Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 27 maja 2011

Uwierzcie mi, nie trzeba chodzić do kina ani czytać romansów, żeby obejrzeć prawdziwe emocje...

Ot, szkolne przedstwienie przygotowane przez pierwszaków (pisałem o nim w poprzedniej notce). Rodzice zgromadzeni w niewielkiej klasie - głównie mamy (bo to Dzień Matki w końcu), kilku ojców też. Niby już czas żeby zaczynać, ale pani wychowawczyni czeka jeszcze chwilę, bo jeszcze ostatni rodzice dobiegają, bo jeszcze ktoś z pracy dojeżdża o kilka minut spóźniony...

No, w końcu wszyscy są. Możemy zaczynać...

- Nie, nie możemy zaczynać! Jeszcze nie ma mojej mamy!!! - jedna z dziewczynek (nazwijmy ją Kasia) stoi w pierwszym rzędzie i patrzy na panią wychowawczynię wzrokiem wyrażający wszystko - od przerażenia po autentyczną rozpacz. – Ona na pewno zaraz przyjdzie! Obiecała że przyjdzie!

Wychowawczyni, osoba wrażliwa i "na miejscu", ulega. - No dobrze, zaczekajmy jeszcze trzy minutki, jeśli państwo nie mają nic przeciwko temu - zwraca się do rodziców. Rodzice, wyczuwając rozmiar dziecięcej rozpaczy, oczywiście nie mają nic przeciwko temu.

Jakieś rozmowy, jakieś chichoty, ktoś z kimś gawędzi o zbliżającej się wycieczce, ktoś szybko załatwia jakies sprawy przez komórkę...

A mała Kasia stoi wśród innych dzieci i czeka. Cała jest czekaniem, od pięt po czubek głowy. Nic nie mówi, nic nie robi, po prostu stoi z wzrokiem wbitym w drzwi sali i małymi piąstkami zaciśniętymi tak, że kostki jej bieleją. Patrzę na nią i rozumiem, że te trzy minuty to dla niej wieczność. Jej milczenie jest głośniejsze niż szum rozmów w klasie, głośniejsze niż krzyk. No mamo, gdzie ty jesteś?! Przecież obiecałaś...

Trzy minuty mijają szybko (...jak dla kogo...). Trzeba zaczynać. Kasia nie płacze, stoi i patrzy na drzwi. Nic nie mówi,  po prostu patrzy. Mam wrażenie, że drzwi za chwilę ustąpią pod jej spojrzeniem - tyle w nim rozpaczy, tęsknoty, nadziei, wszystkiego po trochu.

I właśnie kiedy pani wychowawczyni zaczyna mówić, że trudno, że trzeba zaczynać - otwierają sie drzwi i wpada kasina mama. Zadyszana, widać że biegła. Pani wychowawczyni uśmiecha się, a Kasia...

Kasia po prosu eksploduje. – Dlaczego cię nie było?! Czekałam na Ciebie! Wszyscy rodzice już są! Obiecałaś że przyjdziesz! - krzyczy z takim napięciem w głosie, że ciarki przechodzą mi po plecach. I rzuca się na mamę tak, że przez chwilę nie jestem pewien, czy chce ją przytulić czy uderzyć.

Na szczęście mama nie ma wątpliwości i przytula ją bardzo mocno. – Przepraszam - mówi cicho. - Przepraszam córeczko. Stałam w korku. Ale już jestem. Obiecałam i jestem.

Po chwili "przedstawienie" się zaczyna - a mała Kasia śpiewa piosenki tak, jakby miała tym śpiewaniem skały kruszyć, jakby od tych piosenek zależało je życie.

A mama siedzi z przodu - widzę ją z profilu. I widzę łzy w kącikach jej oczu.

Dla takich chwil warto żyć, naprawdę.

W Dniu Matki zostały Puchatki zaproszone do szkoły Potworów na "uroczyste przedstawienie" wystawiane z tej okazji przez klasę Piłki. Przedstawienie urocze, coś jeszcze o nim napiszę - ale tu nie o tym.

