Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 18 listopada 2007


Ano, jak Puchatek wspomniał, warto by opowiedzieć także o kupowaniu kurtki. Kurtki dla Puchatka.

Po długich poszukiwaniach butów dla Potworów Puchatek znalazł był kurtkę dla siebie. Taką klasyczną z gatunku "nieprzemakalna-oddychająca", choć nie z "prawdziwego" goreteksu, bo wydawanie tysiąca złotych na kurtkę do chodzenia po mieście czy po lesie (wyjazdy wysokogórskie chwilowo Puchatkowi nie grożą, niestety...) byłoby przesadą. Grubą.

No i znalazł był Puchatek kurtkę odpowiednią. W miarę dobrej jakości, z tkaniny typu "super-hiper-rewelacyjna-podróba-goreteksu", dobrze uszytą, z odpowiednią ilością kieszeni, z dobrze skonstruowanym kapturem (a to rzadkość wśród tańszych kurtek!), a przy tym dostatecznie luźną, żeby pod spód założyć gruby polar (zimą). A że w Sklepie Sportowym Znanej Marki była akurat promocja - kosztowało toto poniżej 200 zł. A że Puchatek NAPRAWDĘ nie miał kurtki na jesieniozimę, to rzeczoną nabył. Drogą kupna.

Kasa, karta, paragon, torba, dziękuję, do widzenia. Zaraz za kasą - drzwi wyjściowe. W drzwiach wyjściowych - bramka antykradzieżowa. Potwory w bramkę, M. za nimi, Puchatek z torbą na końcu.

BIIIIIIIIIIP! BIIIIIIIIIIP! - Zawyła bramka.

Cały sklep obejrzał się na Puchatka. Pani Z Ochrony, która wyrosła jak spod ziemi, popatrzyła na Puchatka tak, jakby coś ukradł. Puchatek popatrzył na nią tak, jakby nic nie ukradł i pokazał jej paragon. Cała sytuacja była o tyle dziwna, że chwilę wcześniej pani w kasie usunęła z rzeczonej kurtki chyba ze siedem takich "pluskiew" alarmowych. Widać - była gdzieś ósma.

Puchatek wrócił z kórtkę do kasy, pani zaczęła szukać. Po dłuższej chwili znalazła ósmą pluskwę. Puchatek podziękował, wziął kurtkę, ruszył przez bramkę i...

BIIIIIIIIIIP! BIIIIIIIIIIP! - Zawyła bramka. No, żesz w mordę.

Z powrotem do kasy. Tym razem poszukiwania trwały dobre dziesięć minut. Nic. Pani Z Ochrony osobiście wzięła kurtkę i pomachała nią w bramce.

BIIIIIIIIIIP! BIIIIIIIIIIP!

Szukamy dalej. Puchatek zasugerował nieśmiało, że może by wkładać w bramkę kolejne fragmenty kurtki, to przynajmniej będzie można zlokalizować przybliżone położenie ostatniej "pluskwy".

A zatem - kaptur. Nic.
Tył. Nic.
Prawy rękaw. Nic.
Lewy rękaw. BIIIIIIIIIIP! BIIIIIIIIIIP!

A, tu cię mamy!

Kolejne dzisięć minut obmacywania wszystkich szwów pozwoliło wreszcie zlokalizować cholerę. I usunąć. Na śmierć.

Ufff.

Puchatek musi przyznać, że na koniec usłyszał grzeczne przeprosiny za zwłokę i nieprzyjemną sytuację.

E tam, nieprzyjemną. Przynajmniej było wesoło! :-)


piątek, 16 listopada 2007

 

Właściwie wszystko zaczęło się od tego, że puchatkowy Peugeocik dostał nowe, piękne zimowe butki (Dębica Frigo, rzecz prosta kupione w Internecie, ale pasowały). Zimowe butki to dobra rzecz, ich brak czasami boli, czego Puchatek doświadczył na własnej skórze dwa dni wcześniej, ale nie o tym miało być (że pozwolę sobie zacytować Mattkępolkę).

