Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 29 sierpnia 2014

Minął tydzień od poprzedniego wpisu. Bardzo trudny tydzień – ale dziś jest już lepiej. Trochę.

M. w szpitalu czuła się coraz gorzej. W sobotę – kiepsko, w niedzielę już bardzo źle, w poniedziałek jeszcze gorzej. Mimo wszystkich leków i naprawdę sensownej opieki nic nie szło ku lepszemu – a wręcz przeciwnie.

Ja byłem u niej po kilka razy dziennie, dwie najbliższe przyjaciółki też, wpadał teść… Rozmawiałem z lekarzami, doprowadziłem do konsultacji telefonicznej z naszą Panią Doktor.

Były antybiotyki i wiele innych koniecznych leków – ale gorączka nic sobie z nich nie robiła.

Krótkie wyjaśnienie: gorączka w takiej sytuacji mogła mieć różne przyczyny. Mogła wynikać z infekcji (zapalenie płuc), albo z samej choroby nowotworowej (co by sugerowało dalsze rozsiewy, czyli przerzuty). W pierwszym przypadku – trzeba było jak najszybciej zwalczyć infekcję, bo wcześniej nie można podać chemii. W drugim – trzeba by właśnie jak najszybciej z powrotem na chemię. Niby proste – ale co zrobić, jeśli nie wiadomo?…

Gorączka się trzymała. CRP było niskie, co sugerowało, że nie chodzi jednak o infekcję bakteryjną – ale może o wirusową. Pani Doktor "kazała" sprawdzić dwie rzeczy pod kątem przerzutów: wątrobę i głowę. USG wykazało, że wątroba jest czysta jak łza ("O, to jest bardzo dobra wiadomość!" – ucieszyła się telefonicznie. Pani Doktor się ucieszyła, nie wątroba, rzecz prosta). Na wyniki tomografii czekaliśmy całą dobę (pierwszeństwo mają tomografie z oddziału ratunkowego…), ale kiedy wreszcie przyszły, także były pozytywne ("Znacząca regresja zmian w porównaniu z badaniem z lipca"). Znaczy się – naświetlania na Ursynowie zrobiły swoje.

No więc co z tą gorączką? Chyba wirus. Albo jednak bakteria, ale jakaś nietypowa. Ale w posiewie nic nie wyszło. A może bakteria, ale układ odpornościowy po chemii osłabiony i nie wychodzi CRP? A może… i tak dalej.

W nocy z poniedziałku na wtorek nastąpił kryzys. Fatalne samopoczucie i bardzo wysoka gorączka, która nie schodziła nawet po paracetamolu podanym dożylnie. Ustąpiła dopiero po kroplówce z pyralginy we wtorek rano… Przez chwilę byłem naprawdę przerażony. Wyglądało to fatalnie – piąty dzień w szpitalu i żadnej poprawy, jest coraz gorzej…

Ale okazało się, że właśnie w ten wtorek nastąpił przełom. Poprawiło się (względnie…), gorączka już nie wróciła, coś się najwyraźniej "przewaliło". Wczoraj po południu M. wróciła do domu.

Jest strasznie słaba, czuje się kiepsko, nie ma siły wyjść za próg – ale jest w domu i samo to wyraźnie przywraca jej energię.

Teraz chwila odpoczynku – a we wtorek jedziemy z powrotem na chemię. Pani Doktor wyjechała na dwa tygodnie na jakąś konferencję i urlop, ale ustaliła dalsze leczenie, którego pierwszą serię poda jedna z pozostałych dwu lekarek pracujących w chemioterapii.

Głowa w porządku (względnym…), dalszych przerzutów nie ma – teraz trzeba się wziąć za te płuca, bo skoro pierwsze leczenie nie trafiło, to tam się nic na lepsze nie zmieniło. Oby kolejne zadziałało lepiej. Kaszel dalej męczy – choć po szpitalnych lekach i inhalacjach jest nieco lepiej.

***

Nowy rok szkolny się zaczyna. Łatwy, zdaje się, nie będzie. A Pucek idzie do pierwszej klasy…

sobota, 23 sierpnia 2014

Powinienem teraz siedzieć i pracować, ale nie mam siły. Muszę zrobić sobie pół godziny wolnego, pół godziny na pozbieranie myśli.

***

Wyniki tomografii były niestety jednoznaczne: chemia nie działa. Niby część objawów ustąpiła, ale obraz płuc jest prawie bez zmian.

To w zasadzie nie powinno być zaskoczeniem (bo od początku było jasno powiedziane, że jest kilka możliwych ścieżek leczenia i wcale nie ma pewności, że ta pierwsza od razu okaże się skuteczna) - ale jednak człowiek zawsze - choćby podświadomie - ma nadzieję, że… Zwłaszcza, że dotąd nasza Pani Doktor zawsze trafiała za pierwszym razem.