Po przedstawieniu (które trwało jakiś kwadrans) dzieci poszły jeszcze na boisko, a pani wychowawczyni klasy wykorzystała okazję, żeby zrobić mini-wywiadówkę. Bo się koniec roku zbliża, wiadomo.

No i wyczytywała, które dzieci maja najlepsze "wyniki w nauce" i będą miały jakieś nagrody (dzieci z problemami oczywiście nie wyczytywała).

We wszystkich "rankingach" na pierwszym miejscu powtarzało się to samo dziecko. Zgadnijcie, które.

Ale najlepsze przyszło na końcu. Pani wychowawczyni przeczytała wyniki testu szybkości czytania (oczywiście też tylko te z górnej piątki). To taki test robiony dzieciom standardowo, co roku: dzieciak dostaje do czytania tekst, którego nie zna a nauczycielka mierzy szybkość - ile słów na minutę delikwent czyta. A potem są tabele odnoszące to do standardów...

No i słyszymy:

- Jaś Kowalski - bardzo dobrze, 70 słów na minutę, jakby był już w drugiej klasie... Adaś Malinowski, nawet 75 słów na minutę, to w zasadzie początek trzeciej klasy... Asia Nowak, 40 słów na minutę, norma dla końcówki pierwszej klasy... Aha, no i oczywiście Piłka Puchatkówna - tu pani wychowawczyni popatrzyła na Puchatków znad okularów z porozumiewawczym uśmiechem. – No, co ja mogę powiedzieć, 107 słów na minutę. To jest w zasadzie poziom połowy szóstej klasy...

- Słuchaj, a ty byłaś kiedyś prymuską? - zapytał Puchatek małżonkę po wyjściu ze szkoły. - Bo ja nigdy!

- A ja kiedyś byłam - rozpromieniła się M.

- No to wszystko jasne - westchnął Puchatek ciężko. - To jednak twoje geny

Jestem tatą prymuski. Ale obciach! ;-) 

czwartek, 26 maja 2011

Jestem zmęczony. I nie chodzi o to wykłe zmęczenie związane z końcem roku szkolnego, zabieganiem i zapracowaniem (choć to oczywiście też).

Jestem zmęczony tym, co robię. Tym, że siedzę i tłumaczę jakieś (pardon) kompletne pierdoły, które ani mnie nie interesują, ani nie są nawet specjalnie pożyteczne. Że siedzę całymi dniami zajmując się czymś, co robię wyłącznie w celach zarobkowych.

Przez ostatnie parę lat wyglądało to tak, że pracowałem nad różnymi bzdurami "dla chleba", ale przynajmniej raz w roku miałem jakąś odskocznię - coś ciekawego, ambitnego, wciągającego (tak jak kiedyś Tybet, a potem te Chiny).

W ubiegłym roku niestety juz tak nie było, w tym też się nie zanosi. "Moja" książka była w finale Nagrody Kapuścińskiego - no i co z tego? Może w przyszłości coś pozytywnego z tego wyniknie - ale nic nie wskazuje na to, aby miała to być najbliższa przyszłość.

Mam poczucie straty czasu. Czasu, który chciałbym poświęcić na coś zupełnie innego. Mam kilka naprawdę fajnych pomysłów. Dwa znich są nawet dosyć konkretne. Pomysły na książki, które mógłbym napisać. Krystalizują się, ubierają w jakieś całkiem namacalne kształty.

I co z tego? Nie napiszę ich (na razie?...), bo najbanalniej nie mam na to czasu. Bo muszę siedzieć i tłuc jakieś idiotyzmy - bo z czegoś trzeba żyć i dzieci utrzymać. Bo żeby coś tworzyc musiałbym przynajmniej raz w tygodniu do tego przysiąść. Albo mieć na to przynajmniej godzinę dziennie. A nie mam nawet kwadransa.