M. popatrzywszy na nowe butki Peugeocika oświadczyła Puchatkowi z miną ponurą, że czuje się wyrodnym rodzicem, bo samochód ma już zimowe obuwie, a Potwory jeszcze nie. I że trzeba to zmienić. Miała przy tym na myśli nie tyle odarcie Peugeocika z opon, co raczej kupno zimowych butów dla Potworów.

Puchatek próbował zmniejszyć poczucie winy Ukochanej Małżonki pytając o "te brązowe buty z zeszłego roku", ale został zmiażdżony oświadczeniem, że po pierwsze rzeczone obuwie dawno się rozleciało, a po drugie być może nie zauważył, ale ma DWOJE dzieci, które potrzebuja raczej obuwia do wychodzenia na dwór JEDNOCZEŚNIE.

No i skończyło się na Wielkiej Wyprawie Do Wielkiego Centrum Handlowego w okolicach Wielkiego Miasta.

Potwory - kiedy usłyszały, że będzie się im kupować rzeczone obuwie, zapiały z zachwytu. Przy czym ujawniły - jak zwykle - zróżnicowane podejście do życia, gdyż Pietruszka siedemnastokrotnie przypominał Rodzicom, że buty DLA NIEGO maja mieć numer DWADZIEŚCIA OSIEM, dokładnie tyle i ani trochę inaczej, i że DWADZIEśCIA OSIEM to na przykład czternaście plus czternaście albo dwadzieścia plus osiem. Piłeczka natomiast oświadczyła zdecydowanie, że buty dla niej mają być (uwaga, uwaga!) RÓŻOWE i że żadne inne nie wchodzą w grę.

Pojechali.

W Wielkim Centrum Handlowym sklepów (rzecz prosta) mnóstwo, ale wybór obuwia dziecięcego, jakby to powiedzieć, więcej niż skromny. Patrząc na półki można by wnioskować, że w połowie listopada dzieci chodzą głównie w adidaskach i pantofelkach poniżej kostki.

Po przejściu ...nastu sklepów Puchatek był już zmęczony, M. załamana, a Potwory miały dosyć. Zdecydowanie dosyć.

I właśnie wtedy - na szczęście - Puchatek okiem sokolim dojrzał sklep firmowy "Bartka".

"Bartek" (wyjaśnienie dla niedzieciatych) to taka firma produkujące buty dla dzieci. Dobre. I drogie. Choć nie tak drogie jak różne Ecco etc. Niemniej - powtarza Puchatek - drogie.

Weszli. Już po jakichś trzydziestu sekundach Puchatkowu rzuciły się w oczy FANTASTYCZNE buty dla Pietruszki. Skórzane, odpowiednio wysokie, na polarowym futerku, na porządnej podeszwie i po rozsądnej cenie.

To znaczy - cena wydała się rozsądna z początku, ale po bliższych oględzinach Puchatek zaczął w jej rozsądek wątpić. Ponieważ bliższe oględziny ujawniły z boku buta metalową metkę-wszywkę z napisem "SympaTex".

I tu cena zaczęła się wydawać naprawdę korzystna - bo buty z sympateksem (nawet dziecięce) kosztują zwykle lekko licząc półtora raza drożej. A bywa, że dwa razy.

Puchatek podejrzliwie obejrzał obuwie, ale nie dostrzegł żadnych braków, dziur czy niedoróbek tłumaczących taką cenę. Podszedł więc był do sympatycznej pani przy kasie i zapytał o ten ewenement.

- Och, widzi pan, bo to jest taka sprawa... - speszyła się pani niezmiernie. - Jakby to panu powiedzieć... Bo te butki są... No, wie pan... Z zeszłorocznej kolekcji! - wyrzuciła wreszcie z siebie straszną prawdę.

- Synu! - Rzekł Puchatek do Pietruszki poważnym tonem, nie zwracając uwagi na to, że M. wydawała z siebie dźwięki sugerujące duszenie się ze śmiechu. - Synu, prawdziwi mężczyźni nigdy nie ubierają się według ostatniej mody. Mam nadzieję, że okażesz się prawdziwym mężczyzną i po bohatersku zniesiesz fakt, że rodzice kupią ci buty z zeszłorocznej kolekcji!