A że chemia nie zadziałała, to ogniska nowotworowe wywołały stan zapalny – i doszło do zapalenia płuc. Pani Doktor chemię przerwała (bo po co się truć paklitakselem, skoro nie działa…) i powiedziała, że najpierw trzeba zlikwidować stan zapalny, a ona tymczasem przygotuje nową strategię. Zapisała antybiotyk.

Antybiotyk trochę pomógł, ale za słabo - kaszel się poprawił, ale tylko trochę, w piątek rano doszła gorączka - mała, ale jednak. W tej sytuacji Pani Doktor (konsultacja telefoniczna, gorąca linia…) kazała zgłosić się do szpitala na miejscu, w G., żeby jakiś lekarz osłuchał, czy jednak nie trzeba ostrzej poleczyć.

W szpitalu w G. wprawdzie musieliśmy swoje poczekać, ale zajęli się nami porządnie - zrobili od razu wszystkie badania, łącznie z rentgenem.

Po zobaczeniu wyników lekarz stwierdził, że to trzeba leczyć szpitalnie, bo w domu – na lekach doustnych – to będzie trwało i trwało (a czas jest cenny, bo im szybciej się zaleczy, tym szybciej można kontynuować chemię). Pani Doktor na gorącej linii potwierdziła, że to najlepsze wyjście.

No i M. wczoraj została w szpitalu w G.. Z uwagi na chorobę podstawową i całościowe osłabienie lekarz zalecił, żeby dostała "izolatkę" - przynajmniej tyle, jest sama w pokoju, ma święty spokój, nie ma problemu z odwiedzinami etc.

Na razie czuje się kiepsko (…a niby jak ma się czuć z zapaleniem płuc?…). Kaszel i inne atrakcje. Lekarka prowadząca powiedziała, że muszą minąć minimum dwie doby, żeby coś było wiadomo. "Coś", czyli jak długo to potrwa. Ale, dodała uczciwie, mało prawdopodobne, żeby potrwało mniej niż tydzień.

Na szczęście G. to "nasze" miasto. Jedni znajomi złapali się za Pucka, drudzy przywieźli M. do szpitala prawdziwy obiad, trzeci… Czwarci… I tak dalej. Dobrze, że wszyscy jesteście…

***

To wszystko działo się w piątek. A w piątek wieczorem (późnym) Pietruszka wyjeżdżał na obóz. Rowerowy zresztą. Na Bornholm (dziadek znalazł, polecił i w połowie zasponsorował…).Trochę się bał – wiadomo, nowa sytuacja, nowi ludzie, do domu daleko. Na szczęście okazało się, że jedzie razem z kumplem z klasy.

Tak więc po wyjściu ze szpitala musiałem najpierw przywieźć M. wszystkie potrzebne rzeczy (bo przecież nie wiedzieliśmy, że tam zostanie), zrobić obiad, "w międzyczasie" przetłumaczyć niezwykle–pilny–tekst–na–pięć–stron, dokończyć pakowanie Pietruszki, a późnym wieczorem odwieźć go do Piaseczna, bo stamtąd ruszał autokar. Piłka i Pucek zostali na ten czas zaproszeni do Dobrych Znajomych na "kino nocne"…

Pietruszka pojechał (bez przygód "w ostatniej chwili" się nie obyło, bądź co bądź to nasza cecha rodzinna, że w ostatniej chwili coś się musi wydarzyć… Ale to temat na oddzielny wpis. Lżejszy gatunkowo…).

***

Miałem taki bardzo trudny moment, kiedy patrzyłem na ten znikający w ciemnościach autokar. Pietruszka jechał "gdzieś daleko", sam, trochę niepewny – fakt, ma dwanaście lat, na pewno będzie się świetnie bawił, ale przez moment pomyślałem, że może powinienem być przy nim. Że ostatnio przez to wszystko w ogóle za mało jestem przy nim. Cholera.

Potem pomyślałem o M., która leży w szpitalu, sama, przygnębiona, i nie ma jej kto przytulić. I że powinienem być przy niej – a nie mogę (izolatka izolatką, ale nocować by mi u niej nie pozwolili…).

A potem uświadomiłem sobie, że jest jedenasta w nocy, a Piłka i Pucek siedzą u obcych ludzi i oglądają film – i nawet jeśli ci obcy ludzie to Bliscy Znajomi i Prawdziwi Przyjaciele, to jednak to JA powinienem być przy moich dzieciach.

I jakoś mi się tak pusto zrobiło. Cholera.

Ot, takie poczucie, że tracę kontrolę. Nad sytuacją, nad rzeczywistością. Że po prostu nie jestem w stanie być w trzech miejscach jednocześnie, choć czuję, że powinienem. Że nie potrafię trzymać i pociągać wszystkich sznurków na raz.

***

No, to sobie ponarzekałem. Żeby to jeszcze coś pomogło… Trzeba się brać do roboty. Książka musi być skończona do piątku, a tu jeszcze jakieś presspacki, jakieś inne atrakcje… Trzeba je zmóc, bo pieniądze wprawdzie całej sytuacji nie zmienią, ale też na pewno nie zaszkodzą, a przydać się mogą…

Zmęczony jestem.

