Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 24 sierpnia 2006


Na wakacjach dzieci Puchatka poznały nową koleżankę. Koleżanka miała na imię Sonia (co już samo w sobie było mocno kłopotliwe, bo Pietruszka oczywiście nie omieszkał był oznajmić radośnie: "Sonia? To jak piesek!"; na szczęście rodzice rzeczonej koleżanki nie usłyszeli...).

Sonia miała trzy i pół roku, czyli wiekowo plasowała się dokładnie w pół drogi między Potworami. Ale pozory mylą - we wspólnych zabawach to ona (najczęściej) wiodła prym - bo od Piłeczki była starsza, a od Pietruszki-filozofa miała większą siłę przebicia.

Są dzieci, które - nie umiejąc jeszcze mówić "R" zastępują je głoską "L" ("plosiak" zamiast "prosiak"). Są też takie, które dosyć długo pozostają na wczesnodziecięcym etapie, na którym "L" także jest za trudne, więc pozostaje "J" ("pjosiak"). Sonia należała do tych ostatnich.

Pewnego dnia Potwory z Sonią bawiły się w festiwal (pomysł Soni, rzecz prosta). Zabawa polegała na tym, że jedno z trójki (najczęściej Sonia, rzecz prosta) stało na krześle i śpiewało, a pozostali grali rolę publiczności (czyli siedzieli na podłodze, słuchali i klaskali na koniec).

Któraś piosenka Soni wymagała jednakowoż zaangażowania większej ilości statystów i wykonawców. Toteż Sonia, lat - przypomnę - trzy i pół, zwróciła się do siedzącego obok i czytającego gazetę Puchatka, mówiąc (cytuję fonetycznie, tak, jakem usłyszał):

"To ja będę śpiewała, oni będą słuchali, a ty będziesz chujem".

***

Muszę powiedzieć, że dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, co trzyipółletnia Sonie miała na myśli...

...no bo na ucho trudno odróżnić "u" od "ó"... Nieprawdaż?


Śniadanie. Płateczki z mlekiem, kanapki, na kanapkach (między innymi) pomidor. Piłeczka z wyraźnym niesmakiem zdejmuje z kanapki plasterek pomidora. Patrzy na mamę z wyrzutem i oznajmia tonem pouczającym:

- Mamo, ja nie lubiem pomidolka. Ja lubiem tylko ciembaski i palówki.

Kurtyna.

wtorek, 22 sierpnia 2006


...Bo tak naprawdę, to przecież po to powstało to miejsce. Żeby - w braku możliwości podróżowania "w realu" - móc przynajmniej wędrować po świecie własnych myśli i Słów.

Kiedyś myślałem, że chodzi o to, żeby Odkrywać. Żeby poznawać nowe miejsca, żeby docierać tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł. Żeby czasami - choćby czasami! - czuć to, co czuł Amundsen stając na Biegunie Południowym czy Mallory, kiedy dochodził do szczytu Mount Everestu.

Później (może to kwestia wieku?) zrozumiałem, że nie w tym rzecz. Nie chodzi o to, żeby gdzieś być pierwszym. Nie chodzi nawet - w gruncie rzeczy - o to, żeby dotrzeć w takie czy inne, konkretne miejsce.

Tak naprawdę cały smak życia polega na samym podróżowaniu. Na "dążeniu do". Kiedy dziś zastanawiam się nad wszystkimi moimi - naszymi - zwariowanymi wyprawami myślę, że naprawdę najważniejsze było właśnie podróżowanie. Kiedy w 1992 dojechaliśmy do Paryża, byliśmy szczęśliwi i dumni - ale z perspektywy widzę, że samam droga była dla mnie dużo ważniejsza, niż widok wieży Eiffela czy Luwr. Kiedy potem podróżowałem po Szkocji i Irlandii, wspaniale było docierać do konkretnych miast czy okolic, ale naprawdę wspaniałe było samo PODRÓŻOWANIE przez te piękne miejsca.

Nie da się dojechać tak daleko, żeby nie chciało się jechać dalej. Oto cała tajemnica: navigare necesse est. Vivere non est necesse.

Nie jest konieczne także docieranie do celu czy osiąganie zaplanowanego kresu podróży. Najważniejsza jest Droga (mówimy oczywiście o podróżach doczesnych, geograficznych; w wymiarze Ostatecznym cel oczywiście się liczy, ale... w wymiarze Ostatecznym cel jest jednocześnie Drogą. Na szczęście.)

