Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 27 kwietnia 2011

Tak, wiem, z lekkim opóźnieniem. Ale po prostu za dużo się dzieje...

Wyjeżdżaliśmy na te święta. Pierwszy raz w życiu (to znaczy - w naszym życiu rodzinnym, czyli od 12 lat).

Nie, nie bylismy u rodziny, nie wyjechaliśmy też do ciepłych krajów. Byliśmy w miejscowości o uroczejnazwie Sikórz, siedemnaście kilometrów za Płockiem. Postanowiliśmy wyrwać się z zabiegania i codzienności (i z bylejakości liturgicznej naszej parafii, co tu dużo mówić...) i spędzić te Trzy Dni zupełnie inaczej.

Wyjeżdżaliśmy w czwartek - w Wielki Czwartek - przed południem. A początek Wielkiego Tygdonia okazał się tak intensywny, że nawet nie zdążyliśmy w gruncie rzeczy zrobić świątecznych porządków. Nie piekliśmy mazurków. Nie robiliśmy sałatek. I tak dalej.

I wiecie co? Jakoś nam tego zupełnie nie brakowało (zwłąszcza sprzątania...).

Triduum Paschalne. Po prostu - takie, jak powinno być. Wszystko było na swoim miejscu - każda liturgia, każdy znak, każde słowo. Nikt sie nie spieszył do domu, żeby jeszcze jednego mazurka upiec albo jeszcze jedno okono umyć. Nikt nie patrzył ze zniecierpliwieniem na zegarek, chociać Wigilia Paschalna skończyła się (razem z procesją!) koło wpół do pierwszej w nocy.

Ta liturgia mówi sama za siebie. Każdy znak, każdy symbol, każde słowo i śpiew są na swoim miejscu. Nawet ktoś, kto nie zna i nie rozumie liturgii, ba - nawet człowiek niewierzący jeśli ma choć odrobinę wrażliwości na symbole i gesty - może zrozumieć o co w tym chodzi.

Czuwanie. Cisza. Śpiew. Kzyż. Potem ciemność. A potem w ciemność wdziera się światło - i rozszerza się, rozpala, potężnieje. Proste znaki: woda, opozycja ciemności i światła, opozycja ciszy i śpiewu, kołatek i dzwonów.

Śmierć i Życie.

 

środa, 20 kwietnia 2011

A dziś Wam Puchatek opowie, jak artystycznie zrobil z siebie idiotę...

Wiosna. Ciepło. Słonko i takie tam. A Puchatkowóz ciagle na zimowych oponach jeździł - bo zwyczajnie nie było kiedy pojechać na zmiane kapci...

No więc dziś rano się zebrałem i po odwiezieniu Pietruszki do szkoły zostawiłem Piłkę na chwilę w domu i wybrałem się do pobliskiego (na sąsiedniej ulicy) zakładu, gdzie zawsze zmieniam opony.

Tak, opony własnie, nie koła - bo nie mam zapasowych felg. Za każdym razem trzeba przekładać.

No więc cztery duże plastikowe worki z oponami do bagażnika - i jedziemy. Namiejscu o tej porze bez kolejki, akurat konczyli zmieniać opony w jakiejś pięknej terenówce - i podjeżdżamy. Pan opelka podniósł na pneumatycznym podnośniku, kola z jednej strony zdjął, na specjalnej maszynie ściagnął opony z felg, a potem wyjął z puchatkowego bagażnika worki z letnimi oponami i po zlokalizowaniu opowiednich ("lewy przód, lewy tył") zaczął je zakładać.

I wtedy właśnie zobaczyłem byłem, że TO NIE TE OPONY. Moje letnie opony to były jakies Dębice - a to co pan wyjął z mojego bagażnika to najwyraźniej były gumy Michelin Energy. Czyli - jak szybko skojarzyłem - stare opony od nieistniejącego już peugeota, te z którymi go kupiłem, a które po pierwszym sezonie poszły na emeryturę. A nowe (trzyletnie) Dębice musiały zostać w garażu...

Złapałem się za głowę. Powiedziałem panu, w czym problem.

- Nie ma problemu - usmiechnął się pan wulkanizator. - Wskakujmy do mojego auta i podjedziemy do pańskiego garażu po te właściwe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Puchatkowy garaż znajduje się w odległości jakichs 300 metrów, więc daleko nie było. Wpadłem do garażu klnąc włąsną głupotę, pan razem ze mną, łapiemy drugi komlet opon, pan wulkanizator na wszelki wypaek zagląda do środka worków - i naszym oczom ukazują się...

