Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 31 grudnia 2005


Aaaaa!!! Ratunku!!! Zasypało nas!!!

Puchatek o trzeciej w nocy musiał zasuwać z łopatą, bo na obu balkonach leżało po metrze śniegu i się przestraszył (Puchatek, nie śnieg), że mu się zarwą. Balkony znaczy.

A dziś rano dojście do furtki zajęło Puchatkowi kwadrans, a przekopanie się przez podjazd - dwadzieścia minut. Na podjeździe - poza cienką odśnieżoną ścieżką - śnieg sięga do pasa. W ogródku pod śniegiem znikła juz ławka (taka normalna, jak w parku, z oparciem). Szelma przebija się przez śnieg (szczęśliwa), tylko jej ogon widać. A psem jest słusznych rozmiarów.

I w dodatku dalej pada. Co to będzie?

Z zasypanego posterunku w G. - Puchatek.

P.S. Kable jeszcze nad śniegiem, to piszę. :)

P.S.2 Sąsiad uparł się, że wyjedzie z domu samochodem, bo jedzie do znajomych na sylwestra. Nawet mu się udało. Ale zasuwał z łopatą bite dwie godziny (!). A coś mi się widzi, że po południu - żeby na tego Sylwestra wyjechać - zajmie mu to drugie tyle. Bo - dla odmiany - sypie...

czwartek, 29 grudnia 2005


Zrobili Puchatkowi dowcip miesiąca. Dowcip roku w zasadzie.

Wszystko zaczęło się od tego, że a konto przyznanego kredytu Puchatek zamówił w Pewnej Firmie materiały do ocieplenia Chatki Puchatków. Styropian, klej, zaprawę, siatkę, kołki, ..., ..., i tak dalej. Oczywiście - ocieplanie odbędzie się dopiero latem, ale kupić trzeba było już teraz, żeby się na sławetną Ostatnią Ulgę Remontową załapać.

Zamówił Puchatek internetowo - telefonicznie. Zaliczkę wpłacił. I zainteresował się, kiedy nastąpi dostawa. "Proszę się nie martwić, pani ze spedycji zadzwoni i się z panem umówi. Przecież nam też zależy, żeby pan był w domu" - oznajmił Uprzejmy Głos W Słuchawce.

Puchatek postanowił zatem, że poczeka na telefon. A jak rzeczona pani zadzwoni, że na przykład jutro (Pewna Firma mieści się bowiem na Drugim Końcu Polski...), to Puchatek przygotuje miejsce w piwnicy i skrzyknie kilku znajomych do pomocy.

To był błąd.

W środę rankiem zadzwoniła komórka. "Czy to pan Puchatek? Z ulicy Takiej A Takiej w G.? Bo ja jestem na sąsiedniej ulicy, no, to niech pan mi powie, w którą mam skręcić?"

To nie była pani ze spedycji. To był pan kierowca.

Dziesięć minut później pod Chatkę Puchatków podjechał tir. Pan kierowca odkrył plandekę, a oczom Puchatka ukazało się trzysta metrów kwadratowych styropianu popakowanego w gustowne paczki o wymiarach metr na pół metra na pół metra. Było tych paczek 100. Słownie: sto. Jedynka, dwa zera, bez przecinków.

Widział ktoś z Was, jak wygląda sto paczek styropianu o wyżej wymienionych wymiarach? Nie? No to wam powiem obrazowo.

Wygląda tak, że podjazd, z którego prowadzą bramy wjazdowe do czterech w sumie posesji został zastawiony na amen, albo jeszcze trochę bardziej. Bo oczywiście pan kierowca pomógł tylko wywalić to wszystko na podjazd. Bo się spieszył.

W sumie to mu się Puchatek nie dziwi - jemu za wyładunek nie płacą.

Okazało się jednak, że poza styropianem trzeba jeszcze przenieść do piwnicy klej i zaprawę. Kleju było czterdzieści worków, każdy ważył 25 kilo. Zaprawy - dla odmiany - było czterdzieści worków i każdy ważył - dla odmiany - 25 kilo.

Jak łatwo policzyć - kleju  była tona, a zaprawy dla odmiany była tona.

Pierwszą tonę Puchatek przerzucił sam - z ciężarówki do garażu. Po 25 kilo. Na ramieniu. W tę i z powrotem.

Tymczasem M. (która nawet wyjść z domu nie mogła, bo Potwory chore, a ona sama dla odmiany też) rozpaczliwie wydzwaniała po znajomych, więc w połowie drugiej tony zjawił się zasapany kolega K. i pomógł.