Kiedyś to było dla mnie bardzo ważne rozróżnienie - nie jestem odkrywcą. Nie jestm nawet podróżnikiem, bo podróżnik podąża dokądś. Jestem wędrowcem.

poniedziałek, 21 sierpnia 2006


Wakacje bez choroby - jak wiadomo - zupełnie się nie liczą. Wiedzą o tym wszyscy użytkownicy małych dzieci.

Puchatek spieszy zatem donieść, że te wakacje były w normie i jak najbardziej się liczą. Pogoda nad morzem była bardzo sympatyczna, kwatery miłe, towarzystow okoliczne takoż, co nie zmienia faktu, że najpierw wirusik dopadł Pietruszkę, potem Piłeczkę, a na końcu także M. Wróciły Puchatki znad morza w czwartek wieczorem w stanie nie nadającym się do spożycia. Leczenie trwa.

***

Dużo jest do napisania. Trochę przemyśleń znad morza, trochę wydarzeń bieżących, trochę reflekcji natury ogólnej (głównie z dziedziny "socjologii kurortu").

Na razie napiszę tylko tyle:

Kiedyś nie lubiłem jeździć nad morze. "Nad morze" kojarzyło mi się właśnie wyłącznie z tłumem na plaży, co się smaży gdy słońce praży. Nie, żebym nie lubił się w wodzie pochlapać i poskakać przez fale - ale ile można? Godzinka na plaży zupełnie wystarcza. Dwie - maksimum.

Zawsze wolałem góry. I dalej wolę, żeby nie było. Ale...

"Zrozumiałem" morze, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Szkocji. Tam zobaczyłem inne morze - nie "turystyczne", nudne, plażowe, ale tajemnicze, nastrojowe. Tam po raz pierwszy zrozumiałem, co czuli ludzie dawno, dawno temu, kiedy nie wiedzieli jeszcze, co jest "za morzem". Zrozumiałem, co czuli ludzie siedzący na skałach, słuchający szumu fal i patrzący w kierunku horyzontu...

Dziś wiemy, co jest "za morzem" (wystarczy wziąć mapę do ręki), a jednak coś w człowieku siedzi z tamtych czasów. Jakiś atawizm, jakiś archetyp morza jako symbolu podróży, odkrywania, poznawania nieznanego, przejścia...

Poszedłem sobie któregoś dnia (a raczej nocy) na plażę zupełnie sam, M. i Potwory dawno już spali. Siadłem na piasku, patrzyłem w horyzont w świetle księżyca i gwiazd (tak, tak, wiem - to brzmi do obrzydliwości sentymentalnie...). Gdybym obrócił się w lewo, zobaczyłbym światła latarni morskiej i portu w Kołobrzegu. Gdybym spojrzał w prawo - niewątpliwie ujrzałbym kolorowe latarnie Ustronia.

Ale kiedy patrzyłem na północ (a może to był Najdalszy Zachód?) widziałem to samo, co widzieli ludzie tysiąc lat temu. To samo, co widziały Elfy wypływając z Szarych Przystani.

...A daleko, na horyzoncie, nad morzem szalał sztorm. Widać było ciężkie chmury, rozświetlane błyskawicami. Na kilka chwil świat był znowu młody i czekał na odkrycie.

sobota, 05 sierpnia 2006


Puchatek informuje, że wyjeżdża. Na wakacje (trudne słowo).

Puchatek ma nadzieję, że pogoda przez całe najbliższe dwa tygodnie NIE BĘDZIE taka, jak wczoraj, bo jak będzie - to się Puchatek razem z M. i Potworami powieszą stanowczo. Gdyż Puchatki jadą nad morze. Całkiem Bałtyckie, niestety.

W związku z powyższym Puchatek pozdrawia i ogłasza:

ZAMKNIĘTE Z POWODU URLOPU DO DNIA 21 SIERPNIA.

wtorek, 01 sierpnia 2006


Puchatek informuje zainteresowanych, że zdał... teorię. Niestety część praktyczną - mówiąc kolokwialnie - uwalił równo i bezdyskusyjnie. No cóż, nie każdy jest tak genialny jak M., która zdała za pierwszym razem... ;-)

Kolejne starcie - 28 sierpnia. :-)