Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 29 czerwca 2006


Plebiscyt ogłoszono na Piosenkę Półwiecza "Piwnicy Pod Baranami". Czytam proponowane tytuły i... jestem w kropce.

Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś - ot tak, na ulicy - zapytał mnie co z repertuaru "Piwnicy" powinno być uznane za "piosenkę półwiecza", odpowiedziałbym bez wahania, że "Grande Valse Brillante". Nieprawdopodobny tekst Tuwima (znacie inny przykład tekstu poetyckiego napisanego tak, że czytany na głos - bez muzyki, z normalnymi polskimi akcentami - ma rytm walca?). Do tego wciskająca w fotel muzyka Koniecznego... No i oczywiście Ewa Demarczyk, bo wszystkie następne wykonania (z całym szacunkiem dla Budki Suflera na przykład) to już było zupełnie nie to...

Ale kiedy przeczytałem plebiscytowe propozycje (można je sobie przejrzeć TUTAJ) doszedłem do wniosku, że jeszcze przynajmniej dwie piosenki mogłyby o ten zaszczytny tytuł powalczyć.

Po pierwsze (tak, znowu Ewa Demarczyk...) "Na moście w Avignon". Niezwykłe, delikatne, piękne. "W drzewach, w zielonych okien ramie, przez widma miast - srebrzysty gotyk - wirują ptaki płowozłote jak lutnie, co uciekły z rąk..."

Kiedy w 1993 r. po raz pierwszy przyjechałem do Paryża, kiedy stanąłem na środku katedry Notre Dame, kiedy spojrzałem na "...gotyk płynący z kolumn lasu..." i zachwyciłem się tak, że przez chyba dwie godziny nie mogłem się zdecydować, aby wyjść na zewnątrz...

...wtedy właśnie te słowa Baczyńskiego brzmiały mi w uszach.

Po drugie - "Naprawdę nie dzieje się nic". to jedna z najbradziej poruszających piosenek "Piwnicy". Może także dlatego, że jakoś trafia w mój nastrój... Właśnie teraz...

No i nie wiem. Ciekawe jestem, któa z piosenek wygra plebiscyt. Jak myślicie?

środa, 21 czerwca 2006


A MOŻE NAD MORZE - CZY KTOŚ NAM POMOŻE?

Coś nam nie idzie w tym roku szukanie miejsca na wakacje. No i tak sobie Puchatek pomyślał, że może ktoś z Was ma jakieś ciekawe namiary?

Chodzi nam o pierwszą połowę sierpnia, jak się łatywo domyśleć: dwie osoby dorosłe i dwójka maluchów. Nasze "wymagania":

- chodzi o miejsce nad morzem;
- najlepsze byłyby jakieś domki campingowe, ale (koniecznie) z bieżącą wodą i możliwościa gotowania;
- oczywiście w ROZSĄDNEJ cenie...
- we w miarę sensownej odległości od morza (nie jesteśmy zmotoryzowani);
- z tego samego powodu - w miejscu, gdzie można dojechać pociągami / autobusami.

Nie musi być telewizora, a nawet lepiej, żeby go nie było :-)
Nie musi być także żadnych dodatkowych "wygód".

Ma ktoś jakieś pomysły?

W razie czego - proszę o kontakt na puuchatek/małpa/gazeta.pl

poniedziałek, 19 czerwca 2006


M. szuka kluczy. Szuka ich intensywnie i nerwowo, bo to jedyny komplet, przy którym wisi także kluczyk do zapięcia od roweru, a M. się spieszy, a nie może pojechać na rowerze bez tego klucza, bo jak roweru nie przypnie, to wiadomo, a jak przypnie nie mając klucza - to nie odepnie.

Szuka zatem M., pomaga jej Puchatek, atmosfera jest nieco nerwowa, czas ucieka. Gdzie te klucze???

Piłeczka przygląda się zamieszaniu z coraz bardziej zamyśloną miną. Widać, jak się kółeczka zębate kręcą intensywnie w małej główce. W końcu staje na środku pokoju, bierze się pod boki i wygłasza z miną marsową, tonem z lekka dydaktycznym:

- Mamo! Cieba pilnować swoich zieci! Nie moźna gubić ich!

