Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 31 października 2005


Piłeczka obudziła się w środku nocy. Środek nocy był koło drugiej. W nocy, żeby nie było.

Piłeczka tak ma - budzi się o jakiejś zupełnie niechrześcijańskiej porze i stawia stanowcze żądanie. Żądania są różne i wynikają - jak się Puchatek domyśla - głównie z tego, co się Potworowi akurat śniło.

Żądaniem najczęstszym są "pacie". W tłumaczeniu na polski: "kapcie". Tak, kapcie właśnie. Trzeba wtedy wstać (...!), znaleźć rzeczone obuwie i złożyć dziecku na nogi. I dziecko w tych kapciach - uszczęśliwione - zasypia snem sprawiedliwego. Puchatki przyzwyczaiły się już do tego, że jakiekolwiek dyskusje czy próby odmowy (...no bo kto sypia w kapciach, zwłaszcza takich zapinanych na sprzączki?!) są z góry skazane na niepowodzenie. Piłeczka podnosi wtedy (na poły świadomie, na poły przez sen...) wrzask tak okrutny, że budzi Pietruszkę (a zapewne także bliższych i dalszych sąsiadów w promieniu kilometra. Mniej więcej).

OK, no problem. Różne są zboczenia: jedni zbierają rybki, inni hodują znaczki, a jeszcze inni sypiają w kapciach.

Ale tym razem Piłeczka, obudziwszy się w środku nocy (patrz wyżej), z oczami półprzymkniętymi wyartykułowała coś, co "paci" nie przypominało. Nie przypominało też niczego, co Puchatek kojarzyłby z jakimkolwiek znanym sobie słowem w języku Mickiewicza. Brzmiało jakoś tak: "pantut".

"PANTUT"?! Co to u licha jest "pantut"?!

Druga w nocy. Człowiek o takiej porze - ze snu głębokiego wyrwany - nie myśli szybko. A tu trzeba myśleć szybko, bo Piłeczka - też ze snu wyrwana - zaczyna się (rzecz prosta...) awanturować. "Pantut" i "pantut" - za każdym razem z większym przejęciem. Po minucie - ryk w niebogłosy. Łzy rzęsiste. Histeria. "Pantut" i koniec. Już. NATYCHMIAST. To sprawa życia i śmierci (co najmniej).

Po kilku minutach ryku M. załapała, że "pantut" to "kaptur" (...wpadlibyście na to? Ja nie. Moja żona jest genialna...). Piłeczka - łkając przez półsen - potwierdziła. "Kaptur?" "Ta, ta, pantut!"

Kaptur. O drugiej w nocy.

Puchatek - półprzytomny spadł był na dół, przyniósł kurtkę Piłeczki. Z pantutem. Piłeczka zobaczyła kurtkę i... W RYK!!!

"Ne!!! Ne!!!!!! Ne kujtka! Pantut!!! PANTUT!!!!!!"

Znaczy błąd. Fatal Error. Nie o ten pantut chodziło.

I tu M. po raz drugi wykazała się geniuszem zadając z rozpaczą (druga w nocy! Pietruszka też się zaraz obudzi, a to oznacza godzina przerwę w Najważniejszej Czynności Normalnego Człowieka!) pytanie ratunkowe:

- Piłeczko, a może tobie się chce pić?

ZADZIAŁAŁO! "Ta, ta, Piciu!" - rozdarła się dla odmiany Piłeczka - "Tało!!!" (Dla niewtajemniczonych: "tało" to kakao).

Aaaaa, tu cię mamy! Picie oczywiście było przygotowane, stało przy łóżku. Kubek. Z dziubkiem. Najskuteczniejsza Zatyczka Do Krzyczących Dzieci.

Dzióbek w dziób. Ciiiisza.... Co za ulga....

Cztery potężne łyki (czy raczej "wsysy") i... śpi. Bez kaptura. Uffff....

...i po kim ona to ma?

czwartek, 27 października 2005


W pierwszej notce sprzed roku pisałem, że o polityce tu raczej nie będzie, ale czasami mogę nie zdzierżyć.

Właśnie nie zdzierżam.