- Ale będą miały numer DWADZIEŚCIA OSIEM? - zapytał podejrzliwie Prawdziwy Mężczyzna lat pięć i pół. - Bo jak tak, to mi się bardzo podobają - dodał. Jego zachowanie nie wskazywało na to, żeby w przyszłości musiał tę traumę przepracowywać na kozetce u psychoanalityka.

A co najlepsze - tuż obok znalazły Puchatki także buty zimowe dla Piłeczki. Wysokie, skórzane, mięciutkie, ciepłe. Co prawda bez sympateksu, ale niewątpliwie zdolne wytrzymać Wielkie Śniegi.

...i zgadnijcie, w jakim były kolorze...

A potem jeszcze poszły Puchatki kupić kurtkę dla Puchatka. Ale to juz - jak mawiał Kipling - zupełnie inna historia. Choć warta opowiedzenia... :-)


Puchatek MP3 już posiada - wyśle je każdemu, kto przyśle maila z prośbą na puuchatekMAŁPAgazeta.pl

ALE Puchatek zmuszony jest ostrzec: mail z załącznikiem waży drobne 7 MB (bądź co bądź to kwadrans nagrania). Jeśli zatem macie odpowiednio duże skrzynki, odpowiednio szybkie łącza i odpowiednio duże limity wielkości pojedynczej wiadomości (zwykle wyznaczane są na 10 MB, ale bywają też mniejsze) - to piszcie.

wtorek, 13 listopada 2007


Kto pamięta historię Niedoszłego Przedszkola - niech posłucha dziś o 18:15 Trójki. Będzie reportaż. :-)

Przepraszam, że tak późnio informuję - ale jak ktoś będzie chciał, wyślę mu MP3.

He, he, he.


piątek, 09 listopada 2007


Kiedy już udało się Puchatkowi jako tako ogarnąć sytuację w pokoju (ogarnianiu towarzyszyły określenia powszechnie uznawane za obraźliwe, kierowane w stronę Ukochanego Psa), zainteresował się Puchatek co z tym prądem.

Wyjrzenie przez okno wystarczyło żeby się zorientować, że światła nie ma pół uliczki. Przed domem na przeciwko stała Sąsiadka. U niej też nie było.

Zadzwonił Puchatek do pogotowia energetycznego. "Tak, tak, wiemy, ekipa już jedzie" zabrzmiał uspokajający głos w słuchawce.

Narzucił zaten Puchatek wdzianko i obuwie, i wyszedł był na ulicę.

Rzeczywiście, w ciągu dziesięciu minut pojawili się byli dwaj panowie w żółtej furgonetce. Wysiedli. SKierowali się w stronę transformatora na rogu. Otworzyli go i zaczęli kontemplować.

- No i co się stało? - zapytał nieśmiało Puchatek po dłuższej chwili.

- Ano, k..., spaliło się - odparł Pan Pierwszy tonem, który niewątpliwie zapewniłby mu wstęp bez egzaminów do Światowego Towarzystwa Stoików.

- Wie pan, że się spaliło, to ja wiedziałem zanim panowie tu przyjechali - odparł Puchatek z pewną dozą złośliwości. - Nas raczej interesuje, co dalej?

- Ba! - odparł Pan Pierwszy filozoficznie i sięgnął po komórkę. Rozmawiał przez nią dosyć długo, wyraźnie ze swoim szefem. Rozmowa (przynajmniej z tej strony słuchawki) składała się głównie ze słów na "p" i na "k". Kiedy Pan (wyraźnie zirytowany) przestał rozmawiać, Puchatek ponowił swoje rzeczowe pytanie:

- No i?

Pan Pierwszy był głęboko zniesmaczony. - Mówią, że mamy reperować. Ale ja to p...lę. Co oni sobie myślą?! Po nocy?! Trzeba by tu jakiś reflektor ściagnąć...

- No chyba tak, i to z akumulatorem, bo prądu nie ma - zauważył Puchatek złośliwie. Pan jednakowoż złośliwości nie załapał, tylko perorował dalej:

- Panie, toż to trzeba oczyścić, wymyć, wmontować nowe cośtamcośtam, to jest ze cztery godziny roboty! A jest, k..., dziewiąta wieczorem!

- Ale mówi pan, że kazali robić? - zapytał z nadzieją Puchatek.

