Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 30 lipca 2008

No bo jak się chwilę nie pisało, to potem chce się napisać o wszystkim, co - rzecz prosta - dla przeciętnego czytelnika jest nie do strawienia.

Na szczęście wiem, że wszyscy czytelnicy są absolutnie nieprzeciętni ;-) Ale spróbuję się streszczać.

*

Raz, że Puchatki wyjeżdżały. Do rodziny M., na Drugi Koniec Polski. Bardzo było miło - jak zwykle tamże. Potwory Starsze bawiły się z Ulubioną Kuzynką, wszystkie ciocie dopieszczały M., którą widują dwa razy w roku, Pradziadek zachwycał się Nowym Prawnukiem - no, sielanka po prostu. Zgrzyt był jeden, ale o nim napiszę oddzielnie, bo mam pewną zakawyczkę...

Ponieważ Drugi Koniec Polski (niech będzie, uchylę rąbka...) leży na Dolnym Śląsku, pewnego dnia Puchatki wybrały się na jeden dzień w Karkonosze. Szklarska Poręba i okolice. Pyszczak zaliczył pierwszą w dwumiesięcznym życiu wycieczkę Prawie Górską - dotelepał się w nosidełku do wodospadu Kamieńczyka. I wyglądał na bardzo zadowolonego.

*

Dwa, że sprawa mieszkania teścia została ostatecznie zamknięta. Nasza pani mecenas poinformowała nas, że termin odwołania minął, miasto odwołania nie wniosło, wyrok jest prawomocny. Teraz już tylko zostały jakieś formalności (trzeba reaktywować umowę najmu etc.), ale to już tylko kwestia czasu i papierków, bo wyrok jest jednoznaczny i miasto odmówić nie może. Cholera jasna (pardon), to trwało ponad rok. Ulga.

*

Trzy, że tydzień przerwy w pracy na nowo uświadomił mi, że lubię to, co robię :-) Lubię tłumaczenie, lubię redakcję tekstów. Lubię bawić się językiem, lubię ten szum kółeczek zębatych w mózgu towarzyszący zastanawianiu się "...a jak to oddać po polsku, żeby było zrozumiałe, dobrze brzmiało, a w dodatku było równie zabawne, zakręcone i dwuznaczne jak w oryginale".

Jasne, czasami jestem zmęczony. Czasami się wściekam. Czasami się boję, bo taka praca - choć to nie kamieniołomy - powoduje konkretne problemy ze zdrowiem (kręgosłup... i nie tylko...). Czasami zastanawiam się, skąd wziąć pieniądze na "inwestycje" (poza nowym komputerem, o czym pisałem wyżej, muszę jeszcze w tym roku kupić nowy fotel do pracy - właśnie ze względu na kręgosłup).

Ale to wszystko problemy - powiedzmy - natury technicznej. Generalnie - robię to, co lubię i lubię to, co robię. :-)

*

Cztery, że jest zadanie na najbliższe miesiące: muszę wreszcie zrzucić parę kilo. Siedząca praca w połączeniu (nie oszukujmy się...) z łakomstwem to nie jest zdrowy układ. Docelowo - dziesięć do dwunastu kilogramów wypadałoby zostawić gdzieś na trasach rowerowych czy w lesie. I - uwierzcie mi - nie chodzi mi o względy estetyczne ;-)

Chodzi niestety o zdrowie. I ten kręgosłup, i kilka innych rzeczy - wszystko mniej lub bardziej łączy się z faktem, że Puchatka jest trochę za dużo.

*

Jeszcze do niedzieli jesteśmy w domu. Potem jedziemy na tydzień ze znajomymi nad Narew, na ich działkę. Pełen luz. :-)

 

poniedziałek, 14 lipca 2008

Dziś Puchatek - humanista będzie mówił o komputerach :-)

UWAGA: niniejsza Mruczanka NIE jest sponsorowana przez Znaną Firmę Sadowniczą...

Pamiętacie takie nalepki na samochodowych zderzakach - modne w latach osiemdziesiątych - z napisami w stylu "Następnym razem kupię sobie mercedesa"?

No więc Puchatek od jakiegoś czasu ma w głowie wirtualny odpowiednik takiej nalepki. Napis głosi:

"Następnym razem kupię sobie Maca".

