Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 31 grudnia 2008
Taaak, sylwester będzie upojny. Jak co roku od paru lat. Czyli - Potwory do łóżek o Zwykłej Porze (no, może ciut później, ale niewiele...) a Puchatki jeszcze o północy wystawią nosy przez balkon, żeby popatrzeć na fruwające po okolicy fajerwerki.
A przedtem może jakiś film sobie obejrzą, czy co... Się zobaczy. Może nawet wybiorą się do Pobliskich Znajomych (z Potworami, rzecz prosta) na "imprezę sylwestrową", która (siłą rzeczy) zakończy się kole ósmej. Wieczorem, żeby nikt nie miał wątpliwości. Ale to jeszcze zależy od tego, co powie Pani Doktor o stanie ogólnym Potworów, z których dwa idą dziś do kontroli (przegląd pogawarancyjny, pochorobowy) a jeden - do przeglądu z uwagi na katar i takie różne.
I wiecie co? Puchatkowi to odpowiada. Puchatek nigdy specjalnie imprezowy nie był. Owszem, potańczyć, poszaleć... Godzinkę, dwie... No, trzy góra. I starczy. A najulubieńszą puchatkową formą spędzania sylwestra było spędzanie go w towarzystwie różnych Fajnych Znajomych, z którymi można było przegadać całą noc. I to nie koniecznie w domu, przy piecu - zdarzały się Puchatkowi sylwestrowe wieczory przy ognisku na Budzowym Wierchu w Murzasichlu albo (the best of the best...) sylwester w drodze, w Bieszczadach, gdzie północ złapała nas akurat na przełeczy w Brzegach Górnych, czyli w połowie drogi z Ustrzyk Górnych do Wetliny...
***
Podsumowania? Eeee, tam.
Choć w zasadzie można by napisać tyle: kończący się rok był znacznie (ZNACZNIE) lepszy od poprzedniego. Wiele ważnych i trudnych spraw się wyjaśniło. Urodził się Pyszczak. Czegóż chcieć więcej?
A jednak Kropla Goryczy - o której pisałem w poniedziałek - jest silniejsza, wyraźniejsza niż kiedykolwiek. Czuję jej smak przez cały czas. Jest głęboko ukryty i dobrze zakamuflowany pod słodką polewą, jaka polukrowana jest tegoroczna rzeczywistość. Ale jest.
Tak, "dodaje smaku". Ale czasami bardzo chciałbym, żeby zniknęła. Choć na parę chwil. Żeby można było tak po prostu cieszyć się jakąś chwilą bez tego upartego, odwiecznego "ale...".
Ale do tego trzeba by przestać myśleć, wyłączyć analizę rzeczywistości (...i auto-analizę). A to jest w moim przypadku niewykonalne. Po prostu się nie da.
Więc dalej będzie tak samo. I nic się na to nie poradzi.
Tak, wiem że tak po prostu jest. Wiem, że gdyby było inaczej, to po prostu nie byłbym ja.
Ale czasami jestem zwyczajnie zmęczony.
poniedziałek, 29 grudnia 2008
"Zawsze, nawet w najwspanialszych chwilach życia, nawet wtedy kiedy jesteśmy absolutnie szczęśliwi, jeśli poszukamy głęboko w sercu, znajdziemy taką małą, ale wyraźną kropelkę goryczy. Kropelke smutku, niespełnienia. Ona tam zawsze jest. Kiedyś myślałam, że to wszystko psuje. Dziś myślę, że to właśnie - paradoksalnie - nadaje smak i głębię temu, co robimy. Uczy nas, że choćby było nie wiem jak dobrze - zawsze może być jeszcze lepiej."
Tak mi kiedyś powiedziała pewne mądra osoba. I miała rację.
sobota, 27 grudnia 2008
Świątecznie miało być i radośnie, i tyle sie miało wydarzyć. Wigilia w domu, w pierwszy dzień świąt rajd po znajomych, w drugi - do Osobistego Taty Puchatka na obiad, a "po drodze" także do osobistej mamy, co samo w sobie miało być wydarzeniem (dlaczego wydarzeniem - napiszę później, oddzielnie, bo to temat, o którym napisać chcę już od jakiegoś czasu, ale bardzo trudno mi zacząć...).
