Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 27 grudnia 2014

W poniedziałek po szpitalu (czyli już prawie dwa tygodnie temu) - wizyta u Pani Doktor. CRP podwyższone (60). Infekcja. Antybiotyk, dokończyć chemię pigułkową w domu. Za tydzień na badania. (Zgadnijcie, gdzie M. mogła tę cholerną infekcję złapać? Jasne, na cholernej izbie przyjęć w czasie paru godzin czekania wśród chorych ludzi przychodzących na SOR. Dlaczego ja, idiota, nie kazałem dla niej otworzyć izolatki?)

Zatem w przedświąteczny poniedziałek znowu do Warszawy. Rentgen bez zmian („No, to znaczy że nic się nie pogorszyło!”). CRP spadło, ale ciągle koło 40. Dokończyć antybiotyk, siedzieć w domu. Kolejna chemia po Nowym Roku, a po drodze, jakby coś się działo, mamy dzwonić. No, chyba, żeby się działo bardzo źle. To do szpitala.

- Ja Państwu życzę na te święta, żebyśmy się nie musieli słyszeć aż do następnej wizyty - uśmiechnęła się Pani Doktor na pożegnanie.

Święta pod znakiem infekcji. Trochę lepiej. Trochę gorzej. Znowu lepiej. I znowu 37,3. Wieczorem - wszystko lepiej. Rano - 37,2. I tak ad mortem defecatum.

Niestety, po iluś chemiach człowiek nie ma dobrej odporności.

M. jest strasznie słaba. Choroba „podstawowa” plus chemia, plus infekcja bakteryjna, plus antybiotyki. Ile tak można?

W wigilię przed południem całe zastępy Dobrych Dusz poprzynosiły różne pyszne rzeczy, wychodząc najwyraźniej z założenia, że nasze moce przerobowe są mocno ograniczone. Założenie słuszne, ale dóbr przynieśli tyle, że nie wiem, kiedy to wszystko zjemy.

Całą wigilię M. przeleżała w łóżku. My - z Potworami - robiliśmy jedzenie (Piłka lepi świetne uszka, serio!) i sprzątaliśmy. M. zeszła dopiero na samą wieczerzę - bardziej siłą woli, niż siłą mięśni… Ale potem poczuła się lepiej. Grono było czysto puchatkowe - teść musiał tego dnia być w pracy, więc nie dojechał. Może uznacie, że jestem świnia, ale dodam: i chwała Bogu, tym razem. Odpoczęliśmy.

Pierwszy dzień świąt - znowu trochę lepiej.

Drugi - znowu trochę gorzej.

Dziś zdecydowanie lepiej - ale wieczorem ni z gruszki ni z pietruszki znowu 37,3. Szlag.

Mimo wszystko mam wrażenie, że trochę się poprawia. Trochę. Powoli.

A ja?

A ja trochę pracuję, trochę coś czytam… Czuję się zmęczony. Nie pracą czy domowymi obowiązkami (choć oczywiście po trochu także). Zmęczony głębiej, gdzieś w środku. Bezsilnością. Tym, że nic nie mogę.

***

Wczoraj były takie dwie godziny… Potwory - całą trójką - poszły imprezować do Sąsiadów z Sąsiedniej Uliczki, gdzie każde z nich ma towarzystwo mniej więcej w swoim wieku. Oglądały filmy, napychały się makowcem, grały w gry planszowe…

A my siedzieliśmy na dole. M., słaba, leżała na kanapie, ja siedziałem obok. Na kominku palił się ogień, było ciepło, świeciły lampki na choince, a z głośników leciał „Winter Garden”, a potem „To Drive the Cold Winter Away” Loreeny McKennitt. Cisza. Cisza pełna muzyki i myśli. Myśli niekoniecznie wesołych i optymistycznych - ale mimo wszystko: tego nam było trzeba.

Choć tyle.

środa, 10 grudnia 2014

M. trafiła na dwa (może trzy) dni do szpitala. Nie, nic groźnego ani nagłego tym razem - Pani Doktor uznała, że ten płyn z płuc (a w zasadzie z opłucnej lewego płuca) warto jednak ściągnąć, bo męczy i zwiększa ryzyko infekcji.

Zderzenie z absurdami panującymi w polskiej służbie zdrowia zawsze doprowadza mnie do furii - zwłaszcza, jak cierpią na tym moi bliscy. Nie, lekarze, pielęgniarki i cały personel szpitala w G. sprawował się bez zarzutu. Wszyscy mili, uprzejmi i (na oko) kompetentni. Problemem (jak zwykle) okazały się NFZ-owskie procedury, stworzone albo przez kompletnego idiotę, albo przez sadystę. Tertium non datur.

Pacjent zgłasza się do szpitala. Zgłasza się ze skierowaniem, w którym lekarz sugeruje konkretne rozwiązanie i podaje jego powód. Uwaga: SAM się zgłasza (czyli przychodzi na własnych nogach, nie przywozi go karetka, nie jest w stanie zagrożenia życia).

Procedury mają to w nosie. Pacjent traktowany jest tak samo, jakby przywiozła go karetka: trafia na SOR (szpitalny oddział ratunkowy). Nie ma innej opcji.

Na SORze - oczywiście - pierwszeństwo mają pacjenci w stanach ostrych i zagrażających życiu. Co zatem robi pacjent ze skierowaniem? CZEKA, rzecz prosta. Co, że przed nami są tylko dwie osoby? No to co - w każdej chwili może przecież zjawić się ktoś z karetki (zawał, hipoglikemia, wypadek, noga złamana na śliskim chodniku, whatever).

