Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 31 sierpnia 2007


Puchatek bronił się był przed tym dwa lata, ale w końcu poległ. Życie go zmusiło. Od poniedziałku najbliższego Puchatek będzie miał własną firmę. Jednoosobową. Czyli - w zasadzie - Puchatek zostnie firmą. Ha - ha - ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

Paranoja biurokratyczna w tym pięknym kraju znana jest każdemu, kto miał kiedykolwiek wątpliwą przyjemność załatwiać coś w urzędach. Ale paranoja towarzysząca zakładaniu własnego biznesu przertasta wszystko.

Ilość papierków, które musiał Puchatek wypełnić, podpisać, opieczętować, przyklepać i złożyć w kolejnych urzędach wystarczyłaby na dwa lata dla dowolnej składnicy makulatury. Oczywiście przynajmniej połowa z nich (tak na oko) to papierki dublujące się i zawierające informacje złożone już w innych papierkach albo posiadane już przez urząd, w którym się je składa (no, niech mi ktoś logicznie wyjaśni, po jaką stokrotkę do stosiku papierków dla Urzędu Skarbowego trzeba dołączyć ORYGINAŁ decyzji o nadaniu numeru NIP? Przecież kto jak kto, ale Urząd Skarbowy wie, że mam NIP i wie kto, kiedy i gdzie go wydał...).

Ilość kosztów... Mój Boże. 100 zł za wpis do ewidencji, 170 zł za to, że jestem wciągnięty na listę płatników VAT, ok. 50 zł za pieczątkę (której - rzecz prosta - nie można nie mieć), do tego kilkanaście złotych wydanych na ksero różnych dokumentów...

I po co to wszystko?

A, już tłumaczę. Otóż po to, żebym mógł płacić dwa razy większe podatki, niż dotąd (bo to, co robię, objęte jest słynnym "50 proc. kosztów uzyskania przychodu", które oczywiście znikają w momencie płacenie ryczałtowego podatku 19 proc.), no i żebym musiał co miesiąc jak idiota rozliczać się z Urzędem Skarbowym i ZUSem. A, no i oczywiście żebym musiał wystawiać faktury VAT, czy p... się z kolejnymi papierkami. Pardon.

Ja wiem, bo zaraz mi ktoś powie, że dzięki temu mam zapłacony ZUS i że mogę sobie wiele rzeczy "wrzucać w koszty".

Otóż nic bardziej błędnego.

Jeśli chodzi o koszty - to żebym nie wiem co wrzucił, i tak nie osiągnę 50 proc. uzyskanych przychodów, które dotąd miałem "z automatu".

A jeśli chodzi o ZUS - to będę go miał nie DZIĘKI TEMU, że prowadzę firmę i płacę większe podatki etc., ale dzięki temu, że co miesiąc będę płacił ZUSowi haracz. Niemały. Co - gdyby nie chore prawo - mógłby przecież robić równie dobrze jako osoba fizyczna, bez bawienia się w całą tę idiotyczną biurokrację.

Witamy w tanim państwie przyjaznym dla przedsiębiorców.

Socjalizm albo śmierć, jak mawiał Fidel Castro. (...Co za różnica? - jak dodawali złośliwi...)

niedziela, 26 sierpnia 2007


Tak, jak Puchatek wcześniej obiecał, Kilka Refleksji Po Pewnym Weselu. Z lekkim opóźnieniem, bo ślub odbył się na początku sierpnia - ale potem Puchatki były nad morzem, a potem - z Przyczyn Wyżej Wymienionych - nie bardzo miał Puchatek siłę pisać.

A zatem, gwoli krótkiego wprowadzenia: żenił się kuzyn M., w Małym Miasteczku Na Drugim Końcu Polski. Ojciec tegoż kuzyna jest lokalnym rekinem biznesu - co Puchatek mówi bez cienia złośliwości. W dolnośląskim miasteczku dotkniętym bezrobociem (jedyny duży, państwowy zakład, w którym pracowała spora część mieszkańców, tylko o kilka lat przeżył PRL) pan ten - nazwijmy go Wujkiem J. - prowadzi dużą firmę transportową. Jest najbogatszym człowiekiem w miasteczku i jednym z bogatszych w okolicy. Wielu go nie lubi (niektórzy ze zwykłej, ludzkiej zawiści, inni niewątpliwie mają swoje racje...), niewątpliwie jednak w realiach lokalnych jest "kimś" (w każdym razie o ile bycie "kimś" wyznacza majątek i dynamika działania).

No i taki "ktoś" żenił swojego syna. Starszego syna. Pierworodnego.

No to sami rozumiecie, że ślub i wesele MUSIAŁY być z fontanną i wodotryskiem. I były, nie da się ukryć.