Ale potem kolega K. pojechał do domu, bo musiał dzieci z przedszkola odebrać. A Puchatek został sam. To znaczy - nie sam. Został ze stoma paczkami styropianu, stoma, jedynka, dwa zera, bez przecinków. I z grypą, która go od kilku dni męczyła. I zaczął te paczki nosić do garażu (grypa nosiła się sama, przy okazji). I w różne inne miejsca, bo garaż szybko okazał się pełny.

I nosił Puchatek ten piórkowany styropian cztery godziny. Bo styropian ma to do siebie, że (w przeciwieństwie do zaprawy) jest lekki - każda paczka ważyła pewnie ze trzy kilo - więc można by nosić nawet po pięć paczek na raz, ale...

...Ale wymiary. Nie da rady, nie ma siły, nie da się złapać. Można na raz wziąć JEDNĄ paczkę. Pójść do garażu. Ustawić. Wrócić. Wziąć jedną paczkę. Pójść do garażu (na strych, do schowka w ogródku, niepotrzebne skreślić). Ustawić. Wrócić. Przepisać sto razy.

Możecie mi mówić "Styropianowy Joe".

Jeden z tego wszystkiego pożytek: grypa jak ręką odjął. Widać taka mobilizacja zmotywowała organizm do wypowiedzenia grypie wynajmowanego lokalu.

Tyle, że dziś (czwartek) Puchatka wszystko boli. Wszystko. Rusza się Puchatek z trudem, podniesienie rąk powyżej ramion nie wchodzi w grę.

Ale za to będzie ciepło.

Za rok.

sobota, 24 grudnia 2005


Uwaga - czytać do końca! ;-)

Jest u nas taka "nowa, świecka tradycja", że Piłeczka w wigilię jest chora. Rok temu jechaliśmy z nią rano do lekarza i całe święta siedzieliśmy w domu. A dziś rano okazało się, że mamy powtórkę z rozrywki. Lekarz ("Nocna Pomoc lekarska", choć w dzień...), zapalenie oskrzeli. Lekkie, wirusowe - ale jednak. No i z jutrzejszego wyjazdu na obiad do Osobistego Taty nici.

Żebym się ekstremalnie tym martwił, to nie powiem - chyba nawet mam ochotę posiedzieć spokojnie w domu...

Wigilię mieliśmy w spokojnym gronie czteroosobowym ("...nie licząc psa"). A przedtem, kiedy M. z Piłeczką pojechała do lekarza, ubieraliśmy z Pietruszką choinkę. I tak sobie pomyślałem...

Kiedyś, dawno temu, we wczesnym dzieciństwie, uważałem wigilię Bożego Narodzenia za Najważniejszy Dzień w Roku. Czekałem na nią już od wakacji, skreślając dni w kalendarzu (dosłownie! Czerwoną kredką...).

Potem – z różnych przyczyn, nie czas i miejsce o nich pisać... – było zupełnie inaczej. Był nawet taki czas, że tego dnia wręcz nie lubiłem. Święta zaczynały się dla mnie dopiero na pasterce, od proroka Izajasza i jego pełnych mocy słów („…naród, kroczący w ciemnościach, ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło!”).

Potem, kiedy zaczęliśmy obchodzić wigilię w gronie już tylko „najbliższorodzinnym”, czyli z M. i (potem) Potworami – ten dzień znów zaczął być miły, choć takiej magii jak kiedyś już nie było. A dziś...

A dziś obserwowałem, jak czteroletni Pietruszka drżącymi łapkami usiłował powiesić na choince drewnianego bałwanka. Jak z otwartą buzią gapił się na wyjęte z pudełka, absolutnie magiczne Czerwone Bombki. Jak z niesamowitym przejęciem wygłaszał swoje komentarze na temat tego, gdzie powiesić kolejną pozłacaną szyszkę. Jaki był dumny, że gwiazdka wisi dokładnie tam, gdzie zechciał...

Dla niego te szklane bombki, drewniane bałwanki i słomiane gwiazdki miały naprawdę moc magiczną. Miały siłę misterium.

I nagle poczułem tę magię, tę moc dziecięcej wiary w Ten Dzień…

Przez cały wieczór przychodziły SMS-y, maile, dzwonili różni Krewni-I-Znajomi-Królika. Z życzeniami, rzecz prosta.

