Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 23 września 2009

W mieście powiatowym G., tuż obok tak zwanego deptaku, otwarto właśnie nowy sklepik. Sklepik z różnościami, z gatunku "mydło i powidło". Sklepik jakich wiele.

Ale ten szyld... No, Puchatek przyznaje, że choć wiele widział, to TAKIEGO szyldu jeszcze nie widział. Piękno i prostota przekazu połączone z dosłownością i absolutną jednoznacznością informacji. Hasło czytelne, jasne i przyciągające wzrok.

Jakbym Wam ten szyld zacytował, to byście i tak nie uwierzyli. Wrzucam zatem zdjęcie. Przepraszam za jakość, ale nie miałem ze sobą aparatu - pstryknąłem więc komórką. Autentyk. Wszystkie prawa zastrzeżone.

poniedziałek, 21 września 2009

 

Tyle nieprzeczytanych książek, tak mało czasu - a ja wracam do starych lektur. Cóż za perfidia :-)

Czytam sobie "Wahadło Foucaulta" Eco. Dwie myśli na szybko:

1. Piętnaście lat (!) kompletnie zmienia percepcję. Kiedy czytałem "Wahadło..." po raz pierwszy, to była po prostu zupełnie inna książka! Co innego mnie w niej uderzało, na inne wątki zwracałem uwagę, inne skojarzenia i inne połączenia chodziły mi po głowie.

Z czego to wynika? Czy z tego, że jestem na innym etapie życia? Mam więcej lat, inne problemy, patrzę na wiele spraw z innej perspektywy? Czy chodzi o cały bagaż doświadczenia? Pewnie tak... Ale chyba nie tylko. Myślę że chodzi też o bagaż wiedzy. O wszystko to, czego przez te piętnaście lat się dowiedziałem, nauczyłem, o wszystko co w tym czasie przeczytałem. O to, że "mam" w głowie pewne informacje, których piętnaście lat temu po prostu tam nie było. Że skojarzenia idą innymi torami, że maja więcej punktów zaczepienia, że wiele informacji łatwiej się łączy z innymi... Tak, myślenie to świetna zabawa ;-)

2. Tę książkę powinni przeczytać (obowiązkowo!) wszyscy wyznawcy wszelkich teorii spiskowych. Może zrozumieliby, jak śmieszne i prymitywne są ich wyobrażenia o funkcjonowaniu świata...

Ale to mrzonka. Prawdziwi wyznawcy teorii spiskowych - tacy, co to są przekonani że wszystkiemu winni są / światem rządzą* Żydzi / masoni / jezuici / wielkie korporacje / kosmici* - to ludzie bezmyślni (inaczej nie uwierzyliby w głoszone przez siebie historie), a przy tym - najczęściej - intelektualni tchórze, nie mający odwagi myśleć samodzielnie. A tacy ludzie raczej po "Wahadło..." nie sięgną. A jak nawet sięgną - i tak nie zrozumieją...

 

* Niepotrzebne skreślić

 

niedziela, 20 września 2009

Ano, naiwny był Puchatek wielce. Samo wynoszenie książek zajęło bowiem Puchatkowi pół dnia. Jak już wszystkie książki zostały wyniesione (na balkon, bo przecież wszystko miało się zakończyć wieczorem...), to zaczęło się wynoszenie innych rzeczy, mycie ścian z kurzu etc. Wiecie, jak wygląda ściana za starą półką, której nikt nie odsuwał od siedmiu lat?! Bo Puchatek już wie...

Dobra, oszczędzę Wam szczegółów. Dość, że jak Puchatek zaczął mikroremont we wtorek rano, to już w czwartek koło południa gabinet zaczął przypominać ludzką siedzibę.

Puchatek zaś miał pełne oskrzela kurzu (...jeszcze go czuje zresztą, khe, khe), zadrażnione oczy, obolały kręgosłup i poobijane łapska.

Ale za to teraz... Półeczki, wszystko elegancko poukładane, książki na półeczkach, duperele w szczelnych pudełkach (nie będą się kurzyć...), no - po prostu jest czym oddychać. I jakoś się przestronniej zrobiło...I jaśniej jakoś...

Tyle, że okazało się że także książki trzeba poddać selekcji. Bolesny proces...

