Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 24 listopada 2006


Chciałem napisać o tym wczoraj, ale... jakoś nie mogłem.

Wczoraj rano, jak zwykle przed wzięciem się do pracy, przeglądałem informacje i depesze agencyjne (takie przyzwyczajenie z czasów dziennikarskich - zanim zaczniesz dzień, sprawdź, co się od wczoraj wydarzyło). Oczywiście pierwsza wiadomość, na jaką trafiłem na wszystkich polskich portalach dotyczyła tragedii w kopalni Halemba. Że już wiadomo... Że wszyscy nie żyją... Że ratownicy dotarli do ostatnich ciał...

Łzy bezsilności na twarzach bliskich, znicze pod bramą, kwiaty, prezydent ogłasza żałobę narodową...

Czytałem to wszystko o wpół do dziewiatej rano.

Godzinę później kupiłem w kisoku gazetę, a w gazecie...

Wiecie, kiedy zamyka się numer gazety, którą dostajecie do rąk w czwartek rano? Zwykle - najdalej po dziesiątej wieczorem w środę. Jeśli coś sie akurat ważnego dzieje - można to przeciagnąć, można do ostatniejchwili wprowadzać poprawki, odświeżać wiadomości - ale jeśli gazeta ma być rano w kiosku, jeśli ma się zdążyć ją wydrukować i rozwieźć, to później niż o północy raczej się jej zamknąć nie da (mówię o dużych gazetach z rozbudowaną, nowoczesną bazą wydawniczą, takich jak "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita", "Dziennik" czy główne bulwarówki; niskonakładowe czy "cięższe" technicznie tytuły muszą oczywiście zamykać się dużo wczesniej.

Kiedy więc wziąłem do ręki gazetę, na pierwszej stronie widniały informacje o tym, że choć szanse na odnalezienie żywych są niewielkie, to prawdopodobnie nad ranem ruszy ponownie akcja ratownicza, że dopóki nie ma pewności, to jest nadzieja...

Nadzieja zatrzymana w czasie. Nadzieja, która - w momencie, kiedy gazeta trafiła do sprzedaży - była już nieaktualna...

***

Widziałem zdjęcie zrobione przez automatyczną kamerę na jednej ze stacji metra w Madrycie, na której wybuchła bomba w serii zamachów.

Na zdjęciu (dosyć marnej jakości, siłą rzeczy) widać peron, ludzi czekających na pociagi, rozmawiających, czytających gazety. Na pierwszym planie kilka osób na ruchomych schodach - jakiś chłopak z walkmanem na uszach, jakaś para w czułym objęciu, jakiś starszy pan z aktówką...

...a na dole, gdzieś u końca peronu, za ich plecami, widać wybuch. Kula białożółtego światła właśnie zaczyna rosnąć - za ułamek sekundy połowa tych ludzi nie będzie już żyła. Za ułamek sekundy fala uderzeniowa rzuci nimi jak szmacianymi lalkami, chwilę potem - kiedy przebrzmi juz huk wybuchu - słychać będzie krzyk rannych, płacz umierających, szum opadającego gruzu.

Ale to dopiero za ułamek sekundy. W tym momencie - w momencie uchwyconym na zdjęciu - ci ludzie jeszcze idą, rozmawiają, przytulają się, kompletnie nieświadomi tego, co dzieje się za ich plecami. Kompletnie nieświadomi tego, że ich życie właśnie się kończy albo diametralnie zmienia.

Tam już jest śmierć - ale dla nich jeszcze jej nie ma. Już - i jeszcze nie, teologiczny wymiar czasu.

***

wtorek, 21 listopada 2006



Coraz bardziej przeraża mnie historia pana Kokonowicza - kandydata na prezydenta Białegostoku.

Nie, nie chodzi mi o to, że "ktoś taki kandyduje". Nie chodzi mi także o to, że ktoś tam na niego (dla jaj głównie) głosował.

Chodzi mi o to, że robi się komedię na całą Polskę (i nie tylko, bo już w zagranicznej prasie były komentarze) robiąc idiotę z człowieka... chorego. Przecież wiadomo, że człowiek, który go zgłosił, zrobił to "dla kawału", przecież wiadomo, że pan Kokonowicz nie rozumie całej sytuacji...

