Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
wtorek, 23 października 2007


Środek nocy. Pietruszka dwano już śpi w łóżku Puchatków (ostatnio tak ma, że około północy przydreptuje i śpi "na trzeciego").

W drzwiach sypialni staje Piłeczka (która z kolei zwykle spokojnie przesypia noc we własnych pieleszach). Puchatek się budzi (jak zwykle pierwszy) i czujnie otwiera oczy. - Co się stało, Piłeczko? - pyta.

- Chcę do maaaaamy!... - Odpowiada Piłeczka płaczliwie. Puchatek wzdycha ciężko. Wie, że jeśli Piłeczka położy się "na czwartego", to dla niego zabraknie już miejsca... Taki los ojca... A próby negocjacji z Piłeczką w środku nocy są z góry skazane na niepowodzenie...

- Chcę do mamy! - powtarza Piłeczka.

- Do mamy i do mamy - nerzeka Puchatek. - A tata to pies?

Piłeczka pakuje się do łóżka Puchatków, naciąga na siebie kołdrę... Po czym nagle wysuwa spod niej głowę i pyta czujnie:

- A jakiego koloru?

- Co "jekiego koloru"? - pyta Puchatek wiedząc, że jego córka potrafi gadać prawie przez sen.

- No, ten pies! - pyta zniecierpliwione dziecko.

:-)

W tym sęk! ;-)


poniedziałek, 22 października 2007


Sami wiecie, że o poilityce rzadko... etc. Ale tym razem naprawdę trudno mi się powstrzymać. A zatem - mały dodatek do tego, co napisałem poprzednio.

Panom już dziękujemy :-)

niedziela, 21 października 2007


Mówią o przegranej PiS...

Nie, to nie tak. Dwa lata temu PO przegrała wybory - o 2,5 punktu procentowego.

Dziś - po TAKIEJ kampanii, w ktrórej PiS popierali prezydent i premier (o CBA nie wspominając) PiS jest o niemal 14 punktów procentowych za PO.

Nie, to nie jest przegrana.

To jest klęska.

I dobrze.

:-)


Puchatki już głosowały.



A TY?!!!

środa, 17 października 2007

 

Rzadko tu o polityce, ale w tej szczególnej chwili sobie pozwolę.

 

Zagadka:

Mamy 6 liter:

A, L, K, O, P, S.

Układamy z nich słowo:

P O L S K A

To było proste.

A teraz zagadka:

Które cztery litery trzeba ruszyć z miejsca, aby dokonać istotnej zmiany?

Odpowiedź:

TE, NA KTóRYCH SIEDZISZ!

Rusz się na wybory!!!

czwartek, 11 października 2007


Na razie wygląda na to, że z Szelmą nie jest tak źle. USG wykluczyło jakikolwiek nowotwór narządów wewnętrznych ("Nooo, a nereczki to mamy podręcznikowe!" - ucieszyła się Pani Doktor Od Zwierzaków).

Czyli - przy takich wynikach - są dwie możliwości: albo jest to jakieś paskudztwo bakteryjne lub wirusowe połączone ze stanem zapalnym, albo nowotwór szpiku. Pani Doktor zaordynowała zatem kurację antybiotykiem i środkami przeciwzapalnymi przez tydzień. Za tydzień - dokładne badanie krwi "...i wtedy zobaczymy". Mówiąc najprościej: jeśli to nowotwór, to te leki nic nie pomogą. A jeśli pomoga - to raczej nie nowotwór.

A na razie wygląda na to, że pomagają - pies się ożywił, chodzi normalniej, jest jakby mniej osowiały. Wczoraj do Pani Doktor trzeba było iść na piechotkę (20 minut w jedną stronę, bo puchatkowóz jest w warsztacie) - i okazało się, że Szelma nie miała nic przeciwko temu - to zdecydowana poprawa od poniedziałku...

***

W sprawie Teścia jest jedno światełko nadziei: Puchatek wspinając się po różnych szczeblach znajomości ("Protekcja - ostatnie ludzkie uczucie...", jak mawia puchatkowy Osobisty Tata) dotarł to pewnej warszawskiej Pani Poseł. Pani Poseł jest osobą bardzo dynamiczną, w strukturach Swojej Partii dosyć "mogącą", a przy tym bardzo normalnym człowiekiem (no proszę, są i tacy w tym żałosnym parlamencie...).

Pani Poseł się historią bardzo przejęła. I huknęła pięścia w stół, że "tak być nie może". I kazała, żeby oficjalnie opisać całą sprawę i złożyć w jej biurze poselskim, bo ona "już zaczyna działać, ale musi mieć oficjalną prośbę, żeby nie było, że coś po znajomości robi".

"Proszę pana, ja jestem posłanką z Warszawy i moim obowiązkiem jest pomóc obywatelowi, który zgłasza się do mnie z takim problemem".

