Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 24 kwietnia 2013

Piłka ma w szkole konkurs recytatorski. A ponieważ jest rok Tuwima, wiersze mają być Tuwima właśnie. Uczestnicy maja sami sobie wybrać wiersz, który chcą recytować. Nauczycielka która organizuje konkurs podkreśliła podobno, że to nie muszą być wiersze "dla dzieci". Po prostu dowolny wiersz Tuwima, byle miał co najmniej cztery zwrotki. No i Piłka przyszła do taty, żeby jej coś zaproponował. "Bo ty przecież tego Tuwima tak lubisz"…

W pierwszym odruchu pomyślałem oczywiście o słynnym "Wierszu, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali"… Moja (chora?) wyobraźnia podsunęła mi obraz grzecznej, na galowo ubranej dziesięciolatki która wychodzi na szkolnym konkursie recytatorskim i mówi taki tekst. No, ale sami rozumiecie, że nie mógłbym własnej córce tego zrobić… Na razie…

A potem przyszedł mi do głowy "Śmierdziel" – rzecz zabawna i efektowna. Niestety, Piłka popatrzyła na mnie z głęboką dezaprobatą i powiedziała, że takich rzeczy to ona recytować nie będzie. Może to i lepiej… Niech z tym poczeka przynajmniej do gimnazjum.

No i teraz siedzę w wolnych chwilach i przeglądam "Dzieła zebrane" Tuwima (co samo w sobie jest zajęciem wielce przyjemnym) szukając odpowiedniego wiersza. Głębokie wyznania miłosne odpadają, zbyt ostre teksty też. Trzeba mi czegoś, co byłoby zabawne, z jajem, ale odpowiednie w ustach dziesięciolatki. Jak znajdę, napiszę.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Nie piszę, bo nie mam kiedy.

Naświetlamy się. Na razie – po pierwszym tygodniu – względnie bezproblemowo (choć dziś w badaniu krwi wyszło, że nastąpił spadek leukocytów – jak do jutra nie przejdzie, to trzeba będzie jakieś sterydy brać…).

M. – już od ubiegłego wtorku – jeździ do Warszawy sama, bo tak jest po prostu najszybciej: gdybyśmy chcieli najpierw rozdysponować Potwory, a potem jechać – bylibyśmy na Wawelskiej koło dziesiątej. A wtedy jest więcej ludzi i dłużej się czeka. A jak M. pojedzie poranną kolejką (mnie zostawiwszy rozwożenie menażerii), to jest na miejscu przed dziewiątą, kwadrans później wychodzi – i na dziesiątą jest już z powrotem w G.

A co poza tym? No cóż – mówiąc szczerze właściwie nic poza tym. Szkoła, przedszkole, szkoła muzyczna, praca, obiad, praca, spać. I tak jeszcze przez jakiś czas.

czwartek, 04 kwietnia 2013

Mam pytanie a propos globalnego ocieplenia. Czy są tu jacyś specjaliści w tej dziedzinie? Przydałby mi się ktoś, kto naprawdę się na tym zna i wie więcej, niż statystyczny czytelnik gazet.

Jeśli ktoś taki czyta przypadkiem moje zapiski, bardzo proszę o odpowiedź - może być w komentarzach, może być na email. Pytanie jest bardzo konkretne:

Czy jest jakaś metoda, żeby to cholerne globalne ocieplenie  TROCHĘ PRZYSPIESZYĆ?!

środa, 03 kwietnia 2013

Pietruszka (klasa czwarta, jakby co) miał coś w szkole o stylach w architekturze. Lekcje odrabiał – i nie był pewien, więc przyszedł zapytać: czy kościoły romańskie to "okrągłe łuki", a gotyckie – "ostre łuki", czy odwrotnie?

Odpowiedziałem mu, rzecz prosta, ale potem – odruchowo, automatycznie – rzuciłem przykładami. Przykładami, które Pietruszka widział na własne oczy.

– Pamiętasz katedrę w Spirze? Grube mury, niewielkie okna z "normalnymi" łukami… To jaka to była katedra?

– Romańska – odparł, i słusznie.

– A katedra w Orleanie? Lekka, pełno światła, wielkie okna z witrażami, ostre łuki?

– Gotycka – odpowiedział Pietruszka i widać było, że łapie o co chodzi. Że już gotyku z romańszczyzną nie pomyli. Bo był, bo widział – nie tylko na zdjęciu, ale "na żywo". Bo wszedł do środka, bo patrzył zadzierając głowę, bo słyszał jak się dźwięk rozchodzi i jak światło pada przez okna…

Zdałem sobie sprawę, jak bardzo jego dzieciństwo różni się od mojego. Że to wszystko co on już widział – mając lat jedenaście! – ja odkrywałem dla siebie dopiero na studiach.

