Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 16 września 2011

Potwory uwielbiają oglądać w telewizji program "Jaka to melodia". Poziom intelektualny tego arcydzieła telewizyjnej rozrywki jest moim zdaniem idealny właśnie dla ośmio- czy dziewięciolatków, a że program jest stosunkowo nieszkodliwy, specjalnie się nie sprzeciwiamy.

Czasem przechodząc rzucam okiem. Dziś też rzuciłem. I padłem.

Kategoria - "Marek Grechuta". Prowadzący podpowiada, że chodzi o tytułową piosenkę z drugiego albumu Grechuty, wydanego w 1971 r. Uczestniczka teleturnieju mówi, że chodzi o "Niepewność" (bo to zapewne jedyna piosenka Grechuty, jaką w ogóle kojarzy). Ja rzucam, że "Korowód", po chwili okazuje się że miałem rację (i znowu zapunktowałem u Potworów...). "A zatem posłuchajmy", proponuje prowadzący.

I słuchamy. Na scenę pakuje się jakiś słodko wyglądający blondynek z fryzurką potraktowaną kubełkiem żelu (co pozwolę sobie już przemilczeć...) i śpiewa "Korowód".

A za nażelowanym blondynkiem stoi części publiczności zgromadzonej w studio - głównie (w pierwszym rzędzie) długowłose i długonogie panienki w krótkich miniówach. I co robią te panienki?

Tak, rzecz prosta - tańczą. Podrygują, wyginając śmiało ciało dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej robiły to w rytm jakiegoś super-hiper-disco-przeboju.

A nażelowany blondynek śpiewa słowa, które - jeśli się w nie wsłuchać - chwytają za gardło i sprawiają, że człowiekowi (...myślącemu?...) ciarki  chodzą po plecach.

Kto pierwszy szedł przed siebie, Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał? Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic,
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? (...)
 
Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?
Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać bogiem?
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni? (...)
 
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu...
 

A ja wyginam śmiało ciało...

Ludzkości nie zgubią wojny, choroby, AIDS czy wielka asteroida. Nasz świat wykończy bezmyślność, totalny brak refleksji. Kiedyś ktoś przyciśnie jakiś guzik nie dlatego, że będzie zbrodniarzem - ale dlatego, że będzie idiotą nieprzyzwyczajonym do zastanawiania się nad tym, co robi.

Tak będzie, zobaczycie.

 

środa, 14 września 2011

Dzisiejszy (14. września) pasek Garfielda po prostu idealnie oddaje moje podejście do mniej więcej 90 procent wypowiedzi polityków w obecnej kampanii wyborczej.

 

 

wtorek, 13 września 2011

Nie lubię września.

Niby jeszcze lato, słońce, ciepło - a już w powietrzu wisi jesień. Ta świadomość, że to już koniec lata, koniec wędrowania, koniec wolności - że teraz już tylko praca, praca i praca... To męczy.

A do tego dochodzą inne sprawy natury życiowo - powszedniej. Trójka dzieci w domu (w tym dwójka szkolnych) oznacza między innymi, że wrzesień to czas potwornego zabiegania i ustalania całej logistyki, która (jeśli tylko ułoży się ją dobrze i z głową) ułatwia przeżycie roku szkolnego.

Dzieci do szkoły. Dzieci ze szkoły. Szkoła muzyczna - rytmika. Szkoła muzyczna - lekcje z instrumentami. A jakiś basen. A angielski też. A M. do przedszkola, a jeszcze musi wrócić, żeby był już samochód, żeby odebrać dzieci z punktu A. i dowieźć do punktu B. w określonym czasie - i jeszcze zdążyć po drodze wrzucić je do domu, żeby coś zjadły.

A jak wreszcie robi się spokojne popołudnie i wszyscy są już w domu, i nigdzie nie trzeba jechać - to i tak jest mnóstwo pracy, pracy, pracy - bo tekst trzeba skończyć, bo Duży Portal ma mieć tłumaczenie do siedemnastej, bo tę książkę trzeba by trochę pchnąć do przodu, bo czas leci.

I tak to wygląda, że dopiero wróciliśmy z wakacji, a już jest połowa września.

Do tego dochodzi jeszcze wiele innych spraw, które mnie męczą i nużą. Finansowo jest cienko (no dobrze, nie jest tragicznie - na chleb nie brakuje - ale nie jest rewelacyjnie). Kilka różnych inwestycji, kilka pomysłów i projektów po raz kolejny musi czekać na lepsze czasy. Jak na konto wpływają pieniądze od kolejnego z Rozlicznych Pracodawców, to zwykle okazuje się że są już wydane, więc wpływ tylko uzupełnia minus na koncie i daje niewielki plus. A zanim przyjdą kolejne... Da capo.

