Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 29 czerwca 2005


W poniedziałek jechał sobie Puchatek pociągiem z Warszawy do G. Przyszedł Pan Sprawdzacz Biletowy. Puchatek sięgnął do kieszeni po bilet...

...a biletu nie było.

A przecież rano, jadąc do Warszawy, Puchatek kupił bilet "powrotny". Kupił na pewno, bo Pan Sprawdzacz takoż chodził i sprawdził.

Bilet zawsze wkłada Puchatek do tej samej kieszeni. Na wszelki wypadek sprawdził Puchatek pozostałe. Potem plecak. Potem jeszcze raz kieszenie, tylko w innej kolejności. Nic. To znaczy nie "nic", bo mnóstwo rzeczy w tych kieszeniach było - dokumenty, klucze, pieniądze, jakieś papiery... Ale biletu - ani śladu.

- Chyba musi mi pan wypisać karę... - mruknął Puchatek zrezygnowany do Pana Sprawdzacza.

Pan Sprawdzacz okazał się kulturalnym człowiekiem. - Niech pan jeszcze spokojnie poszuka - poradził.

Okazało się jednak, że szukanie spokojne też nic nie dało. Brak, zero, nul, nichts, none.

I teraz przed Puchatkiem leży mandacik do zapłacenia. Za brak biletu. Stówa do tyłu - to samo w sobie stanowi poważny negatyw.

A do tego dochodzi jeszcze pytanie rodem z Archiwum X - GDZIE SIĘ PODZIAŁ TEN CHOLERNY BILET??????

Wyparował, kocia twarz, czy co? Kosmici go porwali? Zmienił stan skupienia? Wybrał wolność?

Czary jakie, czy co....

:(

niedziela, 26 czerwca 2005


Jeszcze jedna migawka z wczorajszej podróży. Gdzieś przy trasie katowickiej, między Piotrkowem a Warszawą, przy trasie duża, metalowa tablica, a na tablicy - tak zwyczajnie, sprayem - namazany wielki napis-ogłoszenie:

GILOTYNĘ SPRZEDAM - 060x xxx xxx...

Ogłoszeniodawca na chętnych narzekać nie powinien. W końcu idą wybory...

P.

sobota, 25 czerwca 2005


No, wrócił Puchatek do domu. Aaaa, bo nic nie mówił, że jedzie? A to przeprasza przeuprzejmie i juz nadrabia.

M. z Potworami wywiózł Puchatek do Chojnowa. Wczoraj, czyli w piątek. 450 kilometrów, czy coś koło tego. Pociągami. A dziś - z powrotem, samotnie, autostopem oczywiście (...żeby nie wyjść z wprawy ;)

No bo, niestety, Polański czeka - i do końca czerwca (czyli do czwartku...).

Tym razem podróż przebiegła bez przygód - do tego stopnia, że ostatnim stopem doejchał prosto do G.

Ciekawostka z drogi.

Jeden pan kierowca opowiadał Puchatkowi - z niekłamanym podziwem - o pewnym swoim znajomym ze szkoły. Znajomy ów - zostawiwszy w Polsce żonę i trzyletnie dziecko - wyjechał na dwuletni kontrakt, przedłużóny potem o następne dwa lata, na platformę wiertniczą u wybrzeży jakichśtam. Zarobił przez te cztery lata tyle, że teraz może do końca życia nic nie robić, żonie "w prezencie" przywiózł znakomity samochód, kupił dom, posłał dziecko do najlepszej szkoły i jeszcze sto innych rzeczy zrobił, których Puchatek już nie pamięta, ale na pewno były wspaniałe i drogie. - To jest gość, łeb ma, rodzina na całe życie ustawiona, burżuje teraz!

...A Puchatek sobie wyobraził, że wyjeżdża teraz, zostawiając M. i trzyletniego (co za zbieg okoliczności...) Pietruszkę (o Piłeczce nie wspominając) - i że wraca za cztery lata... z walizką pieniędzy... Co tam z walizką, z ciężarówką pieniędzy... Tirem po prostu...

...a Pietruszka ma lat siedem, idzie właśnie do szkoły i pewnie po cichu się zadstanawia, kto to jest ten pan z brodą...

...i tak sobie Puchatek myśli, że chyba woli ściubić rachunki, jeździć autostopem jeszcze kilka lat i nie mieć kina domowego czy czego tam jeszcze...