Mowa o komputerze, oczywiście. Decyzję już podjąłem. Po ...nastu latach jestem już zmęczony pecetem. Jestem zmęczony uzależnieniem od Windows, które (w wersji XP) w zasadzie całkiem sprawnie funkcjonują, ale... " 'Prawie' robi wielką różnicę", jak wiadomo.

Jestem zmęczony tym, że choć całe oprogramowanie mam do obrzydliwości legalne, stale aktualizowane, chronione porządnym antywirusem i firewallem, a dysk defragmentowany, czyszczony i w ogóle pieszczony ponad miarę (o narzędzie pracy trzeba dbać...), i tak od czasu do czasu pojawiają się problemy typowe dla Windowsów: a to coś padnie bez zdania racji, a to coś się powiesi, a to w połowie pisania cały Word wyleci w kosmos i trzeba odzyskiwać ostatnie ...naście minut pracy. I - oczywiście - zawsze daje się odzyskać, ale zawsze to dziesięć minut do tyłu....

Od kiedy mam ten komputer (cztery lata), musiałem już trzykrotnie reinstalować system, a wiem że to i tak nie najgorzej.

Różni znajomi informatycy proponowali mi jakieś wypasione wersje linuxa - że genialne, fantastyczne i niezawodne na 1150 proc. No i co z tego - skoro ja jestem humanista? Komputer jest moim narzędziem pracy, nie mogę sobie pozwolić na sytuację, w której z każdym głupim problemem będę musiał biec do znajomych informatyków, którzy umieją pracować na poziomie konsoli tekstowej. Nie mam także czasu ani ochoty (wiem, informatyków to bawi... :-) żeby siedzieć trzy dni i "dłubać" zmuszając jakiś programik żeby zechciał chodzić tak, jak JA chcę.

Pracowałem trochę na Apple'u i przekonuje mnie elegancja i logika tego systemu. Już jakiś czas temu myślałem o takiej przesiadce - ale nie było mnie na nią stać (niestety, Mac jest sporo droższy niż pecet...). Ale dosyć. W październiku przyjeżdżają K. z Ottawy. Kupią mi tam wybranego MacBooka, ja im tu oddam pieniądze - i zapłacę o niemal połowę mniej, niż w Polsce, czyli tyle, ile zapłaciłbym za dobrej klasy peceta (a i tak najdalej za półtora roku musiałbym już zmienić maszynę).

Ot, co.

piątek, 04 lipca 2008

Dawno, dawno temu - dokładnie w roku Pańskim 1987 - jako siedemnastolatek byłem na miesięcznym obozie językowym. Końcówka PRL, już w zasadzie "odwilżowo" było...

Obóz prowadzili Amerykanie - jakaś grupa nauczycieli ze stanu Wisconsin zaangażowana w tego typu projekty. Co najważniejsze - przyjechali ze swoimi dziećmi, czyli amerykańskimi nastolatkami, dzieciakami w naszym wieku. Fantastyczne zderzenie kulturowe, naprawdę ciekawe (dla obu stron) doświadczenie.

Poza Amerykanami było tam kilkoro polskich "wychowawców" (czytaj: pilnowaczy), ale za bardzo się nie mieszali. Muszę powiedzieć, że Jankesi też się sporo nauczyli - przeszli Krótki Kurs Historii Bloku Komunistycznego z bardzo konkretnej (i zdecydowanie nieprawomyślnej w PRL) perspektywy :-)

Piszę to ze względu na datę - bo przypomina mi się taki szczegół, który naprawdę pokazał mi różnicę w podejściu do świata - także do tak ważnych spraw jak patriotyzm i stosunek do włąsnej ojczyzny - między demoludami a wolnym światem...

Ponieważ obóz odbywał się w lipcu, tak się złożyło, że w czasie jego trwania przeżywaliśmy święta narodowe obu krajów: amerykańskie (czwartego lipca właśnie) i polskie (wówczas - dwudziestego drugiego lipca).

Na początku obozu Amerykanie sporządzili duży, ścienny "kalendarz" na całe 30 dni, z dużym "kratkami" - i zachęcali, aby wpisywać swpoje urodziny i inne ważne daty. Znalazły się tam także wpisy dotyczące obu świąt narodowych.

W kratce "July 22nd" polscy "wychowawcy" wpisali (cytuję): "Dwudziesty drugi lipca: Narodowe Święto Odrodzenia Polski, święto narodowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej."

W kratce "July 4 th" Jankesi wpisali dużymi, kolorowymi literami: "HAPPY BIRTHDAY AMERICA!"