Głosowałem na PO. Ich wizja ekonomii i gospodarki wydaje mi się sensowniejsza. Nie głosowałem ani na PiS, ani na Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. W zasadzie nigdy nie głosowałem na Kaczyńskich, tzn. na żadną partię czy ugrupowanie, które akurat reprezentowali (nie licząc oczywiście czerwca'89). Ale...

...ale zawsze uważałem, że panowie Kaczyńscy są ludźmi uczciwymi i prawymi. Tak, nie zgadzałem się z nimi w wielu sprawach, nie podobały mi się ich poglądy, drażniło mnie ich "rozwalactwo", pęd do destrukcji, postawa konfrontacji ze wszystkim, co się rusza. Ale zawsze gdzieś we mnie siedziało przekonanie, że to ludzie uczciwi, że ich głównym celem jest jednak dobro wspólne, dobro Polski. Że w tym, co robią - nawet, jeśli ja się z tym nie zgadzam - są szczerzy i prawdziwi.

Dlatego przed wyborami - choć nie miałem wątpliwości, że zagłosuję na PO - byłem spokojny. Byłem pewien, że niezależnie od tego, która z partii będzie miała przewagę, powstanie sprawny, kompetentny i UCZCIWY rząd, mający w dodatku poparcie w silnej koalicji parlamentarnej, zwłaszcza, że opozycja wyglądała na słabą i podzieloną. Dlatego, kiedy usłyszałem o zwycięstwie PiS - nie zmartwiłem się zbytnio.

Oczywiście, wielu polityków przyzwyczaiło nas do tego, że słowo w
polityce nie znaczy nic - ale przecież tym właśnie PiS i PO miały się różnić od poprzednich rządzących.

Boże, jaki ja byłem naiwny.

Panowie Posłowie z PiS przeciwstawili się wyborowi na Marszałka Sejmu osoby wysuniętej przez PO nie dlatego, że byłaby złym marszałkiem czy szkodziła interesom Polski - a WYŁĄCZNIE z powodu międzypartyjnych animozji (co zostało jednoznacznie powiedziane). Tym samym narazili na klęskę jedyną rozsądną koalicję mogącą swtorzyć jedyny rozsądny gabinet.

Ja - choć może jestem w mniejszości w tym pięknym kraju - naprawdę uważnie śledzę prasę, radio, telewizję, słucham wypowiedzi polityków. PAMIĘTAM pana Kaczyńskiego mówiącego, że "stanowisko wicemarszałka sejmu dla pana Leppera nie wchodzi w grę!". Pamiętam propozycję - WYSUNIĘTĄ PRZEZ PiS - że "zwycięska partia bierze tekę premiera, a ta druga obsadza stanowisko marszałka sejmu".

Teraz już wiemy, ile są warte słowa panów Kaczyńskich.

Myliłem się jak jasna cholera. Panowie Kaczyńscy nie są uczciwymi i prawymi ludźmi. Są takimi samymi żądnymi władzy dupkami, jak znakomita większość tych, z którymi walczą.

Czy oni naprawdę uważają, że "Czwartą RP" da się zbudować pod rękę z panem Lepperem, będącym modelowym przykładem wszystkiego tego, co było najgorsze w tej "trzeciej"?

Czy partyjna prywata ("X. nie będzie marszałkiem sejmu, bo go nie lubimy!") naprawdę MUSI po raz setny okazywać się ważniejsza, niż dobro kraju? Czy zwycięstwo w wyborach pralamentarnych nad PO - zwycięstwo raptem o 2,5 proc. głosów! - naprawdę upoważnia panów z PiS do takiego pozimu arogancji i pychy?

Mówienie o "IV Rzeczpospolitej" od początku uważałem za chwytliwe hasło wyborcze - traktowanie go na serio byłoby potworną megalomanią (...bo jak inaczej nazwać sytuację, w której panom Kaczyńskim wydaje się, że fakt przejęcia przez nich włądzy jest wydarzeniem tej samej skali, co odzyskanie niepodległości w 1918 r. czy przełom 1989 r.?).

Teraz jednak, kiedy patrzę na nasz nowy sejm...

