Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 30 kwietnia 2009

 Kiedy trzy lata temu staliśmy sie wreszcie szczęśliwymi posiadaczami czterech kółek, miałem nadzieję, że to ułatwi także kontakt z moją Mamą. Że Mama z T. będą mogli przyjechać do nas, to znaczy - ja będe mógł ich przywieźć... No, i tak dalej.

Dziś pierwszy raz wiozłem Mamę naszym samochodem. Najpierw do szpitala na badania. A potem do Józefowa.

Drogi pełne były samochodów wypełnionych ludźmi jadącymi na majówkę. A my jechaliśmy zawieźć Mamę do domu opieki. Ja, T. i Ciotka (ta od Peugeota, czyli siostra Mamy). A mama rozglądała się obojętnie, bo mimo wszystkich rozmów po prostu nie wiedziała, dokąd jedzie. I po co. Nie wiem, czy do końca wiedziała, gdzie jest.

Dom w Józefowie znalezłem po dłuugich poszukiwaniach. Spełnia wszystkie warunki. Jest niewielki - w sumie jest tam bodaj dwudziestka pensjonariuszy. Jest stosunkowo (...) niedrogi. Specjalizuje się w opiece nad osobami z chorobą Alzheimera. Jest przepięknie położony (ogromny teren, sosnowy las / park, a za płotem - skarpa i starorzecze Wisły).

Ale przede wszystkim -  jest tam pani Teresa. Szefowa, właścicielka. Ostoja. Konkretna, rzeczowa, stanowcza, silna - ale ciepła i serdeczna. każdego pensjonariusza traktuje jak własną babcię. Atmosfera raczej domowa, niż zakładowa. Opieka pielęgniarska 24/7, lekarz raz w tygodniu - ale "w razie czego" na wezwanie, trzy razy w tygodniu rehabilitacja ruchowa (!).

Nie, po prostu nie było innego wyjścia. W domu (wszystko jedno, tamtym czy naszym) po prostu nie byłaby bezpieczna - ani dla siebie, ani dla innych. Kwestia czasu - i to raczej dni, niż tygodni - kiedy trafiłaby do szpitala z kolejnym złamaniem, rozbitą głową, chorobą którą sama by sobie "podała" nie kontrolując i nie kojarząc kwestii higienicznych... I znowu leżałaby na czterdziestoosobowym oddziale, i znowu pielęgniarki miusiałyby ja przywiązywać do łóżka albo faszerować środkami uspokajającymi.

Nie mówiąc już o tym, że T. był dzisiaj u swojego kardiologa i dowiedział się, że w gruncie rzeczy po tym tygodniu ma już stan przedzawałowy.

To było jedyne wyjście. Nie "najlepsze", nie "najgorsze", po prostu jedyne. Znaleźliśmy dobre miejsce, gdzie będzie miała opiekę, rehabilitację, gdzie zawsze ktoś dopilnuje żeby wzięła leki, żeby piła tyle ile trzeba.

No i co? No i nic. Nie jestem w stanie dojść do siebie. Przecież nawet to wszystko, co tu piszę, ma służyć usprawiedliwieniu się.

Tak, ja wiem, że inaczej się nie dało. Że nie było innej drogi. Mówili nam to zresztą wszyscy, od lekarzy poczynając.

No i co z tego? Odjeżdżając stamtąd czułem się jak zdrajca. I pewnie będę się tak czuł jeszcze bardzo długo. 

niedziela, 26 kwietnia 2009
Mama wróciła ze szpitala w piątek. Wróciła do domu, bo T. stwierdził, że chce przynajmniej spróbować. Że może w domu będzie lepiej, może wróci jej świadomość przynajmniej na tyle, że będzie w stanie jakoś w miarę funkcjonować w tych czterech ścianach.
 
No i wygląda na to, że - cytując klasyków - lepiej już było. T. chyba nie zdawał sobie sprawy, co to znaczy "zespół psychoorganiczny otępienny w stopniu głębokim". Choroba Alzheimera też niewiele mu w gruncie rzeczy mówiła.
 