Jak można, do cholery, zostawić własne dziecko na CZTERY LATA???? Trzyletnie dziecko, które jak tata wyjeżdża na pięć dni (jak Puchatek dziś rano), to buzię w podkówkę układa i - choć lubi chojnowskie ciocie i dziadka - na płacz mu się zbiera???

Ludzie to maja na...ane. Przepraszam.

:(

środa, 22 czerwca 2005


Maila Puchatek dostał. Maila od bardzo sympatycznego skądinąd redaktora z pisma D. "Szanowny Panie, bla bla bla... Niestety od września zmienia się koncepcja pisma i prowadzonej przez Pana rubryki... Z przykrością informuję, że... Bla bla bla...".

Redaktor Bogu ducha winien, człek znakomity, z formy maila widać wyraźnie, że głupio mu wobec Puchatka i źle się z tym czuje.

A Puchatek jest wkurzony na "naczalstwo" pisma D.

Nie dlatego, że zaczynają współpracę, a po pół roku ją zrywają.

I nawet nie dlatego, że miesięcznie kilkaset złotych mniej na konto wpłynie (teraz akurat roboty tyle, że to mały problem).

Przede wszystkim dlatego, że Puchatek wyczuwa kit. "Zmiana koncepcji"? Wolne żarty. Jeśli tworzy się nową rubrykę, ogłasza konkurs, kreuje jakąś nową rzeczywistość - to nikt mi nie wmówi, że kilka miesięcy później jest całkowicie "nowa koncepcja", która całą rubrykę likwiduje, a efekty i wysiłek włożony w organizację konkursu i powstanie rubryki wysyła w okolicę Alfy Centauri.

Kitem czuć na kilometr. Puchatek widzi to tak:

- albo zabrakło kasy, żeby Puchatkowi płacić (cięcia, trudny rynek, recesja, wiadomo...);

- albo znalazł się kto inny, kto ma to robić (w podtekście - lepiej, bo opcji "Teraz-Będzie-To-Pisał-Bratanek-Ciotki-Dyrektora-Wydawnictwa" raczej pod uwagę Puchatek nie bierze... Może naiwnie...);

- albo (i to się Puchatkowi wydaje najbardziej prawdopodobne...) to, co Puchatek pisał, naczalstwu pisma D. nie odpowiadało, uznano to za kiepskie, stwierdzono, że nie o to chodziło i tak dalej.

I to właśnie jest wkurzające. Nie, nie to że "ktoś śmie twierdzić, że Puchatek coś robi źle". Puchatek jest normalny, naprawdę. Krytkę przyjmuje, zdaje sobie sprawę z tego, że bywają różne wizje i poglądy.

Wkurzające jest to, że tego się nie mówi wprost. "Szanowny Panie, doszliśmy do wniosku, że nie o to nam chodziło, że Pan jednak pisze nie tak, jak byśmy chcieli, że musimy znaleźć / znaleźliśmy już / kogoś, kto bardziej nam odpowiada".

No i w porządku. Może nie jest to sytuacja przyjemna, ale "shit happens", jak mawiali starożytni - a przynajmniej uczciwie.

A tak... Nie znoszę niejasnych sytuacji i niedomówień.

P.


Siedzę, pracuję. M. z Potworami na spacerze. Dzwonek do furtki. Przy furtce pan o twarzy mocno ogorzałej, ubrany biednie, wąsaty. Myślę - pewnie po złom, chodzą czasem tacy zbieracze. No i bomba, bo po remoncie sprzed miesiąca coś by się znalazło.

Nie. Pan tłumaczy mi pół po polsku, pół po niewiadomojakiemu, że jest z byłej Jugosławii, że głodny, że na chleb nie ma... "Bosnia-Herzegowina, pane, glodny, chleba ne ma..." - i już ręka na klamce od furtki, już chce wchodzić. W tym momencie zza domu wybiega Szelma. Szelma to chodząca łagodność, z każdym się chce bawić, potencjalnego złodzieja zapewne zaliże z radości na smierć... Ale pan o tym nie wie. Na szczęście. Dwadzieścia siedem kilo żywego psa pędzące z szybkością naddźwiękową w stronę furtki skutecznie zniechęca do (nieproszonego) wejścia.