...Na pana posła Jurka w roli marszałka... Na pana wicemarszałka Leppera, wybranego głosami PiS... Na uśmiechniętą gębę pana Giertycha...

...widzę, że w gruncie rzeczy te wybory wygrali Rydzyk z Lepperem.

Czwarta Rzeczpospolita. Jak w mordę strzelił.

Może naprawdę pora się pakować?


***********************************

Post Scriptum - dopisane przed 22.00

Senat - głosami panów Senatorów z PiS - odrzucił kandydaturę Stefana Niesiołowskiego na wicemarszałka.
"Oczywiście, drzwi dla wicemarszałka z PO są otwarte, ale nie może to być Stefan Niesiołowski" - powiedzieli Senatorowie z PiS.

Dlaczego?

Ano dlatego, że "Stefan Niesiołowski to kandydat kontrowersyjny" (??? - w przeciweństwie do marszałka sejmu, pana Marka Jurka, jak rozumiem?)

Oraz dlatego, że pan Niesiołowski (cytuję) "zieje do PiS czymś w rodzaju nienawiści".

O składni i polszczyźnie tego zwrotu już może nie będę się wypowiadał, bo i o czym tu mówić.
Ale sytuacja się powtarza: "On nie, bo go nie lubimy". Koniec, kropka, pl.

A jutro znowu PO usłyszy od PiS, że przecież rozmowy o koalicji można kontynuować, że wspólny rząd etc.

Jaki jest sens żenić się z kobietą, która jeszcze przed ślubem ordynarnie cię zdradza z twoim największym wrogiem? Publicznie i bez cienia zażenowania?

Moim zdaniem - PO nie powinna w tę koalicję wchodzić. I tylko - cytując pana Komorowskiego - "...szkoda Polski".

Jak jeszcze kiedyś uwierzę w coś, co powie któryś z panów Kaczyńskich, jak jeszcze raz powiem, że uważam ich za ludzi uczciwych, to

PRZYJDŹCIE TU I KOPNIJCIE MNIE W TYŁEK tak, żebym przetrzeźwiał.

Howgh.

:(

niedziela, 23 października 2005


W roku 1990 głosowałem na Mazowieckiego. Przegrał.

***

W roku 1995 głosowałem na Gronkiewicz-Waltz. Przegrała.

***

W roku 2000 głosowałem na Olechowskiego. Przegrał.

***

Teraz głosowałem na Tuska. Przegrał.

***

Psiakrew, może to ja przynoszę pecha kandydatom?

:(

*************

Choć głosowałem na Tuska, samego faktu wyboru Kaczyńskiego nie uważam za tragedię. Tak, propozycje PO były mi bliższe niż pomysły PiS, z Kaczyńskimi w wielu sprawach się nie zgadzam... Ale Kaczyńskich uważam za ludzi uczciwych. Wolałbym Tuska - ale cóż, da się przeżyć.

Za tragedię (bez przesady, za tragedię!) uważam natomiast to, że de facto te wybory zostały wygrane głosami elektoratu spod sztandarów Rydzyka i Leppera. Naprawdę, znakomite towarzystwo do budowy IV Rzeczypospolitej, tak szumnie zaopwiadanej przez Kaczyńskich...

Odechciewa mi się żyć w tym kraju.

:(

środa, 19 października 2005



No proszę - rok minął! Rok pisywania tutaj, znaczy się. Jedna świeczka na blogowym torcie...


[']

:)

wtorek, 18 października 2005


Wiecie co to jest "bańka prywatności"? W literaturze fachowej można spotkać jeszcze kilka innych nazw... To taki wycinek przestrzeni wokół nas, do której Inni Ludzie nie mają dostępu.

Zauważcie - piszę "przestrzeni WOKÓŁ nas" - nie chodzi mi bynajmniej o przenośnię czy metaforę, bańka prywatności nie dotyczy (a przynajmniej nie bezpośrednio...) Świata Wewnętrznego.

