Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 30 września 2012

M. poszła z Puckiem na basen (nauka pływania dla maluchów – akurat w niedzielę…), Potwory na górze grają w jakąś Niezwykle Interesującą Grę On–Line (jakaś wirtualna stadnina i hodowla koni…). Z głośników lecą "Koty". A ja mam chwilę żeby coś napisać.

Jutro zaczynamy chemię. M. poszła wczoraj do fryzjera i ścięła włosy – dość krótko (ale jednak kobieco, nie "na chłopaka"), żeby potem nie było kłopotów, jak zaczną wyłazić. Dopiero drugi raz w życiu widzę Ją w krótkich włosach – pierwszy był siedemnaście lat temu: jak szła na studniówkę, zrobiła sobie takiego "pazia", a potem zawsze już miała włosy przynajmniej do ramion. I wiecie co? Dalej wygląda ślicznie.

Jak powiedziała pani doktor – pierwsze dni po pierwszym wlewie mogą być trudne. Ale "trudne" jest do przyjęcia. Nie, nie myślcie że mówię to z pozycji "z boku" (bądź co bądź to nie mnie będą tym truć…) – wiem, że M. to zniesie (choć oczywiście boi się, czemu trudno się dziwić; ale to jest inny strach, strach "techniczny" – że będzie się źle czuła, że osłabienie i tak dalej).

"Trudne" przeżyjemy. Moja M. – wbrew pozorom, na których już niejeden obserwator się przejechał – jest niezwykle silną osobą. Wie to każdy, kto choć trochę Ją zna. Pod delikatną powierzchownością kryje się człowiek twardy jak skała. O to akurat mniej się boję: wiem, że wytrzyma wszystko i że te cztery miesiące też jakoś miną.

Ja boję się tylko jednego: że na przykład okaże się, że to bydlę na tę chemię nie reaguje. Że się nie zmniejsza. Że… I tak dalej. Że trzeba będzie dobierać inne leki, jeszcze bardziej niszczące, jeszcze trudniejsze. Mam pełne zaufanie do naszej pani doktor – ale czasami tak po prostu bywa.

Dla mnie (że tak egocentrycznie pojadę…) w tej chwili najtrudniejsze jest to, że kompletnie nic nie mogę zrobić. To znaczy: jasne, mogę wiele. Mogę być, pocieszać, rozśmieszać, dodawać ducha, sprawiać żeby Ona nie czuła się samotna, żeby wiedziała, że cokolwiek się stanie, ja będę obok. Mogę mówić Jej z całym przekonaniem (które jest we mnie bardzo głęboko), że będzie dobrze. Że wygramy tę walkę. Że przejdziemy przez to wszystko.

Ale na poziomie – nazwijmy to – technicznym nie mogę nic. Tak jak pisałem w mailu do Koleżanki B.: ja jestem człowiekiem który nigdy się nie poddaje, który po prostu nie potrafi się poddać, nie wie jak to zrobić… I dobrze – ale mam pełną świadomość, że tu akurat mamy do czynienia z sytuacją, w której moje "nie–poddawanie się" i moja niezniszczalna nadzieja mogą nie mieć najmniejszego znaczenia. Że może być taka sytuacja, w której nie będę mógł Jej pomóc. Jak o tym myślę, to gdzieś w środku robi mi się cholernie zimno.

Nie, nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę wierzę, że to wszystko pójdzie w dobrą stronę. Gdyby choroby pokonywało się siłą nadziei, to byłbym światowej sławy lekarzem. Ale wiem, że to za mało.

Jesteśmy my – i nasza walka na poziomie psychicznym. Są lekarze (świetni lekarze, dobrzy, życzliwi, otwarci…) którzy zajmują się konkretami i wyznaczają drogę terapii. Są wokół nas Dobrzy Ludzie, którzy się za nas modlą i otaczają nas takim parasolem duchowego wsparcia, że (uwierzcie mi) czujemy to przez cały czas.

A reszta jest już w rękach Siły znacznie większej niż nasza wola walki, większej niż wiedza lekarzy, większej niż cokolwiek. I to dobrze, oczywiście – choć czasami moja słaba wiara (i mój głupi charakter…) sprawiają, że chciałbym mieć więcej we własnych rękach (…i po co? Jeszcze bym coś spieprzył…).