I - słowo daję, Puchatek nie należy do ludzi naiwnych, których łatwo zbajerować - mówiła to szczerze. I nawet nie można podejrzewać, że to element kampanii, bo powiedziała wprost, że zacznie sprawę rozwiązywać dopierwo po wyborach.

Czyli teraz pozostały jeszcze tylko dwa problemy:

Po pierwsze - żeby Pani Poseł po wyborach nadal (...znowu...) była Panią Poseł - ale to akurat jest bardziej niż prawdopodobne.

Po drugie, żeby Teść zgodził się na to. Bo to on musi podpisać to pismo - a on nie lubi polityków i w ogóle jest trochę zwolennikiem różnych teorii spiskowych... Nie mówiąc już o tym, że jest na Puchatków obrażony i nie bardzo chce rozmawiać...

Ech.

***

Dla poprawienia humoru dwie scenki z dnia wczorajszego.

1. Jedzie puchatk autobusem miejskim w Mieście Stołecznem. Czyta Puchatek książkę. Książka to "Krótka historia prawie wszystkiego" Billa Brysona. "Lekka", znakomicie napisana książka wyjaśniająca "biednym humanistom" wszystkie podsatwowe zagadanienia nauk ścisłych i przyrodniczych, począwszy od tego, jak wyznaczano wiek wszechświata, aż po ciekawostki o odkryciu przodków Homo sapiens. Kiedyś już Puchatek to czytał, ale mu ostatni rozdział został, bo wtedy nie zdążył, ap otem zapomniał... No dobrze, to była dygresja.

Czyta się to jak kryminał, czy raczej jak komedię kryminalną, toteż Puchatek czytając co chwila chichocze pod nosem. A ponieważ okładka książki wygląda TAK, jakiś lekko zawiany pan zadaje w pewnym momecie Puchatkowi pytanie proste, acz - pozornie - w obcym języku (z akcentem oxfordzko-wyskokowym):

- Science fiction?


Puchatek przepychając się właśnie do dzrwi wyjściowych odpowiada jakoś tak odruchowo w tym samym obcym języku:

- No, just science.

...i wychodzi. Zawiany pan zostaje w autobusie i wygląda na lekko zdziwonego odpowiedzią. Uuups.

***

Po wyjściu z gmachu Pewnego Szacownego Wydawnictwa (tak, tak, kolejna robota) Puchatek idzie na chwilę na Starówkę. Pod samą katedrą, na przeciwko wejścia do kościoła jezuitów, na schodkach kamienicy siedzi trzech dżentelmenów. Maciej Zębaty mówił kiedyś o takich "Panowie byli w stanie lekko szyickim". Brudne wdzianka, zarośnięci, zalani, oddech taki, że powinna przed nimi stać tabliczka "Ostrożnie z ogniem". Tabliczki nie ma, za to stoi czapka, do której przechodnie wrzucają groszaki. Bo jeden z dżentelmenów trzyma gitarę (!!!), a wszyscy trzej - głosami zdecydowanie przedwczorajszymi, powoli, rozciągając każdą nutę, śpiewają:

"Gdzie się podziałyyyyyyyyy.... Tamte prywatkiiiiiiiii......"

Puchatek padł.

 :-)

wtorek, 09 października 2007


W sprawie Teścia (pisałem TUTAJ) nic sie nie zmienia. Prawnicy walczą, ale na razie z mizernym skutkiem. Puchatkowe znajomości na razie niewiele dają. Wszystko (ciągle) idzie pod górkę.

W ostatnich dniach głośno było (w każdym razie w Warszawie i okolicach) o Pewnej Bardzo Elegenackiej Restauracji, którą ta sama Dzielnica Śródmieście zdołała wreszcie eksmitować. Pewna Bardzo Elegenacka Restauracja mieściła się w pięknym lokalu na Starówce i była winna miastu z tytułu niepłacenia czynszów - bagatela - 21 milionów złotych. No i wreszcie ją eksmitowano - już po 10 latach utarczek. A w przypadku mieszkania Teścia wystarczyło parę miesięcy, żeby już był gotowy wyrok eksmisyjny, który teraz trzeba odkręcać. A mówimy o długu rzędu 1,5 tysiąca złotych, który zresztą dawno już (w momencie wydawania wyroku) został spłacony.

Witamy w Polsce.

***

Szelma jest chora. Od paru dni chodziła smętna. Jeść nie chciała. Więcej czasu spędzała poziomo, niż pionowo. Wyglądała, jakby ją coś bolało. Reumatyzm? Stawy jakieś? Może bebeszjoza?

Wczoraj pojechaliśmy do Pani Doktor Od Zwierzaków. Tak, pojechaliśmy, bo nasz pies (pierwszy raz w życiu!) na widok smyczy i otwartej furtki położył się na chodniczku i odmówił współpracy. Dobrze, że samochód przynajmniej nadaje się do takich akcji...

