Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 30 listopada 2005


Ceny książek to temat - rzeka. Iluż to dobrych książek Puchatek nie kupił, bo zwyczajnie były za drogie...

A z drugiej strony - jak można NIE KUPOWAĆ ksiażek? Sytuacja ciut bez wyjścia...

Wczoraj Puchatek wysiadł był z kolejki w Mieście Stołecznem, przedreptał przez podziemia... I nagle cofnął się o kilkanaście metrów, bo dotarła do niego treść plakatu wiszącego w oknie niewielkiej księgarenki.

Plakat był duży, napisany czerwonym flamastrem i głosił:

"PROMOCJA!!! Dziś książki Umberto Eco o 15% taniej!"

Wparował Puchatek do rzreczonej księgarni. I rzeczywiście - zniżka! Najnowsza powieść Eco - "Tajemniczy płomień królowej Loany" - zamiast 45 zł kosztowła 38,25. I juz - już miał Puchatek ją kupić, kiedy błysnęła my w gowie myśl godna doprawdy Biednego Humanisty Z Rodziną Na Utrzymaniu.

- Przepraszam - zwrócił się Puchatek do Pani Sprzedwczyni - a czy może mają państwo wydanie w miękkiej okładce?

Pani Sprzedawczyni spojrzała na Puchatka jak na pluskwę, ale przyznała, że państwo mają. Przyznała także - jeszcze bardziej niechętnie - że także wersję w miękkiej okładce obejmuje rzeczona promocja.

No i bomba. :-)

Puchatek stał się posiadaczem wyżej wymienionego dzieła (...w miekkiej okładce...) za jedyne 33,80.

Jest sukces? Jest!

:-)))))

poniedziałek, 28 listopada 2005


Chce Wam napisać kilka słów o bajkach - bo przeżyłem wstrząs niejaki z nimi związany.

Uwaga na początek: w zasadzie gatunek literacki, o którym mówię, nazywa się "baśń". "Bajka" tak naprawdę to trochę co innego - krótki utwór, najczęściej wierszowany, w którym występują zwierzęta, przedmioty czy (rzadziej) czarodziejskie istoty jako symbole i alegorie spraw ludzkich. Po polsku najbardziej znane bajki pisał Krasicki ("Wół minister" chociażby). Natomiast opowieść prozą - taka jak te, które tworzył Andersen czy choćby bracia Grimm - nazywa się "baśń". Ale ponieważ w języku potocznym te dwie nazwy występują zamiennie - ja także pozwolę sobie na nieco nieprecyzyjne używanie terminu "bajka", co mi (mam nadzieję...) wybaczycie. Zresztą nie bardzo macie inne wyjście, szczerze mówiąc. :)

Baśnie to cudowny gatunek literacki. Wbrew pozorom nie są wyłącznie zmyślonymi historiami - często jest w nich Prawda bardzo głęboka, czasami - prastara, pierwotna Mądrość zawarta w prostych (pozornie) opowieściach. J.R.R. Tolkien - sam przecież mistrz baśni - napisał kiedyś taki esej literaturoznawczy "Drzewo i liść". To rozprawa o tym, czym są baśnie, skąd się wzięły, dlaczego są tak ważne w ludzkiej kulturze. Nie, zapewniam Was, to nie jest nudny teoretyczny wykład. To z pasją napisany tekst o tym, co jego Autorowi było przecież osobiście bliskie. Warto go przeczytać - zwłaszcza, jeśli kiedyś zafascynował nas "Władca Pierścieni". TRZEBA go przeczytać, jeśli chce się na poważnie komentować twórczość Tolkiena albo (nie daj Boże...) przenosić ją na ekran. Może gdyby Peter Jackson po nią sięgnął, uniknąłby paru żenujących błędów, które popełnił kręcąc swoje ekranizacje...

Ale to była w zasadzie dygresja. Sam bardzo lubię bajki, zresztą ileś tam ich w życiu sam napisałem. Dlatego z ciekawościa sięgam po każde nowe wydanie książek z bajkami, zwłaszcza takie, które podaje te same, tradycyjne historie "na nowo opowiedziane".

No i dochodzimy do meritum, czyli do zapowiedzianego na początku wstrząsu...

Potwory moje dostały kiedyś przepięknie wydana książkę z bajkami. Wielka, kolorowa, z cudownymi ilustracjami - aż się chciało otworzyć. Z jakichś powodów (nie pamiętam jakich) książka powędrowała gdzieś na górną półkę z adnotacją "na później".

Wczoraj wieczorem wyciągnęliśmy ją z górnej półki ze zdziwieniem (bo, rzecz prosta, zapomnieliśmy o niej dokumentnie).

Ucieszyliśmy się. Potwory takoż, bo czytanie przed snem to czas święty i ukochany.

Zaczęliśmy zatem czytać Potworom bajki z pięknej książki - same "klasyki": "Trzy świnki", "Czerwony Kapturek", "Jaś i Małgosia"...

I to był błąd. Bo niestety okazało się, że piękna szata graficzna to najlepsze (czy raczej - jedyne...) co w tej książce warte pokazania dziecku.

Bajki okazały się "wersjami uwspółcześnionymi". Co to znaczy? Ha.

W domach bohaterów znajdują się telewizory i inne nowoczesności. Jaś i Małgosia odjeżdżają w ostatniej scenie samochodem, który kupili za złoto czarownicy. Trzy świnki oglądają teledyski.

OK., to jeszcze można by znieść, choć ewidentnie psuje nastrój i urealnia coś, co z definicji powinno być od realiów oderwane, a przez to uniwersalne (patrz - esej Tolkiena).