:-)

***

A swoją drogą - jeszcze jeden obrazek. Kiedy Puchatek miał się urodzić, lekarze powiedzieli Puchatkowej Mamie, że przewidywana data porodu to 22. lipca. Na co Puchatkowa Mama powiedziała zdecydowanie i z przekonaniem:

- O, nie! Moje dziecko mi takiego świństwa nie zrobi! :-)

No i nie zrobiło. Poczekało do 25. lipca :-)

 

wtorek, 01 lipca 2008

Wpadł do Puchatkowa Dziadek P., czyli puchatkowy Osobisty Tata. Osobisty Tata ma to do siebie, że jest humanistą, polonistą i w ogóle człowiekiem Słowa, ale zawsze doskonale liczył i potrafił w myśli wykonywać takie operacje matematyczne, do których Puchatek potrzebował kalkulatora. Co najmniej.

No i zderzenie dwóch Mózgów nastąpiło. Czyli Mózgu dziadka P. z Mózgiem Pietruszki, który wprawdzie w tym roku idzie do zerówki, ale jego ulubioną zabawką jest... kalkulator.

- Dziadku, a wiesz ile sekund ma rok? - zapytał Pietruszka.

- No, tak na pamięć to nie wiem... Trzeba by policzyć - odparł dziadek, który pytanie Pietruszki wziął za dobrą monetę i sądził, że dziecko chce się od niego czegoś dowiedzieć (hłe, hłe, hłe).

- A ja wiem - odparł Pietruszka. - Trzydzieści jeden milionów pięćset trzydzieści sześć tysięcy - wyrecytował dumnie.

- Ano, bardzo być może, że mniej więcej tyle - odparł dyplomatycznie dziadek, który jeszcze nie załapał i myślał, że dziecko "strzela".

- Jakie "mniej więcej"? - oburzył się Pietruszka. - DOKŁADNIE tyle.

Dziadek szybko dokonał w myślach stosownych obliczeń i ze zdumieniem stwierdził, że jego sześcioletni wnuk ma absolutną rację. Chcąc jednak ratować honor, zapytał na wszelki wypadek:

- Ale ciekawe, czy tyle sekund ma rok zwykły, czy przestępny...

Błąd. Wnuk spojrzał na dziadka z politowaniem i wygłosił (tak, nie powiedział, ale właśnie wygłosił):

- Zwykły, RZECZ PROSTA. Bo przestępny ma trzydzieści jeden milionów sześćset dwadzieścia dwa tysiące czterysta sekund.

No jasne, przecież każdy to wie. Łatwizna.

 

Ano, nie da się ukryć, odbyło się u Puchatków spotkanie po latach. Niewielu, co prawda, ale zawsze.

Czerwiec w Puchatkowie zawsze był intensywny jeśli chodzi o okazje do imprezowania. W czerwcu mianowicie jest Puchatków rocznica ślubu, imieniny Puchatka, imieniny Pietruszki... A teraz dojdą jeszcze urodziny Pyszczaka. Dawniej zawsze w drugiej połowie czerwca Puchatki organizowały imprezę ogródkową dla wszystkich Znajomych Królika (Krewni Królika spotykali się zwykle winnym terminie).

 No i udało się w tym roku takież spotkanko urządzić. Przy tradycyjnym, staropolskim grillu ;-).

Dużo by można pisać. O znajomych, którzy się wcale nie postarzeli, tylko im dzieci przybyło (na spotkaniu łącznie z Puchatkami były cztery małżeństwa, których całkowity stan posiadania wynosił dziewięcioro dzieci. Nieźle.). O kolejnym w kręgu przyjaciół mózgowcu, który może sobie przed nazwiskiem pisać dr hab. (normalnie w kompleksy się można wpędzić: albo doktory, albo w trakcie doktoratu, albo już habilitowane :-)

Ale tak naprawdę ważne jest to, że można spotkać się z ludźmi, z którymi zna się lat ...naście i nadal tak samo dobrze się bawić.

***

Trzeciego lipca Pyszczak ma pierwszą wizytę u Pani Doktor. Siedemnastego - pierwszą szczepionkę. A jakieś dwa - trzy dni potem będzie już można się trochę ruszyć. Oczywiście, z niemowlakiem żadnych wielkich wypraw nie planujemy - ale pojedziemy do rodziny M. na Drugi Koniec Polski, a potem pobyczyć się na działce u Jednych Znajomych, nad Narwią.

Może być miło. :-)