Miało być. Ale nie było.
Boże Narodzenie to w Puchatkowie jakiś szczególnie pechowy czas - od kilku lat w święta lub tuż po nich coś sie wydarza. "Coś" to znaczy głównie choroby jakieś. Ale tak jak w tym roku, to chyba jeszcze nie było.
Potwory (wsystkie tsy, panie doktoze) przechodziły serię Paskudnych Choróbsk w zasadzie od października z krótkimi przerwami. Ile razy wydawało się, że wreszcie wszyscy zdrowi - znowu któreś coś łapało.
M. była już załamana - zwłaszcza, że nasze Potwory generalnie (jeśli nie liczyć małych, acz umęczliwych przypadłości związanych z alergicznością) są dziećmi zdrowymi i chorują rzadko.
Tymczasem w mieście powiatowym G. jakieś wredne wirusy krążyły. W październiku wszystkie dzieci znajomych były chore, a to jednocześnie, a to na zmianę. W przedszkolu M. z piętnastki dzieci w pewnej chwili została trójka. W zerówce Pietruszki stan był zbliżony.
A w Puchatkowie seria. Pietruszka - jak to Pietruszka - jak złapał wirusa, to szło mu w oskrzela i kaszel. Piłeczka kaszlu nie łapie, za to idzie jej w uszy. Zapalenie. Pyszczak - oskrzela, jak starszy brat. A że mały, to kłuli go w tyłek (jakieś paskudztwa na rozkurczanie oskrzeli, żeby gorzej nie było...). A jak człowiek ma sześć miesięcy, to NIE DA SIĘ wytłumaczć mu, że to dla jego dobra. I trzeba go siłą trzymać, kiedy Pani Małgosia (anioł ze strzykawką, swoją drogą!) kłuje tę małą pupe. A on się wyrywa i krzyczy strrrasznie, a w tym krzyku wyraźnie słychać "Dlaczego mi to robicie?!" - I można umrzeć na wyrzuty sumienia...
Dobrze chociaż, że takie małe to po pięciu minutach zapomina...
No, kanał po prostu.
Na półtrora tygodnia przed świetami wydawało się, że wreszcie nastał spokój. Ale nie - wredny wirus, jak się okazało, tylko się przyczaił. I w poniedziałek przed wigilią zaczęło się od nowa.
Pietruszka - kaszel jak stary gruźlik. Piłeczka - "Mamo, uszko mnie boli". Do pani doktor. Syropy, piguły, siedzieć w domu. W środę do kontroli.
W środę, zważcie. W wigilię.
Kontrola: Pietrucha lepiej (choć, jak się potem okazało, chwilowo). Piłka - gorzej (!). Antybiotyk jednak (a już mieliśmy nadzieję, że się wywinie...).
W dodatku rozchorowała się M.
M. choruje rzadko, ale jak już ją weźmie - to mocno. W wigilię jeszcze jakoś funkcjonowała, jakieś ciasta piekła i sprzątała, podczas gdy Puchatek robił grzybową (wigilijna grzybowa, specjalność zakładu!), lepił pierogi i uszka.
Wieczerza wigilijna była miła, w gronie czysto wewnątrzpuchatkowym, bo Szanowny Teść - który miał przyjechać - też się (...dla odmiany...) rozchorował.
Pierwszy dzień świąt to była KLĘSKA. Potwory chore i marudne, jakieś syropy, kropelki, inhalacje - i tak przez cały Boży (bądź co bądź...) dzień.
M. padła. Bolało ją gardło, głowa i cała reszta też. Jak dostała paracetamol jakiś, to dwie - trzy godziny było lepiej, a potem od nowa.
Tylko Pyszczak - na razie - uchował się zdrowy. No i Puchatka wirus nie zdołał zmóc (choć próbował...).
"Świateczna atmosfera" przesiąkła głównie zapachem leków. Nastroje średnie. Dziś przed południem Puchatek pomknął do Stolicy z prowiantem i lekami dla Teścia ("Jedziesz do dziadka? Z ciastem? To jak Czerwony Kapturek!" - zauważyła przytomnie Piłeczka. Wilka nie zarejestrowano.)