I nagle – ni z gruszki, ni z pietruszki – zadzwoniła Inside we własnej osobistości! Aż mnie przytkało (co u mnie naprawdę nie jest stanem normalnym ;-) – bo od osoby z blogosfery oczekiwałbym raczej maila, SMS-a czy komentarza na Puchatkowie. A tu stary, dobry, tradycyjny głos w słuchawce. :)

A teraz Potwory już śpią, gary posprzątane, a my sobie siedzimy i pijemy Bożonarodzeniową Herbatkę (z cynamonem, goździkiem, odrobiną imbiru i paroma innymi ingrediencjami).A z głośników leci mój prezent choinkowy, na specjalne zamówienie: Enya, Amarantine.

A jak się skończy, to chyba włączę sobie Bacha. Mam taką płytę z sonatami skrzypcowymi w wykonaniu Menuhina. Nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem...

A specjalnie dla Was – mam coś TAKIEGO.

 

 

 

 

 

To właściwie muzyka na drugi dzień świąt (...on the Feast of Stephen, czyli „…w dniu świętego Szczepana...).

Słowa – John Mason Neale (1818 – 1866), na podstawie staroangielskiej legendy o królu Wneceslasie. Muzyka – tradycyjna, w aranżacji i opracowaniu Loreeny McKennitt. (Wszystkie Prawa Zastrzeżone, 1995 Quinlan Road Ltd.). Pełny tekst – gdyby ktoś chciał przeczytać – znajdziecie tutaj. (To nagranie także wisi dzięki uprzejmości Inside. Dzięki :-)

Wesołych Świąt!

piątek, 23 grudnia 2005

 

No i zapowiada się, że święta będą spokojne.

Banki obłaskawione (oba - i ten, co go spłacamy, i ten, co to się w nim zdłużamy). Wszystkie papierki w porządku (grrrruba teczka...), czekamy już tylko na wyznaczenie terminu podpisania umowy kredytowej.

W związku z tym pożyczyliśmy od znajomych pieniądze, żeby jeszcze w tym roku kupić jak najwięcej materiałów do tego przyszłorocznego ocieplania i tak dalej - bo to ostatni rok ulgi remontowej.

Wczoraj byłem w wydawnictwie R-D, czyli u mojego głównego "tłumaczeniodawcy". No i nagle (...zawsze jest "nagle"...) okazało się, że mają dla mnie jeszcze dwie spore książki. Najlepiej na wczoraj.

Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej pierwsze pół roku (przyszłego) będę miał co robić. "Miał co robić" - to taki eufemizm. Może się okazać, ż przynajmniej jedną rzecz będzie trzeba "sprzedać", bo się w terminach nie zmieszczę.

Czyli: teraz kończymy książkę dla R-D - do końca grudnia będzie gotowa.

W styczniu - kolejna książka dla R-D - na spółkę z drugim tłumaczem, bo do końca stycznia trzeba skończyć.

W lutym - książka dla Jednego Takiego Karpia, czyli Kolegi Z Czasów Gazetowych, co to własne wydawnictwo założył.

W marcu - kolejna książka dla R-D.

W kwietniu i maju - dwie dla wydawnictwa T. (nieduże, ale ciekawe).

W czerwcu - ostatnia z aktualnie planowanych dla R-D.

I to wszystko na straszny akord, bo tak naprawdę żeby każdą z tych książek zrobić w miesiąc, trzeba się będzie ostro sprężać.

Czyli powtarza się sytuacja z ubiegłego (już prawie) roku: przez pierwsze pół roku pracy jest tyle, że nawet gdyby potem nie było już nic, to od biedy da się za zarobione pieniądze do końca roku dożyć (no dobrze, od dużej biedy i bardzo oszczędnie, ale zawsze).

Czyli jest dobrze.

środa, 21 grudnia 2005



Siedzieli na przeciw siebie. On zaczytany w jakiejś Bardzo Grubej Książce, ona przeglądała notatki z wykładów. Oboje w wieku średnio – studenckim. Kolejka – jak to kolejka – stukała sobie niespiesznie w kierunku Warszawy.

Obserwowałem ich kątem oka – trochę z nudów, trochę zaciekawiony.

Oni też obserwowali się nawzajem. Ukradkowe, szybkie spojrzenia znad książki, znad segregatora. Nieco dłuższe, kiedy obiekt obserwacji miał akurat oczy opuszczone. Krótsze, kiedy wzrok się spotykał – bo wtedy trzeba było szybko odwrócić się w inną stronę, bo przecież ja wcale, absolutnie, ja tylko czytam…

Ona wyraźnie mu się podobała. Nic dziwnego – była naprawdę ładna, rozpuszczone ciemne włosy, brązowe oczy, taki ciepły, południowy typ urody, klasyczne rysy.