Toteż naprawdę wierzę, że będzie dobrze. Nie będzie łatwo, ale wszystko wyjdzie na prostą. BTW – właśnie wczoraj dowiedziałem się o kolejnej, już chyba jedenastej (!) osobie z dość bliskiego otoczenia, która przez to przeszła (uwaga, słowo "przeszła" jest tu kluczowe). Mama koleżanki: rak piersi, chemia, pełna mastektomia plus węzły (czyli to, co czeka moją żonę…) – dziesięć lat temu. Żyje, jest zdrowa, ma się dobrze. Takie wiadomości dodają ducha. Strach oczywiście gdzieś zostaje (Pismo mówi: "Doskonała miłość usuwa lęk"; widocznie mojej miłości jeszcze baaardzo daleko do doskonałości…) – ale nie jest w stanie przebić się na pierwsze miejsce. Nie pozwolę mu na to.

I tylko kiedy patrzę na M. i kiedy widzę jak się boi, jak przypominają Jej się kolejne etapy choroby mamy, jak Jej jest źle…

…to aż mnie wszystko boli. Nienawidzę patrzeć jak Ona cierpi.

czwartek, 27 września 2012

Napiszę coś więcej – może jutro, może po jutrze. To pisanie mi pomaga i pozwala spokojniej zebrać myśli… Tyle, że na razie nie bardzo miałem kiedy. Za dużo się działo.

W poniedziałek zaczynamy chemioterapię. Sześć serii po trzy tygodnie: jeden wlew – i następny dopiero po trzech tygodniach. Czyli – jak łatwo obliczyć – osiemnaście tygodni. Potem operacja. A potem – w zależności od tego, co wyjdzie w materiale pooperacyjnym i innych badaniach – jeszcze dodatkowa chemia, albo naświetlanie ("dobijanie"), albo jedno i drugie.

Czyli podstawowe leczenie powinno się zakończyć za jakieś pół roku, może trochę dłużej.

Pani doktor (dr n.med.) która nas prowadzi to (jak wykazało szybkie Google research…) jedna z najlepszych w Polsce specjalistek właśnie od raka piersi. A w dodatku – dobry, cierpliwy i pełen szacunku człowiek. Jej postawa to "ostrożny optymizm".

Będziemy walczyć.

Coś więcej jutro, bo dziś mam jeszcze mnóstwo roboty.

środa, 19 września 2012

No, to wygląda na to że wszystko jasne.

Wyniki biopsji nie pozostawiają żadnych wątpliwości: rak piersi. I to jest ta zła wiadomość.

Dobra jest taka, że – jak powiedział nasz lekarz prowadzący – taki nowotwór w takim stadium jest "wyleczalny w 100%".

– Ja wiem, że pani ma przed oczami chorobę swojej mamy – dodał. – Ale proszę mi wierzyć: akurat w tej dziedzinie te trzydzieści lat to jest cała epoka. Zmieniło się wszystko. Nawet chemioterapia wygląda zupełnie inaczej: jest mniej niszcząca, a znacznie skuteczniejsza. I droga jak jasna cholera, ale to już nie pani kłopot...

Tyle, że to oczywiście trochę potrwa i – jak przyznał lekarz – może to być dość trudny czas. Najpierw będzie najprawdopodobniej jakaś chemia, żeby drania zmniejszyć i wykasować ewentualne komórki nowotworowe snujące się gdzieś po organizmie. Potem – operacja. A po operacji może być potrzebna jeszcze jakaś mała chemia, żeby – jak to pan doktor ujął – "dobić gada".

I tylko – co podkreślił bardzo mocno – w takiej chorobie bardzo ważne jest nastawienie. – Musi pani podnieść głowę i walczyć! – powiedział. – Bo przecież ma pani dla kogo.

