek to zobaczy - napisze. A na razie się zniesmacza.
Ot, co.
czwartek, 02 października 2008

Po pierwsze - gwoli uczciwości - Puchatek donosi, że Szacowne Wydawnictwo raczyło zapłacić. Dodałby nawet, że "w terminie", gdyby nie fakt że przy TAK ustalonym w umowie terminie (40 dni!!! od daty wystawienia faktury...) niewywiazanie się z niego byłoby doprawdy ciężkim buractwem.

Pracowo - nie jest źle. Poprzednia książka zamknięta, ostatni tydzień był celowo trochę luźniejszy (czasami trzeba trochę wyluzować...), teraz biorę się za koleną książkę, bez porównania prostszą, któtszą i nie wymagającą tak intensywnej pracy umysłowej (...i znacznie lepiej płatną, dodać należy ;-).
Jakieś straszne wydatki sie szykują - trzeba ubezpieczenie samochodowe przedłużyć, a że w lutym była Słynna Stłuczka, to i suma jaką towarzystwo zaśpiewa będzie wyższa... Co robić...
No i jeszcze jeden wydatek: Puchatek kupuje fotel. Fotel do pracy. Taki ze wszystkimi bajerami. Z regulacją w stu dwudziestu pięciu płaszczyznach (co najmniej) i możliwością regulowania wszystkiego, co się rusza i połowy tego, co się nie rusza. Planował to Puchatek od dawna, ale zawsze (wiadomo...) były ważniejsze i pilniejsze wydatki. Ale dłużej czekać nie można - puchatkowy kręgosłup coraz głośniej protestuje, zwłaszcza pod koniec dnia pracy. A kręgosłup Puchatek ma jeden i nie zanosi się na to, żeby to sie miało szybko zmienić.
Nie, nie napiszę Wam ile to będzie kosztowało. Nawet zważywszy zakup w Internecie, darmową dostawę i fakt, że Puchatek długo szukał najniższej ceny, będzie to duża suma. Jeszcze nigdy puchatkowy odwłok nie siedział był na tak drogim sprzęcie ;-)