Państwo młodzi pod kościół zajechali bryczką. Za same kwiaty ustawione w kościele i przed nim można by zapewne przeżyć kilka miesięcy na przyzwoitym poziomie. ;-)

A wesele... Jakby to powiedzieć...

Powiem tak: pierwszy raz w życiu miałem okazję być na weselu na dwieście osób. Impreza zorganizowana była w okolicznym "dworku". Jedzenia, picia i atrakcji było tyle, że starczyłoby chyba na drugie tyle. A następnegop dnia były poprawiny - nie "dojadanie resztek", jak to zwykle bya, ale w gruncie rzeczy druga uczta, trwająca od południa do wieczora. Jak u hobbitów ;-)

No i uczucia ambiwalentne Puchatek musi opisać. Jak zwykle.

Najpierw negatywy. Puchatek po prostu NIE LUBI takich imprez. Tłumu ludzi, z których 90 proc. pozostaje Puchatkowi osobiście nieznanych. Konieczności uśmiechania się i całowania w oba policzki z całym zastępem Krewnych-I-Znajomych-Królika ("...a to jest ciocia kuzyna siostry wujka Kleofasa..."). Puchatek nie lubi całonocnych imprez i jest szczęśliwy, że ma dwa Potwory, które są doskonałym powodem, aby około 23:00 imprezę opuścić ("...chętnie byśmy jeszcze zostali, ale dzieci...").

Puchatek NIE ZNOSI zbyt głośnej muzyki, a na weselach ZAWSZE jest zbyt głośna muzyka. Nie wiedzieć czemu wszelkiej maści zespołom weselnym (patrz niżej) wydaje się, że aby goście dobrze się bawili, wzmacniacz MUSI być przesterowany, bas MUSI trząść szybami a kolumny MUSZĄ być ustawione tak, aby w czasie grania kolejnych "kawałków" w żadnym kącie sali nie dało się usłyszeć rozmówcy. Puchatek niestety ma uszy wrażliwe (chwilami nadwrażliwe) i po dwóch godzinach takiego łomotu po prostu wyżej wymienione uszy go bolą.

Zespoły weselne to oddzielny temat. I tu także ambiwalencja

Z jednej strony nie obyło się bez idiotycznych przyśpiewek o sprośnych podtekstach i psychicznego terroru obliczonego na zmuszenie młodej pary do publicznego całowania się w sposób wysocie niepubliczny (ale muszę młodym przyznać, że twardzi byli i nie do końca dali się zgwałcić).

(A przy okazji: cytat z Piłeczki, która nastęnego dnia podśpiewywała sobie zapamiętane z wesela "kawałki". I jak przystao na dziecko z absytnenckiego domu, śpiewała:

"Nie bijemy w butki, nie bijemy w butki, pocałunek był z parówki...".

No, skąd ona wzięła tę parówkę, to ja naprawdę nie wiem ;-)

Z drugiej strony - przyśpiewki te (i generalnie "discopolowe" klimaty) stanowiły bardzo niewielki procent czasu grania zespołu, który poza tym śpiewał po prostu klasyczne przeboje (polskie i zgarniczne) i musi Puchatek przyznać, że robił to w miarę przyzwoicie (no, w każdym razie nie fałszował, zachowywał klimat oryginałów i miał generalnie nastrojone instrumenty). Ogólne wrażenie - na plus, naprawdę widywał ("słyszywał") Puchatek gorsze zespoły weselne.

A teraz - gwoli uczciwości - pozytywów kilka.

Wesele było naprawdę dobrze zorganizowane. Choć alkoholu było dużo, to jedzenia i zabawy było jeszcze więcej, dzięki czemu - choć goście rzecz prosta pili sporo - w zasadzie nikt nie był pijany. Wiele rzeczy zorganizowanych było naprawdę znakomicie i z klasą, zupełnie nie miało się wrażenia, że wszystko ma służyć tylko "pokazaniu pieniędzy" (co w takiej sytuacji byłoby całkiem możliwe). Odniósł Puchatek wrażenie, że w gruncie rzeczy wszyscy naprawdę dobrze się bawili - począwszy od sporej grupki dzieci w wieku Potworów, poprzez młódź nastoletnią, młódź nieco starszą, średniaków w wieku Puchatka (...), aż po najstarsze ciotki. A to naprawdę sztuka.

***

Jedną rzecz jednakowoż Puchatek odnotować MUSI (...inaczej się udusi...). Chodzi mianowicie o kreacje występujących na weselu pań (panowie mimo wszystko mniej mają możliwości "zaszalenia"...).

Na całym weselu naliczył Puchatek cztery, może pięć pań (nie licząc panny młodej) naprawdę dobrze ubranych. Nie, Puchatek nie jest fachowcem od kobiecych kreacji - przez "dobrze" rozumie po prostu "elegancko, z klasą i w sposób pasujący do urody".