Mniej więcej jedną trzecią (!) książek Puchatek był z gabinetu wyprowadził. Wyprowadzone tomy podzielone zostały z grubsza na dwie kategorie:

- Kategoria "Won Z Domu" objęła różnego rodzaju wybitne dzieła Science-Fiction i durne kryminały, czyli lektury sprzed ... lat, które Puchatek we wczesnej młodości był czytywał, a do których przecież nigdy już nie wróci, bo i po co. Książki w większości w niezłym stanie, lokalna biblioteka nie pogardzi (oczywiście - klasyka została... Dick, Lawhead... Alsitair MacLean, że o Conan-Doyle'u nie wspominam...).

- Kategoria "Wielka Literatura Ale Nie Musi Być Pod Ręką". Ta kategoria wywędrowała o poziom niżej, mianowicie do piwnicy. Nie myślcie sobie - w piwnicy książki zostały poustawiane na odpowiednich piwnicznych półeczkach (nawet za szkłem, żeby się nie kurzyły) i... niech stoją. W sumie wyniósł Puchatek do piwnicy ponad sześć metrów bieżących książek (licząc łączną długość półek, na których zostały ustawione).

Cały Kraszewski, cały Stendhal, cały Rolland, cały (!) Tołstoj (Lew, rzecz prosta, nie Aleksy), do tego po trochu Remarque'a, Balzaca, Zoli i Paru Innych... Czyli Wielka Literatura, Która Dobrze, Że Jest W Domu I Którą Każdy Prawdziwy Snob Mieć Powinien ;-) - ale po którą, nie oszukujmy się, sięga się rzadko... Bardzo rzadko... A na pewno nie na co dzień.

No i pięknie. Gabinet gotowy. Można wracać do pracy.

Efekt uboczny: piątkowa wizyta u okulisty. Prywatnie ("Na NFZ? Oczywiście, przyjmujemy. Najbliższe wolne terminy mamy w końcu listopada...").

- Nic poważnego - uspokoiła Puchatka Pani Okulistka oglądając puchatkowe oczy dziwnie czerwone, bolące i od doby roniące rzęsiste łzy. - To tylko zadrażnienie. Proszę przez dwa dni zapuszczać To-I-To, a na pewno przejdzie. Czyżby pan w ostatnich dniach pracował w jakimś pyle lub kurzu?...

No, ciekawe skąd wiedziała...

Tak, tak, samo słowo "remont" jak wiadomo powoduje gęsia skórkę i ostre ataki kaszlu. Ale tym razem to miał być tylko mini-remont. Co tam "mini", mikro-remont po prostu.

Po siedmiu (!) latach mieszkania w G. i czterech latach pracy w domu Puchatek stwierdził, że pora wreszcie coś zrobić z tak zwanym "gabinetem", czyli pomieszczeniem o wymiarach trzy na trzy i pół metra w którym stoi puchatkowe biurko, komputer i bardzo dużo książek. I w którym Puchatek oddaje się zbożnemu zajęciu zarabiania na chleb. Powszedni.

Nie, nie chodziło o malowanie (brak czasu na takie fanaberie...), nie chodziło także o "zrobienie" podłogi (której bardzo by się to przydało, swoją drogą, ale patrz punkt pierwszy plus brak środków).

Chodziło tylko o półki na książki. Tylko...

Kiedy Puchatki zamieszkały w G., cała puchatkowa biblioteka zamieszkała sobie właśnie w tak zwanym gabinecie. Książki, książki, książki. Od podłogi do sufitu i z powrotem. Puchatki należą bowiem - tak prywatnie, jak zawodowo... - do tej specyficznej grupy społecznej, w której domach książek z biegiem czasu przybywa. I przybywa. I przybywa... Zresztą co ja Wam będę tłumaczył.

Problem polegał jednakowoż nie tylko na ilości rzeczonych książek, ale także na braku wyżej rzeczonych półek. W puchatkowym gabinecie stały jakieś stare, rozwalające się półki w ilości mocno niewystarczającej - takie "rozwiązanie tymczasowe" z czasów przeprowadzki do G. Jak wiadomo "rozwiązania tymczasowe" zawsze funkcjonują najdłużej, bo przecież zawsze są w domu pilniejsze wydatki niż jakieś półki do pomieszczenia do którego i tak nikt poza Puchatkiem nie wchodzi...