Rozumiem jeszcze głupców, którzy zachwycają się jego "spotami wyborczymi" na YouTube - "ciemny lud" kupi wszystko, a im bardziej okrutny spot, tym częściej będzie oglądany.

Bo ten spot JEST okrutny. Biedny, bezdomny człowiek, ewidentnie lekko ograniczony umysłowo, został po chamsku wepchnięty w nie swoją rolę, postawiony przed kamerą przez jakiegoś s...syna, który jego kosztem dostarczył rozrywki "ciemnemu ludowi".

Nie rozumiem natomiast mediów, które bezmyślnie podtrzymują tę "modę". Nie rozumiem dziennikarzy - czasmi tak wrażliwych społecznie - którzy nie stają w obronie tego człowieka.

Człowiek bezdomny, upośledzony, z inteligencją poniżej średniej pozostaje człowiekiem. Ma tę samą godność i prawo do ludzkiego traktowania, jak każdy z nas. Czym różni się facynacja spotami z Kokonowiczem od fascynacji słynnym filmikiem o wkładaniu nauczycielowi kosza na głowę? Albo (to niedawne historie) o dręczeniu zwierząt przed kamerą czy znęcaniu się nad chłopcem z zespołem Downa przez "kolegów" z klasy?

Czy równie głośno śmialibyście się z filmu pokazującego, jak niewidomy człowiek poprowadzony przez "życzliwego" wpada do szamba?

Czy za tak samo zabawne uznalibyście nagranie ataku padaczki? Przecież to takie śmieszne - ktoś się rzuca po podłodze i piana mu z ust leci... Ha ha ha...

Kiedyś miejska gawiedź ganiała po uliczkach "idiotów" i podkładała nogi ślepcom, żeby śmiać sie z ich nieporadnych upadków. Dziś to samo stado - choć mające zapewne o sobie dużo wyższe mniemanie - korzysta już z komputerów i ogląda filmy w Internecie. Ten sam bezmyślny motłoch, który w rzymskim Koloseum, podniecony zapachem krwi, wrzeszczał "...dobij, dobij!" - dziś z lubością wgapia się w supernowowczesne ekrany LCD. Zmieniła się technologia, ale nie treść igrzysk.

Podobno mają się ukazać koszulki z podobizną Kokonowicza... A więc już ktoś na tym robi forsę. Bo to śmieszne takie.


"Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie."

piątek, 17 listopada 2006


Czytam sobie ostatnio eseje T.S. Eliota o literaturze (a w zasadzie o krytyce literackiej).

Uderzył mnie taki fragment:

(...) w stosunku do każdego pisarza zajmującegoi się estetyką skłonny jestem zadać sobie pytanie: "Jakie dzieła literackie, malarskie, rzeźbiarskie, muzyczne i architektoniczne rzeczywiście podobają się temu teoretykowi?". Oczywiście, zawsze możemy - i na tym polega niebezpieczeństwo, na jakie może narazić się krytyk-filozof - przyjąć jakąś teorię, a potem wmówić sobie, że podobają nam się tylko te dzieła sztuki, które są z nią zgodne.

Kiedy słucham współczesnych teoretyków sztuki (zwłaszcza literatury), odnoszę wrażenie, że znakomita większość poszła dokładnie tą drogą...

***

A jak już jesteśmy przy Eliotcie:

The Naming of Cats is a difficult matter,
It isn't just one of your holiday games;
You may think at first I'm mad as a hatter
When I tell you a cat must have
THREE DIFFERENT NAMES.
First of all, there's the name
that the family use daily,
Such as Peter, Augustus, Alonzo or James,
Such as Victor or Jonathan, George, Bill Bailey --
All of them sensible everyday names.
There are fancier names
if you think they sound sweeter,
Some for the gentlemen, some for the dames;
Such as Plato, Admetus, Electra, Demeter --
But all of them sensible everyday names.
But I tell you,
a cat needs a name that's particular,
A name that's peculiar, and more dignified,
Else how can he keep his tail perpendicular,
Or spread out his whiskers,
or cherish his pride?
Of names of this kind I can give you a quorum,
Such as Munkustrap, Quaxo or Coricopat
Such as Bambalurina or else Jellylorum --
Names that never belong to more than one cat.
But above and beyond
there's still one name left over,
And that is the name that you will not guess;
The name no human research can discover --
But the CAT HIMSELF KNOWS,
and will never confess.
When you notice a cat in profound meditation,
The reason, I tell you, is always the same.
His mind is engaged in rapt contemplation
Of the thought,
Of the thought,
Of the thought of his name:
His ineffable effable
Effanineffable
Deep and inscrutable singular name.

