Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 31 sierpnia 2005


Puchatek ogłasza konkurs poetycki. Jak wczoraj Puchatek jechał pociągiem, wzrok jego zaspany trafił na dwie nazwy stacji, które podsunęły Puchatkowi pomysł na ten konkurs. Z nagrodami!

Chodzi o limeryk. Wymagania są proste:
Limeryk jak wiadomo jest utworem pięciowersowym. Rymuje się w układzie a-a-b-b-a. Klasyczny limeryk (a takie będą punktowane najwyżej) ma dodatkowo cechy następujące:

- koniec pierwszego wersu zawiera nazwę miejscowości i do niej właśnie należy układać rym "a" (tu uwaga - nazwa oczywiście może być w dowolnym przypadku: Płock - Płocka - w Płocku etc.)

- wersy pierwszy, drugi i piąty są dłuższe, niż wersy trzeci i czwarty (może to być układ sylab 10-10-6-6-10, może być 11-11-5-5-11, możliwości jest wiele. Klasyczne limeryki Edwarda Leara w polskich tłumaczeniach miewały układ 10-10-7-7-10, na przykład:

Pewien starszy mężczyzna z Hong-Kongu
grywał dniami całymi na gongu.
Rzekł mu sąsiad: "Wybaczę,
że grasz w tempie vivace,
ale wciąż pieśń Schuberta o pstrągu?!..."


...no właśnie.

Puchatek kiedyś miał taki sport, że układał sobie limeryki do nazw każdej miejscowości, którą mijał w czasie podróży dowolnej. Potem przestał, bo w zasadzie sport zaczął być nudny. Ale wczoraj Puchatek sobie o nim przypomniał, bo trafił (na jednej trasie!) na dwie nazwy, które uznał za Prawdziwe Wyzwanie. Limeryki sobie Puchatek ułożył, ale pomyślał, że da też szansę innym.

A zatem: konkurs ogłoszony. Dwa limeryki. Najlepsze będą opublikowane na tym blogu (...w nakładzie jednego egzemplarza...) i nagrodzone Dużą Tabliczką Dobrej Czekolady (przy najbliższej okazji spotkania w realu, rzecz prosta).

A oto proponowane nazwy miejscowości (obie na trasie Łódź - Skierniewice):

1. Rozprza

2. Płyćwia

...no to czekam na prace konkursowe :))))))

(prace proszę przesyłać na maila puuchatek@gazeta.pl).

wtorek, 30 sierpnia 2005


Puchatek melduje, że przeżył. Głównie, zdaje się, dlatego, że panowie z zespołu (patrz wpis poprzedni) też na tych poprawinach byli chyba lekko wczorajsi (no, przynajmniej tacy, jak chleb w peerelowskich sklepach: "z nocy"). A że byli wczorajsi, to grali głównie kawałki powolniejsze, i to głównie klasykę. Od "Żółtych kalendarzy", przez "Jerzębinę czerwoną" i "Zielony mosteczek", aż po "Chryzantemy złociste". Tęcza dźwięków, że się tak poetycko Puchatek wyrazi ;)

Bardzo zastanawiające, że na poprawinach po weselu trzy czwarte piosenek mówiło o rozstaniu, smutku, pożegnaniach etc. Czy to - przepraszam - aluzje jakieś? :)

Tym razem Potwory - niedospane po weselu właściwym - były marudne dosyć, więc się nawet poskakać nie dało. Więc się tylko Puchatek - ku zgrozie M. - obżarł jak prosię ;) Jedzonko było takie sobie, jako to na weselu (...) - ale było dużo wędlin i mięska z własnych jakichś, wiejskich produkcyj. A Puchatek mięsożerny jest niezwykle, więc był korzystał ;)

Później Puchatek siądzie i napisze parę ciekawostek natury socjologiczno - psychologicznej. Ciekawostek z wesela i poprawin, rzecz prosta. Ale teraz odpocząć musi po spędzeniu ośmiu godzin w jednym przedziale z Potworami...

Zatem - Do Usłyszenia Państwu ;)

niedziela, 28 sierpnia 2005

 

No i po weselu :))))

Nie było najgorzej. Potwory nawet za bardzo nie marudziły i wytrzymały do dziesiątej minut piętnaście. Goście - do wytrzymania. Nawet nikt Puchatków na wódkę nie namawiał (chyba już się zdążyli dowiedzieć, że "to są te dziwolągi, co to nie piją...").