Gdybym miał jakieś większe oszczędności - pewnie bym zostawił na chwile to, co robię i zajął się tymi projektami. Ale nie mam. Gdybym wygrał w Lotto. Dostał spadek. Albo coś w tym rodzaju...

Gdyby babcia miała wąsy...

No dobra, nie byłbym sobą jakbym nie dodał: na wszystko przyjdzie czas. Pewnie coś się w końcu zmieni. Pewnie już za parę miesięcy, za rok - dwa będzie inaczej.

Ale na razie jestem zmęczony. Mam dość. Bardzo. Potrzebuję jakiejś odmiany, potrzebuję drogi, wędrowania (niekoniecznie w sensie dosłownym). Czekam, rozglądam się - może gdzieś otwiera się właśnie jakaś furtka, jakas nowa ścieżka, jakaś okazja?...

Może. Ale na razie jej nie widzę i muszę dalej pełznąć pod górkę, choć mam ochotę na zupełnie inną Wędrówkę...

*** 

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me - In the jingle jangle morning I’ll come followin’ you (...)

My senses have been stripped, my hands can’t feel to grip / My toes too numb to step Wait only for my boot heels to be wanderin’

I’m ready to go anywhere, I’m ready for to fade Into my own parade, cast your dancing spell my way I promise to go under it (...)

Then take me disappearin’ through the smoke rings of my mind / Down the foggy ruins of time, far past the frozen leaves The haunted, frightened trees, out to the windy beach Far from the twisted reach of crazy sorrow

Yes, to dance beneath the diamond sky with one hand waving free / Silhouetted by the sea, circled by the circus sands With all memory and fate driven deep beneath the waves Let me forget about today until tomorrow...

 

wtorek, 17 maja 2011

Krótko. Komunia się odbyła. Było... Jak by to najlepiej ująć? Spokojnie było. Dzieci były dobrze przygotowane (chwała księdzu wikariuszowi i siostrze która je przygotowywała!). Stroje były jednakowe (choć... ale o tym niżej). Pieśni były dobrze dobrane. Wszystko odbyło się jak trzeba. Nawet ilość Upiorych Wierszyków była ograniczona do minimum (o zjawisku Upiornych Wierszyków pisałem TUTAJ).

A po komunii pojechaliśmy do domu, byli goście w liczbie rozsądnej i różne dobre rzeczy (w ilości nierozsądnej, dzięki czemu jeszcze przez kolejne trzy dni nie musimy obiadów gotować, a ciasta mamy tyle że jakby przyszedł batalion głodnych żołnierzy, to by się nieźle zasłodził).

***

Jeszcze miało być o strojach...

Od początku (od września ubiegłego roku) było wiadomo, że dzieci idą do komunii w jednakowych strojach (i chwała Bogu). Chłopcy w ministranckich komżach, dziewczynki w takich dłuższych albach. Jeśli ktoś koniecznie chciał swoje dziecko jakoś wyróżnić, mógł dać dziewczynce białe rękawiczki (połowa miała) albo wianek czy stroik (większość). No i dobrze - przynajmniej rewii mody nie było.

Są jednak rodzice, którzy po prostu muszą (inaczej się uduszą). Tak więc jedna z małych komunistek na tej standardowej białej albie miała przepięknościowe bolerko z jakiejś błyszczącej, białej włóczki (nie wiem - wielbłądzia wełna? Kaszmir? Bo zwykła wełna to na pewno nie była...). Ale że to wszystko i tak białe, to - siłą rzeczy - nie rzucało się w oczy. No i to wyraźnie był problem, bo przecież właśnie o to chodzi, żeby się rzucało w oczy, prawda?

Co zatem mogą zrobić nieszczęśni rodzice, skoro stroje jednakowe? Jak podkreślić wyjątkowość i szczególność dziecięcia swego, skoro dodatki sprawy nie załatwią?