Wspaniałe.

wtorek, 02 kwietnia 2013

Jest tyle spraw, o których chciałbym napisać. Spraw zwykłych i niezwykłych, realnych i całkiem wymyślonych. Pisanie jako sposób na życie…

Niestety – sposób na życie jest nie do zrealizowania, bo trzeba zajmować się czymś znacznie bardziej prozaicznym: zarabianiem na życie.

"Rodzice zostawili nam pieniądze na życie"

"Nie, rodzice zostawili nam pieniądze na śniadania, obiady i kolacje. A 'życie' to jest właśnie to, co jest pomiędzy." (To z książki "Cyryl, gdzie jesteś" Wiktora Woroszylskiego – nie cytuję dosłownie, bo mój egzemplarz gdzieś mi zginął, ale mniej więcej tak to szło).

Jestem zmęczony. Paradoksalnie – właśnie te święta uświadomiły mi, jak bardzo. Nie chodzi o takie zwykłe, banalne zmęczenie po tygodniu czy miesiącu intensywnej pracy. To coś głębszego, jakiś taki wewnętrzny stan w którym człowiek zaczyna zachowywać się głupio, zawalać różne drobne (na razie…) sprawy, popełniać drobne (na razie…) błędy których normalnie nigdy by nie popełnił. Problem polega na tym, że drobne błędy mogą mieć bardzo poważne konsekwencje. Dziś Anioł Stróż mnie od tych konsekwencji ustrzegł, ale niewiele brakowało.

Potrzebuję odpoczynku. Potrzebuje wakacji. Potrzebuję pisania.

Na razie nie zanosi się ani na jedno, ani na drugie, ani na trzecie.

Odpocząć nie ma kiedy, bo trzeba siedzieć i tłumaczyć różne pierdoły (pardon), żeby mieć z czego żyć. Duży Portal najpierw ściął stawki (co jeszcze byłoby do przeżycia), a potem ściął redakcję przeglądu prasy, dla którego tłumaczyłem. Zostały jakieś niedobitki – coś tam oczywiście z tego będzie, ale na pewno nie tyle, żeby tylko z tego żyć. Co za tym idzie musiałem się przeprosić z wydawnictwem RD, które rzecz prosta z radością natychmiast przywaliło mi dwie książki – stawki trochę gorsze niż kiedyś, ale objętość taka, że da się na życie zarobić. Tyle, że to oznacza kolejne dwa czy trzy miesiące siedzenia prawie wyłącznie nad kretyńskimi tekstami na tematy które mnie tak kompletnie nie interesują, że na sam widok nie chce mi się siadać do biurka.

Wakacje? Właśnie zaczął się kwiecień. Zakładając że w ogóle w tym roku udadzą się wakacje (bo przecież na dobrą sprawę jeszcze Nic Nie Wiadomo) – muszą minąć jeszcze minimum trzy miesiące, żeby móc się gdzieś ruszyć z domu. A na razie nawet jakieś dłuższe weekendy nie wchodzą w grę – bo od poniedziałku zaczynamy cztery tygodnie naświetlań (dzień w dzień), a poza tym M. wciąż jeszcze źle znosi dłuższą jazdę samochodem.

Pisanie? Tak, jest mnóstwo pomysłów, mnóstwo projektów, mnóstwo tematów. Ale kiedy? Od rana do wieczora (to nie przenośnia) siedzę nad robotą. Wstaję od biurka głównie po to, żeby siąść za kołkiem i zawozić Potwory do szkoły, na zajęcia takie czy owakie, jechać na zakupy i co tam jeszcze. Mam określoną ilość stron, które muszę zrobić dziennie żeby ze wszystkim zdążyć (i nie umrzeć z głodu, zanim wydawnictwo raczy zapłacić…) – jak tę normę wyrobię, to naprawdę nie mam już sił na kolejną godzinę stukania w klawiaturę. Nie mówiąc już o tym, że poza pisaniem (takim czy innym) jeszcze jakieś dzieci są w domu, którymi też trzeba się czasami zająć…

Chciałbym, żeby ten cholerny rok (szkolny) już się skończył. Chciałbym, żeby było już po naświetlaniach i badaniach. I żebyśmy usłyszeli od naszej Pani Doktor coś w rodzaju "No, na razie wszystko jest w porządku. Zapraszam na badania za miesiąc".

Ale moje "chciałbym" niewiele tu ma do rzeczy. Na razie jestem zmęczony. Na razie nie mam kiedy pójść na spacer, nie mam kiedy posłuchać muzyki, nie mam kiedy poczytać nic poza prasą "w biegu".

I jeszcze ta cholerna zima (ja chcę globalnego ocieplenia teraz!).