Kiedy rozmawiamy z Drugim Człowiekiem, stopień bliskości wyrażony jest (między innymi) przez odległość, w jakiej od siebie stoimy. Kiedy rozmawiamy z przełożonym, dystans (dosłowny, mierzony w centymetrach...) jest większy, niż kiedy rozmawiamy z przyjacielem.

Ale nawet, kiedy rozmawiamy z przyjacielem, jest taki dystans, którego się nie przekracza, bo właśnie stanowiłby naruszenie tej "bańki prywatności".

Są oczywiście Osoby (najczęściej - jest taka Jedna Osoba), które maja prawo naruszać tę przestrzeń. Ale te osoby maja takie prawo DLATEGO I TYLKO DLATEGO, że im na to pozwalamy.

Zauważcie - nawet, kiedy pozornie dochodzi do naruszenia tej przestrzeni, to zwykle sytuacja zaraz wraca do normy. Przychodzę do kogoś, kogo dawno nie widziałem - zostaję na powitanie objety, może nawet cmokniety w policzek... i zaraz odsuwam się z powrotem, zaraz dystans wraca.

Ludzie mają "bańki prywatności" bardzo różnych rozmiarów. Zależy do od wielu czynników - w większej mierze od wychowania, niż od "natury".

Amerykanie - jako ludzie żyjący generalnie na większych przestrzeniach - mają "bańki prywatności" bardzo duże. A na przykład Japończycy - przywykli do ciasnoty i tłumu - bardzo niewielkie.

Któryś ze słynnych psychologów społecznych (bodaj czy nie sam Aronson) opisywał taką scenę, zaobserwowaną na jakimś zjeździe naukowym:

W czasie przerwy na kawę w dużym hallu rozmawiało ze sobą dwóch naukowców - Japończyk i Amerykanin. Japończyk cały czas przysuwał się do swojego rozmówcy, bo dla niego skracanie dystansu było naturalne. Amerykanin przeciwnie - cały czas cofał się, krok po kroku, żeby utrzymać większy, naturalny z kolei dla niego dystans. Obaj - rzecz prosta - robili to absolutnie nieświadomie. W końcu Amerykanin cofając się doszedł do ściany, oparł się o nią plecami - i nie miał już gdzie cofać się dalej.

Aronson (jeśli on to był) porozmawiał potem (niezależnie) z oboma, pytając co sądzą o swoim rozmówcy. Amerykanin (po wstępnych deklaracjach, że "to wspaniały naukowiec, wielki umysł" etc.) stwierdził, że nie rozmawiało mu się dobrze, bo japoński profesor sprawiał wrażenie "człowieka nachalnego i narzucającego się".

Japończyk - jak się można domyśleć - opisał Amerykanina jako "chłodnego, wyniosłego, trzymającego dystans..."

Zabawne, prawda?

***

Ale dlaczego o tym piszę?

Moja "bańka prywatności" jest wyjątkowo duża. A osób, które mają prawo ją bezkarnie naruszać - wyjątkowo mało. W zasadzie są trzy takie osoby: M. i dwa Potwory.

Nie znoszę zatłoczonych autobusów i tramwajów, w których - siłą rzeczy - jadę wciśnięty między obcych ludzi.

Nie cierpię zgormadzeń, w czasie których ma się mniej niż - ja wiem - dwa metry kwadratowe na osobę.

Nienawidzę witać się z osobami, które maja w zwyczaju wylewnie całować się w oba policzki przy każdym powitaniu i pożegnaniu. Albo - co gorsza - robić tak zwanego "niedźwiedzia".

Krótki, konkretny uścisk dłoni - to wszystko, czego oczekuję od osoby, z którą sie witam / żegnam.

Nie czuję się przy tym człowiekiem chłodnym, nie mam natury samotnika. Mam wielu Przyjaciół, jestem towarzyskim zwierzęciem, dobrze się czuję w grupie ludzi. Nie lubie tylko wymuszanej (czyimiś zwyczajami, konwenansami, bezmyślnością) fizycznej bliskości.

To jedna z przyczyn, dla których nie jestem miłośnikiem życia w Wielkim Mieście.

Jest jeszcze kilka innych - ale na razie starczy.