 

Coś się zjadło, trochę sie poskakało (głównie we czwórkę zresztą, M. z Piłeczką w ramionach, Puchatek z Pietruszką na barana siedzącym... Mówię Wam - niezła jazda, tańczyć skocznie z piętnastokilowym odważnikiem na plecach ;)))) - i jeszcze mieć świadomość, że i tak wytrzymuje się na parkiecie dłużej, niż większość pozostałych imprezowiczów. Hłe hłe hłe :)

 

Tylko ta muzyka (wybacz, muzo, że tego słow w ogóle uzywam...)

Typowa "kapela weselna". Dwóch. Jeden miał "kibord", drugi - "wyrób gitaropodobny". Dopóki grali "stare przeboje" (od dzieweczki, co szła do laseczka i napotkała myśliweczka, ale go zjadła - aż do "Jedzie pociąg z daleka..." Rymkowskiego) - to nie było źle.

 

Niestety, potem zaczęła się typowa TFUrczość weselna w klimatach discopolowych.

 

No i tekst wieczoru (a raczej - tekst miesiąca, albo i dwóch) - muszę Wam to zapisać, bo potem zapomnę, a szkoda by było. Refren jeden szedł mianowicie tak:

"O, Ela, o, Ela,

Twoje ciało mnie onieśmiela (???!!)

Twoje ciało przesłania mi cały świat (uwaga, teraz będzie the best)

Od morza, aż do Tatr!"

 

Puchatek padł kwicząc pod stół, (i kto mówi, że w tym celu trzeba cokolwiek pić?!). A M. skometowała: "No cóż, jaka Ela, taki świat..."

 

...co było komentarzem na tyle dwuznacznym, że (w połączeniu z padającymi ze zmęczenia Potworami) Puchatek uznał, że pora wycofać się na Z Góry Upatrzone Pozycje, czyli w pielesze.

 

Jeszcze o weselu napiszę, bo i jest o czym - ale już nie dziś, bo późno (prawie pierwsza), a Potwory zapewne wstaną jutro jak zwykle, a w dodatku po południu czekają nas (o, zgrozo!) poprawiny. Jak zagra ta sama kapela, to Puchatek niewątpliwie umrze ze śmiechu :)))))))))

 

Czyli - do usłyszenia albo nie. ;)

 

P.S. Czy wśród Szanownych Czytelników są jeszcze tacy zboczeńcy jak Puchatek, którzy ZAWSZE - nawet jak tańczą - słuchają śpiewanego tekstu (jeśli tylko śpiewany jest w zrozumiałym języku)? Bo Puchatek niestety jest pod tym względem zboczeńcem kompletnym i nie umie poziomu semantycznego wyłączyć. No, nie umie i już. I potem cierpi na bóle przepony. Ze śmiechu znaczy... :))))

piątek, 26 sierpnia 2005

 

Melduje Puchatek posłusznie, że na Drugim Końcu Polski przebywa, w czortu na Kuliczkach, a konkretnie za Legnicą kilometrów kilkanaście. Przybył tu Puchatek - razem z M. i Potworami na intencję ślubu i wesela. Ślub bierze Taki Jeden Kuzyn M. Jutro.

 

A że Puchatek nie da głowy, czy będzie tu miał czas zajrzeć - to jakby nie miał, to się odezwie we wtorek. Późno. Howgh.

wtorek, 23 sierpnia 2005


Moje dziecko starsze - lat trzy i (prawie) pół - zaczyna mieć problemy natury egzystencjalnej. Dziś się był taki problem objawił.

Pietruszka siedzi i myśli (mina nieobecna, wzrok skupiony gdzieś w przestrzeni, widać, że coś ostro trawi). I nagle pyta (tonem poważnym, głebokim, sugerującym, że sprawa jest wagi i natury fundamentalnej):

- Tato, cy dziewcyny majom siusiaki?

...i wiecie co? Nawet mi się udało nie paść ze śmiechu, taki jestem twardy ;)


No bo to można szału dostać, jak się taki dzień trafi!

Miał Puchatek wpaść do Miasta Stołecznego - odwiedzić Jedną Bardzo Starszą Panią, odwiedzić Osobistą Mamę, a potem spotkać się z Osobistą Siostrą i razem z nią pojechać do Chatki.

No i kicha. Bo Bardzo Starsza Pani (która liczy sobie wiosem 97 - słownie dziewięćdziesiąt siedem i pół) na oczach Puchatka się była potknęła o dywan i upadła. I to tak pechowo, że
a) rozbiła sobie głowę o stół (sporo krwi, cztery szwy),
b) rozcięła sobie o ten sam stół skórę na łokciu - jakieś dziesięć centymetrów wisiało, z widokiem na mięśnie i ścięgna (bardzo dużo krwi, dwanaście szwów).

