Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 23 grudnia 2004

Ano tak, złamię się jednak. Wigilia dopiero jutro, ale nie sądzę, żebym miał czas tu wtedy zajrzeć. Więc chciałem Wam już dziś... życzenia, znaczy...

A zatem, Kochani:

NIE DAJCIE SIĘ NABRAĆ. Tego Wam życzę szczerze.

Nie dajcie się nabrać na smętno - melancholijno - nostalgiczną atmosferę. Na smutne kolędy ("U was w Polsce to nawet kolędy są smutne" powiedział mi kiedyś znajomy Hiszpan). Na snieżek i mróz wokół stajenki. Na biednego, zmarzniętego Pana Jezuska, co to płacze z zimna, bo mu matusia sukienki nie dała... Bo ubogą była... Bo do gospody nie wpuścili... Więc na sianku... W tym mrozie... Więc smutno jakoś, samotnie, beznadziejnie...

NIE!

Czy wiecie, dlaczego Boże Narodzenie obchodzi się akurat teraz, akurat 25grudnia? (Bo przecież nie ma żadnych danych o tym, o jakiej porze roku się Jezus narodził, a nawet mało prawdopodobne, żeby to było w grudniu...)

Noc z 24 na 25 grudnia to najdłuższa noc w roku (w rzeczywistości ta najdłuższa jest dwa dni wcześniej, ale tak kiedyś myślano).

Dotąd - dzień coraz krótszy, noc coraz dłuższa.

Od tego dnia - noc ustępuje! Dzień zwycięża. Prosty, zrozumiały symbol. Zwycięstwo dnia nad nocą. Światła nad ciemnością. Życia nad śmiercią. Archetyp.

O to chodzi w tych świetach. ON przychodzi - więc jest Nowa Nadzieja. Więc ciemność musi podać tyły. Więc całe zło, cała beznadzieja, wszystko to, co ciężkie, złe, co przytłacza i niszczy - odchodzi w przeszłość. Zaczyna się coś Całkiem Nowego.

"Noc się posunęła, przybliżył się dzień" - napisze święty Paweł.

A ponad trzysta lat wcześniej prorok Izajasz, zapowiadając, wieszcząc, napisał:

"Naród kroczący w ciemnościach ujrzał Światłość Wielką".

To o nas. O mnie, o Tobie. To nasze ciemności ustępują. To nasz dzień się zaczyna.

I jeszcze "...na ziemi pokój Ludziom Dobrej Woli".

Ludziom Dobrej Woli - czyli Wam wszystkim. Tobie, Matko Syna. I Tobie, Holly z Gowździami do spółki. Mattko Polko z Potworami i Miaużonem. Sia.siu. I nawet Tobie, Mały Okrutniku, boś wprawdzie okrutnik, ale mały - a przecież mógłbyś być Wielkim Okrutnikiem! :)

Pokój. Radość. Nadzieja. Pamiętam o Was.

środa, 22 grudnia 2004

Pietruszka rano wesolutki. Hi hi hi - ha ha ha, humorek i w ogóle. Piłeczka też - rechot rozkoszny, pełnia szczęścia. Do momentu, kiedy tata wygłosił sakramentalne stwerdzenie:

"No, muszę już lecieć".

Pietruszce mina zrzedła. "Nie musisz lecić, tatusiu! Pobaw się ze mną!" - i mina w podkówkę. I łezki.

Kurczę, przez ostatnie dwa tygodnie - nie licząc weekendów - widywałem się z Potworami kwadrans rano i pół godziny przed spaniem.

Wczoraj wpadłem do osobistej mamy - coś tam jej pomóc musiałem. Wychodzę, patrzę - a ona żegna się ze mną i łzy ma w oczach. No bo święta za pasem, a przez ostatnie kilka miesięcy widywaliśmy się sporadycznie, zawsze w biegu. Nie jestem jakoś bardzo mamowym synkiem, osobista mama też nie jest szczególnie wzruszliwa, ale... Przy tych zbliżających się świętach...

Żyjemy w świecie absurdu. Jak się czyta ogłoszenia o pracy, to w niemal każdym stoi, że wymagana jest  "dyspozycyjność". Co w praktyce oznacza, że trzeba być najpierw pracownikiem, potem pracownikiem, a dopiero potem - w nielicznych wolnych chwilach - zajmować się takimi drobnostkami jak rodzina i bliscy.

Nie. Smutna twarz Pietruszki jest ważniejsza, niż wszystkie ważne firmowe sprawy na świecie.

Dziś środa. Jeszcze jutro w formie B. i koniec. I będę z tobą, Pietruszko.

Utwierdzam się w podjętej decyzji - należy tak działać, żeby ostatecznie (docelowo) pracować w domu. Pewnie nie zarobię tyle, ile zarobiłbym siedząc w pracy po dziesięć godzin. Pewnie w związku z tym nie będzie nas stać na kilka zbawek. Trudno.

Do diabła z dyspozycyjnością. Do diabła z siedzeniem cały dzień w firmie B. Albo gdziekolwiek indziej. Są ważniejsze rzeczy.

Jutro - ponieważ wszystko mam już pozamykane - zamierzam wyjść z B. o trzeciej. Złożyłem wymówienie, więc chyba mnie już nie wyrzucą ;)

Pójdę najpierw do mamy - i posiedzę z nią chociaż ze dwie godziny przy kawie. Pójdę potem do K., która ma 96 lat (!!!) i też pewnie byłoby jej miło, gdybym choć wpadł przed świętami.

A potem pojadę do domu - I JUŻ TAM ZOSTANĘ. Będę sobie tłumaczył, od czasu do czasu oczywiście trzeba będzie gdzieś pojechać (zwłaszcza, jak zacznie się praca z panem C.) - ale na co dzień będę w domu.

I na pohybel ośmiogodzinnemu dniowi pracy. Howgh.

wtorek, 21 grudnia 2004

No właśnie - psia krew nagła. Kocia twarz. Indycza noga.

Szelma, zaraza jedna, wykorzystała sekundę nieuwagi. Furtkę uchyloną na ułamek ułamka centymetra. Przez ułamek ułamka sekundy. I juz jej nie było. Smyrg.

Ganiałem za nią po całej okolicy przez dwie godziny (warto dodać, że te dwie godziny były między północą a godziną drugą). No i znalazem. W przemiłym towarzystwie kilku czworonożnych amantów. Bardzo przystojni byli, nie powiem. Najwyższy jej sięgał akurat do kolana.

A że Szelma generalnie była akurat w nastroju miłosnym niezwykle - obawiam się, że za dwa miesiące... :(

No więc ja w zasadzie intersownie. Hop, hop, czy ktoś z Was nie miałby ochoty na...

Nie, inaczej:

Oddam (wyłącznie w dobre ręce) szczeniaki - mieszankę malamuta alaskańskiego z Bóg-raczy-widzieć-czym. Do oddania będą - prawdopodobnie - koło marca / kwietnia.

No, chyba, że mieliśmy wyjatkowe szczęście. Albo że Szelma dba o swoją cnotę lepiej, niż jej właściciele o furtkę...

Taki mezalians... Hlip....hlip...

:(

Pod moją wczorajszą notką (w zasadzie dzisiejszą, jakby dokładnie spojrzeć na zegarek) Mattka Polka komentarz napisała. I stało w nim między innymi:

"Popatrz jak to jest, ze coraz rzadziej można spotkać prawdziwego kapłana. "

Wiesz, Mattko, to nie do końca tak. To, jakich mamy księży, jest tylko obrazem tego, jacy sami jesteśmy. No bo w końcu skąd się ci nasi księża biorą? Nie z księżyca przecież, tylko spośród nas... Mam kilku znajomych księży, których znałem jeszcze długo zanim taką drogę wybrali. I wiem, jacy byli. Jacy są. Nie, nie "źli", nie "gorsi niż kiedyś", to nie o to chodzi. Byli - są - po prostu  tacy sami, jak ja.

Coraz rzadziej można spotkać prawdziwego kapłana, Mattko, bo coraz rzadziej (jakby to patetycznie i tragicznie nie brzmiało) można dziś spotkać "prawdziwego człowieka".

Ot, co.

Życzenia już wszyscy piszą na zaprzyjaźnionych blogach. A Puchatek jeszcze zaczeka, bo jeszcze do Świąt dni kilka (dokładnie - trzy). Dziś jeszcze adwentowo. Czyli do pomyślenia...

Nagrywałem dziś rozmowę z Księdzem I. (jako freelancer, do Jednej Bardzo Dużej Gazety, w której kiedyś pracowałem, a która dziś czasami chce, żebym coś zrobił, bo w dziale miejskim nie mają w zasadzie nikogo, kto by się znał na sprawach kościelnych i z prawdziwym żywym księdzem pogadać umiał ;)

Ksiądz I. był znanym warszawskim proboszczem. Ostatnio przez osiemnaście lat w jednej parafii na starym Żoliborzu.

Przez parafian kochany wielce - i słusznie, bo człowiek mądry, dobry, ciepły, bo dla każdego miął czas, bo zawsze był "dla", bo nigdy czasu dla siebie nie miał.

Teraz jest w tej samej parafii księdzem-emerytem. Pomaga, mszę odprawi, ale już nie kieruje, nie decyduje. Nowy proboszcz traktuje go nieprzyjemnie - niby nic złego, ale na przykład nie przydzieli mu stałej godziny niedzielnej mszy, żeby ludzie, którzy chcą, mogli na nią przychodzić. I Ksiądz I. co tydzień w sobotę wieczorem dowiaduje się, o której jutro odprawia...

Ksiądz I. prowadził wykłady dla parafian - głównie biblijne. Nowy proboszcz je zlikwidował. Ksiądz I. co roku organizował w swojej parafii nabożeństwa nie tylko ekumeniczne, ale także np. wspólne modlitwy chrześcijan i żydów (był zresztą członkiem Rady Chrześcijan i Żydów). Nowy proboszcz - nic z tego.

Nowy proboszcz nie jest zły - problem polega na tym, że Księdzu I. do pięt nie dorasta i... niestety świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Kompleksy. Jakże ludzkie.

Rozmawiałem z Księdzem I. Chciałem od niego (ech, dziennikarze, sępy...) wyciagnąć coś na temat. Nic z tego. I. kategorycznie odmówił powiedzenia złego słowa o nowym proboszczu. - Ja przyszedłem po kimś, on przyszedł po mnie - mówił. - Każdy ma swoją wizję. Dawniej byłem "ojcem" tej parafii - teraz jestem jej "dziadkiem": pomagam, ile mogę, ale już nie decyduję. To naturalna kolej rzeczy. I tak dalej.

Nie mówił tego "na pokaz". Nie usiłował pokazać, że jest "ponad to". Owszem, powiedział wprost, że on zrobiłby inaczej. Ale nowy proboszcz robi tak - i on będzie ostatnim, który to skomentuje.

Pokora i spokój tego człowieka naprawdę mnie poruszyły. Pokora - właśnie ta prawdziwa, nie będąca "fałszywą skromnością", ale wynikająca właśnie ze świadomości tego, kim się jest naprawdę.

Ale poza pokorą i spokojem było coś jeszcze. WOLNOŚĆ. Prawdziwa wolność. Gotowość do zrezygnowania ze wszystkiego - także z własnych planów, marzeń, wizji. Wolność która sprawia, że nikt i nic nie jest w stanie cię zniszczyć. Upokorzyć. Przybić.

Panie Boże - jeśli czytasz tego bloga (...a w końcu Ty czytasz wszystkie blogi, te pisane i te nie...) - mam tylko jednen komentarz. WIĘCEJ TAKICH KSIĘŻY. Mniej takich, jak... i jak... - więcej takich, jak Ksiądz I. I wszystko będzie OK.

poniedziałek, 20 grudnia 2004

Alea iacta est. Kości zostały rzucone, znaczy się. A w zasadzie - kość została, bo po łacinie to jest w liczbie pojedynczej.

Zaniosłem. Złożyłem. Podpisałem.

"Do zarządu B...

Proszę o rozwiązanie ze mnę umowy o pracę z dniem...."

Podpis.

I już. Zmartwili się. Chyba szczerze nawet, bo właściwie kto im na moje miejsce przyjdzie? Na takich warunkach? W takim układzie?

Do czwartku jeszcze tu siedzę. Później ewentualnie będę musiał na dzień wpaść po świętach, żeby coś dokończyć - ale to raczej mało prawdopodobne, bo właśnie wszystko kończę.

Czyli - do czwartku, a potem (wybaczcie, nie mogę się powstrzymać):

WOLNOŚĆ RZĄDZI !!!!!!!

Hłe hłe hłe ;)))))))

Puchatek

Noc ciemna. Trzecia w nocy, czy coś koło tego. Puchatek śpi. M. śpi. Piłeczka śpi i pochrapuje. I nagle w ciemności błogiej rozlega się zdecydowany głos Pietruszki:

- Kłapouchi (zapis fonetyczny).

Puchatek już nie śpi, bo Puchatek tak ma, że najlżejszy dźwięk Puchatka natychmiast budzi. Puchatek słucha.

- Kłapouchi! - powtarza Pietruszka nieco głośniej, tonem sugerującym, że nie chodzi o mówienie przez sen, ale o wyraźne żądanie. Puchatek, marzący o wyspaniu się raz na jakiś czas, zaczyna zachodzić w głowę, o co chodzi (przypominam, jest trzecia w nocy, o tej porze zachodzenie w głowę to droga długa i pełna przeszkód). Żadnej zabawkowej wersji puchatkowego osiołka w domu nie ma. O co chodzi?!

Pietruszka nie daje za wygraną: - Chcem Kłapouchiego. Daj mi Kłapouchiego, tatusiu. Tatusiu, Kłapouchiego chcem. (Już się nauczył, skubaniec, że o takich porach należy się zwracać do taty, bo zawracanie się do mamy jest z góry skazane na niepowodzenie...).

- Pietruszko - jęczy Puchatek zaspanym głosem - jakiego Kłapouchego chcesz? Tatuś nie wie, o co ci chodzi...

- Cerwonego. I troske zółtego tez.

Puchatkowi ten zestaw kolorów wydaje się dziwnie znajomy, może o innej porze by go z czymś skojarzył, ale o trzeciej... Tymczasem Pietruszka zaczyna uderzać w ton płaczliwy, co grozi płaczem, co grozi obudzeniem Piłeczki i generalnie Sajgonem. - Kłapouchego mi daj, tatusiu! Ja chcem go!

Przebłysk geniuszu o trzeciej nad ranem: - Pietruszko, a po co ci Kłapouchy?

- Zeby wymyć ząbki! - odpowiada Pietruszka zdziwonym tonem (przecież to jasne, nieprawdaż?).

No jasne, że jasne! Czerwono-żółta jest Pietruszkowa szczoteczka do zębów. A na rączce - jako żywo - siedzi sobie Kłapouchy w wersji disneyowskiej z kwiatkiem w pysiu.

Puchatek zna Pietruszkę dobrze. Puchatek wie, że jakiekolwiek dyskusje o trzeciej nad ranem są bez sensu - jeśli Pietruszka chce Kłapouchego, trzeba mu go dostarczyć, bo inaczej będzie tak marudził do białego rana. Nie odpuści. Więc Puchatek wstaje, idzie do łazienki, bierze szczoteczkę. I tu niespodzianka: tup-tup-tup-tup-tup. Pietruszka nie czeka w łóżeczku, Pietruszka za tatą do łazienki przyszedł. Oczki zaspane, piżamka w paski (ze stopkami, na szczęście, bo podłoga w łazience zimna), ale mina zdeterminowana.

- Pietruszko, chcesz wymyć ząbki? - upewnia się Puchatek.

- Aha (zwrot używany zamiast "tak" w chwilach szczególnie podniosłych).

Więc tatuś moczy szczoteczkę, nakłada śladowe ilości pasty i myjemy ząbki. Jest trzecia piętnaście. Pietruszka ząbki płucze, odwraca się na pięcie, mówi "NO!" (???) i odmaszerowuje. Pakuje się bez słowa do łóżeczka, śpi słodko, zanim tata zdąża dotelepać się z powrotem do sypialni.

Czy Pietruszka w życiu się wyśpi - nie wiem. Ale kłopotów z dentystą chyba mieć nie będzie...

10:42, puuchatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 grudnia 2004

Sto lat!

Piłeczka kończy dzisiaj rok. Wiek poważny, nieprawdaż?

Urodzinki były, że ho ho! Przyjechały dziadki, przywiozły prezenty, tort był… Mama Piłeczkę nad tortem trzymała, żeby jej dać okazję do zdmuchnięcia jednej świeczki. Wszyscy myśleli, że nic z tego nie będzie, że trzeba będzie pomóc. A Piłeczka co? Piłeczka owszem, zdmuchnęła. Sama, bez pomocy. Taka już jest.

Chodzić zaczęła jak skończyła 10 miesięcy.

Siusiać na nocnik – jak miała 11.

…i gdzie jej się tak spieszy?

Zresztą zawsze była szybka. Urodziła się w niecałe dwie godziny, podczas gdy jej Bratu zajęło to równą dobę.

No, ale właśnie – ona jest w tej lepszej sytuacji, że ma starszego (o dwa lata) brata. I może go podpatrywać.

Są zupełnie różni. Pietruszka jest introwertykiem, wrażliwcem. Wszystko przeżywa „w środku”, emocje wyłażą z niego czasami po dłuższym czasie. Jest nieprawdopodobnie konsekwentny. Jeśli czegoś naprawdę chce – będzie do tego dążył tak długo i uparcie, aż zdobędzie. Nie zapomni, nie odpuści. Zanim się na coś zdecyduje – musi to przemyśleć, przekombinować, dużo czasu mu to zajmuje. Ale jak już podejmie decyzję – jest nie do zatrzymania.

Piłeczka to dynamit. Wszystko już, natychmiast, jak nie – to ryk w niebogłosy i awantura dzika. Pierwsza do wszystkiego. Zero lęku, zero instynktu samozachowawczego. Kamikaze, boski wiatr, nie ma przebacz – cytując klasyków. Mały czołg. Serce na dłoni. Ale też dużo łatwiej się zniechęca, łatwiej ją „zbajerować”, odwrócić uwagę.

Sto lat, Piłeczko. Albo i więcej.

21:55, puuchatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 grudnia 2004

Oj, bom napisał coś, co nie do końca. Napisałem:

"Pisanie to raczej forma porządkowania myśli i skojarzeń, niż kreacja świata".

Ale mowa o pisaniu BLOGA, oczywiście. A nie o Pisaniu. Takim prawdziwym. Bo to drugie - to kreacja, jak najbardziej. Ale to nie tu. Gdzie indziej, kiedy indziej.

Ale kiedyś na pewno. Nie da się nie. Necesse est - jeszcze bardziej. Mocniej Głębiej.

Tyle.

 

To był UPIORNY tydzień. Potwory miały straszny czas – jęczały, kwęczały, budziły nas w nocy po razy tysiąc.

 

.

 

W mojej ukochanej firmie B. – kolejny pożar w burdelu, wszystko na ostatnią chwilę. „Szybciej, oddawajcie teksty, bo w piątek musi się zacząć łamanie!” – słyszeliśmy średnio trzy razy dziennie. W. się strasznie stresował. Ja jakby mniej – i to nie tylko dlatego, że jestem „na wylocie” – ale także dlatego, że przez całe pół roku mojej pracy w B. jeszcze się nie zdarzyło, żebyśmy weszli na skład punktualnie… Tym razem, rzecz prosta, także wyjątku nie było. Skład zacznie się w poniedziałek. Jak dobrze pójdzie…

 

.

 

Tyle, że mnie to już jakby nie dotyczy. W poniedziałek albo we wtorek składam wymówienie. Decyzja podjęta, przedyskutowana w domu, zatwierdzona przez M. Potwory na razie nie mają nic do gadania, ale jakby miały – też by zaakceptowały. One też wolą widzieć w domu tatę, niż jego kapcie w przedpokoju…

 

.

 

Sytuacja nie jest tak różowa, jak bym chciał. Pan C. miał drobny wypadek – nic poważnego, ale cały projekt lekko się odsuwa. Miało „być wiadomo” do świąt – będzie dopiero w styczniu. Czyli jeszcze jakiś miesiąc niepewności.

 

.

 

Ale doszedłem do wniosku, że tracenie czasu w B. byłoby absurdem. No bo tak:

 

- Siedzę w B. cały Boży dzień. W domu mnie nie ma. Wracam zmęczony, psychicznie zwłaszcza. I żeby jeszcze coś z tego było, ale nie. No bo:

 

- Zarabiam stosunkowo niedużo. Jeśli doliczyć fakt, że współczynniki obcinają, a za robienie zdjęć (i jeszcze parę innych rzeczy, coraz bardziej zresztą kretyńskich) nie płacą, to wychodzi (jak obliczyłem), że mniej więcej połowę czasu spędzam tam za darmo…

 

Czyli – strata czasu. Nawet nie mogę powiedzieć, że się czegoś uczę czy zdobywam nowe doświadczenia (chyba, żeby uznać, że chodzi o doświadczenie z jakiego typu firmami nie współpracować…). Jak mawiał kolega Karp odchodząc dwa tygodnie po mnie z redakcji Jednej Dużej Gazety – „czas skończyć ten toksyczny związek”.

 

.

 

Projekt pana C. ruszy prawdopodobnie od kwietnia / maja / czerwca. Czyli do pół roku będę bezrobotny.

 

Ale nie całkiem, bo właśnie dostałem kolejne tłumaczenie. Jest tego wszystkiego tyle, że możemy za to żyć bezstresowo przez pół roku. A lekko zaciskając pasa – nawet dłużej. A zrobię to – jeśli nie będę przesiadywał bez sensu w B. – w ciągu trzech – czterech miesięcy.

 

A jak do końca stycznie okaże się, że projekt jednak nie wypala – to będę miał jeszcze spokojne kilka miesięcy na znalezienie pracy.

 

Ot, co.

 

.

 

...Co nie zmienia faktu, że jednak jest to wszystko lekko ryzykowne. Trzymajcie kciuki. Zwłaszcza Ty, Holly, bo Twoje kciuki jakoś ostatnio szczęśliwe! J

 

 

 

****

 

 

Matka Swego Syna napisała na swoim Drugim (Pierwszym? Trzecim?) blogu dlaczego pisze. I radziła, żeby się zastanowić nad własnym pisaniem. Czy się przypadkiem świata wirtualnego za prawdziwy nie bierze…

 

.

 

Zastanawiałem się. Nie biorę. Piszę tu, bo takie pisanie to dla mnie forma autonarracji. Bo kiedy pewne rzeczy spisuję – to niektóre z nich lepiej rozumiem (bo „co zwerbalizowane, to uświadomione”). Inne – łatwiej mi zaakceptować. Z jeszcze innymi – łatwiej walczyć. A Niektóre można po prostu wyśmiać – bo dopiero na piśmie widać, jakie są nieprawdopodobnie głupie. Vide – firma B. J

 

.

 

Pisanie to raczej forma porządkowania myśli i skojarzeń, niż kreacja świata.

 

.

 

Scribere necesse est?…

 

.

 

Ale dziękuję Ci, Matko, za Twoje pytania. I za tę całą resztę, którą tam napisałaś.

 

 
1 , 2 , 3