...cztery IDENTYCZNE opony Michelin Energy. Tylko wyraźnie starsze i bardziej zniszczone.

Przyznam, że w tym momencie zgłupiałem. Przecież to niemożliwe, to historia rodem z Archiwum X: były stare Micheliny i nowe Dębice, są dwa komplety Michelinów... A gdzie Dębice? Metamorfoza, transmutacja, głupi dowcip Harry'ego Pottera? Złodzieje, którzy włamali się do garażu i ukradli Dębice, podrzucając w zamian (lepsze skądinąd) Micheliny?

Pan wulkanizator popatrzył na mnie z sympatią i jakby odrobiną współczucia - ale na sugestię że może w warsztacie przez pomyłkę dali mi CZYJEŚ Micheliny zamiast moich Dębic pokręcił głową.

- U nas się takie pomyłki nie zdarzają, zresztą obok stało tylko fiat Uno, który ma inny rozmiar opon.

Wrócilismy do zakładu - pan lekko ubawiony, ja w stanie głebokiego szoku. Założyli mi te letnie Micheliny, zimówki wpakowali do bagażnika...

Dopiero w godzinę po powrocie do domu doznałem olśnienia. Co się wydarzyło?

To banalnie proste. W 2008 r. kupiłem nowe letnie opony Dębicy do Peugeota. Stare Micheliny leżały w garażu obok zimówek.

Ale przecież w październiku ubiegłego roku Peugeot zmienił właściciela. Jak myślicie, czy nowy właściciel odjechałby nim, gdyby auto nie miało opon?

No jasne, że nie.

I peugeocik pojechał sobie bodaj gdzieśpod Siedlce... na tych "nowych" letnich Dębicach. A my kupiliśmy opelka. A opoelek miał na felgach... Micheliny. Takie same, jak te stare z peugeota - tylko nowsze.

I kiedy zmieniałem opony na zimowe - to oczywiście zdjąłem te Micheliny. A Dębice... no właśnie.

Musze zajrzeć do tego warsztatu i opowiedzieć panom o mom zaćmieniu. Będe mieli radochę...

piątek, 15 kwietnia 2011

M. roiąc porządki wyciągnełą skądś wielkanocnego baranka. Mały, biały, plastikowy baranek- wiadomo. Nawet nie wiem, skąd się wziął.

Pucek (lat już rawie trzy!) patrzy na barabka lekko zdziwony (bądź co bądź poprzedeniej Wielkanocy nie pamięta).

- Jak myślisz, Pucku, co to jest? - pyta M.

- Piesek? - pyta dziecię niepewnie...

Wszyscy tłumią śmiech. M. tłumaczy:

- To nie piesek. To jest baranek.

Pucek uśmiechnięty, na dziobie wyraźny przebłysk zrozumienia:

- Aaaa, baranek Shaun?

niedziela, 10 kwietnia 2011

Obiecywałem sobie solennie, że nie będę dziś oglądał wiadomości, słuchał dziennków w radiu etc. Niestety, siła przyzwyczajenia okazała się silniejsza. Rano rzuciłem odruchowo okiem na najnowsze wiadomości (w zasadzie same się rzuciły w oczy, przez RSS).

Abstrahując od wszystkich politycznych poglądów (takich czy innych) - uważam, że robienie czysto politycznej demonstarcji w ramach "marszu pamięci o ofiarach" jest po prostu obrzydliwe.

Czy tylko ja mam wrażenie, że w całym tym wrzasku, zgiełku, transparentach i hasłach te ofiary były w zasadzie najmniej ważne?

Tak się składa, że znałem trzy osoby które zginęły w tej katastrofie. A dziś - niezależnie, przypadkiem w zasadzie - znam dwie wdowy po tych, którzy tam zginęli.

I jest mi wobec nich wstyd. Wstyd, że pamięć ich mężów wykorzystuje się do chamskiej, politycznej zadymy.

Dobrze, że w tle tych wrzasków z Krakowskiego Przedmieścia zabrzmiało kilka spokojnych, mądrych głosów. Wśród nich - głos kardynałów Dziwisza i Nycza.

Chociaż tyle.

Ale ogólny obraz - straszny.

***

Właściwie muszę dopisać coś jeszcze.