On też wyraźnie jej się podobał. Ciemny blondyn, okulary, typ "elegancki intelektualista", pod rozpiętą goreteksową kurtką – gruby, wełniany sweter (rzuciło mi się to w oczy, nie polar, tylko właśnie gruby sweter z golfem, wyraźnie ręcznie robiony).

On czytał, ona się uczyła, on spoglądał na nią, ona na niego, czasami ich wzrok się spotykał, ale wtedy szybko w bok, żeby nie pomyślał, żeby nie pomyślała... A kolejka stukała po swojemu – już Komorów, już Pruszków, coraz bliżej celu.

W Pruszkowie wsiadła do wagonu piegowata nastolatka obładowana bagażami. Jechała chyba na jakąś "klasową wigilię" – siaty z jakimś ciastem, w ręku duży stroik z bombkami, z plecaka wystawała jej czapa Mikołaja. A pod pachą…

A pod pachą niosła ogromną gałąź jemioły.

Torby postawiła na ziemi, stroik trzymała w ręce, a jemiołę – po chwili namysłu – położyła na półeczce nad siedzeniami.

Dokładnie nad Nimi.

Scena, która potem nastąpiła, trwała może półtorej, może dwie sekundy.

Ruch ręki wkładającej jemiołę na półkę – oboje spojrzeli na piegowatą nastolatkę, na jej rękę wyciągniętą prawie nad ich głowami, wreszcie na jemiołę. W tym samym ułamku sekundy oboje pomyśleli o tym samym – że jemioła… że pod jemiołą… Widać było – na obu twarzach, niezależnie, ale jednocześnie – taki błysk skojarzenia, drgnięcie oczu, uśmiech widoczny raczej w spojrzeniu, niż w kącikach ust.

No i – oczywiście, w konsekwencji, odruchowo – spojrzeli na siebie. I w kolejnym ułamku sekundy zrozumieli, że zauważyli to samo i o tym samym pomyśleli. Iskierka, mikrowyładowanie, on zrozumiał, że ona wie, że on wie, że ona wie…

…i oboje się okropnie speszyli. On szybko wbił oczy w książkę, ona – lekko zaczerwieniona – wróciła do swoich notatek.


Dwie sekundy – ale dobry reżyser nakręciłby z tego scenę, za którą dostałby Oscara. A dobry pisarz mógłby w tym miejscu zacząć książkę.

wtorek, 20 grudnia 2005


Nie, nic o przygotowaniach, porządkach i gotowaniu.

Mam dla Was przedświąteczną muzykę.

Posłuchajcie.


Muzyka wisi dzięki uprzejmości Inside, która udostępniła miejsce na serwerze (własnego Puchatk nie posiada).

"Psalm o Gwieździe" z przedstawienia "Kolęda - Nocka".

Muzyka - Wojciech Trzciński
Słowa - Ernest Bryll

Teresa Haremza, Krystyna Prońko, chór Teatru Muzycznego w Gdyni.

(Wszystkie Prawa Zastrzeżone - Polskie Nagrania, 1994)

niedziela, 18 grudnia 2005


Ano tak, urodzinki. Dziś Piłeczka skończyła dwa latka.

Charakterne toto, czupurne, bojowe, ale słodkie przy tym niezmiernie.

A dwa lata temu...

Nie było z kim zostawić Pietruszki, który wtedy miał rok i dziewięć miesięcy. Termin sie zbliżał... Znalazła się w końcu jedna dobra dusza, co się zgodziła z Pietruszką zostać, jakby Puchatki jechały. Rodzić, znaczy się...

No i tak to było:

Rano się "zaczęło", ale niemrawo... Puchatki, pomne doby (!) spędzonej na porodówce przy rodzącym się Pietruszce, nie chciały jechać za wczesnie. Więc jeszcze cały dzień coś sie robiło... Wieczorem uśpiliśmy Pietruszkę - i kiedy zasnął, to JUŻ WŁAŚNIE NATYCHMIAST TRZEBA BYŁO JECHAĆ. Kwadrans po ósmej byliśmy już w szpitalu. Izba przyjęć, pani doktor flegamtycznie cedząca: "Spokojnie, spokojnie, ja wiem, każdej się wydaje, że to już..." - bo M. wyglądała na tyle młodo, że pani doktor była PEWNA, że to pierwsze dziecko. Więc spokojnie zaczęła badanie (skurcze co trzy minuty, ale nie wierzyła...), po czym nagle przestała być spokojna i wrzasnęła (ale bez złości, z troską szczerą): O MATKO, CO TAK PÓŹNO?! NA PORODÓWKĘ!!!