:)


Nabiegałem się wczoraj po Mieście Stołecznem jak jaki dziki osioł. (Nie wiem właściwie, czy dizkie osły tak znowu dużo biegają, ale jakoś sie tak u mnie w domu mówiło - że jak ktoś dużo biega, to "jak dziki osioł". Pozdrowienia dla dzikich osłów i Kłapouchego.)

Sto tysięcy spraw różnych, a każda - rzecz prosta - w innym punkcie miasta.

Nie lubię Warszawy. Coraz bardziej. Dopiero trzy i pół roku temu się zniej wyprowadziłem, a za każdą wizytą coraz bardziej jestem zadowolony z tego faktu...

piątek, 14 października 2005


Pewnie to niewiele pomoże, ale napiszę. Pod moją poprzednią notatką pojawił się następujący komentarz (nota bene w 16 egzemplarzach; pisownia oryginalna):

kasia2308
2005/10/14 10:21:45
  Cześć. Masz super blogaska, ale jak widzę nikt cię nie odwiedza i nie komentuje, a bardzo ciekawo piszesz. Nic trudnego, zgłoś się do ocenki bloga na (TU ADRES STRONY WWW) i zwieksz sxwoja popularnosc. Gwarantuje ci, że na pewno będzież miał/a 10 a może i wiecej komentarzów tygodniowo niż teraz....


Ponieważ ten komentarz należy do pewnej szerszej kategorii, czuję się zmuszonym napisać kilka słów.

Do jasnej, nagłej, niespodziewanej karbidówki! Szanowna kasiu2308!

Po pierwsze: guzik mnie obchodzi, ile osób czyta moje notatki. Liczy się jakość, nie ilość. Wiem, że czytuje je kilka Osób, które szanuję, cenię i poważam. Osób, które - na poziomie Rzeczywistości Wirtualnej - ośmielam się nazywać Przyjaciółmi. Te kilka osób zupełnie mi wystarcza.

Po drugie: szlag mnie trafia, kiedy znajduję komentarze świadczące o tym, że ich Autor nie zadał sobie trudu przeczytania notki, tylko wrzuca je taśmowo pod wszystkie napotkane blogi, żeby zwiększyć "czytalność" własnego. Takie komentarze będę kasował, natychmiast i bez skrupułów.

Po trzecie: bardzo proszę - jeśli już piszesz coś do mnie, PISZ PO POLSKU. Jeśli to przekracza Twoje możliwości - wrzuć napisany uprzednio tekst w Worda i każ mu sprawdzić błędy i literówki.

Po czwarte: jak widzę (lub słyszę) słowo "blogasek", to nóż mi się otwiera w kieszeni, włosy stają mi dęba w napadzie szlachetnej wściekłości, na usta występuje mi piana a ręka sięga po najbliższy cieżki przedmiot. A jeśli w dodatku to kretyńskie, infantylne słowo pojawia się w zestawieniu ze słowem "super" ("super blogasek"), to mam ochotę strzelać, mordować i palić.

Howgh.

:(


A bo tak jakoś...

Nie mam ostatnio "weny" do pisania. Brak weny spowodowany jest wieloma czynnikami... Także tym, że nie o wszystkim mam ochotę pisać...

Ale czynnikiem podstawowym jest oczywiście fakt, że jak się siedzi siedem - osiem godzin dziennie przy klawiaturze w celach zarobkowych, to potem jakoś już się człowiek nie pali do spędzenia przy niej kolejnego kwadransa w celach rozrywkowych...

Nie lubię jesieni. Nie lubię zimy. Kiedyś już o tym pisałem. I nie chodzi o niskie temperatury (bo na nie akurat jestem bardzo odporny... Jak się ma odpowiedniej grubości tkankę tłuszczową, to mróz niestraszny ;).

Ale niech już będzie lato.

*****

Staramy się o kredyt. Kredyt na spłacenie kredytu. Bo jak te prawie cztery lata temu braliśmy kredyt na Chatkę Puchatków, to były inne czasy. Bo dziś banki oferują lepsze warunki, znacznie niższe oprocentowanie...