Mnie niby mówiło to wszystko więcej - mam w końcu jakąś wiedzę teoretyczną. Ale teoria sobie, a praktyka...
 
Mama usiłuje palić - więc na przykład wsadza do ust gumkę do ścierania i usiłuje "zapalić ją" ołówkiem. Albo łapie prawdziwą zapalniczkę i - trzymając papierosa w ustach - próbuje zapalić nią gazetę leżącą na stole. Albo zapalonego papierosa zostawia na łóżku i idzie po drugiego. Albo szuka czegoś w lodówce - czyli wyrzuca wszystko z kolejnych półek na podłogę i wyraźnie złości się, że nie może znaleźć (piwa zapewne).
 
T. poszedł do łazienki - a kiedy wrócił po pięciu minutach, zastał ją nad kuchenką. Wszystkie cztery kurki gazowe były odkręcone. T. profilaktycznie zakręcił wcześniej gaz (intuicja...), ale mało kolejnego zawału nie dostał na ten widok. Bo przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego.
 
Oszczędzę Wam innych szczegółów, bo i po co Wam one.
 
Mijają trzy dni.  Ja już wiem, a myślę że T. także zdaje sobie sprawę, że raczej już nie będzie lepiej. A w każdym razie nie na tyle, aby ona mogła być na dłuższą metę bezpieczna w domu.
 
Teraz więc trzeba znaleźć miejsce, w którym zajmą się nią fachowo i dobrze, nie pozwolą zrobić sobie (...i innym) krzywdy. I jeszcze żeby to miejsce było w okolicach Warszawy, a nie pod Białymstokiem. I jeszcze żeby kosztowało tyle, żeby było realne. I jeszcze żeby były w nim miejsca.
 
I jeszcze nas czeka droga sądowa - kwestia ubezwłasnowolnienia. Brzmi strasznie - ale nie ma innego wyjścia. Bo bez zgody pacjenta lekarz nie ma prawa wykonać żadnego zabiegu (poza bezpośrednio ratującym życie) - a ona zgody nie wyrazi, bo nie zrozumie. Bo załatwienie jakiejkolwiek sprawy urzędowej jest obecnie niemożliwe - bo ona się nawet nie podpisze. Nie wspominając już o założeniu konta w banku (od 2010 r. ZUS przestaje się rozliczać gotówkowo - emerytura tylko na konto. Ha, ha).
 
Tak właśnie zapowiada się najbliższe parę tygdoni.
 
A ja mam roboty od jasnej cholery, książka którą robię już jest opóźniona (choć jeszcze nie dramatycznie). I nie mam kiedy pracować.
 
*** 
 
Puchatek spojrzał na obydwie łapki. Wiedział, że jedna z nich jest prawa, i wiedział jeszcze, że kiedy już się ustaliło, która z nich jest prawa, to druga była lewą, ale nigdy nie wiedział, jak zacząć.
 
piątek, 17 kwietnia 2009
Dziękuję za Wasze ciepłe słowa i zrozumienie. Kilka spraw muszę lekko doprecyzować.
 
Po pierwsze: tak, wiem że dom opieki to nie czeluść piekielna. Mój ból nie wynika także z tego, że boję się "co tam z nią będą robić". Raz - zdaję sobie sprawę, że opisywane w mediach przypadki znęcania się nad pensjonariuszami etc. to sytuacje ekstremalne. Dwa - na pewno wybierzemy taki dom opieki, który będzie sprawdzony i pewny. Trzy - jak cokolwiek tam będzie nie tak, to będę o tym wiedział.
 
Mnie chodzi zupełnie o co innego. O to, że Mama - mimo wszystkich problemów psychiatrycznych i neurologicznych - nie jest zupełnie "nieobecna". Wie kim jest, wie kim my jesteśmy i będzie wiedziała że nie jest w domu. I będzie jej z tym źle.
 