Pani Doktor zbadała, opukała, obmacała. Nie wykluczyła bebeszjozy, pobrała krew do badania, obiecała, że zadzwoni po południu, jak będą wyniki.

Zadzwoniła. Bebeszjoza wykluczona, biochemia w normie podręcznikowej, za to OSTRA ANEMIA. Czerwone krwinki na poziomie 20 proc. tego, co być powinno! (A przecież jeszcze tydzień temu wszystko było OK, pies był żywy, skory do zabaw i spacerów...).

Co z tego wynika? Ano, jak powiedziała Pani Doktor, może to być jakiś poważny stan zapalny, ale wtedy leki przeciwzapalne, które wczoraj podała, powinny przynieść widoczną poprawę (choćby czasową).

Nie przyniosły. Dziś idziemy do Pani Doktor jeszcze raz - będzimy robić USG. Bo niestety Pani Doktor podejrzewa, że wszystkie objawy wskazują na jakiś poważny nowotwór.


***

Niech ten cholerny rok się wreszcie skończy.



poniedziałek, 08 października 2007


"Jesień idzie - nie ma na to rady".

Sumaki za oknem robią się czerwone, liście dzikiego wina wspinające się po słupie przy płocie sąsiadów mają już kolor starego burgunda.

Ciągnie Puchtaka w góry, ale szanse na zrealizowanie tego "ciągnięnia" są niewielkie. Co prawda M., Najlepsza Żona Na Świecie (co najmniej), mówi Puchatkowi "jedź", ale do końca października ma Puchatek huk roboty, więc wyrwanie się na cztery dni z domu jest nierealne. A jak się mieszka na płaskim Mazowszu, i chce się pojechać na przykład w Bieszczady, to wyprawa krótsza niż cztery dni (licząc z dojazdami...) nie ma większego sensu.

***

Dwie nowe płyty na półce. To znaczy - nie takie nowe, bo obie wyszły już jakiś czas temu, ale albo czasu nie było, albo głowy.

Grzegorz Turnau, "Historia pewnej podróży", czyli płyta-wspomnienie o Marku Grechucie. Piosenki Grechuty Turnau śpiewa zupełnie inaczej - a jednak od razu wiadomo, o co (i o kogo) chodzi. Osobista interpretacja - ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby Grechuta pisał "Korowód" dziś, to właśnie taka instrumentacja by powstała.

Norah Jones, "Not Too Late". Kiedy płyta ukazała się w sklepach, czytałem recenzję jakiegoś krytyka, bodajże w "Wyborczej", ale głowy nie dam. Recenzja była ambiwalentna - autor z jednej strony przyznawał, że Jones reprezentuje poziom i styl, z drugiej - narzekał, że płyta jest "wtórna", że nie ma na niej nic nowego, że jak się zna dwie poprzednie płyty tej pani, to trzecia niczym nas nie zaskoczy, że Jones (w pewnym sensie) "odcina kupony" i "śpiewa w kółko to samo".

A guzik prawda. Ta płyta jest zupełnie inna, niż poprzednie. Mam wrażenie, że nagrana na dużo większym luzie i mniej poważnie. Wystarczy porównać nastrój słynnego "Come Away With Me" czy "Sunrise" z takim "Sinkin' Soon"...

Jedno rzeczywiście się nie zmieniło: Norah Jones śpiewa to, co ma ochotę śpiewać. To po prostu słychać - ona naprawdę dobrze się czuje w tej muzyce. Jest swobodna, śpiewa tak, jakby kompletnie nie myślała o stojącym przed nią mikrofonie czy obsłudze studia nagrań. Dobrze się bawi, jeśli można to tak nazwać. Jest sobą. A to niestety można dziś powiedzieć o bardzo niewielu artystach. Bo większość z nich - jak zresztą często są nazywani - to tylko "wykonawcy". Ktoś napisał nutki, ktoś napisał tekst, a ktoś się nauczył i odtwarza. Lepiej lub gorzej.

Coraz mniej w muzyce współczesnej jest "osobowości", ludzi którzy nie tylko "wykonują", ale wkładają w to coś z siebie.

A przecież tylko takich naprawdę warto słuchać - nawet, jeśli "na pierwszy rzut ucha" wydaje się, że się powtarzają. Cała reszta to papka. Guma do żucia dla uszu.

Po śmierci Elli Fitzgerald ktoś z krytyków napisał, że "...odeszła ostatania wielka dama piosenki - teraz zostały już tylko śpiewające modelki". Pewnie przesadził (bądź co bądź śpiewa jeszcze Aretha Franklin, żeby tylko jeden przykład wymienić!) - ale Norah Jones to dowód, że także w "kolejnym pokoleniu" nie tylko śpiewające modelki mamy na scenie...


Jesienny wieczór, imbryk z dobrą herbatą i taka płyta - ha, da się żyć...