Jeśli się uda, to będzie naprawdę miło. Czas kredytu się nie zmieni, miesięczna rata trochę spadnie, a Nowy Bank w dodatku da nam kredyt większy, niż potrzebny do spłacenia starego - większy o tyle, że akurat wystarczy na to, żeby w przyszłym roku (w tym już niestety za późno...) ocieplić Chatkę i wymienić instalację grzewczą. Nowy piec, nowoczesne grzejniki. W sumie do to ci najmniej 30 procent oszczędności na rachunkach za gaz w "sezonie grzewczym". A może nawet do 50 procent.

Brzmi pieknie? Tak, tylko to wkurzające słowo na początku poprzedniego akapitu. "Jeśli". Bo żeby się udało, to trzeba zgormadzić piętnaście milionów papierków, zaświadczeń, rachunków i innych takich. A i tak może się okazać, że bankowy analityk powie, że nic z tego. Ech.

*****

Bardzo Starsza Pani, która była - jakby to nazwać... - nianią Puchatka w jego latach wczesnopacholęcych, jest w szpitalu. Próbowała wstać z łóżka, kiedy była sama w domu, czego robić nie powinna. Upadła. Potłukła się. Okazało się, że nic się nie stało - ale przy okazji badań w szpitalu wyszło, że ma kilkanaście innych dolegliwości.

Bardzo Starsza Pani ma 97 lat (słownie - dziewięćdziesiąt siedem. I pół zresztą). Jeszcze do niedawna była całkiem sprawna. Niestety - przez ostatnie pół roku bardzo osłabła. Nie wstaje sama z łóżka. Opiekunka, która z nią mieszka, to przemiła osoba - troszczy się, pomaga, zależy jej. Niestety - musi (jak większość z nas) chodzić do pracy. A więc Bardzo Starsza Pani przez co najmniej osiem godzin dziennie leży w łóżku i patrzy w sufit. Albo w ścianę, jeśli akurat ma taką fantazję. Czytać nie może (oczy...), radia słuchać nie może (nie lubi), gęby do kogo otworzyć nie ma...

A Puchatek wpada do niej raz w tygodniu, jak akurat może przyjechać do Warszawy. Wpada na godzinę... I idzie... Bo ma sto tysięcy Naprawdę Bardzo Ważnych Spraw, a w domu Potwory i huk roboty.

Jakoś tak...

Ech.

:(

środa, 05 października 2005


Przeczytałem uważnie to, co napisałem i - po poprawieniu kilku drobnych nieścisłości - doszedłem do wniosku, że gwoli uczciwości i obiektywizmu muszę kilka zdań dorzucić.

Nie chciałbym przedstawiać sprawy czarno-biało. W samej terapii i podejściu Pani A. do syna jest bowiem (nie da się ukryć) parę kontrowersji.

Rozmawiałem z matką Błażeja - chłopca, którego Pani A. prowadziła, razem z moja M. Mama Błażeja uświadomiła mi kilka spraw "z drugiej strony".

Pani A. - zapewne na skutek "przejść" ze swoim dzieckiem - jest osobą bardzo... hmmm... "okopaną" rzekłbym. Jak ktoś całe życie walczy, to zawsze jest takie ryzyko, że potem już nie umie inaczej. I to prawda - pamiętam kilka rozmów z Panią A. - osoba ciepła, sympatyczna, komunikatywna, otwarta... do momentu, w którym rozmówca w czymkolwiek się z nią nie zgadzał. Każdy sprzeciw (choćby w sprawach nieistotnych zupełnie) traktowała jako sprawę osobistą i walczyła jak lew. Mnie to akurat nie ruszało, bo też mam "zadziorną naturę" ;) - więc takie ostrzejsze dyskusje mi nie straszne... Ale wiem, że wielu ludzi nie potrafiło normalnie z nią rozmawiać.

Pani A. - niezależnie od NIEWĄTPLIWYCH umiejętności i genialnego podejścia - nabawiła się podobno w ostatnich latach (w odniesieniu do autyzmu i dzieci autystycznych) tak zwanego "syndromu eksperta" ("Ekspert nie myśli - ekspert wie"). Każdy, kto śmiał stwierdzić, że może w czymś nie ma racji, że może trzeba inaczej - był traktowany jako wróg osobisty (piszę to wyłącznie na podstawie relacji osoby trzeciej).