No dobrze - już po niecałych dwóch godzinach trafiamy do lekarza. Lekarz przegląda badania, zadaje kilkanaście konkretnych pytań, osłuchuje i potwierdza, że przyjmuje do szpitala na zabieg. Przychodzi inny lekarz, robi USG, zaznacza miejsce do wkłucia - wszystko gra.

No, prawie wszystko. Bo okazuje się, że pacjentka co prawda jest przyjęta, ale musi poczekać, aż się zwolni łóżko. - Troje pacjentów mamy już wypisanych, jak tylko zjawią się po nich rodziny, to Pani trafi na oddział - tłumaczy lekarz. - A na razie proszę poczekać.

Ile? A, nie wiadomo. Może godzinę. Może do popołudnia.

To może my pójdziemy do domu? Bo przecież mieszkamy pięć minut od szpitala, nie ma stanu zagrożenia życia… A jak miejsce się zwolni, to jeden telefon i za pięć minut jesteśmy.

Nie, tak się nie da. Dlaczego? Bo pacjent przyjęty MUSI być fizycznie w szpitalu. Bo jak się zwolni miejsce, a pacjenta fizycznie nie ma, to mają obowiązek go skreślić i przyjąć kolejnego. - Ja wiem, że to idiotyzm - rozłożył ręce lekarz. - Ale nic na to nie poradzimy…

I M. czekała. Siedząc na krzesełku na SORze. W szpitalu zjawiliśmy się o 8:20. Po wszystkich badaniach i „przyjęci” byliśmy o 11:30. Fizycznie na oddziale M. znalazła się o 15:30. Czyli - jeszcze nie zaczęli się nią zajmować, a już była wykończona, wściekła i na granicy płaczu.

I na koniec piekielność dodatkowa: Kiedy już zabierali ją na górę, pielęgniarka powiedziała, że po drodze trzeba zrobić rentgen. Rentgen płuc.

- Ale po co?! - Wkurzyła się M. - Przecież miałam robiony rentgen przedwczoraj, mam ze sobą opis i płytę ze zdjęciem, którą zresztą lekarz oglądał!

Ano, niestety - takie są procedury. Szpital musi zrobić własne badania, bo inaczej NFZ może zakwestionować konieczność zabiegu. A że pacjent będzie miał drugi rentgen w ciągu trzech dni? I że potem będzie świecił w nocy, nie dając spać innym pacjentom? To już drobiazg.

(I że za ten drugi, de facto kompletnie niepotrzebny rentgen NFZ też płaci - to zdaje się też drobiazg. NFZ jest bogaty, może sobie pozwolić.)

środa, 03 grudnia 2014

(W dzikim biegu, ale zapisać trzeba)

Wieczór. Siedzę przy pracy. Pietruszka w szkole muzycznej, M. z pozostałymi Potworami pojechała do znajomej. Robota idzie powoli, spać się chce… I nagle - dzwonek do furtki.

A za furtką, na podjeździe stoi… radiowóz. Dwóch młodych panów policjantów uśmiecha się niepewnie. - Dzień dobry, starszy aspirant Jakiś-Tam, szukamy pana… (tu pada puchatkowe nazwisko, na tyle niepopularne, że o pomyłce nie ma mowy).

No, ładnie, policja mnie szuka… Co robić, potwierdzam, że ja to ja.

- Czy jest pan właścicielem samochodu Opel Combo o numerach rejestracyjnych… (tu padają numery puchatkowozu)? - pyta pan policjant.

Nie powiem, w tym momencie zrobiło mi się zimno. No, bo co można sobie pomyśleć? Wypadek był, M. i Potwory w szpitalu (albo gorzej)…?

- Co się stało - pytam zatem z niejakim przerażeniem.

- A nie, spokojnie, nic się nie stało - odpowiada szybko pan policjant, który najwyraźniej dopiero teraz załapał, co ja sobie mogłem pomyśleć. - Tylko widzi pan, pański samochód stoi na ulicy Kilińskiego…

- Co, źle zaparkowany? - pytam z ulgą (M. raczej nie zaparkowałaby na środku ulicy, ale…)

- Nie, nie o to chodzi - tłumaczy pan policjant z przepraszającą miną. - Chodzi o to, że on tam stoi i śmierdzi

CO ROBI?

- No, śmierdzi. Ale wie pan, tak, że ludzie straż pożarną wezwali, bo myśleli, że coś się pali w środku - komentuje stróż prawa. - Niech pan powie, czy on ma instalację gazową?

- Nie, to diesel… - odpowiadam, przytłoczony pokładami surrealizmu.

- Aaaa, to w porządku, to pewnie się panu sprzęgło przegrzało - odpowiada uspokojony policjant i przekazuje tę wiadomość strażakom. Przez radio.

***

Zawieźli mnie na Kilińskiego. Radiowozem. Rzeczywiście, sprzęgło (ale nawet się nie spaliło, działa na razie normalnie). Nie wiadomo, dlaczego się tak rozgrzało. - Jakby się powtarzało, to niech pan przyjedzie, na razie wszystko OK., nie ma sensu dłubać - skomentował mechanik.

Strażacy zostawili nawet protokół. Że akcja była, ale wszystko w porządku.

No żesz.