Z jednej strony - pozytyw jest taki, że (z różnych przyczyn) taka sytuacja potrwa jeszcze pół roku, a potem są poważne szanse, że się wyprostuje (bo parę zobowiązań już się do końca spłaci, a pojawi się parę wpływów, których dotąd nie było). Pół roku to niby nie tak dużo...

...Ale i nie tak mało. Zwłaszcza, że to właśnie TO pół roku. W tym miesiącu trzeba wrzucić samochód do warsztatu, bo licznik wskazuje że pora na zmianę paska rozrządu. To niby niewielka operacja, ale pewnie kilkaset złotych pójdzie. W październiku kończy się ubezpieczenie - co rzecz prosta oznacza, że trzeba będzie wykupić nowe. Do tego dochodzą różne dodatkowe opłaty wrześniowe (komitety rodzicielskie w szkole zwykłej i muzycznej, opłata za angielski, jeszcze jakieś dodatkowe podręczniki i tak dalej, i tak dalej). Poza tym zbliża się jesień, trzeba zrobić przegląd rzeczy zimowych - i stwierdzić, że (strzelam) przed pierwszym śniegiem konieczne jest kupno dwóch par zimowych butów, jednej kurtki i przynajmniej trzech par spodni na trzy różne odwłoki.

Wszystko to niby nie są wielkie wydatki - ale po ich zsumowaniu robią się z tego niemałe pieniądze. A przecież zima to także Boże Narodzenie, nie wspominając już o tym, że pewnie najdalej w połowie października trzeba będzie zacząć grzać, co oznacza skok rachunków za gaz o kilkaset procent.

A do tego wszystkiego jeszcze mnóstwo drobnych up...liwości. Pan P. miał dzwonić w sprawie X. - nie dzwoni, nie można się do niego dostukać. Niby nic pilnego ale irytujące. I tak dalej.

A Puchatkowy Ojciec miał wypadek - niby też drobny i bez konsekwencji, ale jednak. Jechał rowerem, przejeżdżał przez ulicę (ścieżką rowerową) - i wjechał w niego samochód. Bum. Niby nic się nie stało - trochę potłuczony, siniak na brodzie, siniaki na żebrach, skaleczona głowa. Sam pojechał do domu, następnego dnia poszedł do lekarza, nic poważnego się nie stało. Ale...

Nie lubię września.

 

piątek, 09 września 2011

W ostatnim "Dużym Formacie" rozmowa z Sir Nevillem Marrinerem - twórcą i dyrygentem jednej z najsłynniejszych orkiestr świata - londyńskiej Academy of St Martin in the Fields.

Przeczytałem z przyjemnością - także dlatego, że Akademia to moja absolutnie ulubiona orkiestra.

Nie jestem muzykologiem, nie mam muzycznego wykształcenia (te parę lat ogniska muzycznego trudno za takie uważać...), jestem w dziedzinie muzyki poważnej amatorem - ale amatorem w znaczeniu słownikowym (według Słownika Języka Polskiego PWN amator to "ten, kto zajmuje się czymś z upodobania, lubiący coś; miłośnik, zwolennik"). Czyli - jestem (chyba mogę użyć tego słowa) melomanem.

I jako amator, meloman, po prostu pasjami kocham ASMF. Nie wiem, co takiego jest w tej orkiestrze - ale jest to coś, co do mnie trafia.

Słyszałem w życiu (mówię o słuchaniu "na żywo", nie z płyt) wiele znakomitych zespołów. Filharmonicy Berlińscy pod dyrekcją Maazela grali Beethovena jak bogowie. Wiedeńczycy sprawiają, że Mozart po prostu żyje. Nikt chyba tak nie gra Strawińskiego czy Ravela jak Columbia Symphony Orchestra pod Bernsteinem (albo, w starszych nagraniach, pod dyrekcją Bruno Waltera). A jak Izraelska Orkiestra Symfoniczna z Tel Awiwu grała tańce węgierskie Brahmsa - dyrygował Zubin Mehta - , to widziałem jak starsi ludzie płakali. Naprawdę.

A jednak żadna, naprawdę żadna orkiestra nigdy nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Academy of St Martin in the Fields. Jest w ich grze coś, czego nie potrafię nazwać, a co sprawia że mógłbym ich słuchać bez końca. Jakaś lekkość, jakiś autentyzm. Życie.