Tłumy wrzeszczące hasła (w większości - podłe) na Krakowskim Przemieściu, nie pamietają (nie chcą pamietać), że w tej katastrofie nie zginął tylko prezydent Lech Kaczyński z Małżonką. Co więcej - choć dla tych krzyczących zabrzmi to już zepewne jak herezja - nie zginęli tam tylko członkowie PiS.

Na pokładzie tego samolotu byli ludzie o bardzo różnych poglądach politycznych - i z PO, i z PSL, i z SLD. Ba, byli tam też ludzie nie identyfukujący się z żadną opcją polityczną, jak s.p. ks. prof. Rumianek czy nieodżałowany ks. Indrzejczyk.

Mało tego - byli tam też ludzie tacy jak piloci, stewadesy, funkcjonariusze BOR. Ktoś napisał - okrutne to, ale prawdziwe... - jaka była różnica pomiędzy prezydentem Kaczyńskim a pilotami, stewrdesami czy borowcami. On leciał tym samolotem BO CHCIAŁ. Oni lecieli nim BO MUSIELI.

Zginęli razem. A wobec śmierci wszyscy są równi.

I dlatego uważam, że to co działo się dziś na Krakowskim Przedmieściu (i w paru innych miejscach w Polsce) nie było uczczeniem ofiar, ale profanacją ich pamięci.

piątek, 08 kwietnia 2011

Ano - od wczoraj wiadomo już oficjalnie, że książka w puchatkowym tłumaczeniu jest wśród piątki finalistów Nagrody Kapuścińskiego.

Kilkadziesiąt zgłoszonych pozycji, 46 zakwalifikowanych, 10 nominowanych, 5 finalistów.

Ogłoszenie ostatecznej decyzji jury za miesiąc - ale Puchatek (razem z tłumaczami i - oczywiście - autorami pozostałych czterech książek) już teraz został zaproszony na uroczystość wręczenia nagrody. Mało tego - będzie tam specjalny panel tłumaczy, czyli jeszcze w dodatku każą Puchatkowi coś mówić...

Jeśli książka wygra - to będzie po prostu absoutna rewelacja. I nie chodzi nawet o samą nagrodę w wymiarze finansowym (choć w obecnej sytuacji Puchatki na pewno nagrodą nie pogardzą ;-) - ale o otwierające się nowe możliwości.

Ale nawet jeśli książka nie wygra, to sam fakt że znalazła się w piątce finalistów też pozwala mieć nadzieję na jakies pozytywne zmiany. Kto wie, może wreszcie dałoby się zająć nieco ambitniejszymi tłumaczeniami? Książka o Chinach (podobnie jak wcześniejsze o Tybecie czy o XIV Dalajlamie) to były pozycje tłumaczone trochę "dla sportu" - po to, żeby od czasu do czasu zająć się jednak czymś wymagającym myślenia i dającym setysfakcję intelektualną. Bo niestety wymiar finansowy był mizerny - jak się zapewne domyślacie, małe wydawnictwo wydające naprawdę ambitne rzeczy po prostu nie jest w stanie dobrze zapłacić. Mówiąc wprost - poświęcając ten sam czas na tłu(ma)czenie kolejnej książki kucharskiej czy innego ambitnego poradnika zarobiłbym pewnie dwukrotnie więcej...

Ale teraz to się może zmienić. Zobaczymy.

A wczoraj - ta-daammm! - do Puchatka drogą elektroniczną odezwał się Autor książki. Amerykański dziennikarz, długoletni korespondent Washingotn Post w Chinach, niezwykle inteligentny człowiek. Mail był przesympatyczny ("Jestem przekonany, że nominacja mojej książki do tej nagrody to głównie zasługa pańskiego znakomitego tłumaczenia..." ;-) - ale zawierał też informację będącą (daj Boże) pierwszym, nieśmiałym zwiastunem jakichś zmian na lepsze.

Autor napisał bowiem, że ma nadzieję na spotkanie w Warszawie (został, rzecz prosta, zaproszony na uroczystość wręczenia nagród) i dodał, że chciałby ze "swoim tłumaczem" porozmawiać o pewnym projekcie który właśnie planuje, a który "ma coś wspólnego także z Polską".

Nie mam pojęcia, o co chodzi - może o nową książkę (choć co specjalista od Chin miałby pisać o Polsce?...), może o jakiś szerszy projekt reportażowy związany z Europą Wschodnią czy w ogóle z blokiem dawnych państw komunistycznych... Tak czy owak, może to być ciekawe.

To co, trzymacie kciuki?