To proste - można na przykład podjechać pod kościół bryczką. Nie, nie żartuję. Elegancka bryczka zaprzężona w dwa białe araby, ze stangretem w cylindrze i latarenkami zajechała pod kościół, po czym wysiadła z niej mała komunistka i jej rodzice. A po mszy ta sama bryczka podjechała znwou i całą rodzinę zabrała. Nie wiem gdzie, ale przpuszczam że do wynajętej sali.

Tak więc jeśli zapytacie mnie co jest najtrudniejsze w czasie Pierwszej Komunii dziecka - odpowiem: Nie parsknąć śmiechem na widok dziewięciolatki w białej albie wysiadającej z bryczki, którą spokojnie mogłaby jechać do ślubu, gdyby akurat była księżną.

poniedziałek, 16 maja 2011

Jak już wiedzą wszyscy którzy mają zwyczaj czytać gazety, Puchatkowa książka niestety nagrody nie zdobyła. A było tak blisko...

Od początku odnosiło się wrażenie, że z pięciu finalistów największe szanse mają dwie książki: "moja" i właśnie Swietłany Aleksijewicz (w przekładzie Jerzego Czecha). Jeśli chodzi o pozostałe (uwaga, to mja czysto subiektwna ocena!), to:

- "Toast za przodków" Wojciecha Góreckiego to znakomity reportaż i świetna książka, ale chyba na poziomie "reportażowym" dotyka spraw mniej intensywnych i budzących mniejsze emocje (przez co wcale nie chcę powiedzieć, że mniej ważnych").

- "Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee" Chloe Cooper (w przekłądzie Agnieszki Nowakowskiej) - mnie się bardzo podobała, ale mam wrażenie że sama tematyka (Aborygeni, trudna historia relacji między nimi a białymi w Australii) jest dla polskiego czytelnika bardzo odległa.

- "Uśmiech Pol Pota" Petera Fröberga Idlinga (w przekładzie Mariusza Kalinowskiego) - moim zdaniem najsłabsza z tych pięciu książek pod względem czysto literackim, mapisana momentami dość pretensjonalnie (i mam pewność, że nie jest to kwestia tłumaczenia).

Nagroda "reportaż literacki" zakłada - tak to rozumiem - docenienie zarówno warstwy "reportażowej", jak literackiej. Moim zdaniem "Lekcje Chińskiego" i "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" jeśli chodzi o wagę reportażu stały na podobnym poziomie. Natomiast na poziomie literackim (powtarzam, to moje prywatne zdanie) książka Pomfreta jest jednak lepsza.

Co nie zmienia faktu, że zwycięska książka Aleksijewicz jest po prostu wstrząsająca. Przeczytajcie, warto.

***

Historie uboczne z Nagrodami związane...

Miałem okazję (wreszcie) poznać osobiście "mojego" autora. Okazał się być człowiekiem przesympatycznym, bardzo normalnym, inteligentym i otwartym. W zasadzie już jesteśmy "umówieni" na tłumaczenie kolejnej jego książki (co i o czym - tego na razie nie zdradzę).

Miałem też okazję wziąć udział w panelu tłumaczy, razem z pozostałą trójką tłumaczy - finalistów nagrody. Niezwykłe doświadczenie... Jerzy Czech, Mariusz Kalinowski, Agnieszka Nowakowska - uznane nazwiska, ludzie o dużym dorobku translatorskim i niewątpliwi profesjonaliści... A obok ja, jako "jeden z nich" :-) Urosłem.

I w ogóle muszę przyznać ("Obywatele, chwalcie się sami..."), że w ciągu tego weekendu usłyszałem na swój temat dużo naprawdę miłych i krzepiących opinii. I wiem - z kontekstu... - że nie były to opinie czysto grzecznościowe, że to całe szanowne gremium naprawdę uważa mój przekład za badzo dobry.

"Wiesz, miałeś wyjątkowe szczęście do tłumacza" - powiedziała Pewna Znana Dziennikarka do "mojego" autora, podcza gdy ja stałem obok. "Nie mówisz po polsku więc trudno ci to ocenić, ale muszę ci powiedzieć, że tę książkę czyta się tak, jakby została napisana po polsku."