To znaczy - te szwy to już były potem. Bo przedtem, kolejno:

- pierwszy telefon na pogotowie;
- telefon do opiekunki Starszej Pani: zajęte;
- telefon do Biura numerów, żeby zdobyć numer opeikunki w pracy;
- telefon do rzeczonej pracy;
- drugi telefon na pogotowie, z pytaniem dlaczego tak długo.

Wreszcie przyjechała karetka, pojechaliśmy do szpitala, poczekaliśmy, rękę zszyli, głowę zszyli, rentgen zrobili, powiedzieli, że wszystko OK, do domu karetką odwieźli (ba, a co - tramwajem mieliśmy wracać?!).

I Puchatek był w domu wieczorem, zamiast o drugiej.

A jak już dojechał, to się dowiedział, że:

1. Osobistej Mamy Ukochany Pies silnie się czymś struł i jest (chyba) na granicy przeniesienia się do psiego raju, co Osobistą Mamę doprowadza na skraj skraju rozpaczy (bo pies ukochany, bo od dziesięciu lat, bo wiadomo...)

2. Osobista Kuzynka - mieszkająca zresztą w Los Angeles - została ugryziona... przez kota (?!) w środkowy palec lewej ręki, a kot był ze schroniska, jakieś świństwo miał widać w pysku, zakażenie sie wdało jak jasna, nagła niespodziewana cholera, tydzień w szpitalu, dożylne wlewy antybiotyków, doustne przez następny tydzień (na granicy sepsy, powiedzieli lekarze...), a jak już wszystko było niby OK, to się okazało, że to świństwo (czyli to zakażenie) dalej tam siedzi, ale w kości (!!! - tak ją skurczykot głęboko użarł!) i teraz nie wiadomo, czy jej nie będą musieli tego palca urzępolić. Się okaże za dwa - trzy dni. Może.

No, co za dzień u licha! :(((

środa, 17 sierpnia 2005

 

I przez lat kilka Puchatek w góry jeździł (dodać trzeba, że słowo „góry” oznaczało początkowo w zasadzie wyłącznie Tatry. Wszelkie Bieszczady, Beskidy i inne Karkonosze odkrył Puchatek później).

 

I musiało minąć kilka lat, żeby Puchatek zrozumiał, że te góry (to znaczy TE góry) to nie koniec. Że to początek dopiero. Że gdzieś w puchatkowej duszy drzemie marzenie o Wędrowaniu. O odkrywaniu nowych miejsc. „Nowych” choćby czysto subiektywnie, czyli „Miejsc – Gdzie – Jeszcze – Puchatka – Nie – Było”.

 

Zaczęły się wyprawy w Inne Góry (choć Tatry na zawsze pozostaną Miejscem Magicznym, Miejscem Najważniejszym... Bo poza wszystkim innym to w Tatrach Puchatek poznał M.).

 

Próbował Puchatek wielu rzeczy. Narty – nie wciągnęły (za szybko się jedzie, nie ma czasu się napawać...). Wspinaczka – przez chwilę zafascynowała, ale szybko Puchatek odkrył, że to nie to (no bo jak tu BYĆ w tych górach, jak ODDYCHAĆ i PATRZEĆ, skoro trzeba uważać na linę, ósemki i na to, gdzie się nogę wkłada i rękę wciska, że o hakach już przez grzeczność Puchatek nie wspomni...).

 

Odkrył Puchatek, że tak naprawdę nie chodzi o sprawdzanie siebie (niektórzy tak traktują góry...), nie chodzi o „pokonanie tego szczytu” (ci, co tak traktują góry zwykle szybko w nich giną...), nie chodzi o „pierwsze wejście” daną trasą.

 

Chodzi o Wędrowanie. O to, że za zakrętem pojawia się widok, którego się nigdy wcześniej nie widziało. Że schodzi się w dolinę, w której się nigdy nie było (tak, tak, Puchatek wie, że polskie Tatry są małe, że w zasadzie było się już wszędzie... Nie szkodzi. Kto kocha góry ten wie, że wystarczy zmiana kierunku wiatru czy sposobu, w jaki słońce przesącza się przez chmury, żeby to było NOWE miejsce...).

 

(Jak to szło?