No i wreszcie - Pani A., zdaniem wielu osób (także innych rodziców dzieci autystycznych) "przegięła sprawę" terapii swojego syna. Rzeczywiście wyprowadziła go z autyzmu, rzeczywiście dokonała cudu... Ale potem - tak twierdzą świadkowie - nie była już w stanie "odpuścić" i uznać, że ktokolwiek poza nią może się jej synem zająć. Stąd nauczanie w domu prowadziła sama, terapię prowadziła sama - nawet wtedy, kiedy chłopak zaczął wchodzić w wiek dojrzewania i wyraźnie potrzebował już innych ludzi. Były propozycje warsztatów terapeutycznych, jakiejś grupy, pomocy innych terapeutów - nie. "Nikt nie wie, czego potrzebuje mój syn". Niektórzy uważają, że poszła w tym za daleko, że od pewnego momentu zablokowała go.

To tyle relacji "z drugiej ręki". Samej sprawy w niczym to nie zmienia, wydało mi się jednak, że trzeba to dodać - jakem napisał - gwoli uczciwości i obiektywizmu...


Muszę Wam coś opowiedzieć. Uprzedzam - będzie dosyć długo. Inaczej się nie da.

Moja M., z wykształcenia pedagog-terapeuta, uczestniczyła kiedyś (już o tym pisałem) w terapii pewnego autystycznego chłopca. Poznała przy tym pewną panią - nazwijmy ją Panią A.

Pani A. to doświadczona terapeutka, od lat zajmująca się autystami. Osoba bardzo specyficzna - o trudnym charakterze, apodyktyczna, twarda, ale jedna z nielicznych osiągających realne sukcesy w "walce" z tą chorobą. Bardzo wymagająca (w stosunku do rodziców, koterapeutów, wolontariuszy, w stosunku do samej siebie także...), konsekwentna do bólu - a każdy, kto miał do czynienia z autyzmem lub jego pochodnymi wie, że to warunek sine qua non skutecznego działania. Obdarzona przy tym ogromną intuicją, wielkim darem (nie widzę innego słowa) rozumienia i widzenia "autystycznego świata".
Pani A. - co prawdopodobnie jest jednym ze źródeł tego daru - sama ma autystyczne dziecko. Syna. Ma także córkę (młodszą) - zdrową.

Syn pani A. to "przypadek szczególny". Autyzm + porażenie mózgowe - ale żadnych deficytów "poza tym", a przy tym bardzo wysoki IQ. Czyli - człowiek o ogromnych możliwościach i potencjale, którego "jedynym problemem" (poza faktem, że jeździ na wózku...) był fakt, że żył w zamkniętym świecie własnych myśli, w autystycznej twierdzy. Inside, znasz to skądś?

Zauważcie - piszę "był", "żył"... Czas przeszły. Bo pani A. - swoją żelazną konsekwencją i stalową wolą (wybaczcie te doprawdy banalne przenośnie...) wyprowadziła go z tego więzienia. Na tyle, na ile autystę można z niego wyprowadzić. Jej syn jest w tej chwili komunikatywnym młodym człowiekiem, czyta, uczy się, można z nim normalnie porozmawiać, ma dużą wiedzę, zainteresowania. Ktoś, kto nie zna całej historii nie uwierzyłby, że to to samo dziecko, które dziesięć lat temu kiwało się pod ścianą mamrocząc w sobie tylko znanym języku i "nie zauważając" innych ludzi.

Terapię syna Pani A. znam tylko z opowieści - i to z drugiej ręki, przez M. Wiem, że była to potwornie ciężka walka. Jak w niemal każdym tego typu przypadku - walka nie tylko z chorobą, ale i z "otoczeniem". Ze "współczującymi" dziadkami, rozwalającymi terapię, z bliższymi i dalszymi Krewnymi-I-Znajomymi-Królika, wiedzącymi lepiej (...rzecz prosta...) co "się powinno" i dlaczego.