W końcu jednak sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Książki leżały wszędzie, poukładane w misterne stosy, wymieszane z wieloma innymi rzeczami i papierami. Efekt: nie tylko koszmarny bałagan w sensie optycznym (który Puchatkowi wybitnie przeszkadza w pracy...), ale także jakieś potworne ilości unoszącego się w powietrzu kurzu. Nie wspominając już o takich szczegółach, jak niemożność znalezienia w tym wszystkim książki, która akurat była do czegoś potrzebna...

A więc basta. Decyzja - trzeba wreszcie etc.

Akurat była jakaś superpromocja w Wielkim Szwedzkim Sklepie Meblowym - można było takie proste regały kupić za jakieś grosze. Co też był Puchatek wykonał.

A potem zostało  już tylko:

- wynieść wszystkie książki z gabinetu;

- wywalić do piwnicy stare, rozsypujące się półki;

- odkurzyć to, co zostało;

- przeprowadzić ostrą selekcję wszystkich zgromadzonych przedmiotów należących do znanych kategorii takich jak "Cholera-Wie-Co-To-Jest" czy też "Do-Niczego-Niepotrzebne-Ale-Jakoś-Szkoda-Wyrzucić".

- skręcić nowe regały;

- wnieść książki z powrotem i ustawić je na rzeczonych regałach.

Proste, prawda? Tak więc Puchatek zakasał rękawy i postanowił poświęcić na te działania CAŁY wtorek. Od rana do wieczora. A choćby późnego.

O, sancta simplicita! Naiwnym był Puchatek wielce.

Dlaczego? O tym w następnym odcinku...

piątek, 11 września 2009

Dawno, dawno temu (gór i lasów po drodze nie stwierdzono...) Puchatek zafascynował się aikido.

Co Puchatka zafascynowało? Przede wszystkim idea samoobrony bez przemocy, skutecznej ale z poszanowaniem przeciwnika. Założenie, że "...jeśli ktoś chce cię skrzywdzić, to jest to człowiek chory albo nieszczęśliwy, bo człowiek zdrowy i szczęśliwy nie czyni krzywdy drugiemu; obroń się więc, ale tak, aby mu nie zrobić krzywdy - a najlepiej doprowadź go do stanu, w którym zrozumie swój błąd i poniecha złych zamiarów".

Puchatka nigdy nie fascynowały "sztuki walki", karate czy kung-fu - bo to jednak strasznie brutalne. A w aikido nie ma brutalności - nie ma uderzeń, nikogo się nie kopie, a podstawową metodą uniknięcia ciosu nie jest jego zablokowanie czy odbicie, ale zejście mu z drogi.

Zafascynował się był Puchatek do tego stopnia, że przez całe dwa lata chodził na treningi. Potem - jak to zwykle bywa - porobiło się mnóstwo innych zajęć, jakieś dodatkowe obowiązki, jakieś egzaminy - i przygoda z aikido się skończyła.

I oto w G., w Supernowoczesnym Lokalnym Domu Kultury (to nie ironia, podobno to najnowocześniejsza tego typu placówka w województwie...) ruszył klub aikido. Dla dzieci (tak stało na plakatach).

Puchatki postanowiły, że jeśli Potworom się spodoba, to Potwory będą mogły chodzić. Nauka bezpiecznego przewracania się, turlania i upadania (bo początki aikido, zwłaszcza dla dzieci, do tego się sprowadzają) to zawsze rzecz przydatna - a szczególnie przydatna dla takiego Pietruszki, który intelektualnie wyprzedza kolegów z klasy (co tam wyprzedza, dubluje...), ale jeśli chodzi o sprawność fizyczną, to jest bardziej w typie szachisty...

No i Potworom się spodobało. Fikołki, turlania, zabawa na sto dwa. Najlepszy był Pyszczak, który jak widział Potwory Starsze na macie, to oczywiście też chciał. Choć z postury bardziej chyba przypomina zawodnika sumo, niż aikidokę...