 

...A droga wiedzie w przód i w przód

Skąd się zaczęła, tuż za progiem –

I w dal przede mną mknie na wschód

A dalej dokąd? Rzec nie mogę…

 

...i jeszcze:

 

...Lecz że stopy wypoczęte,

Może jeszcze za zakrętem

Ujrzysz drzewo albo kamień

Przez nikogo nie widziane… )

 

A jak Puchatek odkrył, że chodzi o Wędrowanie, to zaczęło Puchatka ciągnąć Gdzieś Dalej. I zaczął Puchatek myśleć, jakby tu Gdzieś Dalej się wybrać. A nie było to takie proste, jak dziś.

 

Ale potem zaczęło się prostsze robić. Bo przyszedł rok 1989 i się nagle wolność zrobiła. I nagle można było po prostu pojechać. I nikt nie zatrzymywał. A w dodatku w 1989 roku to Puchatek miał wiosen dziewiętnaście. Czyli JUŻ mógł (bo był pełnoletnim Puchatkiem) i JESZCZE mógł (bo życie studenckie, zobowiązań mniej niż zero, wakacji trzy miesiące i w ogóle luz – blues).

 

Jedyny problem – jak słusznie zauważyła u siebie Inside – stanowił brak środków materialnych, czyli po naszemu – forsy. Inside wpadła na pomysł przewodnicki. Puchatek przewodnikiem zostać by nie mógł, bo odczuwa Głęboką Niechęć do wszelkich form tak zwanego Zorganizowanego Wypoczynku.

 

Wpadł zatem na inny pomysł, który w dużym skrócie sprowadzał się do tego, że... w gruncie rzeczy BEZ pieniędzy też się można obyć. Jak?

 

Ha. O tym w kolejnych odcinkach :)

 

Puchatek Podróżny.

 

Uwaga – długo będzie. :)


Tak, to nie pomyłka, odcinek 0. Słownie - "zero". Bo zanim Puchatek zacznie podróżne opowieści i przemyślenia - trzeba kilka słów o tym, jak to się w ogóle było zaczęło.

No więc urodziłem się, patrzę: chłopiec...

Nie, nie, żartowałem, aż tak od początku nie będzie (a swoją drogą - konkurs blogowy dla Młodszych Czytelników: z kogo to cytat?) ;)

Aczkolwiek urodzenie rzeczywiście ważnem jest. Gdyż Puchatek urodził się był w rodzinie góralskiej. Puchatka przodkowie (po kądzieli) z samiutkiego Zakopanego są. I tam też mieszkają do dziś (no, nie sami przodkowie, ale ich dzieci).

Puchatek, jak każdy prawdziwy góral, urodził się był... w Warszawie, rzecz prosta. Bo puchatkowa mama tu na studia przyjechała, tu puchatkowego tatę poznała i tak dalej.

Ale Puchatek od małego Puchatka bywał w Zakopanem.

Bywał... bywał... bywał... i nic z tego bywania nie wynikało, bo puchatkowa mama do turystów wysokogórskich (ani nawet średniogórskich) nie należała, a Ukochany Wujek (Właśnie Ten, o którym pisałem w październiku - czyli Jerzy Ustupski) już wtedy był nieco zbyt wiekowy, żeby Puchatka w góry prowadzać.

 

I Puchatek pamięta, że jako dziecię kilkuletnie, kiedy tylko świadomości jakiej takiej nabył, tęsknie patrzył w stronę gór, które wciąż oglądać mógł tylko z dołu... Z Krupówek, najdalej z Doliny Kościeliskiej...

 

I pamięta Puchatek do dziś (do dziś!), jak STRASZNIE chciał się tam dostać. Jak mu się w dziecięcym łebku (nie poprawiać, „łebek” naprawdę pisze się przez „b”!) tworzył obraz gór wysokich jako miejsca Nie Z Tego Świata, miejsca wymarzonego, upragnionego, a w jakiś sposób nieosiągalnego...

 

Tak naprawdę, to Puchatek w te góry poszedł dopiero jak miał trzynaście lat. Znaleźli się chętni, żeby Puchatka w góry zabrać. Znajomi taty puchatkowego.

 

Oj, w wysokie góry. Hej. Jak kto w wieku trzynastu lat nie przeżył burzy gradowej z piorunami na łańcuchach w połowie podejścia z Zawratu na Świnicę, to nie wie :)

 

Góry Puchatek pokochał. Miłością dziką, szaloną, absolutną (...i odwzajemnioną chyba, zważywszy, że Puchatek wciąż żyje mimo wszystkich głupstw i nierozsądnych akcji, jakie był w tych górach popełnił, kiedy jeszcze był młody i głupi. Teraz jest już tylko... młody).

