Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
wtorek, 30 czerwca 2009

Naszło Puchatka któregoś wieczoru na opowiadanie Potworom starych kawałów. O Mrówce, co mówiła słoniowi żeby się za nią schował... O żabie, co miała powiedzieć "konfitury", a powiedziała "MARMELADA"... O zajączku, co to... I tak dalej. Ot, głupstewka, akurat na poziomie Potworów. No i w pewnym momencie, zachęcony skręcaniem-się-ze-śmiechu, rzucił Puchatek "dowcip" z gatunku bardziej abstrakcyjnych (czyli, mówiąc wprost, głupi jak pasztet): Siedzą dwa gołębie na drzewie, i jeden grucha, a drugi jabco". Ha, ha, ha, ha, ha.

Dwa dni później Puchatek siedzi przy robocie, M. czyta gazetę, a Potwory - całe w chichach - przypominają sobie wybitne tatusiowe dowcipy.

- A pamiętasz ten o dwóch gołębiach - rży Pietruszka i (oczywiście) powtarza tekst po raz nasty.

Piłeczka najpierw się śmieje, a potem myśli, myśli aż jej zaczyna z czupryny parować. – A właściwie co to znaczy "jabco"? - pyta brata.

- Nie wiem - odpowiada Pietruszka nie przestając się śmiać. - Ale to chyba coś po GÓRALSKU.

Niewątpliwie.

 

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Śmierć Michaela Jacksona - jak odejście każego bardzo popularnego artysty - wywołała falę (co tam falę - tsunami...) komentarzy. Zostawmy na boku wszystkie analizy jego życia osobistego, narkotyków, procesów i operacji plastycznych - nie schodźmy na poziom rozhisteryzowanych nastolatek z kultury "Bravo", dla których sam fakt że ktoś dobrze śpiewa jest wystarczającym powodem do emocjonowania się (albo oburzania, co na jedno wychodzi) tym, z kim sypia i w co się ubiera.

Warto natomiast zatrzymać się nad komentarzami "fachowymi", podsumowującymi jego dokonania muzyczne i karierę w show-businessie. A tu większość komentujących mówi mniej więcej jednym głosem: "Umarł król". Czyli - można było Jacksona lubić lub nie, ale odszedł wielki artysta, człowiek który zrewolucjonizował szeroko rozumianą muzykę popularną, który stworzył zupełnie nową jakość, który odcisnął niezatarte piętno... etc. etc.

A ja tego słucham (a raczej głównie czytam) i myślę sobie... Oh, really?

Mały wtręt dla fanów Jacksona - nie zasypujcie mnie, proszę, wściekłymi komentarzami. Absolutnie nie neguję tego, że Jacko Wielkim Artystą Był. Mam tylko wątpliwość, czy na pewno jego wielkość dotyczyła akurat tej dziedziny, o której mówią liczni komentatorzy.

Co zrewolucjonizował Jackson? Do czego wniósł tę "nową jakość"? Czy rzeczywiście do muzyki? Moim zdaniem - nie.

Jackson niewątpliwie wniósł "nową jakość" do czegoś, co można by nazwać "poziomem show". Jego image (z czasem zresztą coraz mniej artystyczny, a coraz bardziej narcystyczny), jego taniec (fakt, moonwalk przejdzie do historii estardy), oprawa jego muzyki - to było naprawdę nowe i niezwykłe. Show, przedstawienie, teledysk, pokaz. Jackson rozumiał że to wszystko jest częścią świata muzyki pop - i potrafił to wykorzystać jak chyba nikt przed nim. Tyle, że samo hasło "muzyka pop" składa się z dwóch członów, jak widać. Jackson niewątpliwie zrewolucjonizował poziom "pop". Ale czy rzeczywiście wniósł coś nowego do "muzyki"?

Co konkretnie?

Oczywiście - był profesjonalistą, miał wyczucie, miał głos, potrafił robić to co robił. Nie oszukujmy się - na niezwykle wymagającej amerykańskiej scenie muzycznej bez tego wszystkiego raczej by nie zaistniał. Ale czy to co śpiewał (ŚPIEWAŁ, podkreślam) było w jakikolwiek sposób nowatorskie, autorskie, własne?

Moim zdaniem nie. Co zresztą trudno uznać za zarzut zważywszy, że cały pop z definicji jest stosunkowo wtórny, jest nieustanną reinterpretacją.