"A mówiliśmy!" mruknął Puchatek pod nosem. Pani doktor spojrzała na Puchatka krytycznie i zapytała M.: "Mąż będzie przy porodzie?"

"OCZYWIŚCIE, że będzie!" - odpowiedziały zgodnie Puchatki (Puchatek stanowczo, M. dysząc). "A był pan już przy porodzie? Sensacji pan żadnych nie miał?"

Puchatek zamordował panią doktor wzrokiem i zapewnił, że nie miał. Bo nie miał.

I pojechali na porodówkę.
A półtorej godziny później Piłeczka była już na świecie.

A dziś wygląda toto tak:




Oczywiście, nie zawsze jest tak upaprane...

Ale, uczciwie mówiąc, często :)

O, tu też:



Sto lat, Sto lat... No dalej, wszyscy razem!

środa, 14 grudnia 2005


Dziś REWELACYJNY ciąg dalszy pewnego konkursu.

Jakiś czas temu Puchatek organizował tu konkurs na limeryki z nazwami miejscowości "Płyćwia" i "Rozprza".

Wyniki konkursu można sobie przypomnieć TUTAJ. Zwyciężczynią (bezapelacyjną) została wówczas Matsa, której Puchatek zresztą do dziś (z uwagi na odległość...) winien jest czekoladę. Dobrą. Z orzechami.

I wtedy, na koniec, w komentarzach, na pytanie o inne "wredne" nazwy miejscowości, Puchatek napisał:

>>Puchatek zawsze jakiś wredny pomysł znajdzie, czemu nie? Na poczatek >>proponuję "Albuquerque". To w Teksasie, jakby kto ptał :)

No i Matsa - niezawodna - po dłuższym czasie przypomniała sobie o tym i... napisała. Puchatek się zachwycił! Więc zamieszcza - bo to naprawdę warte przeczytania!

Wiwat dla Matsy! Puchatek sugeruje czytelnikom uważne wczytanie się zwłaszcza w ten drugi limeryk, bo to mistrzostwo absolutne.

A zatem: Made By Matsa.

Pewien kowboj co żył w Albuquerque
raz oskomę miał na cukierki.
Zamiast grzecznie je wziąć
Wolał kapelusz miąć
Mówiąc - hola! nie ze mną te gierki!

i wersja druga, żeńska ;)

Young, sweet girl spod town Albuquerque
Miała pink (malowane) pazurki.
dłonie też miała pink,
Bo się zatkał jej sink,
Gdy z pink crayon robiła raz wiórki.



No, powiedzcie sami - rewelacja, czyż nie?

:D

poniedziałek, 12 grudnia 2005


Wygląda na to, że wszystkie zastrzeżenia da się jakoś wynegocjować. Czyli - wszystko wskazuje na to, że rzeczony kredyt (patrz - poprzednia notka) jednak weźmiemy.

No i bardzo dobrze - zawsze lepiej płacić mniejsze raty, niż płacić większe raty, a jeśli do tego jeszcze można zainwestować i płacić mniej za ogrzewanie - to już znakomicie.

Tylko...

Jak sobie pomyślę o ilości rzeczy, które trzeba będzie załatwić... O kolejkach w sądzie wieczystoksięgowym, żeby zrobić wpis do hipoteki... O urzędzie skarbowym, w którym trzeba będzie zapłacić zryczałtowany podatek za wpis hipoteki kaucyjnej (durne dziewiętnaście złotych, ale biegania tyle samo, co z każdą inną sprawą)... O pięciu milionach papierków, które "w terminie X dni" muszę dostarczyć do banku PO otrzymaniu kredytu...

...to mi się odechciewa. Wszystkiego.

czwartek, 08 grudnia 2005

Pisał Puchatek TUTAJ, że się stara o kredyt na Spłatę Kredytu i Coś Jeszcze. No i właśnie przyszło mailem, że jest decyzja kredytowa. A po otwarciu maila okazało się nawet, że pozytywna.

No i niby pięknie... Tyle, że Puchatek w kwestiach finansowych ostrożny jest do potęgi. Przeczytał sobie tę decyzję baaardzo uważnie. I oczywiście znalazł co najmniej trzy sprawy, które mu baaaardzo nie podchodzą, i które jutro telefonicznie z bankiem wyjaśnić musi.

