Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
wtorek, 28 grudnia 2010

Trzy płyty dostał był Puchatek pod choinkę. Co prawda nie były to takdo końca niespodzianki, a raczej prezenty "zamówione" - ale w niczym to nie umniejsza zachwytu Puchatka nad tym, czego słucha. Dziś - poświątecznie - recenzja numer 1.

Eric Clapton - płyta pod jakże wymownym tytułem: "Clapton".

Różne recenzje tej płyty czytałem... Niektórzy krytycy pisali, że "wtórna", że Clapton "się powtarza", że "odcina kupony" (rzeczywiście, większość utworów na tym albumie to nowe aranżacje starych przebojów).

No i - że się wtrącę - CO Z TEGO?

To, co ten gość wyrabia, jest po prostu nieopisywalne. Każdy z tych kawałków ma w sobie tyle energii, takiego "powera" (pardon), taką ikrę, że mógłby obdzielić tuzin współczesnych "gwiazdek jednego sezonu" i jeszcze by sporo zostało.

Któryś z recenzentów napisał rzecz moim zdaniem niezwykle celną: Clapton jest w takim wieku i na takim etapie swojej kariery, że już nikomu niczego nie musi odowadniać. Krytyków oskarżajacych go o "odcinanie kuponów" może serdecznie zlekceważyć. On już nie musi pokazywać, "jaki jest świetny" - bo po prostu jest świetny.

I to jest w gruncie rzeczy najciekawszy okres w karierze muzyka: kiedy niczego już nie musi udawać, kiedy może grać to, co naprawdę chce grać. I nic więcej.

A co Clapton chce grać? Ano to, co zawsze grał najlepiej: po prostu bluesa.

I tu mała dygresja: ze wstydem muszę się Wam przyznać do czegoś, o co nikt z Was na pewno mnie nie podejrzewał. Tak, to straszne, ale taka jest prawda: jestem rasistą.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mój rasizm przejawia się w jednej tylko, konkretnej dziedzinie: uważam mianowicie (co niewątpliwie jest przekonaniem rasistowskim), że (uwaga) biali ludzie nie potrafią grać bluesa.

Nie pytajcie mnie dlaczego - nie wiem. Zauważam tylko taki prosty, empiryczny fakt: najlepsi, najbardziej kochani biali bluesmani grają w najlepszym wypadku tak, jak czarni bluesmani ze średniej półki.

Wyjątki? Są wyjątki, ale można je policzyć na palcach.

A oprócz tych kilku wyjątków jest jeszcze Eric Clapton - jedyny biały człowiek, który gra bluesa jak czarni. I to jest najwyższy komplement, na jaki mnie stać.

Zresztą posłuchajcie.

 

I jeszcze to:

niedziela, 26 grudnia 2010

A zapowiadało się tak miło...

Drugi dzień świąt - na obiad do Dzadka P, czyli Puchatkowego Ojca. Dzieci - zachwycone, bo Dziadka P. rzecz prosta bardzo kochają - a tym razem miała być dodatkowa atrakcja w postaci "koncertu". To znaczy - koncert miały dać Potwory osobiście. Piłka na flecie (jak najbardziej poprzecznym), Pietruszka na klarnecie (prostym zupełnie, ale za to Es-dur). Kolędy, znaczy się, miały Potwory zagrać, żeby dziadek mógł je pochwalić.

No więc w samochód, wszystkie prezenty do bagażnika (dla dziadka, dla cioci jednej, dla cioci drugiej...) i zaraz po mszy - hajda do Stolicy.

Na wstępie (już w czasie jedzenia zupy...) Piłka wykonała numer absolutnie popisowy, a mianowicie przewróciła choinkę. Taką dużą, do sufitu. Huk, brzdęk, parę bombek poszło się paść, cały dywan w świerkowych igłach.

Szczotka, szufelka, odkurzacz, kwadrans robity - i ślady katastrofy zostały zatarte. Choinka stała.

Koncert się zaczął... i bardzo szybko się skończył, bo Potwory pokłóciły się jak dzikie o to kto ma co grać, kto pierwszy i kto komu przeszkadza - a obrażone Potwory jakoś do muzykowania weny nie mają. Czyli kicha.

Żeby zatrzeć złe wrażenie przeszlismy do prezentów podchoinkowych. Wszyscy byli zachwyceni, oprócz... Cioci A., czyli puchatkowej siostry. Bo okazało się, że jej prezent... został w mieście powiatowym G. Czyli Puchatek, jako ta dupa wołowa zostawił go był w domu.

Obciach, nieprawdaż?

Prawdaż - ale to i tak nic w porównaniu z obciachem jaki nastąpił kiedy Piłka - bardzo się spiesząc do stołu po sok - wpadła na choinkę.

Tak, tak, zgadliście - przewróciła ją po raz drugi.

A kiedy koło siódmej wieczorem Puchatki wychodziły od Dziadka P., to odniosły (przynajmniej Puchatki Starsze) wrażenie, że po zamknięciu drzwi usyszały głębokie westchnienie ulgi...

Czy to można jakoś skomentować? Jedyne, co mi się kojarzy:

 

sobota, 25 grudnia 2010

Świątecznie. Wam wszystkim.

Wigilia - domowo, jak zwykle. Ciocia B. przyjechała, teść nie - bo musiał być w pracy.

Pucdk dostał pod choinkę łyżwy (takie na podwójnych płozach). I gitarę. Zabawkową - ale jemu to jeszcze bez różnicy. Mało się nie posikał ze szczęścia.

Dziś w domu. Śwęty Spokój, znaczy.

Jutro - do dziadków.

Znaczy się - Wesołych Świąt!!!

