Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 27 marca 2006


Powiedzcie, czy Wasze dzieci mają swoje ulubione przytulanki, z którymi zasypiają? No, wiecie - ukochany miś czy króliczek, którego trzeba mocno, mocno przytulić, bo bez tego sen nijak nie przychodzi... Piłeczka ma takich mnóstwo - codziennie zasypia z innym pluszakiem. Za to Pietruszka...

Pietruszka też ma przytulankę, z którą zasypia. Trzyma ją w łapkach, a ostatnio nawet kładzie na niej głowę. Przytulanka nie jest jednak pluszowa. Przytulanką jest... książeczka z wierszykami Tuwima ("Lokomotywa", "Rzepka", "Ptasie Radio") z ilustracjami Levitta i Hima.

Czy zamiłowania literackie są dziedziczne? ;-)

piątek, 24 marca 2006


"Czy zdanie okragłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz, będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę...

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze; Może orzeźwi cię - ale do nikąd dojść nie pomoże...

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
Wódka w parku wypita albo zachód słońca...

Lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje sie nic
I nie stanie się nic aż do końca..."

wtorek, 21 marca 2006


WIOSNY!!! Chcemy wiosny!!! Ratunku!!!

Jak wstaję rano i widzę, że znowu w nocu popruszył śnieg, to mam odruch wymiotny. Wszyscy już fiksujemy. Jacyś nerwowi jesteśmy, drażliwi, byle co urasta do rangi Problemu. Brakuje nam słońca, brakuje zieleni. Nawet Szelma chodzi osowiała i ma dość.

WIOSNYYYYY!!!!

sobota, 18 marca 2006


W serii "Podróże marzeń" (przewodniki turystyczne, które można kupić z "Wyborczą") ukazała się właśnie "Irlandia". No i nie wytrzymałem - kupiłem. A teraz siedzę w wolnych chwilach (to taka przenośnia, te "wolne chwile") i przeglądam. Nawet nie czytam, ale właśnie przeglądam...

Bylismy w Irlandii w 1996 r. (mój Boże, to już dziesięć lat!). To była kolejna zwariowana wyprawa "bez grosza przy duszy". Pojechaliśy we trójkę - M., ja i moja siostra. Namiot, kuchenka turstyczna na naboje gazowe, trochę ciuchów - i w drogę. Autokarem rejsowym do Londynu, stamtąd kolejnym, relacji Londyn - Dublin. Razem prawie 48 godzin w podróży.

Ale było warto... Wprawdzie Irlandia nie okazała się tak gościnna, jak nasza ukochana Szkocja (w noc po naszym przyjeździe zaczął padać deszcz, który skończył się w zasadzie półtora tygodnia później... Przy czym przez "skończył się" nie należy rozumieć, że go już nie było, ale że potem nie padał bez przerwy...) - ale wyprawa i tak była wspaniała.

Siedzę teraz i przeglądam zdjęcia w przewodniku... I choć minęło dziesięć lat, pamiętam te miejsca! Zamek w Kilkenny... Zatoka Galway... Connemara, góry Mourne... Donegall... Wyspa Aran...

Ech, pojechałoby się. I pewnie się jeszcze kiedyś pojedzie.

A scena, która jakoś najbardziej siedzi mi w głowie, miała miejsce na promie, gdzieś na Morzu Irlandzkim, w pół drogi między wybrzeżem Walii a portem w Dublinie.

Było w pół do piatej rano, jasno (początek sierpnia), my - lekko otumanieni po drugiej z kolei nocy w autobusie, ale szczęśliwi i podekscytowani zbliżającym się celem podróży. Dookoła morze - po horyzont z każdej strony (na morzu naprawdę widać, że ziemia jest okrągła!), a my wpatrujemy się w horyzont przed dziobem, nie mogąc się doczekać, kto z nas pierwszy wypatrzy brzegi Zielonej Wyspy...

Pogoda była jak drut (na razie...). Morze po horyzont, nad głowami niebo jak wnętrze bladobłękitnej półkuli. Większość "normalnych ludzi" siedziała na ciepłych kanapach pod pokładem. A my wyleźliśmy na pokład, pożyczywszy pierwej gitarę od jakichś wpółśpiących Anglików. I siedzieliśmy sami na pokładzie, grając i śpiewająć różne różności - od Wolnej Grupy Bukowina po jakiegoś bluesa z kompletnie improwizowanym tekstem...