wtorek, 14 listopada 2006


Sprawy przedszkolne w toku. Teraz będziemy się już bić z komendą wojewódzką straży pożarnej - co wbrew pozorom jest krokiem do przodu, bo będzie szansa na indywidualne rozpatrzenie naszego "prfzypadku", a nie tylko cytowanie przepisów.

***

Jesień jest wyjątkowo ciepła. Choć to już połowa listopada, chatka Puchatków ciągle jeszcze jest jedynie dogrzewana - włącza się piec po południu, przed spaniem wyłącza, bo robi sie za ciepło. Dobrze - przy naszej aktualnej sytuacji niefinansowej im mniejsze rachunki za gaz... wiadomo.

***

W GW fragment nowej książki Richarda Dawkinsa pod znaczącym tytułem "Bronię ateistów". Tekst w istocie nie jest obroną ateizmu (chyba, że "obroną przez atak" :-).

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Dawkins wpada w tę samą pułapkę, co wielu wybitnych naukowców i specjalistów - wydaje mu się, że skoro w swojej dziedzinie jest znakomitym fachowcem (bo niewątpliwie jest), to w każdej innej dziedzinie także "wie lepiej". Sięgnąłem po ten tekst przygotowując sie na ostrą argumentację, twardą logikę, intelektualną finezję - i srodze się zawiodłem. Argumenty Dawkinsa (choć należy pamiętać, że to jedynie krótki fragment większej całości) sprowadzają się właściwie do ukazywania współczesnych nadużyć religii (czy raczej - religijnego ekstremizmu) w obronie samej siebie.

Nie da się ukryć, że podane przykłady są rzeczywiście uderzające - ale (aż chciałoby się zapytać) co z tego wynika? W identyczny sposób można by bez trudu wykazać słabości demokracji czy światopoglądu humanistycznego (...czy dowolnego innego)...

Uderzający jest w tym tekście zupełny brak przygotowania warsztatowego do prowadzenia dyskusji na poziomie filozoficznym. W tym kontekście tezy Dawkinsa (znane z "Samolubnego genu" czy "Ślepego zegarmistrza") przestają być wyłącznie stricte biologicznymi założeniami, a stają się elementem nieco większej całości, która - niestety - jest przykładem skrajnego redukcjonizmu biologicznego.

Nie chciałbym być źle zrozumiany - Dawkins jako biolog-ewolucjonista jest niewątpliwie wybitnym naukowcem i wielkim umysłem. Natomiast kiedy przechodzi na inny poziom rozważań, okazuje się, że (jak wielu wybitnych naukowców, jekm rzekł) nie potrafi spokrzeć na swoją dziedzinię "z boku". Czyli - o ironio - zachowuje sie dokładnie tak samo jak ci, których krytykuje...

W każdym środowisku są poglądy ekstremalne. Są chrześcijanie (a przynajmniej ludzie za chrześcijan się uważający...), którzy mieszają wiarę z nauką i - nie rozumiejąc granic między "fides" a "ratio" - negują teorię ewolucji na podstawie argumentów biblijnych (niezależnie od tego, jak bardzo naukowymi argumantami starają się swoje tezy popierać).

Są też tacy ewolucjoniści (albo w ogóle biolodzy, fizycy etc.) usiłujący za pomocą swojej dziedziny nauki wykazać nieistnienie Boga czy bezsens religii i/lub wiary.

Jedni i drudzy popełniają ten sam błąd - mieszają różne płaszczyzny poznania, usiłują wchodzić w starą jak świat dyskusję, czy to, co słyszę w filharmonii to "koncert skrzypcowy Czajkowskiego", czy może raczej "przenoszone drogą powietrzną drgania naciągniętych baranich jelit pocieranych naprężonym włosiem z końskiego ogona natartym kalafonią".