***

Gdzieś zginęła niewielka ikona (reprodukcja), która jeszcze niedawno stała na kredensie. Spadła? Dzeci wzięły? Nie wiadomo. Po dwóch dniach M. znajduje rzeczoną ikonę głęboko zakopaną w szafce z zabawkami Potworów. Zdziwona, mówi do Piłeczki, używając (lekko ryzykownego) skrótu myślowego:

- Piłeczko, co Pan Jezus robi w waszej szafce?

Piłeczka, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie, że można nie rozumieć tak prostych rzeczy:

-Spsiąta, ocywiście!

Kurtyna.


Było o ślubie Kłapuchego...

Ale w tym samym miejscu, w tym samym kościele odbył się też inny ślub. DOKŁADNIE siedem lat temu. Czas leci, Potwory rosną... Siedem lat.

Kto by pomyślał, że ktoś z Puchatkiem tyle czasu wytrzyma!

Niesamowite.

:-)

niedziela, 18 czerwca 2006


Ślub się był odbył wczoraj, o czem Puchatek spieszy donieść. Ślub był o tyle istotny, że za mąż wychodziła chrzestna mama Piłeczki, czyli Ukochana Ciocia Kłapouchy.

Aaaaach, co to był za śluuuub! :-)

A przy tym, jak to zwykle na ślubach, nadarzyła się okazja do spotkania wielu Dawno Nie Widzianych Krewnych-I-Znajomych-Królika. Znakomita większość także pozakładała już rodziny, dzieci mają (w ilościach różnych). Niektórzy bardzo się zmienili - jak Tygrys, która wyszła za mąż za Przystojnego Kubańczyka (!) i wygląda bardzo... Hmmmm... Dostojnie :-)

Inni nie zmienili się wcale, jak Taka Jedna Ania, która dorwała Puchatka w czasie składania życzeń i stanowczo zażądała, żeby częściej coś tutaj pisał (co niniejszym czyni).

A sami nowożeńcy? Panna młoda wyglądała wspaniale (rzecz prosta!), pan młody był wyraźnie speszony, ale uśmiechnięty. A Puchatek poczuł się jak dawno temu, kiedy był Piękny I Młody (dziś zostało już tylko "I", a i tego niedużo), bo musiał na rzeczony ślub przygotować scholę i poprowadzić całą mszę od strony muzycznej.

Co zresztą okazało się być zadaniem łatwiejszym, niż zwykle, bo trzon scholi stanowił zespół z Puchataka Byłej Parafii, znakomicie przygotowany przez Taką Jedną Zosię. Było równo, czysto i wielogłosowo nawet. Chwilami. :-)

A teraz - koniec imprezowania, ślub ślubem, ale za robotę trzeba się brać, bo robota jest dokładnie tam, gdzie Puchatek bardzo by się chciał znaleźć. Czyli w lesie.

piątek, 02 czerwca 2006


Osobisty teść Puchatka, ten co to siedzi za Wielką Wodą, szykuje się powoli do powrotu na ojczyzny łono. Wielki Powrót ma nastąpić na jesieni, a tymczasem - żeby nie targać za dużo i nie dopłacać za bagaż w samolocie - Osobisty Teść przysyła od czasu do czasu w paczkach różne rzeczy.

RÓŻNE rzeczy. Dziś przyszła paczka ważąca - lekko licząc - ze dwadzieścia kilo. Było w nij mnóstwo ciuchów - część dla M., trochę dla Potworów, a trochę własne ciuchy Osobistego Teścia w ramach "mienia przesiedleńczego" ;-)

Oprócz ciuchów w paczce była złocona rama do obrazu (?!) oraz... żaby. W sumie chyba dziesięć glinianych rzeźb (?) przedstawiających żaby, takie, co to się ustawia w ogródku. Żaby leżące, stojące, siedzące, jedna nawet z łopatą.

Każda z osobna sprawiłaby wrażenie strasznego badziewia (prawei jak ogródkowe krasnale...) - natomiast w zestawie, gdyby je ustawić razem w ogródku, będą wyglądały prześmiesznie. Żaby - ironistki, żabie przymrużenie oka, kpina z ogródkowych paskudztw ubrana w postać ogródkowych paskudztw. Bomba.

Najbardziej mnie jednak fascynuje zacięcie Osobistego Teścia, który te wszystkie żaby starannie pakował, owijał, wkładał do paczki, taszczył do biura wysyłkowego i płacił (w dolarach) za to, żeby żaby dotarły na drugi koniec świata. Trzeba mieć zacięcie, słowo daję...

Albo baaaardzo się nudzić. :-)

Zdjęcie? Ależ prosię bardzo!