Nienawidzę, jak dzieci są chore. Nastraja mnie to zupełnie nieświątecznie. Widok łez w oczach na widok kolejnej łyżki kolejnego Obrzydliwego Syropu (piliście kiedyś Zinnat?) sprawia, że - irracjonalnie - mam poczucie winy. Widok policzków czerwonych od gorączki i odgłos kaszlu sprawiają, że odechciewa mi się świąt i paru innych rzeczy.
No dobrze, dziś już jest lepiej. Pietruszka wyraźnie zdrowszy (po tatusiu to ma - nawet jak go już coś weźmie, to szybko zdrowieje). Piłeczka - jak to Piłeczka, narzeka ale też wyraźnie jest już z górki. M. na szczeście też się lepiej czuje. Pyszczak na razie nic nie złapał (choć katar, skubaniec, ma, więc jeszcze się okaże co z tego będzie...).
Czyli niby już z górki.
Ale mówiąc szczerze - jestem tymi świętami zmęczony.
Ot, co.
środa, 24 grudnia 2008
Wybaczcie, ale dzis tylko tyle. Zamiast życzeń. Na nic więcej dzis nie mam siły. Dziękuje za wszystkie życzenia. Na wszystkie odpowiem, ale... nie dziś.
Niestety, wstawianie filmów z YouTube przerasta puchatkowe możliwości intelektulano-komputerowe. Ale zajrzyjcie
I Wesołych świąt!
poniedziałek, 08 grudnia 2008

- Tatusiu, ale ty nie jesteś z Londynu - oznajmił był Pietruszka tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- No fakt, nie jestem - odparł Puchatek, nie tyle nawet zdziwiony (jako że do dosyć skomplikowanych ścieżek skojarzeniowych w wykonaniu Pietruszki już przywykł), ile zaintrygowany. - A jak do tego doszedłeś, synu?
- No, bo ty masz ciemne włosy - odparł Pietruszka pobłażliwym tonem z gatunku "To przecież oczywiste, drogi Watsonie".
- A ty sądzisz, że w Londynie wszyscy maja jasne włosy? - zdziwił się był Puchatek (no bo w końcu to dosyć oryginalna teza, przyznacie sami...).
- Oczywiście - Pietruszka był wyraźnie zdziwiony puchatkowym zdziwieniem.
- Ale dlaczego tak myślisz? - drążył Puchatek, czując w kościach, że za tym specyficznym skojarzeniem kryje się jakieś głębsze przemyślenie. I rzeczywiście. Pietruszka odparł natychmiast, z głębokim przekonaniem:
- No bo przecież na panią, która ma jasne włosy, mówi się LONDYNKA!
...
wtorek, 02 grudnia 2008
Najgorsza jest bezsilność. Najgorsze jest to, że nic nie można zrobić.
Jak się walczy - można przegrać i dostać w d. Trudno, bywa. Jak się człowiek stara, to może sie nie udać. Jasne.
Ale najgorsze jest kiedy się NIE walczy, bo nie ma takiej możliwości. Kiedy nie ma sie jak starać.
Nic nie mogę zrobić. Nic nie mogę zmienić. Wpadam raz na..., posiedzę godzinę (jak dobrze pójdzie) i jadę dalej. I za dwa tygodnie znowu.
A przez te dwa tygodnie... Siedzę, pracuję, coś tam robię, nie myślę. Nie mogę myśleć, bo jest tyle rzeczy, o których myśleć muszę. Są dzieci, jest dom, trzeba pracować.
Nie mogę myśleć, bo jakbym o tym myślał w kółko, to bym zwariował.
A potem przyjeżdżam, siedzę godzinę... I tak dalej. I wychodzę załamany, i parę godzin jestem po prostu chory.
Ale po paru godzinach "mija". Bo praca, bo dom, bo codzienne sprawy, wiadomo. Tylko gdzieś tam siedzi, w podświadomości choćby.
I co to wszystko zmieni, że sobie popiszę, że się pozałamuję? Nic nie zmieni. "Co ja mogę zrobić?" - to pytanie, które zadaję sobie najczęściej. Moja podświadomość ubiera to właśnie w takie słowa. A problem polega właśnie na tym, że nic nie mogę ZROBIĆ.
Nagorsza jest bezsilność.