Jackson był świetnym showmanem, człowiekiem estrady, królem sceny, wizjonerem epoki MTV. Jeśli ktoś lubi klimat show, jeśli ktoś dobrze się czuje w świecie MTV (ja akurat nie...), na pewno to doceniał. Ale na poziomie muzycznym - na poziomie wyłączonego telewizora, że się tak wyrażę - Jackson był po prostu niezłym piosenkarzem, o niezłym głosie i niezłych pomysłach muzycznych. I nic więcej.

OK, jasne, to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale dla mnie to niezwykle ważne rozróżnienie - bo to właśnie to, co "nowatorskie, autorskie, własne" zawsze było dla mnie tym, co przyciagało mnie i fascynowało w śpiewaniu różnych artystów.

Dlatego mogę w nieskończoność słuchać Dylana, z jego beczącym głosem - a na dłuższą metę nie fascynuje mnie Presley, który przepięknym, aksamitnym barytonem doskonale śpiewał Cudze Piosenki. Dlatego z marszu kupię każdą nową płytę Joe Cockera czy Leonarda Cohena, a na przykład Celine Dion czy Whitney Houston są dla mnie niedomiennie "plastikowe". I tak dalej.

Tak, zdaję sobie sprawę, że mieszam gatunki, nurty, klimaty (mój Boże, gdzie Cocker, gdzie Cohen i gdzie w tym wszystkim Dion...). Ale jeśli ktoś potrafi włożyć w to, co śpiewa, odrobinę siebie, jeśli tekst który śpiewa nie jest dla niego tylko "wypełniaczem rytmu" - to może śpiewać pieśni Schuberta, folk, bluesa, jazz, rocka, pop, poezję śpiewaną albo arie operowe - zawsze będę go słuchał z zapartym tchem.

Bo wtedy można wziąć nawet najbardziej znany utwór na świecie - i zaśpiewać go tak, że będzie własny, jedyny i niepowtarzalny.

I jeszcze na koniec: tego sie nie da nauczyć. To się ma - albo nie. Cocker to ma, Dylan to ma, Aretha Franklin to ma, Katie Melua to ma, ja wiem - Barbra Streisand, Loreena MacKennitt, Shane MacGowan, Sting, Bono, Johnny Cash...

Jackson tego nie miał. Był genialnym showmanem - i nic więcej.

piątek, 26 czerwca 2009

Piłeczka. Rower. Piłeczka na rowerze. To zawsze był niebezpieczny zestaw. Jak miała trzy i pół roku, szyliśmy głowę. Ilości upadków, katastrof i wywrotek nie ogarniam. Nauczyła się jeździć na dwóch kółkach, skubana, równo ze swoim o dwa lata starszym bratem - i od prawie trzech lat szaleje.

No i dziś: przed samym domem. Jakoś źle skręciła, za szybko jechała... Rowerek w jedną, ona w drugą. Walnęła lewą nogą w krawężnik. Podchodzę, patrzę - rana jak pod Grunwaldem. Pod kolanem rozcięcie, jakby nie spotkała się z krawężnikiem, tylko z krzyżackim mieczem. Cięcie proste, równe, nadpodziewanie gładkie. Długość - na oko dziesięć centymetrów. Głębokosć - co najmniej 2,5. Nie, nie przesadzam. Nie mam zwyczaju wpadać w panikę w takich sytuacjach, więc oceniam na chłodno.

A samochód akurat trafił na dwa dni do warsztatu... Telefon. Niezawodny Wujek D. Szpital w G. Izba przyjęć. Dziecko przerażone, ale trzyma się dzielnie. - Tatusiu, ale powiedz im, że muszą mi przed tym szyciem dać znieczulenie! - powtarza jak nakręcona.

Gabinet zabiegowy, sympatyczny młody chirurg zagaduje Piłeczkę przygotowując sobie materiały do dziergania. Znieczula i szyje.

Czternaście szwów. CZTERNAŚCIE. Siedem wewnątrz ("Za głęboko, żeby szyć samą skórę..."), siedem po wierzchu.

- W poniedziałek proszę przyjść na zdjęcie, bo już się trochę zagoi, więc wyjmiemy i złapiemy plasterkami - tłumaczy pan doktor. - Wie pan, szwy zostawiają blizny, a przecież kiedyś dziewczyna będzie chciała chodzić w mini...