Jakby to paradoksalnie nie zabrzmiało - prof. Maciej Giertych i prof. Richard Dawkins są tu do siebie bardzo podobni - tyle, że idą w dokłądnie przeciwne strony. To dwa końce tego samego kontinuum.

(Niezależnie od tego, że Dawkins reprezentuje oczywiście nieskończenie więcej w sferze czysto naukowej...)


niedziela, 12 listopada 2006


Sami fachowcy, Kocia Twarz.

Pani gminna architektka (?) - skądiną babsztyl wredny, nieprzyjemny i złośliwy (bywalcy wiedzą, że Puchatek rzadko takich określeń uyżywa...) okazała się ponadto być osobą niekompetentną. Puchatek bowiem zażądał od pani podstawy prawnej owych słynnych "30 procent" (patrz poprzednia notka), a pani rzeczona dała Puchatkowi kserówkę Ustawy o Prawie Budowlanym.

Już przy czwartej lekturze wskazanego przez panią punktu Puchatek zauważył, że Ustawa mówi o "30 proc. powierzchni CAŁKOWITEJ budynku". Natomiast pani architekt mówiła, że chodzi o "30 proc. powierzchni UŻYTKOWEJ budynku".

Dla niewtajemniczonych - powierzchnia CAŁKOWITA jest o wiele większa (bo to powierzchnia liczona po obrysie ścian zewnętrznych - więc w tej sytuacji łatwiej sie w tych 30 prec. zmieścić.

Poszedł Puchatek do rzeczonej pani i zwrócił uwagę na tę nieścisłość.

A opani architekt (-ka?) odparła z miną znudzoną, że "...owszem, ustawa mówi o powierzchni całkowitej, ale miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego mówi o użytkowej".

Na to Puchatek powiedział pani, że w takim razie rzeczony plan (...skądinąd jej autorstwa, rzecz prosta...) jest w tym punkcie SPRZECZNY Z USTAWĄ, a w takim razie obowiązuje - oczywiście - zapis ustawowy...

Z pani powietrze uszło jak z przekłutego balonika i zaczęła coś mamrotać, że "przecież nie jest BARDZO sprzeczny..." (jakby można było być trochę w ciąży...).

Zatem magiczne 30 proc. najprawdopodobniej uda się przeskoczyć.

***

Ale nie cieszmy się za szybko - fachowcy są wszędzie. Kolejnym wybitnym fachowcem okazał się pan "rzeczoznawca" od spraw przeciwpożarowych, który Puchatkom sporządził opinię - jak się okazuje - niezgodną z przepisami przeciwpożarowymi.

Teraz okazuje się, że według nich (przepisów znaczy) należałoby jednak:

- obudować klatkę schodową drzwiami ognioodpornymi, oraz

- zainstalować na niej automatyczne urządzenia oddymiające.

Całkowity koszt operacji - lekko licząc koło 8 tysięcy złotych, może więcej.

Jeśli tego nie uda się przeskoczyć - możemy zapomnieć o przedszkolu, po nas na to zwyczajne nie stać.

Będziemy mogli otworzyć "klubik" czy inną "opiekę nad dziećmi" (bo do tego nie potrzebujemy opinii strażaków) - czyli nie dostaniemy gminnego dofinansowania. Czyli - jeśli M. i druga przedszkolanka nie mają pracować za friko (tzn. pracować na czynsz, ZUS i opłaty) trzeba będzie podnieść czesne.

A najgorsze, że cała ta operacja (obudowanie, urządzenia etc.) jest w przypadku tego budynku kompletnie bez sensu. Nic nie daje, za to utrudnia ewakuację. No ale przecież, jak wiadomo, "...nie chodzi o to, żeby się nie spaliło, ale żeby się spaliło zgodnie z przepisami".

Czyli - jak to ujął Puchatkowy znajomy - stworzenie przedszkola jest niezgodne z prawem, za to absolutnie zgodne z prawem jest to, że przedszkola nie ma a dzieci mogą sie pętać po ulicy.

A to Polska właśnie.



wtorek, 07 listopada 2006


Żyjemy w kraju chorej biurokracji, nienormalnego prawa, wszechobecnego urzędniczego niemogizmu. W dodatku nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić, bo nasi Szacowni Ustawodawcy mają na głowie poważniejsze rzeczy, niż robienie dobrego prawa. W teczkach się trzeba grzebać, lustrować się trzeba, o - to są ważne sprawy. A nie jakieś tam ustawy i prawo pomagające ludziom żyć.