Pieniędzy z zasady nie daję, dopóki nie sprawdzę, kto zacz. Mówię więc (akurat absolutnie zgodnie z prawdą...), że pieniędzy nie mam, ale skoro głodny, niech poczeka. I przynoszę z kuchni chleb (świeżutki...) i małe co nie co.

Spojrzenie pana przy furtce zmienia się z błagalnego we wściekłe. Tą samą mieszanką językową (...jakoś to nie brzmiało jak serbo-chorwackie naleciałości...) tłumaczy mi, gdzie mogę sobie ten chleb wsadzić (tłumaczenie wolne) i że on potrzebuje dwa złote - tym razem na pociąg (?).

Mówię mu - patrząc w oczy - że pieniędzy nie mam, że przecież mówił, że jest głodny, że chleb...

Patrzy na mnie już nie ze złością, ale z najwyższą pogardą. Chleb trzyma w ręce - ale chyba tylko dlatego, że na niego patrzę (prawdopodobnie wyrzuci go potem do najbliższego kosza...). Mamrocze coś jeszcze (ale nie "pod nosem", tylko w moją stronę) - słów nie rozumiem, ale brzmią obraźliwie. Idzie, dzwoni jeszcze do sąsiadów po drugiej stronie podjazdu i w głębi (nikogo nie ma, rzecz prosta). Idzie dalej, wciąż oburzony.

Kocia twarz, ja rozumiem, że jemu o forsę chodziło - ale mógłby przynajmniej popracować na PR-em. Gdyby wziął ten chleb i podziękował (...bo przecież głodny!) - to następnym razem pewnie dałbym mu kilka złotych... Ale nie - pogarda, wyższość - chleb mu dają! Co oni sobie myślą, chamy jedne! Że on tu po chleb przyszedł?

Nie znoszę naciągactwa, chamskiego, ordynarnego naciągactwa.

poniedziałek, 20 czerwca 2005


Relacja M.:

Puchatek był w Warszawie. M. była w kuchni. Pietruszka budował coś z klocków. Piłeczka poszła na górę (tak, poszła, wszelkie próby uczenia jej, że "bez mamy i taty na schodzy się NIE-WCHO-DZI!!!" okazały się bezskuteczne. Grochem o cokolwiek.)

Cisza.

Pietruszka buduje.

M. w kuchni.

Cisza.

Cisza?

Cisza?!

Wiadomo, że jak jest cisza i Piłeczki nie słychać, to albo śpi, albo...

M. popędziła na górę. W sypialni Piłeczki nie było. W łazience też. Piłeczka była w dużym pokoju na górze. Tym, co to ma być pokojem dzecinno-zabawowym.

Piłeczka dorwała kredki. Świecowe.

I teraz na całej jednej ścianie - od okna do drzwi - mamy szlaczek. Szlaczek jest baaardzo kolorowy (użyła skubana WSZYSTKICH kredek po kolei!), zaczyna się jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą (...schylać się dziecku nie chciało...) a kończy na tam, gdzie mała łapka sięgała.

Czad. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy wleźć na stołek...

...jeszcze by spadła...

:))))))

P.S. Pokój i tak miał być w sierpniu malowany. Ale wrażenie jest! :)

Puchatek Ojciec Artystki.

niedziela, 19 czerwca 2005


Sześć lat... jak ten czas leci... Goście już poszli, zmywarka chodzi płenę parą (jeszcze chyba ze trzy wsady, zanim wszystko się wymyje...). Może pora na małe podsumowanie?

Dorobek tych sześciu lat wygląda następująco (kolejność niechronologiczna):

Potwory - dwa;
Przeprowadzki - jedna (ale jaka!)
Zmiany pracy - w sumie pięć
Pies - jeden (...i starczy!)
Remonty - dwa (choć zależy, jak liczyć...)
Plany na przyszłość - ???

Nie jest źle.

***

Sześć lat?!!!

Eeee, niemożliwe... Może coś Puchatek źle liczy? Ale bez przesady. Z matematyki nigdy Puchatek orłem nie był, ale do sześciu zliczyć to jeszcze umie... 1999 - 2000 - 2001 - 2002 - 2003 - 2004 - 2005. No, sześć lat jak obszył.