Cóż za perspektywiczne podejście :-)

(A swoją drogą - mimo przerażenia całe szycie bez jednego miauknięcia. Zuch dziewczyna.)

piątek, 19 czerwca 2009

Dokładnie. Dziesięć lat, w tym trzy przestępne. Słownie trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt trzy dni. Dziś jest trzy tysiące sześćset pięćdziesiąty czwarty. I zanosi się na to, że też będzie w porządku :-)

Mieliśmy dziś wyrwać się na wieś, w głuszę, w towarzystwie wyłącznie rodzinnym. Niestety, chyba nic z tego nie wyjdzie, bo Pietruszka wczoraj - po powrocie z zakończenia roku w zerówce - dostał gorączki. Wysokiej. Dziś jest nieco lepiej, ale musi go Pani Doktor zobaczyć...

No cóż, najwyżej będziey świętowali w domu. Dziesięć lat, kto by pomyślał. :-)

sobota, 13 czerwca 2009

Znajomi Puchatków przez długie lata jeździli starym nissanem micrą. To znaczy - z początku nie był stary, ale po dziesięciu czy dwunastu latach (szczegółów nie pomnę) każdy samochód jest stary. No i mały był: na zakupy wygodny, ale pojechać micrą na wakację w cztery osoby (dwójka dzieci) - to już było wyzwanie.

Trzy miesiące temu znajomym zdarzyła się wyjątkowa okazja: ktoś z rodziny tanio sprzedawał stosunkowo mało używane wielkie volvo combi. Duże, wygodne, z ogromnym bagażnikiem. Czteroletnie, czyli "jak nowe". Mieli oszczędności, to kupili.

Micry nie sprzedali - przydawała się, jak były potrzebne dwa auta. I tylko żartowali, że teraz rzucają monetą, kto ma dziś jechać orłem, a kto reszt(k)ą.

Kilka dni temu znajoma jechała z Warszawy do G. po załatwianiu jakichś spraw. Na tylnym siedzeniu, w foteliku, siedział jej pięcioletni synek (starsza córka była w szkole).

Nie wiadomo, co się dokładnie stało - czy ktoś jej wyskoczył na drogę, czy czegoś się przestraszyła - nie pamięta. Dość, że z szybkością około 60 kilometrów na godzinę walnęła centralnie w słup czy inną latarnię.

Piękne volvo - do kasacji. Nie było czego naprawiać. Natomiast znajoma i jej synek wyszli z tego w zasadzie bez szwanku. Jakieś drobne potłuczenia, jakieś siniaki i otarcia od pasów bezpieczeństwa, kilka drobnych skaleczeń. Nawet ich w szpitalu nie zatrzymali.

Następnego dnia znajoma - już z grubsza spokojna - składała zeznania na policji. No i - między innymi - mówiła policjantowi z drogówki, że jest wściekła, że zdecydowała się jechać volvem. – Psia krew, mogłam wziąć stary samochód, przynajmniej nie byłoby szkoda! - narzekała.

- Jaki pani ma ten drugi samochód? Dziesięcioletnią micrę? - Policjant popatrzył na nią spod uniesionych brwi. - Nie wiem, czy pani sobie z tego zdaje sprawę, ale gdyby pani wczoraj jechała micrą, to prawdopodobnie oboje byście już nie żyli. A pani to na sto procent.

Strefy zgniotu, poduszki powietrzne, silnik automatycznie wbijający się pod samochód, a nie w nogi kierowcy - i parę innych bajerów. No cóż, nowoczesna technika to jednak nie jest taka głupia sprawa...

(UWAGA: wpis nie był sponsorowany  przez Ford Motor Company, producenta marki Volvo) ;-)

piątek, 12 czerwca 2009

Ku końcowi roku szkolnego, oczywiście.

Jesteśmy zmęczeni. Oboje. Ja przez ostatnie miesiące - z powodów opisywanych wyżej - narobiłem sobie zaległości, które teraz intensywnie nadrabiam. M. ma za sobą fajny, satysfakcjonujący, niemniej męczący rok Przedszkola.

Jeszcze tydzień. Ba, niecały tydzień. W czwartek podwójne zakończenie roku - u M. w przedszkolu (a, jeszcze trzeba dyplomy podrukować...) i w pietruszkowej zerówce.