Bywały w tej terapii sytuacje zupełnie dramatyczne. Syn Pani A. przechodził etap niebywałej agresji (zwłaszcza wobec matki, która zmuszała go do pracy nad sobą i wychodzenia z "wygodnego" zamknięcia). Drapał, bił, gryzł. Trzeba go było unieruchamiać (tak zwany "holding", kto nie wie - niech poszuka w Internecie). Bywały sytuacje, że Pani A. Musiała mu na przykład odmawiać podania jedzenia (bo konkretny etap terapii wymagał tego, żeby chłopak przełamał się i wszedł w interakcję z drugim człowiekiem, czyli - mówiąc prostszym językiem - ZAKOMUNIKOWAŁ, że jest głodny...).

Potworna, wiele lat trwająca walka o własne dziecko. O każdy jego ruch, każdą decycję, każdy centymetr i krok na drodze do "naszego świata", każdy centymetr wyrywania go z "autystycznego więzienia".

Walka zwycięska. Wydawałoby się. Pani A. wyprowadziła swoje dziecko z autyzmu. Niestety, dopiero ostatni czas pokazał, jaką cenę przyszło jej za to zapłacić.

Dziadkowie dogadali się z mężem Pani A. Czy go przekabacili, czy był słaby, czy coś się z nim porobiło... Nie wiem, nie mnie osądzać. Mąż pani A. zaczął toczyć z nią wojnę. Wojna skończyła się tym, że Pani A. została wyrzucona z własnego domu. Jej czternastoletnia córka stanęła w jej obronie - więc została wyrzucona razem z nią.

Pani A. została oddzielona od swojego syna. Nie ma z nim kontaktu, nie może się z nim nawet zobaczyć. Dziadkowie i tata zmanipulowali chłopaka (który ma dziś bodaj dziewiętnaście lat), żeby zeznawał przeciwko niej w sądzie. Obecnie Pani A. ma wytoczoną sprawę o pozbawienie praw rodzicielskich, jest oskarżana o "znęcanie się nad dzieckiem". Argumentami w sądzie mają być głównie zeznania rodziny i samego chłopca - częściowo tendencyjnie zmanipulowane, częściowo wyssane z palca.

Pani A. z córką mieszka w wynajętym mieszkaniu. Żyje od kilku miesięcy na koszt rodziców - nie może nawet starać się o pracę, bo wszystkie jej "papiery" zostały w domu, do którego nie ma wstępu. Sąd w tym wypadku ("odzyskania własności", czy jak to się tam nazywa) jakoś się zupełnie nie spieszy.

Dodatkowego smaku całej historii dodaje fakt, że nagłą troską o syna Pani A. wykazują się ludzie, dla których chłopak przez lata właściwie nie istniał (no bo jakiś taki dziwny... Nie rozmawia... Tymi rękami tak macha...). Ludzie, którzy przez dziesięć lat nie zrobili NIC, żeby pomóc matce w terapii (no, może z wyjątkiem męża, który rzeczywiście przez dłuższy czas sprawiał wrażenie, że rozumie problem i współpracował).

I ci ludzie TERAZ obudzili się, że Pani A. "znęcała się nad dzieckiem". Że mu krzywdę robiła.

Biegły sądowy - po trwającym kwadrans (!) przesłuchaniu syna Pani A. - stwierdził autorytatywnie, że chłopiec "nie konfabuluje" i że wszystkie jego zeznania w tej sprawie są prawdziwe. Sprawa jest na wokandzie.

Pani A. jest w sytuacji jak z Kafki - stawia się jej zarzuty, które są tak sformułowane i uzasadnione, że nie ma jak ich podważyć (boć przecież w terapii prawie nikt poza nią nie uczestniczył, nie ma świadków...).

Wszyscy znajomi i osoby chcące pomóc znają całą historię głównie z jej opowieści (co siłą rzeczy w oczach sądu czyni ich zeznania mniej wiarygodnymi). Wyjątkiem jest pewien ksiądz, bliski znajomy rodziny, który w domu Pani A. bywał, widział, zna jej syna, wie, jak się chłopiec zmienił...

Paranoja. PARANOJA.

 
1 , 2