Znakomita większość pań (zwłaszcza młodych...) wyraźnie hołdowało zasadzie, że "...coś, co się nie błyszczy, nie mieni i nie ma srebrnych lub złotych dodatków, nie nadaje się na wesele".

Dwa przykłady.

Tuż obok Puchatków siedziała taka para - na oko 25 lat. Dziewczyna - wysoka, efektowna blondynka - ubrana była tak, że na jej miejscu zamordowałbym z zimną krwią osobę, która taki strój doradziła. Zamordował, pokroił i zakopał głęboko. Sukienka typu "musi-być-błyszcąco-i-złoto", udrapowana w frormę typu "beza z pianką", dokładnie podkreślająca - proszę o wybaczenie - wszystkie niedostatki figury i urody (których nota bene było naprawdę niewiele, ale rzucały się w oczy drapieżnie).

Przykłąd drugi: dziewczyna (narzeczona?) młodszego brata pana młodego. Puchatek widział ją kilka razy w stroju codziennym i musi obiektywnie przyznać, że choć dziewczyna nie jest w puchatkowym typie, jest naprawdę ładna. Niestety - kreacja, w której wystąpiła na poprawinach (!) była KOSZMARNA, zdecydowania obliczona na "bogato" i "efektownie" bez najmniejszego zastanowienia się nad efektem końcowego zestawienia. I już nawet nie chodzi o to, że bez gustu, ale że cały możliwy efekt ("ładna dziewczyna w efektownej kreacji") bierze w łeb, bo kreacja jest nie tyle efektowna, ile "rzucająca się w oczy", żeby nie powiedzieć wprost, że wulgarna...

***

No, to sobie Puchatek ponarzekał ;-)

Następny "duży" rodzinny ślub najwcześniej za rok.

A na deser: pewien mały elf, który takoż się na tym weselu bawił. :-)

niedziela, 19 sierpnia 2007


Przepraszam, długo mnie nie było. To znaczy - tutaj nie było, bo całe nasze wakacyjne wojaże zamknęły się w niecałych trzech tygodniach. Niecały tydzień na Drugim Końcu Polski (w trakcie ślub i wesele kuzyna M., całość warta opisu, ale to chyba następnym razem...). Potem niecałe dwa tygodnie nad morzem - to też napiszę, może parę zdjęć wrzucę...

Wypoczęliśmy... Fizycznie. Jesteśmy opaleni (w miarę), ja znowu mogę bez obrzydzenia siąść do komputera. Potwory się nachlapały w zimnym Bałtyku aż im sól uszami wychodziła...

Niestety, psychicznie nie wypoczęliśmy wcale. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze za szybko nie wypoczniemy.

Afera, jaka szleje wokół nas jest żywym dowodem na to, że tak zwane prawa Murphy'ego nie są jedynie irytującym żartem. Że działają naprawdę.

Czyli:

- jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie źle, oraz:
- jeśli coś już idzie źle, to na pewno może jeszcze być gorzej.

Cała historia ze szczegółami zajęłaby więcej miejsca, niż rozsądny Czytelnik byłby w stanie znieść, więc opowiem ją po krótce.

***

Jak pisałem wcześniej na początku lipca wrócił zza Oceanu ojciec M., czyli Osobisty Teść.

Nie było go w kraju cztery lata. Siedział za Wielką Wodą i zarabiał na życie. Klasyka.

Przez ten czas my opiekowaliśmy się jego mieszkaniem. Mieszkanie jest komunalne - żadne pałace, "półtora pokoju" czyli pokój i duża kuchnia. Teść mieszka tam sam (jest wdowcem).

My mieliśmy się "opiekować", czyli dbać o to, żeby wszystkie opłaty były wnoszone etc.

A ponieważ generalnie ja się zajmuję szeroko pojętym "płaceniem rachunków", ja też miałem o tym pamiętać.

No i, cholera, zawaliłem. Popełniłem prosty błąd: zamiast płacić co miesiąc (wtedy łatwiej o wszystkim pamiętać) płaciłem raz na dwa-trzy miesiące większą sumę.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Bo okazuje się, że nie zawsze płaciłem. Raz był jakiś "obsuw", drugi raz... A jak się płaci raz na dwa miesiące, to jeden "obsuw" daje cztery miesiące niepłacenia.

Cholera, ja naprawdę byłem ŚWIĘCIE PRZEKONANY, że wszystko jest OK. No i niby było - ale okazało się, że w UBIEGŁYM ROKU były takie cztery miesiące, kiedy "niepłacenie" się skumulowało. A zgodnie z jakąś tam ustawą zaległość w wysokości trzymiesięcznego czynszu jest wystarczającym powodem do wypowiedzenia umowy najmu.

Kiedy dowiedzieliśmy się (w ubiegłym roku), że jest spora zaległość - natychmiast ją spłąciliśmy. Tyle, że (o czym nie wiedzieliśmy) zadziałały te cholerne prawa Murphy'ego...