 

 

wtorek, 21 grudnia 2010

Wczoraj kompletnie nienormalne popołudnie w Mieście Stołecznym. Nienawidzę przedświątecznych wypraw prezentowych, nienawidzę tłumów ludzi w centrach handlowych, nie znoszę mrówczego przedświątecznego pędu na chodnikach, kiedy całe watahy ludzi przedświątecznie zakręconych depczą po sobie, popychają się, wpadają na siebie i z obłędem w oczach pędzą, pędzą, pędzą...

Na szczęście wczoraj udało mi się pojechać do Stolicy o takiej porze, że kiedy w centrm handlowym tłum zaczynał gestnieć - ja z tego centrum właśnie wychodziłem.

Natomiast niewątpliwym plusem centrów handlowych jest fakt, że jak ma się choćby z grubsza "pomyślane" prezenty, to w ciągu dwóch - trzech godzin można się z nimi załatwić i już.

Bo wszystko to, o czym napisałem wyżej, to jest pikuś (Pan Pikuś) w porównaniu z tym, jak bardzo nienawidzę wielogodzinnych zakupów... Ja mam jednak typowo męskie podejście do kupowania: wejść, kupić tę rzecz o którą chodziło, zapłacić, wyjść...

Teraz już tylko trzeba zrobić świąteczne zakupy "spożywcze" (ale to zrobie w środę późnym wieczorem, błogosławiąc Duży Supermarket Czynny Całą Dobę - bo mogę do niego pojechać o dziesiątej wieczorem, kiedy nie ma już tłumów i nie trzeba stać godzinę w kolejce do kasy). A potem jeszcze kupić choinkę. Ale to już na miejscu, na lokalnym targu.

***

I już. I w piątek Wigilia. I już święta.

A ja jestem jakiś wyprany, wymięty, zdechły. Jakoś się (chwilowo, mam nadzieję) nawet na te święta cieszyć nie potrafię. To znaczy: cieszę się że będzie parę dni względnie świetego spokoju, bez jeżdżenia, bez szkół / przedszkoli / prób / zakupów...

Ale to chyba nie wszystko...

Ale będzie lepiej. I'm going to fina a happy place:

wtorek, 14 grudnia 2010

No i znowu to samo. Nienawidzę serdecznie tego okresu w roku. Pracy od metra, czasu na nic nie ma, na dworze zimno, wszystko zawalone śniegiem...

Ja jestem stosunkowo odporny na pracę - mogę siedzieć naprawdę długo, pisać, działać... Ale jest jeden warunek: że mam jakąś odskocznię. Coś, co robię "poza tym".

Mogę tłuc cały dzień jakieś głupie (mniej lub bardziej) tłumaczenie, jeśli wiem że wieczorem siądę sobie przy filiżance dobrej herbaty, obejrzę dobry film, posłucham muzyki, pogadam z Piękną Kobietą :-)

Tyle, że jak po trzeciej robi się już ciemno, to do wieczora jestem zupełnie wykończony samym wysiłkiem wkładanym w to, żeby nie zasypiać nad klawiaturą. A jak przychodzi wieczór, to trzeba jeszcze zrobić sto rzeczy umożliwiających bezbolesny strat w kolejny dzień, trzeba położyć Potwory (i sprawdzić, czy na pewno zapakowały wszystko to, co powinny mieć jutro w szkole), trzeba "ogarnąć" rzeczywistość kuchenną, trzeba co nieco odśnieżyć, trzeba...

...I już robi się jedenasta. Wieczorem. I na herbatę jest już za późno (bo herbatę to trzeba wypić na spokojnie, a przedtem ją na spokojnie zaparzyć...), na oglądanie filmów za późno (no bo niby można posiedzieć do pierwszej w nocy, ale potem ciężko wstać rano...), na słuchanie muzyki za późno, a Piękna Kobieta marzy tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku (i pójść spać, żeby nie było niedomówień...).

Najbardziej męczącą rzeczą nie jest nadmiar pracy - ale jej monotonia. Monotonia dnia codziennego. Brak czasu i sił na jakiekolwiek działania twórcze, na poezję, na dobrą książkę, na muzykę.

Chodzi mi po głowie tyle pomysłów... Muzycznych, literackich, artystycznych (jakby to patetycznie nie brzmiało ;-). I, Kocia Twarz, kompletnie nie mam kiedy się za nie zabrać.

Tak, wiem, to swego rodzaju "czas przejściowy". Taki kairos. Za kilka lat będzie już inaczej, dzieci starsze, wiele uwarunkowań ma szanse się zmienić. Ale na razie jest tak, jak jest - i trochę mnie to męczy.

No dobra, pomarudziłem sobie. Dobrze, że przynajmniej niedługo Święta.

***

List się "upublicznił". List, który o. Ludwik Wiśniewski, dominikanin, znakomity duszpasterz i legenda "Solidarności", wysłał (podobno już we wrześniu) do nuncjusza apostolskiego w Polsce.

Przeczytałem - i po prostu mnie zatkało. Ci, którzy mnie znają - wiedzą że nie jestem człowiekiem który się byle czym wzrusza - ale czytając te słowa miałem łzy w oczach.

Bo jest dokładnie tak, jak pisze o. Wiśniewski. Już dawno nie czytałem analizy życia polskiego Kościoła, która tak bardzo by mnie poruszyła... A porusza mnie dlatego, że widzę to wszystko dokładnie tak samo. Że byłbym w stanie podpisać się pod każdym słowem.

Przeczytajcie ten list. Warto. Ciekaw jestem, czy coś z niego wyniknie - czy tylko, jak zwykle, skończy się na krótkim szumie medialnym, a o. Wiśniewski dołączy do szacownego grona ludzi Kościoła przez środowiska Radia M. i innych Frond nazywanych "zdrajcami" i "liberałami".

Pełen tekst - TUTAJ.