 

poniedziałek, 15 sierpnia 2005


Puchatek się dołącza takoż. Chamstwo tępić należy. Gwałt niech się gwałtem odciska (byle mocno). Dorwać a wyjajcyć. Mario - jesteśmy z Tobą. Gnojom na pohybel.

Howgh.

(Jak kto nie wie, o co chodzi - znajdzie tu: http://kiosk.blox.pl

Wkurzony Puchatek

sobota, 13 sierpnia 2005


Dwójka dzieci - wiadomo, że jakiś czas z szeroko pojętego życiorysu wyjęty. Że nie pójdziesz do kina, do teatru, na koncert. Że nie pójdziesz do kawiarni.

Wszystko prawda. Tyle, że Puchatek akurat bardzo kawiarniany nie jest. Do kina - owszem, poszedłby nawet... czasem... Ale nie fanatycznie (no dobra, na tzecią część Gwiezdnych Wojen się wybrał, ale to w końcu lektura obowiązkowa... ;)

KOncert - no owszem, owszem... Ale można poczekać, poza tym jest w chatce sprzęt stosowny i można posłuchać muzyki w Całkiem Przyzwoitym Wydaniu.

Wszystko to, czym straszyli różni Pełni-Dobrej-Woli-Krewni-I-Znajomi-Puchatka okazało się (jak to w życiu zwykle bywa) przesadą.

Tak naprawdę, to jednej rzeczy Puchatkowi brakuje. Podróżowania...

Tego uczucia, że jedziesz gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłeś... Że nie masz pojęcia, gdzie dziś wieczorem rozbijesz namiot... Jaki krajobraz wyłoni się zza kolejnego zakrętu... Jakie gwiazdy zabłysną tej nocy na niebie...

I tego poczucia Odnalezienia, kiedy wieczorem rozbijasz namiot w jakimś Kompletnie-Nie-Znanym-Ci-Miejscu-Na-Końcu-Świata...

Organicznie nie znoszę "zorganizowanego wypoczynku". Uwielbiam jechać tam, gdzie chcę i tak, jak chcę. Nasze autostopowe wyprawy (zwłaszcza, od kiedy poznaliśmy się z M.) to chyba jedne z najwspanialszych chwil, jakie przeżyłem.

Potwory są małe, wiadomo, że w najbliższym czasie nic z tego. I to naprawdę jedyne, czego mi naprawdę brakuje...

...ale przecież mam nadzieję, że Wyprawy jeszcze się nie skończyły. Że może trzeba poczekać, ale Potwory rosną. I że jeszcze kiedyś...

Chciałbym, żeby moje Potwory posmakowały takiego Podróżowania. Żeby poczuły Drogę. Żeby potrafiły zachwycić się ogniskiem rozpalonym gdzieś w górach Conemara, gwiazdami nad Loch Ness, wschodem słońca na Skye...

Wszystko przed nami! :))))))

A w związku z tym - planujemy za rok pojechać na Bornholm. Razem z K. i ich córką (pół roku starszą od Piłeczki). Weźmiemy samochód (K. maja Citroena Berlingo, czyli dowolna ilość bagaży wchodzi...) i rowery. I objedziemy Bornholm na rowerach z Potworami na fotelikach. Byliśmy na Bornholmie w 1997, dwa lata przed naszym ślubem, we trójkę, z Kłapouchym. Niestety - bez rowerów. Teraz to nadrobimy. :))))

To dopiero za rok, ale Puchatek już się napalił. Oj, napalił! :)

A w związku z tym Puchatek podrywa się z miejsca i wprowadza zmiany na Blogu.

Od dziś wracamy do cyklu "Mruczanka w Szkocką Kratę" - ale nie tylko. Będzie też nowy cykl - Mruczanki Podróżne. Czyli wspominki różne. Z podróży i nie tylko. Subiektywne.

Zapraszam. :) (Także Sia.się, choć gdzieś zniknęła na razie...)

Puchatek.

P.S. Byłbym zapomniał. Dowiedziałem się, że te zapiski czytuje między innymi pewna Ania - znajoma Puchatka z lat dawnych, a przy tym osoba, w towarzystwie której (między innymi) Puchatek odbył pierwszą Wielką Wyprawę Autostopową w 1992 r. Aniu - pozdrawiam :) Ciebie, Twojego Męża i Przychówek :) Zamailuj :)

 
1 , 2