Uwielbiam Berlińczyków, Wiedeńczyków, Columbię i mnóstwo innych orkiestr - ale jak słucham ASFM, to coś jest inaczej, jakby mi się jakieś inne klapki w mózgu otwierały, inne przełączniki i inne kabelki. Czy jakoś tak.

Posłuchajcie.

piątek, 02 września 2011

Czytam właśnie kapitalną książkę.

"Byś Szkotem" to specyficzna autobiografia samego Sir Seana Connery'ego (napisana przy pomocy Murraya Grigora).

Specyficzna - bo sama autobiografia (czyli historia jego życia...) zajmuje jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć procent objętości książki. Reszta to... Szkocja. Kiedy Connery pisze o swoim dzieciństwie w biednej dzielnicy Edynburga - to przy okazji dostajemy szeroką panoramę tego miasta w latach trzydziestych i czterdziestych XX w., a także trochę opowieści o tym, dlaczego jest ono właśnie takie, a nie inne. Jak opowiada o swojej pierwszej istotnej roli (w ekranizacji Makbeta dla kanadyjskiej telewizji) - to trzy czwarte rozdziału zajmuje opowieść o "Makbecie", jego powstaniu, relacji między tym co jest w dramacie a prawdziwą historią Szkocji, wpływie sztuki (i jej różnych aranżacji) na postrzeganie Szkocji w przeszłości i dziś... I tak dalej.

Czyta się to znakomicie (choć oczywiście trudno powiedzieć, na ile jest to zasługa Connery'ego, a w jakim stopniu przyczynił się do tego współautor, skądinąd pisarz i filmowiec). Jedno jest pewne: Najlepszy Z Bondów to świetny gawędziarz, swobodnie przeskakujący z jednej opowieści w drugą, z historii sprzed lat siedemdziesięciu do historii sprzed lat pięciuset...

Connery jest Szkotem do szpiku kości. Jest szkockim patriotą, marzącym o oderwaniu Szkocji od Anglii. Jest w tej swojej Szkocji zakochany po uszy. Ale jednocześnie - paradoksalnie - jasno dostrzega różne szkockie słabości i "narodowe wady", potrafi bezlitośnie śmiać się z różnych szkockich mitów i narodowej megalomanii. (Panowie Politycy słyszą?...)

Wspaniale opowiada o swoim dzieciństwie - także o tym, jak skończył "formalną edukację" w wieku dwunastu lat i jak potem - kiedy niejako "przypadkiem" trafił do teatru i odnalazł w aktorstwie swoją drogę - zdobywał wiedzę o świecie po prostu... czytając książki. Nie, nie encyklopedię, ale wielką literaturę.

Jedną - niestety - ta książka ma wadę (aż się boję się to napisać): tłumaczenie. Nie, nic "dużego" - ale mnóstwo małych, irytujących drobiazgów, które po prostu POWINNY być przetłumaczone inaczej. Jak czytam, że Connery w 1991 dostał (cytuję) "przywilej Freedom of the City" (w Edynburgu, oczywiście), to mi ręce opadają. Jaki "przywilej", do jasnej karbidówki?! "Został uhonorowany tytułem...", "Otrzymał godność..." - albo po prostu "Otrzymał honorowe obywatelstwo Edynburga" (bo przyznawany w wielu miastach na świecie tytuł "Freedom of the City" do tego się w gruncie rzeczy sprowadza).

A już jak czytam, że szkockim instrumentem narodowym jest KOBZA, a na paradach grają orkiestry KOBZIARZY - to mnie po prostu szlag trafia. Bzdura językowa, bezmyślnie powtarzana przy wielu okazjach, naprawdę nie powinna się znaleźć w książce, w której Szkocja i jej kultura są w zasadzie głównym tematem. (Dla niezorientowanych - szkockim instrumentem narodowym są DUDY. Natomiast KOBZA to zupełnie inny instrument. Nota bene - strunowy.). Raz tylko jest jakiś bodaj "przypis tłumacza", że "tak naprawdę chodzi o szkockie dudy"...

Określenia typu "Zachodnia Wyżyna Szkocji" (pisane wielkimi literami, jakby były nazwami własnymi...) to już może przez litość pominę (konia z rzędem temu, kto znajdzie mi w encyklopedii czy atlasie geograficznym taką nazwę! Chodzi po prostu o "zachodnią część Highlands" albo - w wersji spolszczonej - "zachodnią część szkockich Wyżyn").

Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy może redakcji - ale takie wpadki są irytujące i psują efekt...

...który jednak w ogólnym rozrachunku wypada zdecydowanie "na plus". Książka, którą warto przeczytać. Zdecydowanie - kategoria Puchatek Poleca.