No bo tak:

- kolejne wezwania do zapłaty nie dochodziły do nas, bo (co za idiotyzm!) zginął kluczyk od skrzynki w mieszkaniu teścia. A Poczta Polska (niech żyje!) nie wyda duplikatu NIKOMU poza osobą zameldowaną w lokalu.

- w związku z tym nie doszło do nas także pismo grożące wypowiedzeniem umowy najmu etc.

I dopiero kiedy teść wrócił okazło się, że w końcu mu tę umowę najmu wypowiedzieli.

To wystarczyło, żeby był na nas wściekły. Oczywiście - umowę najmu można odnowić i zwykle "domy komunalne" nie robią z tym problemu, jeśli taka "wpadka" zdażyła się pierwszy raz. Ale całe bieganie, nerwy, poza tym mieszkanie jest "do wykupu" a w tej sytuacji nie wiadomo, czy... etc...

***

Ale tu włączyło się drugie Podstawowe Prawo Murphy'ego. Zawsze może być gorzej. ZAWSZE.

Teść złożył w urzędach odpowiednie papiery i - ciągle zły, ale już spokojniejszy - wyjechał na parę dni odpocząć.

Wrócił do miasta tylko po to, żeby się dowiedzieć, że wypowiedzenie umowy to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że w "międzyczasie" (czyli w ciągu tego roku) odbyła się juz sprawa sądowa (zaocznie, bo skoro lokator nie odbiera wezwań to znaczy, że sądu unika...!) i istnieje wydany także zaocznie wyrok eksmisyjny.

***

Tak, mamy znajomych prawników. Prawników "z gónej półki", którzy najprawdopodobniej zdołają sprawę odkręcić. Na razie złożyli w sądzie wniosek o wstrzymanie egzekucji wyroku, potem będą dążyć do powtórzenia sprawy, co podobno jest do zrobienia (nie pytajcie, nie znam się na prawie).

Ale zanim to wszystko się przewali, to minie duuużo czasu. Teść jest wściekły na M. ("...moja córka mnioe zawiodła..."), bez sensu zresztą, bo to jednak głównie ja nawaliłem.

Jasne, mógłbym się tłumaczyć - że gdyby teść załatwił (przed wyjazdem) kilka rzeczy tak, jak mu radziłem, to całej sprawy by nie było. On oczywiście "wiedział lepiej"... Że zostawił nam móstwo nierozwiązanych spraw, że nie rozumiał (i nadal nie rozumie), że nie chodzi tylko o pieniądze, że dla nas każda sprawa do załatwienia w urzędzie w Warszawie to dzień w plecy, że mamy małe dzieci i mnóstwo pracy, że dwa lata temu straciłem dwa tygodnie (!!!) biegając i załatwiając jakieś jego niezałatwione sprawy w ZUSie (w Warszawie, rzecz prosta...). Że można to było rozwiązać prostym stałym zleceniem z konta bankowego zamist skomplikowanych operacji i płacenia na poczcie - ale teść nie chciał, "bo jeszcze się ktoś zorientuje, że go nie ma..." etc.

Ale tłumaczenie jest bez sensu. Przez idiotyczne zaniedbanie (moje) - afera jak smok.

A co będzie, jeśli się nie uda i on rzeczywiście straci to mieszkanie? Wolę nie myśleć. Przecież nas nie stać, żeby mu kupić mieszkanie. W Warszawie.

***

Wystarczy poczytać gazety. Są ludzie - i w Warszawie, i w innych miastach - którzy mieszkając w mieszkaniach komunalnych czy spółdzielczych LATAMI nie płacą czynszu. W OGÓLE nie płacą. Mają długi idące w dziesiątki czy setki tysięcy złotych. I NIKT IM NIC NIE MOŻE ZROBIĆ. A tu proszę - JEDNA wpadka, trzymiesięczna zaległość, i już: wypowiedzenie umowy, zaocznie wydany wyrok i rok biegania po sądach (w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń).

***

No i tak to wygląda. Cały urlop reagowaliśmy nerwowymi podskokami na każdy dźwięk dzwoniącej komórki, a jak na wyświetlaczu pokazywał się numer teścia, to drętwieliśmy z przerażenia, co się jeszcze okaże czy już okazało...

Bardziej życzliwych proszę o mocne trzymanie kciuków. A tych, którzy mają Takie Zwyczaje - o modlitwę za nas i za całą tę sprawę.

***

A przy okazji - nauka na przyszłość, którą niewątpliwie w życie wcielę:

NIGDY, ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA NIE ZAJMOWAĆ SIĘ WIĘCEJ CUDZYMI PIENIĘDZMI. To zdecydowanie nie jest moja specjalność.

***

No, to teraz rozumiecie, dlaczego nie miałem nastroju do pisania...