Niby wszystko OK - dzieci w wieku stosownym (Pietruszka trzy lata i prawie cztery miesiące, Piłeczka - półtora roku i jeden dzień), daty się zgadzają, metryczki, dokumety... Oooo, właśnie, właśnie, jest odpis aktu ślubu, można sprawdzić... Wszystko się zgadza.

I tylko jak sobie Puchatek patrzy na M., to jakoś mu się nie zgadza.

No po prostu nie zgadza i już.

Tak NIE WYGLĄDA kobieta z sześcioletnim stażem małżeńskim i dwójką dzieci.

Ten Mickiewicz to wiedział, do kogo poematy pisać... ;))))

Puchatek Wciąż Zapatrzony :)

piątek, 17 czerwca 2005


Zachciało się Puchatkom sportów ekstremalnych... Niby wiadomo, że Potwory małe, że szaleństwa wykluczone - odpowiedzialność rodzicielska i tak dalej. Ale świadomość świadomością, a podświadomość też nie od macochy i swoje forsuje ;)

Wymyśliły Puchatki wyprawę na rowerach. Rowery są dwa, dwa foteliki dla dwóch potworów, no i dwa Puchatki jakby nie patrzeć też są. Czyli - wszystko gra. Potwory w fotelikach jeździć lubią, co wypróbowano na ośmiokilometrowej trasie z G. do Leśnej Podkowy.

Tym razem zatem Puchatki wymyśliły, że wsiądą na rzeczone pojazdy i wybiorą się do K., odwiedzić znajomego księdza, co to był w K. został proboszczem. Trasa około dziesięciu kilometrów sobie liczyła, czyli - jak naiwnie założył Puchatek - godzinkę w jedną stronę.

Wyjazd planowano na czwartą (po południu, rzecz prosta). Niestety - akurat przed czwartą minut kilka lunęło i zaczęła się burza. Wyprawa zatem zaczęła się o wpół do szóstej.

"Tam" dojechały Puchatki bez problemów. O wpół do siódmej, zgodnie z planem, były już w K. Ksiądz akurat miał jakichś ludzi w kancelarii, coś tam jeszcze załatwiał był, Puchatki na dworku przed plebanią siedziały i gawędziły, Potwory odkryły piaskownicę (no, tak uczciwie mówiąc była to górka piachu przeznaczonego do prac budowlanych, ale nie chcieliśmy Potworów wyprowadzać z błędu...). Piłeczka uprawiała swój ulubiony sport ("Jak ubrudzić się w maksymalnym wymiarze w ciągu minimalnego czasu tak, żeby do prania było wszystko, łącznie z chusteczką na głowie"). Pietruszka oznamił, że jest pieskiem, nazywa się Gala (po znajomym labradorze...), toteż chodził na czworakach i co jakiś czas dobitnie oznajmiał, że "HAU HAU". No, sielanka po prostu.

Ksiądz rozmowy skończył, wyszedł, herbatka, ciasteczka, miła (choć z konieczności krótka) pogawędka... No i zaczęło sie robić późno. Wracamy.

Puchatek podjął męską decyzję - zamiast wracać szosą (wieczór, tiry się snują i w ogóle mało bezpiecznie...), wrócimy szlakami przez las. Szlaki na mapie jak byk, niebieski prawie do samej Chatki Puchatka prowadzi, lasy piękne, żyć nie umierać po prostu.

O, święta naiwności! Tu nie Tatry, Puchatku, tu nie Puszcza Kampinoska. Szlaki turystyczne, owszem, były. Kiedyś. Dziś też są. Na mapie. Bo znaki na drzewach dawno się zatarły, a odnowiono tylko te przy głównych drogach. A mapa okazała się być mapą sprzed lat piętnastu (lekko licząc). W dodatku w skali mało przyjaznej przy takich odległościach (1:200 000 - czyli jeden centymetr na mapie to dwa kilometry w realu).

No i, jak młodzi kiedyś mawiali, czad. Zrobiła się godzina wpół do dziesiątej (wieczorem, żeby nie było wątpliwości), półmrok (zwłaszcza w lesie), a Puchatek ni czorta nie wiedział, gdzie się mianowicie znajduje. Siłą rzeczy - nie wiedział także gdzie znajduje się cała reszta gromadki, która przecież była z nim razem. Uuuu, kiepsko.