W najbliższy wtorek zbiera się konsylium, które zadecyduje o konkretach leczenia – bo dziś to już nie jest tak, że po prostu "chemia". "Chemii" jest kilkadziesiąt rodzajów, w zależności od typu nowotworu, jakichś tam markerów etc. I żaden lekarz – nawet chirurg–onkolog – sam takiej decyzji nie podejmie. Więc zbierają się "wszyscy święci" – chirurdzy, specjaliści od chemioterapii, od radiologii, od diagnostyki obrazowej, od czego–tam–jeszcze i razem podejmują decyzję.

No i tak to wygląda. Ciężki okres przed nami, ale – do cholery! – przejdziemy przez to. Nie ma innej opcji.

Moje zadanie na teraz: nie pozwolić, żeby M. się dołowała. Chęć życia i wola walki.

Drodzy czytelnicy moi – znajomi, przyjaciele i Wy, przypadkowi: jeśli macie takie zwyczaje, módlcie się za nas. Jeśli macie inne – myślcie o nas ciepło.

Tylko nie dzwońcie teraz wszyscy z pocieszaniem, bo Was ukatrupię… Jak już – to piszcie maile. Do mnie.

poniedziałek, 17 września 2012

Dziwny czas.

Codzienne życie się toczy. Potwory do szkoły, ze szkoły, na jakieś zajęcia. Obiad zrobić, kawę zaparzyć, na zakupy pójść. Wszystko niby jak zwykle.

A jednak inaczej. Czekamy – a wiadomo, że nie ma nic gorszego niż czekanie.

Dziś wiadomo, że wyniki już są – musi je tylko lekarz opisać. Więc jutro pędzimy do lekarza. Najprawdopodobniej – dowiedzieć się kiedy do szpitala, na wycinanie.

Nagle okazuje się, ze wokół nas jest całe mnóstwo osób, które przeszły przez to samo. Mama znajomej, mama innej znajomej, kuzynka kolegi, opiekunka do dziecka u Pani A., siostra koleżanki… Większość miała tylko operację – i starczyło. Niektóre jeszcze przeszły jakąś chemię. Wszystkie żyją, dobrze się mają, nie mają żadnych nawrotów, są zdrowymi osobami. To dodaje ducha i pozwala spojrzeć na całą historię z perspektywy, którą pokazał nam doktor S. "To jest choroba. To się leczy. Najczęściej z dobrym skutkiem."

I tylko to czekanie, cholera, jest nieznośne.

poniedziałek, 10 września 2012

Jakby mało było innych problemów i stresów...

Pies Puchaty, Szelma nomen omen, przeniósł się był do psiego raju. Drżyjcie, rajskie koty.

Tak do końca nie wiadomo, co się stało. Najprawdopodobniej - zżarła jakąś truciznę (albo, co wydaje się najbardziej realne, zżarła coś, co wcześniej zżarło jakąś truciznę). Błyskawiczna hemoliza - w ciągu kilku-kilkunastu godzin. W sobotę pięć godzin w klinice weterynaryjnej. Kolejne kroplówki, leki, nawet krew przetoczona od młodego, zdrowego psa sąsiadów (dzięki, Maks, byłeś bohaterem!).

Po całej tej procedurze wyglądało, że jest nieco lepiej. Pies nawet był wstał i przeszedł kilka metrów po ogródku. Pani doktor mówiła, że cały organizm walczy, że krew już się odbudowuje - tyle, że odbudowanie do bezpiecznego poziomu to co najmniej trzy-cztery dni i nie wiadomo, czy "zdąży".

Niestety,  w niedzielę wszystko wróciło. Było coraz gorzej. Poszły kolejne dwie kroplówki - ale niestety bez skutku.

Szelma była z nami dziesięć lat. Prawie równo - dotarła do Puchatkowa na początku września 2002 r. Puchatki były wtedy niezmotoryzowane, a pies był w Olsztynie - kolega z pracy zawiózł i przywiózł. Przyjechało toto, śmieszna takie, puchate... Panicznie bało się chodzić po schodach... Kopało w ogródku jak rasowa koparka...

Dziesięć lat. Pietruszka miał pół roku. Piłka i Pucek w ogóle nie znają czasów, kiedy w domu nie było psa. A dla M. to był pierwszy własny pies w życiu.

Smutno nam dzisiaj.