Przedszkole - bo o nim mowa, rzecz prosta - nadal nie działa. Lokal jest skończony, dom "odebrany", pani z SANEPiDu podpisała bez zastrzeżeń (!!!).

O co zatem chodzi?

Ano, właśnie o durny, biurokratyczny problemik.

Przedszkole znajduje się (...ma się znajdować...) w lokalu wynajętym w prywatnym domku jednorodzinnym (całe pięterko). Kiedy właściciel rzeczonego domku uzyskał już jego odbiór techniczny (to też zresztą długa historia, ale innym razem...) udał się był do gminy, żeby dokonać "zmiany spsobu użytkowania budynku", czyli - mówiąc po polsku - uzyskać zgodę na prowadzenie w tym budynku działalności gospodarczej (czyli - w tym wypadku - przedszkola). Pani architekt zażądała planów przedszkola. A po ich obejrzeniu powiedziała, że... nie może wydać zgody.

Dlaczego?

Ponieważ istnieje jakiś przepis (ustawa bodaj z lat sześćdziesiątych), który stanowi, że jeśłi w domu zbudowanym jako mieszkalny prowadzona jest działąlność gospodarcza, to na tę działalność (niezależnie od jej charakteru) NIE MOŻE BYĆ PRZEZNACZONE WIĘCEJ, NIŻ 30 PROC. POWIERZCHNI BUDYNKU.

A nasze przedszkole zajmowałoby około 50 proc.

No i klops - nagle nikt nic nie może, bo taka ustawa i już.

Jutro po raz setny idziemy do burmistrza - może burmistrz coś wymyśli.

DLACZEGO, u licha, państwo pakuje się z butami w prywatną posesję Pana K. i dyktuje mu, ile procent domu BĘDĄCEGO JEGO WŁASNOŚCIĄ ma prawo przeznaczyć na cokolwiek?!

Przepraszam, czy jest na sali prawnik? Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, ma może jakieś doświadczenia lub stosowną wiedzę, która pomogłaby wyjść z tej sytuacji? Czy ktoś wie, jak "przeskoczyć" tę durną ustawę?

"Wszystkim zależy na przedszkolu". Nam - wiadomo. Rodzicom - bo w mieście G. brakuje 150 (!!!) miejsc przedszkolnych a na budowę nowego gminnego przedszkola się nie zanosi. Gminie - bo... patrz wyżej.

Wszystkim zależy. Wszyscy chcą. Wszyscy chętnie by pomogli.

I NIKT NIC NIE MOŻE ZROBIĆ.

To jest chory kraj, chore prawo, chora rzeczywistość.

czwartek, 02 listopada 2006


Jak zwykle o tej porze roku Puchatek jest pełen uznania dla niedźwiedzi (z wyjątkiem polarnych), które kompromisów nie uznają i po prostu idą spać.

Puchatek też by najchętniej poszedł w ich ślady, czyli uderzył w kimono gdzieś tak do początków marca. Z krótką pobudką na Boże Narodzenie rzecz prosta.

Ech.

***

Rodzina M. - ta, co to mieszka Na Drugim Końcu Polski - miała do niedawna małego pieska, stuprocentowego kundelka, o jakże oryginalnym imieniu Misiek. Misiek był juz stareńki i jakiś czas temu przeniósł się do Krainy Wiecznych Serdelków, a jego kocyk świecił pustkami.

Wczoraj M. dzwoniła do rodziny i dowiedziała się (między innymi), że na ulicy Słonecznej pojawił sie następca Miśka. A w zasadzie - nawet dwóch następców.

Rodzina dostałą skądsiś dwa małe pieski, kundelki rzecz prosta - i teraz wszyscy są zadowolenia, bawią się z nimi, zachwycają się nimi. Wszystko w normie.

- A jak się będą wabiły? - zapytała M. swoją ciocię

- No, jeden nazywa się Chuck, a drugi - Norris. - odparła ciocia, śmiejąc się w słuchwakę. - Bo takie są bojowe! - dodała.

Padłem, leżęi szybko nie wstanę.

Puchatek (z podłogi).