No bo tak: że ostateczne oprocentowanie będzie wyższe niż to, które rzeczony Bank wypisuje na swoich wielkich, reklamowych plakatach, to Puchatek nie miał wątpliwości. Reklama reklamą, a z czegoś bank żyć musi. Oprocentowanie (choć wyższe, niż w "promocji" powiedziano) jest i tak duuużo niższe, niż to, które Puchatek płaci obecnie. Tak, że rata kredytu byłaby i tak niższa, niż obecna - i to mimo, że chce Puchatek wziąć o 20 000 Polskich Nowych (jak mawia Inside) więcej. No i super.

To, że bank domaga się dostarczenie paru dokumentów, które Puchatek dawno dostarczył - to w sumie też pestka. Się wyjaśni. A jak nie - kopie są w domu, się dostarczy. No i super.

Niestety, są w "decyzji kredytowej" trzy punkty, które zdecydowanie NIE SĄ super. I tak (Puchatek przeprasza, ale jest wkurzony, więc przechodzi na opis w pierwszej osobie. No.):

1. Bank żąda od kredytobiorcy ubezpieczenia na życie - to rozumiem (no bo jakby mnie szlag trafił, to żeby bank nie był stratny). Jeśli ubezpieczenie już jest (a jest) - bank żąda cesji tegoż na swoją rzecz. OK.
I tylko mały problem: moje ubezpieczenie opiewa na sumę WYŻSZĄ, niż suma kredytu, którą chcę od banku. Wyższą (w zależności od rodzaju mojej ewentualnej śmierci ;) od 20 procent do 80 procent. A Bank życzy sobie być "jedynym uposażonym" w tej polisie.

I tu składam protest: mogę podpisać cesję ubezpieczenia DO WYSOKOŚCI DŁUGU wobec Banku. Ale jeśli (odpukać) zginę w wypadku, to dlaczego Bank ma dostać z mojego ubezpieczenia sumę zdecydowanie przewyższającą mój dług? Dlaczego reszty (po spłaceniu długu) nie ma dostać moja rodzina? Ubezpieczenie wykupiliśmy nie po to, żeby dogodzić Bankowi, ale po to, żeby w razie tak zwanego "czego" moi bliscy mieli za co żyć (bo na razie jestem "jedynym żywicielem" i tal dalej).

2. Choć kredyt ma być we Frankach szwajcarskich, Bank żąda wpisu do hipoteki w wysokości konkretnej sumy w złotówkach, przy czym suma ta jest WYŻSZA O 40 PROCENT od sumy kredytu. O co chodzi? O ryzyko kursowe? To niech Bank wpisze do hipoteki sumę w CHF. Poprzedni Bank tak zrobił – jest w hipotekę wpisana suma w Euro. Dlaczego obciążenie hipoteki ma być prawie o połowę wyższe, niż suma, którą biorę z banku?

3. Te „dodatkowe pieniądze” – jak pisałem – mają być przeznaczone na ocieplenie domu i wymianę ogrzewania. Opisałem to we wniosku, w rubryczce „data zakończenia inwestycji” wpisałem październik przyszłego roku. Tymczasem w „decyzji” stoi, że mam się rozliczyć z tej inwestycji (łącznie z dokumentacją fotograficzną) w ciągu czterech miesięcy od uruchomienia kredytu. Jeśli kredyt uruchomiony będzie teraz, to jak sobie to, przepraszam, szanowny Bank wyobraża – że będę w styczniu ocieplał dom? Że będę w lutym wymieniał ogrzewanie? A dzieci trzymał w tym czasie w lodówce (no bo w lutym ma być -10, a w lodówce jest jakieś 3 – 4 stopnie, to zawsze trochę cieplej…)?

Co to za brednie? Czy ktoś poza analitykiem finansowym w ogóle czytał mój wniosek kredytowy? Czy też walnięto standardowe formułki dla klientów z cyklu "befsztyk raz"?

No, Szanowny Banku, ja myślałem, że jest konkurencja i że się klienta traktuje poważniej. Zobaczymy, co Bankowi Fachowcy powiedzą. Bo na takich warunkach to ja tej umowy nie podpiszę. O ile jeszcze tę zawyżoną hipotekę mogę przełknąć, o tyle sprawy ubezpieczenia nie odpuszczę, a czteromiesięczny termin "realizacji inwestycji" nie wchodzi w grę.

Ano, zobaczymy.

 
1 , 2