Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 11 lipca 2011

Pietruszka miał obiecany - w prezencie pierwszokomunijnym - wyjazd z tatą w góry. Taką męską wyprawę, tylko we dwóch. I tak NAPRAWDĘ w góry. Jak usłyszał o tym prezencie, to ucieszył się tak, jak - gwarantuję - żadne dziecko nie cieszyło się z komunijnego roweru, komputera, quada czy co tam teraz akrat jest na topie komunijnych prezentów...

Wyprawa miała mieć miejsce w końcu czerwca, ale pogody nie było, a jechać w Tatry po to, żeby siedzieć w domu u przemiłej skądinąd ciotki A - to, sami przyznacie, byłoby bez sensu.

Pogody nie było i nie było - ale prognozy uważnie obserwowane wskazały jednoznacznie, że pogoda BĘDZIE w czwartek, 7. lipca. Więc Puchatek był zgarnął Pietruszkę i pojechali w środę do Zakopanego, przenocowali u ciotki, a w czwartek rano (BARDZO rano) zerwali się z łóżek i popędzili w góry.

Pietruszka ma dziewięć lat - ale jest naprawdę wspaniałym turystą. Idzie dzielnie, nie marudzi, jest wytrwały... Plan był taki, żeby w ramach tej "górskiej inicjacji" po raz pierwszy umożliwić mu przekroczenie magicznej granicy dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.

Najpierw więc wjechali na Kasprowy (no tak, kolejką - gdyby zaczęli od dwugodzinnego wspinania na Kasprowy, to jednak dla dziewięciolatka mogłoby być za dużo). Kolejka zresztą była dodatkową atrakcją, wiadomo. Zachwyt dziewięcioletniego turysty na widok przepaści za Myślenickimi Turniami był naprawdę ogromny. A potem wyszliśmy na Kasprowy i...

Pietruszka bywał w górach - ale nigdy w takim miejscu. Pogoda była fantastyczna, trochę małych chmurek, słońce, wiatr. Widok - jak to z Kasprowego, na całe Wysokie Tatry. Świnica z gustowną czapeczką z obłoków, Kozie Wierchy, Granaty, Kościelec jak na dłoni, w oddali Krywań... Słowo daję, nigdy Puchatek nie widział u swojego najstarszego potomka takich wielkich oczu. Widać było, że połknął bakcyla.

Z Kasprowego ruszyliśmy na zachód (Świnica - uznał Puchatek - to jednak za dużo dla dziewięciolatka). Goryczkowe, Suche Czuby, Przełęcz pod Kopą - i po mozolnej wspinaczce wreszcie Kopa Kondracka. Dwa tysiące i pięć metrów nad poziomem  morza.

Na Kopie zdjęcia, a potem - w dół, na Przełęcz Kondracką i wgórę, na Giewont...

Giewont to szczyt specyficzny. Miejsce magiczne - ale przez to tak oblężone, że Puchatek był na nim RAZ. Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu. I potem już nigdy, absolutnie nigdy się tam nie pchał - zresztą sam widok kolejki turystów w klapkach czekających na zwolnienie miejsca na łańcuchach zawsze wystarczał, aby Puchatka zniechęcić.

No, ale Pietruszka ma dziewięć lat i marzył, żeby być na Giewoncie - więc Puchatek poszedł. Kolejka koszmarna, ludzi tłum - ale widok ze szczytu (i widok zachwyconej twarzy Pietruszki) był tego wart.

A potem w dół, najcięższą możliwą trasą z zejściem na Strążyską. Łącznie w trasie byliśmy dziesięć godzin. A po powrocie do domu ciotki A. Pietruszka padł na łóżko, chwilę milczał, poczym zapytał:

- No, to teraz już mogę pomarudzić?

***

Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, co się naprawdę kocha. Są ludzie - mam wielu takich znajomych - którzy mimo całej miłości do gór nie lubią Tatr. Bo małe, bo zatłoczone, bo tłum ludzi... Rozumiem ich. Mnie też irytują te tłumy, mnie też męczy "ceprowisko" w którym z rzadka tylko można spotkać prawdziwego turystę. Ja też lubię ciszę Beskidów, nastrój Bieszczadów...

Ale Tatry są jednak niepowtarzalne. Widok Wysokich Tatr ze szczytu Świnicy - czy choćby z Kasprowego i Suchych Czubów - to coś, czego się nie zapomina. I do czego chce się wracać, nawet jeśli trzeba w tym celu ścierpieć te tłumy...

W wysokich górach człowiek czuje, że żyje. Że jest wolny (niezależnie od wszystkich swoich problemów, kłopotów, ciężarów). Człowiek przypomina sobie, kim naprawdę jest. Uświadamia sobie na powrót właściwe proporcje, hierarchię ważności spraw. Z góry widać wyraźniej. Przeszkody które na dole wydaja się nie do pokonania z górskiego szlaku okazują się tym, czym są naprawdę: głupstwami.

W takich górach jestem u siebie. Tam jest moje miejsce (nawet, jeśli na co dzień mieszkam gdzie indziej). Tam zawsze wracam.

You won't know what tomorrow brings / In a world where few hearts survive

All I know is the way I feel / And if it’s real I'm gonna keep it alive

Cause the road, the road is long / There are mountains in our way / But we climb still higher everyday

Lord lift us up where we belong / Where the eagels fly on a mountain high

Lord lift us up where we belong / Up from the worlds we know / Where the clear winds blow (...)

Znacie to? Pewnie znacie. To posłuchajcie.

poniedziałek, 04 lipca 2011

Wszyscy moi rozliczni pracodawcy (plus Urząd Skarbowy) są mi winni łącznie ponad 16 tysięcy złotych polskich.

Stan konta na dziś - 3200 na minusie.

I w ogóle do d...