- Ano, kazali - odparł Pan Pierwszy. - Ale ja to p...lę - dodał z niejaką satysfakcją, poczym razem z Panem Drugim wsiedli do furgonetki i odjechali.

***

Na szczęście kiedy Puchatek zadzwonił po raz drugi do pogotowia energetycznego, gotów wszcząć Szóstą Wojną Światową (brak prądu = brak ogrzewania!), usłyszał że "będziemy robić". I rzeczywiście, już koło pierwszej w nocy prąd był. Toteż Puchatek zwlókł się był z łóżka (w którym spał już od półtorej godziny) i poszedł... doczyścić dywan. Przy świetle. Ciepłą wodą.

A kiedy wrócił na górę - jego miejsce w Małżeńskim Łożu zajmował już inny mężczyzna. Całe szczęście, że w wieku przedszkolnym.

A z drugiej strony M. leżała jeszcze jedna kobieta. W takimż wieku zresztą. A że czworo to już zdecydowanie tłum, resztę nocy przespał Puchatek w łóżku Piłeczki.

Jakieś pytania?


A więc (...nie zaczyna sie zdania od "a więc"...) po całym dniu spędzonym w Mieście Stołecznem powrócił był Puchatek do Chatki. Umęczony jak czterdzieści nieszczęść, bo cały Boży dzień biegał, załatwiał, uganiał się i - co także jest jak wiadomo męczące - stał w korkach.

Na koniec jechał jeszcze Puchatek tzw. gierkówką z zawrotną szybkością 60 km/h, w padającym śniegu z deszczem, przy widoczności w gruncie rzeczy zerowej, unikając wjeżdżania pod kolejne tiry.

Tak więc już o ósmej wieczorem zajechał Puchatek pod Chatkę, wykończony do granic, ale szczęśliwy - bo wiadomo, "home sweet home", wreszcie koniec dnia, można odpocząć, coś zjeść, umyć się...

Ale przecież Murphy czuwa.

***

Wchodząc do domu wpuścił Puchatek Szelmę. Cały dzień biegała po ogródku, niech sobie posiedzi, jeśli chce.

Poszedł Puchatek na górę, gdzie Potwory właśnie zażywały kąpieli. Potem Potwory się zapakowało do łożeczek, poczytało im kolejny rozdział Kubusia Puchatka (tak, to już ten etap!) i ucałowało na dobranoc. Cmok.

A potem M. została na górze usypiając Potwory, a Puchatek zszedł był na dół, żeby WRESZCIE coś zjeść.

Ale nie było mu to dane.

Bo właśnie kiedy schodził z ostatniego stopnia schodów, gdzieś na ulicy rozległo się jakieś takie "chrssssss!!!", a zaraz potem głośne "PUF!" - i stała się ciemność.

Prąd, znaczy się, szlag trafił.

Puchatek w kompletnej ciemności sięgnął ręką na oślep do półeczki, gdzie zawsze stoi duża latarka.

Latarka, jako żywo, stała. Ale za to nie świeciła. Baterie zdechły.

Chwila intensywnego namysłu. Pokój, kredens, na kredensie zawsze stoi świeca, obok leżą zapałki!

Więc po omacku, przez kuchnię, do pokoju, do kredensu. Jest świeca, są zapałki. Zapalamy. Jest płomyczek! Coś widać!

I Puchatek - lekko jeszcze oślepiony tym płomyczkiem po całkowitej ciemności - zrobił krok (ze świecą w ręku) w stronę drzwi pokoju.

I poczuł - wyraźnie poczuł, i to nie tylko zmysłem dotyku, niestety - że wdepnął w coś miękkiego i dużego.

Szelma, której nie zdarzyło się to od trzech lat, walnęła (pardon) kupę. W domu. Na środku dużego pokoju.

***

O sprzątaniu psiej kupy ze środka dywanu - po ciemku, przy świeczce, bez ciepłej wody (bo piec jest sterowany elektronicznie, więc jak nie ma prądu, to nie ma i ciepłej wody...) - nie będę Wam już ze szczegółami opowiadał.

A to był dopiero początek zabawy! Ale o tym za chwilę...