Ale nie o tym miało być. Jak się skończyła grupa dziecięca, to się okazało, że zaraz po niej ten sam trener (o, pardon, sensei) prowadzi grupę dla dorosłych - początkujących i mało zaawansowanych. "Dla tatusiów i mamuś", jak oświadczył radośnie. Puchatek poszedł do niego i powiedział nieśmiało, że piętnaście lat temu (nie wspominając o tym, że co najmniej dziesięć kilo temu)... Że lubił... Ale od tego czasu... I tak dalej... Sensei się uśmiechnął i zaprosił na trening.

No i Puchatek półtorej godziny tarzał się, przewracał, turlał, upadał i robił różne fikołki o fachowych japońskich nazwach. Półtorej godziny - bez siłowych ćwiczeń pompek, przysiadów, ale za to w CIĄGŁYM ruchu.

No i okazało się, że jak na tę piętnastoletnią przerwę, to Puchatek sporo pamięta. Podstawowe kroki pamięta, ukemi do przodu i do tyłu przez dowolne ramię też pamięta (czy raczej nie on, ale "mięśnie pamiętają", trochę jak z jazdą na rowerze...).

Tyle, że brak ruchu i praca na czterech literach dają o sobie znać: po półtorej godzinie Puchatek był spocony jak ruda mysz i wyszedł z sali na miękkich nogach. Dosłownie. A następnego dnia miał takie zakwasy, że proces kucania czy siadania okazał się czynnością niezwykle bolesną :-)

Ale było fantastycznie. I chyba Puchatek będzie chodził. Nie, nie myście sobie - Puchatek wie, że w tym wieku (o gabarytach nie wspominając ;-) to on raczej ninją nie będzie ;-) Ale półtorej godziny tygodniowo intensywnego ruchu na pewno Puchatkowi nie zaszkodzi.

A przynajmniej można mieć taką nadzieję...

wtorek, 08 września 2009

Kroniki Poczty Polskiej A.D. 2009

Znajomy musiał coś wysłać do Wielkiej Brytanii. Pocztą, znaczy. Papierową.

Koperta formatu A-4, "bąbelkowa". W środku stosunkowo cienka książka. Okienko na poczcie, poczta w Warszawie. Pani w okienku waży przesyłkę, po czym dłuuugo i z wyraźnym zakłopotaniem szuka czegoś w grubej książce z tabelą opłat. W końcu poddaje się i pyta koleżankę z sąsiedniego okienka:

- Kryśka, gdzie szukać? List do Wielkiej Brytanii, waży tyle-a-tyle... Bo nie mogę znaleźć...

- No jak to gdzie? - dziwi się koleżanka. - Przecież wszystkie te opłaty są w tabeli numer taki-to-a-taki...

- Nieeee... - krzywi się pani numer 1. - Tabela numer taki-to-a-taki to ceny listów na terenie Unii Europejskiej, a przecież Wielka Brytania nie jest w Unii!

"– Nie ma takiego miasta – Londyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój..."

środa, 02 września 2009

Rok szkolny się był zaczął... Pietruszka i Piłeczka chodzą do tej samej Małej Szkoły (ona do zerówki, on do pierwszej klasy). Obie panie wychowawczynie wyglądają na osoby sensowne, rozsądne i normalne.

Szkoła jest przesympatyczna -mała, kameralna, cicha. Kiedyś była to taka typowa zapyziała wiejska szkółka w małej wiosce pod G. Później stopniowo wokół małej wioski zaczęło się budować coraz więcej ludzi z Warszawy, zrobiło się "bogaciej". Kilka lat temu do szkoły trafił nowy dyrektor: znakomity pedagog, a przy tym doskonały organizator, społecznik, harcerz i co tam jeszcze. Zaktywizował rodziców, odremontował budynek, wymienił (podobno) połowę nauczycieli... I nagle "wiejska szkółka" okazała się jednym z najbardziej przyjaznych placówek oświatowych w okolicy. Uczniowie świetnie wypadają w testach, wygrywają jakieś ogólnopolskie konkursy... Powstało stowarzyszenie rodziców, które szkołę wspiera i walczy o jej sprawy...

A jednocześnie to nadal mała, kameralna szkoła. Pietruszka chodzi do klasy w której jest czternaścioro dzieci!

***

Pierwsza klasa! Łomatttko, co to będzie?! Puchatki mają lekki atak paniki. Dzieci poszły do szkoły.

Niby wiadomo, że czas leci... Ale dlaczego z taką szybkością?!