A w piątek Puchatki mają rocznicę ślubu. Dziesiątą! No, niemożliwe - ktos z Puchatkiem wytrzymał pod jednym dachem całe dziesięć lat i wcale nie mówi, że ma dosyć! Już samo to można uznać za cud...

***

Wakacje szkolno-przedszkolne nie oznaczają niestety wakacji puchatkowych. Puchatki wyjeżdżają w połowie lipca - ale do tego czasu Puchatek musi jeszcze skończyć to, co robi teraz i zdążyć zrobić następne. No, ale już nie będzie przedszkola, zerówki, nerwówki, budzika dzwoniącego (za) wcześnie rano.

Plany wakacyjne? Najpierw w Tatry. Puchatek w Tatrach nie był za długo! Jasne, z małymi Potworami wiele sie nie pochodzi, ale zawsze coś :-)

Potem, w sierpniu, nad morze (polskie... Poniekąd dzięki pomocy Sia.si, oby żyła wiecznie).

Ja chcę już wyjechaaaaaać!!!!

No.

piątek, 05 czerwca 2009

No i znowu to samo, Kocia Twarz. Jakby zsumować wszystko, co aktualnie są mi winni dwaj pracodawcy, to wyszłoby jakieś dwanascie tysięcy złotych. Polskich, nowych. Z tych dwunastu tysięcy pawie dziewięć miało być w ubiegły piątek. Ale nie było. I dzis znowu nie ma - czyli będą za tydzień. Miejmy nadzieję.

I jeszcze %&#@&%@!!! ZUS, który już o ponad tydzień spóźnia się ze zwrotem reszty należności za pogrzeb mojej Mamy. Tysiąc dwieście powinni przelać tydzień temu. Nie przelali.

Podsumowując - różne instytucje wiszą mi ponad trzynaście tysięcy.

Stan konta Puchatków: 800 złotych na minusie.

Cholery można dostać. :-(

czwartek, 04 czerwca 2009

Dwadzieścia lat!

Tak, nie tylko od mojej matury... Rozmawialismy z Kolegami z Klasy (zjawiło się w sumie sześć osób, całkiem nieźle jak na pierwszy raz i termin ustalony właściwie z dnia na dzień...) ponad trzy godziny. Ustaliliśmy termin "oficjalnego"spotkania na październik.

Ale przecież te dwadzieścia lat temu nie tylko - i nie przede wszystkim - nasza matura była na tapecie...

Ja jestem z "dobrego rocznika" 1970. A to oznacza, że w 1988 skończyłem 18 lat. A to oznacza, że w 1989 już MOGŁEM GŁOSOWAĆ. I głosowałem :-)

I wiecie co? Kurczę, to były niesamowite dni. To poczucie wolności, poczucie święta, świadomość że coś się bezpowrotnie kończy - a zaczyna coś zupełnie nowego. W sierpniu 1980 małem dziesięć lat, niewiele rozumiałem, niewiele pamiętam - więc w moim życiu to były PIERWSZE takie chwile.

Pamiętam tłumy pod "Niespodzianką" na Placu Konstytucji, kiedy czekaliśmy na wyniki wyborów z Żoliborza - i euforię, kiedy okazało się że jednak wygrał Kuroń.

Pamiętam dreszcz emocji kiedy szło sie po ulicy z egzemplarzem "Wyborczej" i przechodzący obok milicjanci patrzyli na nią złym wzrokiem.

Pamietam fiestę, która w zasadzie zaczęła się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, a potem narastała.

Pamiętam - NAPRAWDĘ pamietam! - Joannę Szczepkowską ogłaszającą koniec komunizmu.

Pamiętam hasło "wasz prezydent - nasz premier" i Mazowieckiego przemawiającego w sejmie.

Na moich oczach działa się historia - a ja mogłem w niej uczestniczyć. Niesamowite uczucie. I nie odbierze mi go ani Pan Prezydent wykorzystujący tę rocznicę wyłącznie do promowania partii swojego brata, ani tenże brat, nieustannie powtarzający jak bardzo jest źle, że to nie on rządzi, ani cały tłum krzykaczy i zadymiarzy, którzy dopiero po 1989 roku zrobili się "strrrasznie odważni".

Niech krzyczą. Ja dziś świętuję! :-)