Problem niby niewielki - jak sie ma minimalne wyczucie kierunku i stron świata (a Puchatek, nie chwaląc się, ma), to się wie, że jadąc z K. na północny wschód prędzej czy później wyjedzie się na szosę do G. Problem tylko czy "prędzej", czy "później", bo dziesiąta (PM, jak mawiają anglosasi) to pora ABSOLUTNIE GRANICZNA na układanie Potworów w stan spoczynku. Potem już tylko wycie i awantura jak stąd do Władywostoku.

Na szczęście spotkały Puchatki Doświadczonego Rowerzystę Nie Potrzebującego Mapy, Bo Tutejszego, który życzliwie i uprzejmie drogę wskazał. I już za pięć dziesiąta Puchatki były w Chatce. Ufff.

Czyli wszystko się skończyło dobrze całkiem.

A Potwory - zwłaszcza Pietruszka - to znakomici podróżnicy. Nie marudziły, nie narzekały, podziwiały widoki, komentowały krajobrazy ("Oooo, klowa! Duza klowa carna i biała tez!").

Wnioski - KUPIĆ MAPY OKOLICY. Najlepiej sztabówki, takie 1:10 000. I wyjeżdżać wcześniej ;)

sobota, 11 czerwca 2005


Nowa robota się pojawiła. Dobrze - lepiej, jak pracy za dużo (zawsze można coś wybrać albo czymś się podzielić z innymi chętnymi), niż za mało.

Kolega, któremu Puchatek tłumaczył książkę o motocyklach, polecił Puchatka innej koleżance, która współpracuje z Dużym Niemieckim Wydawnictwem i ZAWSZE (!!!) ma sporo roboty, bo książek dużo, terminy gonią i tak dalej. Koleżance kolegi puchatkowe tłumaczenia się spodobały, więc zadzwoniła. Od słowa do słowa - jest tłumaczenie. Znowu pilne, rzecz prosta. Tyle, że ciekawsze. Książka nieduża (w oryginale niecałe sto dwadzieścia stron) - biografia artystyczna Polańskiego. Kolejne epizody z życia, kolejne filmy opisane i analizowane od strony treści, symboliki, sztuki i techniki filmowej. Czyli wreszcie coś, przy czym się Puchatek nie wynudzi.

No i jeszcze inna książka... Nie tłumaczona, ale czytana po prostu. "Cień wiatru" Zafona. Książka o książkach. O miłości do książek. A właściwie o tym, że miłość do książki zawsze jest miłością do człowieka.

Cmentarz zapomnianych książek... Zapomniany pisarz, którego ostatni egzemplarz ostatniej książki ktoś tak bardzo chce zniszczyć, że prześladuje każdego, kto się tym pożółkłym tomem opiekuje...

Nostalgia sie jakaś w Puchatku budzi...

Czy uda mi się kiedyś marzenie spełnić i coś Naprawdę Napisać? Książkę, którą ktoś - być może - będzie chciał czytać?

...czy już tylko zawsze będę tłumaczył to, co napisali inni...?

P.S. A może ktoś z Was wie, gdzie można kupić / wypożyczyć kasety (albo płyty) z krótkimi metrażami Polańskiego? "Uśmiech zębiczny", "Morderstwo", "Rozbijemy zabawę", "Lampa", "Gdy spadają anioły", "Dwaj ludzie z szafą"...

"Normalne" filmy Polańskiego można dostać w każdej porządnej wypożyczalni, zresztą większość z nich przecież się prędzej czy później widziało. Ale te krótkie metraże, etiudy kręcone w łódzkiej filmówce - trudno znaleźć. A nie obejrzawszy trudno dobrze tłumaczyć opisy scen, kolejnych ujęć, wieloznaczne komentarze o kompozycji kadru...

poniedziałek, 06 czerwca 2005


Potwory się cywilizują. Powoli, ale w tym wieku to chyba normalne.

Pietruszka siedzi na nocniku. Po stosownej chwili, zamiast zwykłego "juuuż!" Puchatek słyszy:

- Tatusiu, ja chiba juz skońcyłem... Cy mozez mi wytseć pupsko?

...A kilka godzin później, w wannie, Puchatek mówi do Pietruszki:

- A teraz poproszę pupę do umycia.

Pietruszka posłusznie wstaje, pupę wystawia, ale wygłąsza przy tym - tonem niezwykle powaznym a uprzejmym:

- Alez prosę bardzo, tatusiu.

No comment.

:)

 
1 , 2