Po drugie: zdaje sobie sprawę z tego, co pisze Magosiaa. Moja Mama w obecnym stanie (a stan ten, jeśli chodzi o kwestie psychoneurologiczne, raczej już się nie poprawi...) wymaga opieki, której ani my, ani T. nie jesteśmy w stanie jej zapewnić. Pozbawiona takiej opieki będzie nieustannym zagrożeniem - przede wszystkim dla siebie, ale nie tylko. W domu byłaby na pewno szczęśliwsza... przez pierwsza trzy dni. Do momentu, w którym wykorzystując sekundę nieuwagi zrobiłaby coś, co skończyłoby się kolejnym szpitalem, gipsem, operacją i bólem. A na to nie możemy pozwolić.
 
Moja Mama zawsze taka była. Zawsze "wiedziała lepiej", zawsze lekceważyła zalecenia (lekarzy, rodziny, kogokolwiek...) - i zawsze wynikały z tego kłopoty. ZAWSZE. A teraz, kiedy do tego dochodzi choroba i uszkodzenia neurologiczne, te cechy spotęgowały się do granic absurdu. Nie ma szans na to, aby nagle "zrozumiała", że (na razie) nie powinna sama wstawać, że schody nie są dla niej, że - czy ja wiem? - wchodzenie na stołek żeby zamknąć okno nie jest dobrym pomysłem...
 
Po trzecie: jest "światełko w tunelu". Wszystko wskazuje na to, że T. w najbliższym czasie (prawdopodobnie do końca roku) stanie się właścicielem dosyć sporych pieniędzy (kwestie spadkowe, prawa własności do pewnej ziemi, rekompensata od państwa dla spadkobierców w ramach rozliczania tego typu roszczeń...). Nie będę wchodził w szczegóły, ale suma będzie wystarczająca, żeby T. kupił mały, parterowy domek koło nas i wynajął stałą, fachową opiekunkę, która z nimi zamieszka (teraz, nawet gdyby było nas na to stać - a nie jest - to pozostaje kwestia lokalowa: T. z moją mamą mieszkali w jednopokojowym mieszkaniu...). I wtedy Mama wróci do domu (choć już nie do tego samego), i jeszcze będzie miała ogródek, do którego będzie mogła wyjść (albo wyjechać na wózku, zobaczymy...).
 
Ale: to BĘDZIE (...miejmy nadzieję). A teraz jest tak, jak jest. I - zrozumcie mnie - niezależnie od wszystkiego, co napisałem powyżej, nie jestem w stanie spokojnie o tym myśleć.
 
Wczoraj T. dzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że (chyba) znalazł odpowiednie miejsce. W trakcie rozmowy popłakał mi się w słuchawkę i pytał, czy nie mam do niego żalu, że...
 
Żyli razem ponad trzydzieści pięć lat. On się czuje tak, jakby ją w ten sposób zdradzał, jakby kompletnie zawodził jej zaufanie.
 
Ja też się tak czuję. Tak, jak napisałem wyżej - wiem, że to nieprawda. Ale to niestety nic nie zmienia.
 
czwartek, 16 kwietnia 2009

 

Kolejny tydzień w szpitalu. Trzeba było niemal trzech tygdoni badań i analiz, żeby zlokalizować jedną cholerną bakterię. A teraz trzeba kolejnego tygodnia (co najmniej) żeby ją wykończyć. 

Ale przecież ta bakteria to - paradoksalnie - najmniejszy problem. W końcu się ja dorżnie. Kwestia czasu. A reszta? 

Wreszcie (ile to musiało trwać?) Mamę zbadał psychiatra. Potwierdziło się wszystko, co podejrzewałem. A nawet trochę więcej. "Zespół psychoorganiczny otępienny w stopniu głębokim". "Pacjentka nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować". "Zalecenie - profesjonalna placówka opiekuńcza, w warunkach domowych opieka praktycznie niemożliwa". To tylko fragmenty. 

Profesjonalna placówka. Cholera.

 

 

 

sobota, 11 kwietnia 2009

 

Mam dziś coś dla klasycznych i cos dla bardziej gospoelowych. Tak czy tak - Alleluia! Mimo wszystko.

Klasycznie:

 

 

 

I gospelowo (bez filmu, ale Keitha Greena wystarczy posłuchać... :-):

 

 

 To jedyne co kojarzy mi się z Wielką Sobotą. Najlepszych wykonań jakoś nie znalazłem, ale to też nie jest najgorsze. 

 

 

 

Ain’t no grave gonna hold this body down
There ain’t no grave gonna hold this body down
When I hear the trumpet sound
Gonna get up outa the ground
Cause there ain’t no grave gonna hold this body down
 
You said go down yonder Gabriel
Place your foot on the land and sea
But don’t you blow that trumpet until you hear from me
 
Ain’t no grave...

Oh, look way over Jordan
What do you think I see
I saw a band of Holy Angels and they’re comin’ after me
I cried meet me Jesus meet me
Meet me in the middle of the air
I’m gonna rise to meet my Lord and I’ll say goodbye down here
 
Ain’t no grave...
 
One day if they carry me out to the graveyard
Like my grandma like my grandpa
And they lay this body down
Don’t cry for me
Church—don’t cry for me

 

piątek, 10 kwietnia 2009

 

Nikt inny tak tego nie śpiewał. Mahalia Jackson na Wielki Piątek.

 

środa, 08 kwietnia 2009
Mało świątecznie i mało wiosennie. Nie jest lepiej, jest gorzej. Lepiej - zdaje się - już było.
 
Mówiąc w dużym skrócie: Mama wróciła do domu ze szpitala po wypadku, była w domu tydzień (wpis z 24. marca to oczywiście czas w domu), po czym znowu trafiła do szpitala. Dlaczego? Nie, tym razem nie upadła, nic sobie nie zrobiła ani nie złamała. Za to w zasadzie przestała jeść i pić. T. próbował coś zrobić przez kilka dni, ale w końcu przestraszył się, że to się źle skończy. Odwodnienie, osłabienie... Wiadomo.
 
Lekarz - kiedy ją obejrzał i usłyszał, że w ciągu ostatnich trzech dni wypiła (przymuszona) mniej więcej półtora kubka płynu - złapał się za głowę i kazał zawieźć ją do szpitala.
 
I leży w tym szpitalu od półtora tygodnia. Odżywili ją i nawodnili (głównie kroplówkami), powstrzymali problemy żołądkowe, poprawili wyniki krwi. Zaczęła jeść.
 
Ale reszta...
 
Jest fatalnie. Lekarz prowadzący (przesympatyczny człowiek, skądinąd... Rzeczowy, współczujący, ludzki...) potwierdził to, co ja podejrzewałem od dawna: one nie tylko nie mówi, ale coraz mniej rozumie mowę (ośrodek mowy w mózgu i ośrodek rozumienia mowy leżą tuż obok siebie...). Jak lekarz mówi do niej "Chcę panią zbadać" - patrzy na niego i nie wie o co chodzi. Dopiero jak jej pokaże słuchawkę i ciśnieniomierz, wygląda jakby łapała, w czym rzecz. Mnie i T. poznaje (co nie znaczy, że cokolwiek poza tym z tego wynika). Moją ciotkę - swoją siostrę - chyba poznaje, ale głowy nie dam. Poza tym zachowuje się w sposób kompletnie aracjonalny. Oszczędzę Wam szczegółów, są przykre.
 
Badania wykluczyły w zasadzie wszystko, co mogłyby potwierdzić. Nie ma encefalopatii wątrobowej (Inside, czytasz to? To Ty mnie natchnęłaś ta myślą. Objawy się zgadzały. Ale to nie to.). Nie ma choroby Crohna. Nie ma żadnej wrednej bakterii ani wirusa. Wszystko (oprócz ogólnej słabości i skutków połamań...) sprowadza się do mózgu. Do neurologii.
 
Lekarz powiedział, że jego zdaniem to jednak jest choroba Alzheimera (choć oczywiście nie tylko). Że rozwijała się prawdopodobnie od długiego czasu, bardzo powoli. A po tym urazie (tym upadku ze schodów sprzed miesiąca) - ruszyła z kopyta. Podobno tak bywa. Zupełnie przypadkiem - na pieczątce - zobaczyłem, że ten lekarz poza interną jest także specjalistą - neurochirurgiem. Nie mam powodu mu nie wierzyć.
 
Jutro (w czwartek) okaże się, co dalej. Jeśli wyniki (te czysto fizyczne - krew, ciśnienie etc.) będą w normie, to w piątek wypiszą ją do domu. Bo - jak słusznie powiedział lekarz - tu, na tym oddziale już jej w niczym nie pomogą.
 
Tylko co dalej?
 
Może oczywiście zdarzyć się tak, że w domu - w znanym sobie otoczeniu etc. - świadomość choć trochę jej wróci. Że będzie (przynajmniej na razie...) jako tako funkcjonować na trasie łóżko - kanapa - łazienka.
 
A jeśli nie? Jeśli pozostanie "w poziomie"? Albo (nie wiem, co gorsze...) będzie miała dosyć sił, żeby wstać, ale nie dość przytomności, żeby wiedzieć, co robi? Wtedy - jak uczciwie powiedział lekarz - będzie wymagała opieki przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
 
"Dwadzieścia cztery godziny na dobę" należy czytać dosłownie. Żeby nie zrobiła sobie (...i innym!) krzywdy, będzie trzeba być przy niej stale. Ja nie mówię o niemożności wyjścia na pół godziny na zakupy. Mówię o niemożności wyjścia na pięć minut do łazienki.
 
T. ma siedemdziesiąt lat.
 
Zawsze - niezależnie od wszystkich zgrzytów z przeszłości - byłem przekonany, że jeśli dojdzie do sytuacji w której moja Mama nie będzie mogła dać sobie rady, to zamieszka u nas. Starsza, niedołężna osoba, którą trzeba karmić, umyć, zaprowadzić do łazienki czy przewinąć - to oczywiście trudne jak cholera, ale do uniesienia (choć przyznam, że oczekiwałbym tego jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat później...).
 
Ale teraz naprawdę nie wiem, co robić. Miejsce nie jest problemem (choć parę spraw w naszym domu trzeba by przebudować...). Ale...
 
Ale mamy troje małych dzieci. Dzieci, które potrzebują jedzenia, ubrania i paru innych drobiazgów. Które potrzebują rodziców. Opieka nad osobą chorą w taki sposób wymagałaby, aby jedno z nas w ogóle zrezygnowało z pracy. A za co wtedy będziemy żyć? Ba.
 
Nieustanna opieka i kontrola, żeby Mama nie weszła na schody, żeby nie odkręciła gazu (T. opowiedział mi po niewczasie, że zdarzało mu się wejść rano do kuchni i zastać palący się całą noc gaz...). Żeby nie połamała się schodząc z łóżka. Żeby, żeby, żeby.
 
Nie wspominając już o tym, że nie zapewnimy Jej w domu odpowiedniej opieki pielęgniarskiej i lekarskiej.
 
Nie wiem, co robić. Na hasło "zakład opiekuńczy" aż się we mnie wszystko ścina. To jest moja Matka, do licha. Zawsze uważałem, że "zakłady opiekuńcze" są dla ludzi którzy nie mają rodziny, nie mają nikogo, zawsze (choćby podświadomie) krytycznie myślałem o ludziach, którzy swoich rodziców czy dziadków do takich zakładów "oddają". A dziś naprawdę nie wiem, co robić.
 
Nie jutro, nie w piątek, nie w święta... Ale jednak niedługo (kwestia, czy będzie to "niedługo" liczone w dniach, tygodniach czy miesiącach) staniemy przed koniecznością podjęcia jakiejś decyzji. Boję się tego jak cholera.