To były czasy :)

Niestety nie mam zdjęć - napaliłem się wtedy na slajdy, a potem okazało się, że mój Zenith miał uszkodzony obiektyw i niedoświetlał. Sześć rolek slajdu poszło w krzaki...

Toteż pożyczam zdjęcie ze strony http://www.odyssei.com/pl/travel-gallery (wszelkie prawa zastrzeżone...)

czwartek, 16 marca 2006
No, wybaczcie, ale nie wytrzymuję jednak. Odkrywam, że na co dzień - kiedy jestem zmęczony i zapracowany - najchętniej pisałbym o tym, co mnie DENERWUJE I WKURZA. Czyli o polityce.

A ponieważ tutaj nie chcę tego robić, więc... Będę to robił TUTAJ.

Chyba mi odwaliło. Do reszty.
17:47, puuchatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 marca 2006


Czteroletni Pietruszka wykonał był Numer Życia. Może jeszcze kiedyś zrobi coś lepszego, ale... Puchatek ma nadzieję, że Puchatka przy tym nie będzie. Ale od początku.

Zwykle w niedzielę Puchatki jeżdżą ze znajomymi do Sąsiedniej Parafii. Bo w Puchatków parafii kościół w budowie, zero ogrzewania, na podłodze goły beton, zimno jak w psiarni u Eskimosów.

Dla Pietruszki każdy człowiek płci brzydkiej ubrany w długie, białe ubranko to "ksiądz". No bo niby jak czterolatek ma rozróżnić, że to jest ksiądz, a to jest na przykład lektor, albo ubrany w albę kościelny chodzący z tacą? Na czole święceń zaznaczonych nie ma. Niestety, jak się okazuje.

Wczoraj Puchatek został poproszony przez Jednych Znajomych z Sąsiedniej Parafii, żeby zastąpił jednego z lektorów, który był zachorował. No, nie ma problemu - czytać Puchatek umie, a w albie przy ołtarzu też się bywało. Poszedł Puchatek do zakrystii, albę założył, jak porządny ministrant łapki złożył i OK.

M. z potworami została "w tłumie", razem ze znajomymi. Ludzi sporo, więc nie wszystko potwory widziały. Msza się zaczęła, wstęp, modlitwa, wiadomo. Skończyły się obrzędy wstępne, ksiądz usiadł, ministranci usiedli, ludzie w kościele takoż, a Puchatek nie usiadł, tylko ruszył był w stronę tak zwanej ambonki, żeby rzeczone pierwsze czytanie kulturalnie i z dykcją przeczytać. W tej białej albie. I w ogóle.

I doszedł Puchatek do ambonki... I lekcjonarz otworzył... I oddech już wziął, żeby zacząć...

I w tym momencie, w ciszy panującej w kościele (no bo zaraz będzie czytanie, prawda?) rozległ się jasny, dźwięczny głos Pietruszki, oznajmiającego z dumą całemu zgromadzeniu:

- A TEN KSIĄDZ TO MÓJ TATA!

Ksiądz odprawiający mszę jakby się nagle zakrztusił, poczerwieniał i generalnie wyglądał, jakby sie miał udusić. Proboszcz - siedzący właśnie w konfesjonale - zatrząsł się tak, że konfesjonał podrygiwał. Lud Boży (przynajmniej ta jego część, która to słyszała...) padł był na podłogę i tarzał się dłuższą chwilę. A Puchatek musiał - z twarzą pokerzysty - PRZECZYTAĆ to czytanie.

Oj, chyba jakiś czas pochodzimy jednak do naszej parafii...

piątek, 03 marca 2006


Pietruszka ma dziś urodziny. Czwarte. Poważny wiek.

CZTERY LATA?! I kiedy to zleciało...

Marzyciel. Filozof. Introwertyk. Wrażliwiec. Wszystko pamięta, wszystko musi przemyśleć. Jest ostrożny. Zanim wejdzie w nową sytuację - choćby na nową zjeżdżalnię - musi się jej dokładnie przyjrzeć. Ale jak się już przyjrzy - to WIE, jak na nią wchodzić i jak sobie radzić. Bez "prób i błędów". Wielu rzeczy się boi, ale jak przyjdzie co do czego - jest dzielny jak smok.

Zdjęcie - razem z siostrą.
Sto lat! :)