Poczułem się doceniony...

(Szkoda tylko, jednakowoż, że to docenienie nie przełożyło się od razu na jakieś wartości finansowe. No ale cóż, widocznie nasza łazienka musi jeszcze trochę poczekać na ten remont...).

***

W wczoraj była Pierwsza Komunia Pietruszki. Ale o tym napiszę później, bo to zupełnie inna historia, cytując klasyków. 

czwartek, 12 maja 2011

Jutro wieczorem - uroczysta gala Nagród Kapuścińskiego. Organizatirzy - sadyści - oczywiście trzymaja buzie na kłódki i dopiero na samej gali ogłoszą, która z pięciu finałowych książek dostała nagrodę.

Tak, wiem, nagrda nie jest najważniejsza - sam fakt wejścia do finału otwiera wiele nowych możliwości i tak dalej. Pisałem o tym wcześniej.

Ale nie ukrywam, że zdobycie tej nagrody dałoby mi bardzo dużo... I to nie tylko w wymiarze satysfakcji. Te parę groszy też by się bardzo przydało. Akurat teraz...

No cóż - jutro już będzie wszystko wiadomo.

***

A w niedzielę pietruszkowa Piersza Komunia. Też dużo przemyśleń - ale to już nie teraz. 

środa, 11 maja 2011

Pucek porozsypywał na schodach zewnętrznych orzechy. Włoskie. W dużej ilości. W skorupkach, znaczy.

Puchatek (który o tym nie wiedział) wychodzi z domu z Piłką, żeby ją odwieźć do szkoły. Widzi rozsypane orzechy, więc mówi do Córki Jedynej:

- Uważaj, Pucek nabałaganił, można się zabić na tych schodach!

A Piłka (lat siedm i pół) odpowiada śmiertelnie poważnie:

- No właśnie! A ja mam jeszcze plany życiowe! 

wtorek, 10 maja 2011

Chciałem się z Wami podzielić czymś, co na mnie zrobiło ogromne wrażenie. Film jest zrobiony metoda poklatkową - czyli nie kręcony kamerą, ale złożony z iluś tam (...tysięcy) "normalnych" zdjęć. Jak dla mnie - to jest mistrzostwo świata.

Coś we mnie ten film porusza... Jakąś strunę, jakieś wspomnienia, jakieś marzenia i myśli. Obejrzyjcie, oceńcie sami. Tylko - najlepiej - nie ogladajcie tego na małym obrazku: na dole (zaraz na lewo od napisu "vimeo", na prawo od liter "HD") można włączyć tryb pełnekranowy. Enjoy...

 

The Mountain from TSO Photography on Vimeo.

poniedziałek, 09 maja 2011

Noż, Kocia Twarz, znowu to samo. Jeden pracobiorca winien Puchatkowi 2,5 tysiąca. Drugi - nieco więcej. Gmina (!) winna Puchatkom (czyli przedszkolu) 1,5 tysiąca zaległej dotacji (bo nagle zabrakło w kasie, wypłącili tylko część i to z opóźnieniem, druga część miała być dziś. Nie ma).

Razem, jak łatwo obliczyć, daje to ponad 6,5 tysiąca.

Tymczasem stan konta Puchatków wynosi 2,5 tysiąca... na minusie. I rachunek za gaz na tysiąc złotych wisi do zapłacenia z terminem do czwartku.

Cholera By To Wzięła. Hej. 

- Pucku, a ile ty latek skończysz w czerwcu? - pyta Pucka dziadek L.

- Tsy! - odpowiada Pucek mądrze i zgodnie z prawdą.

- A urządzisz urodziny? I będą świeczki?

- Tak! - cieszy się Pucek.

- A ilu gości chcesz zaprosić?

- Nie ciem gości! - oburza się Prawie Trzylatek. - Sam źjem tort!

 
1 , 2