 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Miałem o koncercie, ale trochę nie mam siły (ani czasu). Życie toczy się około–chemicznie.

Piłka była dwa tygodnie we Francji z Takimi Jednymi Znajomymi, którzy – jak się dowiedzieli, że nasze wakacje poszły się okopać – przysłali SMS z rzeczowym pytaniem "Czy Piłka ma paszport". Paszportu nie miała, miała dowód, do Francji wystarczy. Łaziła po Wogezach, zwiedzała Colmar, wspinała się w parku linowym, podziwiała pokazy sokolnicze… I tak przez dwa tygodnie. Wróciła zachwycona jak rzadko. Jak Znajomi czytają, to się do Nich uśmiecham…

Pietruszka w piątek jedzie za to na tydzień na Bornholm, na obóz rowerowy. Dziadek znalazł i częściowo zasponsorował. Tys piknie.

Tylko Pucek siedzi w domu, nie licząc dwudniowego wypadu z tatą i starszym bratem nad morze (pozdrowienia dla Znajomych z Poznania, co to ich w powrotnej drodze przenocowali…).

***

Dziś była kontrolna tomografia, która ma sprawdzić, czy chemia działa (albo czy działa dostatecznie). Może się uda i wyniki będą dziś – jak nie, to za kilka dni.

Z zewnątrz – trudno ocenić. Niby chemia działa (bo duszności zniknęły już po pierwszym podaniu leku), ale kaszel nadal męczący (choć już jakby ciut rzadziej… ale nie wiem, czy to nie jest myślenie życzeniowe). Pani Doktor mówi, że to normalne i o niczym nie musi świadczyć – świadczyć będą dopiero wyniki tomografii…).

Czyli na razie dalej nic nie wiemy.



piątek, 01 sierpnia 2014

Jak niektórzy wiedzą (…) jeszcze w czerwcu dostałem w prezencie (przed)urodzinowym bilety na koncert – ten sam, o którym pisałem TUTAJ.

Wszystko było zaplanowane, trasy wakacyjne ustawione tak, żeby 29 lipca dotrzeć do Szczecina, przenocować Potwory u znajomych i pójść na koncert.

Niestety, jak wiadomo, wszystkie plany wakacyjne wzięły w łeb z powodów medycznych. Wakacje poszły się okopać – o ile Potwory gdzieś tam jeżdżą, o tyle my siedzimy kołkiem w domu, a wypuszczenie się gdziekolwiek dalej niż do Warszawy na kolejną chemię nie wchodzi w grę. Pogodziliśmy się z tym, że koncert szlag trafił (zresztą, Bogiem a prawdą, to akurat było najmniejsze zmartwienie).

Jakieś półtora tygodnia temu M. powiedziała nagle:

– Słuchaj, ale właściwie dlaczego ty masz na ten koncert nie pojechać? Ja nie pojadę, ale jak ty pojedziesz na jeden dzień, to mnie się przecież w tym czasie nie pogorszy… Jedź, przecież to twój prezent urodzinowy…

W pierwszej chwili zaprotestowałem. Jak mam jechać, sam? A co to za przyjemność? Poza tym Szczecin jest na drugim końcu świata, koncert we wtorek, a w środę rano musimy być na chemii… Odpada.

Ale M. namawiała. Bijąc się z myślami sięgnąłem do Google Maps, żeby zobaczyć, ile właściwie jedzie się z G. do Szczecina – i stwierdziłem ze zdumieniem, że… cztery i pół godziny. Bo autostrada A2 jakieś 100 kilometrów za Poznaniem krzyżuje się z ekspresówką S3 do samego Szczecina. Hmmm…

W dwa dni powstał plan Akcji Koncert. Zwerbowałem kolegę z prawem jazdy (w końcu bilety były dwa, a przy kierownicy warto się zmieniać). Wyjazd z G. koło jedenastej. Bez pośpiechu, z postojami – koło piątej po południu w Szczecinie. Odpocząć, zjeść coś – i na ósmą na koncert. Koncert skończy się pewnie koło dziesiątej – więc przy odrobinie szczęścia i zmieniając się za kółkiem o trzeciej w nocy można być z powrotem w domu. Przespać się do siódmej – i do Warszawy na chemię. Trochę wariactwo, ale wykonalne.

Jak postanowili, tak zrobili. Co prawda koncert skończył się o wpół do jedenastej, a zanim ruszyliśmy z powrotem była jedenasta, dwa postoje trzeba było zrobić – więc w domu byłem dwadzieścia po czwartej… Ale co tam.

Podsumowując: koncert trwał dwie i pół godziny. Żeby na nim być, przejechałem tysiąc sto kilometrów i spędziłem ponad jedenaście godzin w samochodzie. Jak za studenckich czasów…

No i powiedzcie, czy ja jestem normalny?…

Ale, Kocia Twarz, było warto! Było warto, powiadam Wam!

O samym koncercie napiszę parę słów, ale już nie dziś. A na razie: