Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 20 listopada 2009

Jesień = choroby.

Choroby = chore Potwory.

Chore Potwory = Potwory nie idące do szkół, ale siedzące w domu.

Potwory nie idące etc. = Trzy dni w tygodniu, kiedy Puchatek nie ma szans popracować od rana do wpół do drugiej (kiedy to M. wraca z Przedszkola i może Potwory przejąć).

A Puchatek - niestety, niestety... - ma taką konstrukcję psychofizyczną, że _nie_potrafi_ siedzieć po nocy. Przy robocie, znaczy, bo przy dobrej książce to jeszcze-jeszcze.

Normalny rozkład puchatkowego dnia wygląda tak, że jak siada rano do roboty (po podrzuceniu Potworów starszych do szkoły), to do obiadu (czyli do drugiej / trzeciej po południu) odwala taaaki kawał roboty. A po obiedzie, czyli od trzeciej do wieczora, choć czasu niby ma prawie tyle samo, jest w stanie zrobić co najwyżej połowę tego, co przed południem. A raczej mniej. A po 21:00 to już jest czysta abstrakcja - po prostu procesor nie działa (i wcale nie mówi Puchatek o komputerze na biurku). No, nie i już.

A z tego - niestety, niestety... - wynika, że chore potwory oznaczają poważne opóźnienia w robocie. Miał Puchatek książkę skończyć do 15. listopada. No to dziś mamy 20., a książka wymaga jeszcze co najmniej dwóch dni.

To już wiecie, jak się Puchatek będzie szampańsko bawić w ten weekend?..

No, ale na szczęście już w tym tygodniu (tym, co to się w niedzielę zacznie) pojawi się nowa (acz sprawdzona przez znajomych) babysiterka. Która przyjdzie rano i zajmie się Pyszczakiem, dopóki M. nie wróci z roboty.  Dzięki czemu Puchatek będzie mógł wykorzystać Najbardziej Pracowe Godziny Dnia.

Ale na razie Puchatek zdycha. Bo usiłował popołudniami zrobić tyle, ile normalnie przedpołudniami. I trochę mu się procesorek przegrzał. Jednakowoż.

A poza tym od tygodnia chodzi Puchatkowi po głowie taki jeden kawałek Boba Geldofa. I nie, wbrew pozorom nie chodzi o "I Don't Like Mondays", co mógłby sugerować wpis z 9. listopada :-)

Chodzi mi o to, co poniżej.

I bez aluzji. Nie kieruje tego Puchatek do nikogo z czytelników tego bloga ani do nikogo z bliskich, żeby nie było :-)

Po prostu taki nastrój. Panie i Panowie, Bob Geldof. SIR Bob Geldof. (Chciałem wrzucić filmik z GENIALNYM teledyskiem, ale na YouTube możliwość "wrzucania" jest akurat zablokowana. Ale możecie go sobie obejrzeć bezpośrednio na YT, O, TUTAJ. A muzyczka poniżej)

środa, 11 listopada 2009

Powstał swego czasu "Puchatek Polityczny" (link po prawej wciąż wisi), ale niestety: rzeczywistość skrzeczy i Puchatek po prostu nie ma czasu, żeby tam pisać. Może kiedyś wróci, ale na razie nie ma szans.

Dlatego dziś, w dniu świątecznem, krótka mruczanka polityczna tu się znajdzie. Bo czasami Puchatek musi (inaczej się udusi).

Miłościwie Nam Panujący Pan Prezydent raczył w orędziu na 11. listopada napisać, że mamy w dzisiejszych czasach kryzys patriotyzmu. Szkoda, że Pan Prezydent nie próbuje nawet zastanawiać się dlaczego tak jest.

Czy Pan Prezydent nie widzi, że brak patriotyzmu - i ten deklarowany, i ten faktyczny... - to w dużej części reakcja na takich, jak On? Jak partia Jego brata?

Na hurra-patriotyzm polegający wyłącznie na drętwych słowach, napuszonych pozach, machaniu flagą i napawaniu się (żeby nie powiedzieć bardziej brutalnie...) narodową martyrologią?

Tak to jest, Panie Prezydencie. Reakcją na patos i napuszenie jest ironia i cynizm. To reakcja obronna. Po prostu.

Nie mogę się oprzeć: dziś, w tym szczególnym dniu dedykuję Panu Prezydentowi fragmenty wiersza Jana Kasprowicza. Pod rozwagę.

 

"Rzadko na moich wargach - 
Niech dziś to warga ma wyzna -
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Widziałem, jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.

Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

Widziałem, jak do Jej kolan -
Wstręt dotąd serce me czuje -
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.

Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.

Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.

Więc się nie dziwcie - ktoś może
Choć milczkiem słuszność mi przyzna -
Ze na mych wargach tak rzadko
Jawi się wyraz: Ojczyzna. (...)"

poniedziałek, 09 listopada 2009
środa, 04 listopada 2009

Błeeee.

No przepraszam, ale listopad to jest taki miesiąc, kiedy Puchatek szczerze żałuje, że nie jest Prawdziwym Niedźwiedziem. Bo wtedy mógłby wszystko piżgnąć w kąt i pójść spać do marca.

Nic mi się nie chce. I kiedy pisze "nic", to właśnie dokładnie to mam na myśli.

A już pracować... Ech,  co ja Wam będę tłumaczył...

A 31 października (to był jeszcze październik, więc jeszcze mi się troszeczkę chciało...) chodziły po osiedlu takie dzieciaki poprzebierane. Jak skomentował Pan Pijaczek, który się czasami snuje koło Lokalnego Sklepiku: "O, halołeny idą!".

No i zadzwoniły takie halołeny także do puchatkowej furtki. I wygłosiły słynny tekst (który, co prawda, sporo traci w tłumaczeniu): "Psota albo pychota".

Ale Puchatek był przygotowany! Wybiegł z domu, w stronę furtki z torbą orzechów (nic innego nie było) i... z WIELKIM nożem w ręku. I z wrzaskiem. I rzucił się z tym nożem i wrzaskiem w stronę furtki.

Żebyście widzieli ich miny! :-D

Odskoczyli od furtki na trzy metry. A Puchatek jak już dobiegł, to schował nóż i zapytał grzecznie:

- Mogą być orzeszki?...

...I dopiero wtedy dzieciaki zaczęły się śmiać.

A co, jak straszymy, to straszymy, nie? Za rok Puchatek wyleci z siekierą!

(Łomattko, ja za rok kończę czterdzieści lat... Czy je jestem jeszcze dziecinny? Czy może już dziecinniały? ;-)