Gorzej, że bajki te zostały "uczesane", ugrzecznione, można powiedzieć - upoprawnione politycznie. W "Czerwonym Kapturku" wilk nie zjada babci - babcia chowa się przed nim do szafy. A kiedy przychodzi drwal z siekierą - nie zabija wilka, nie rozcina mu brzucha (bo i po co, skoro babci tam nie ma...), tylko grozi mu siekierą, a wilk ucieka przerażony i "...nigdy już nie próbował nikogo zjeść" (czy jakoś tak).

Jaś i Małgosia co prawda wpychają czarownicę do pieca, ale okazuje się, że "...wcale nie umarła, tylko odleciała na swojej miotle i nikt jej więcej nie widział".

Jakub (ten co dostał magiczną fasolkę, zresztą z irracjonalnych przyczyn przemianowaną w tej wersji na "magiczny groszek") w ostatniej scenie ścina łodygę magicznej fasoli, ale ścigający go olbrzym nie spada, tylko zostaje zawieszony na górnej, "dyndającej" części łodygi i musi wspiąć się z powrotem. O tym, że bajka kończy się opisem tego, co kupili sobie Jakub i jego stara matka za złoto olbrzyma (m. in. nowy dom i - oczywiście - samochód) już nawet nie wspominam.

Co za koszmar. Jedną z funkcji bajek jest to, że dziecko (jeśli akurat do niego bajka jest adresowana, co wbrew pozorom wcale nie jest oczywiste...) ma spokojną pewność, że "zło" zostało pokonane, że czarownicy już nie ma, że olbrzym na pewno już nie wróci. A tu okazuje się, że nie ma tej pewności. W imię "poprawności politycznej" i "unikania opisów przemocy".

Najlepsze na koniec. Bajka o trzech świnkach zaczyna się od tego, że trzy świnki mieszkają z mamą w małym domku. Świnki strasznie hałasują - grają na instrumentach, bez przerwy słuchają teledysków w telewizji (!!!), aż w końcu mama - świnka mówi im, że ma tego dosyć, że ten domek jest za mały i muszą iść w świat, poszukać sobie własnych domków, gdzie będą mogły hałasować do woli.

Przesłanie dla czterolatka? "Nie hałasuj, bo cię rodzice wyrzucą z domu". No, po prostu bomba.

Na razie nie chcemy odbierać Potworom przyjemności, więc "czytamy" im te bajki własnymi słowami. Ale od dziś zamierzam przeglądać przed kupieniem każdą książkę dla nich, nawet taką, którą znam. Bo podobno ktoś już planuje wydać "ocenzurowaną kulturowo" wersję "Opowieści z Narnii" Lewisa - w takiej formie, żeby była "politycznie poprawna", a więc nie zawierała bezpośrednich odniesień do chrześcijaństwa...


niedziela, 27 listopada 2005


Sobotnie popołudnie. Ponieważ w niedzielę maja być goście, Puchatek i M. krzątają się energicznie po domu. Coś pichcą, coś sprzątają - normalna sprawa. A w tym wszystkim - Potwory.

M. piecze ciasto. Wystarcza sekunda nieuwagi - Pietruszka w jakiś dziwny sposób okazuje się być pokryty budyniem czekoladowym w proszku. Od stóp do głów - cały metr bieżący. Reszta budyniu (kto by pomyślał, że w małej torebce tyle się tego mieści!) leży na podłodze w połowie kuchni.

Puchatek zamiata, M. sprząta czekoladowy proszek z krzesła i okolic. Siłą rzeczy - nie patrzą na Potwory.

Błąd.

Bo potwory w tym czasie cicho, szybko i sprawnie wyjadają cukier z cukiernicy. W cukrze są całe, ich najbliższe otoczenie takoż.

Puchatki nie wiedzą, czy się wściekać, czy śmiać.

W czasie zamiatania cukru Pietruszka - nie zauważony - dorywa się do rozwałkowanego ciasta leżącego na blacie. Miała być kolejna warstwa do miodownika, jest bezkształtna kulka zgniecionego ciasta. Trzeba wałkować od n owa. M. rosną zęby, choć to nie pełnia. Łapie za wałek z taką miną, że Puchatek nie jest pewien, czy na pewno ma na myśli ciasto.

Piłeczka w tym czasie - korzystając z zamieszania - ściąga ze stołu swoją ulubioną ściereczkę. Razem z ułożonymi na niej sztućcami. BRZDĘĘĘĘĘĘK.

Puchatek zbiera sztućce. Pietruszka ma więc chwilę wolnego - i całą swoją ubudyniowaną osobą rozkłada się na kanapie. Po drodze oczywiście przechodzi przez dywan. Dywan do czyszczenia. Kanapa do czyszczenia. Pietruszka do gruntownego czyszczenia.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wyciąga odkurzacz - piękna maszyna, wodny! Jeszcze z prezentów ślubnych! Składa się go kilka minut, ale za to potem jak ciągnie!

Miseczka, woda, filtr. Gotowe. Puchatek włącza odkurzacz. Zgrzyt, warczenie, smród palonej izolacji, snop iskier, głośne "PRFRSZZZGRDBRGOW...." (zapis fonetyczny...) i... cisza. Spalił się.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wynosi dywan na balkon i strzepuje. Wyciąga ze schowka szczotkę i płyn do czyszczenia dywanów. Pryska - ale zamiast piany z dyszy leci smętny strumyczek płynu. Co zrobić. Łapie Puchatek szczotkę, zaczyna szorować - i przy pierwszym ruchu wbija sobie w łapsko drzazgę wielkości Empire State Building. Którą przez następne piętnaście minut usiłuje wyciągnąć za pomocą szpilki. Zdezynfekowanej.

W tym czasie M. usiłuje doprowadzić kuchnię do stanu, w którym dałoby się kontynuować gotowanie i pieczenie. Bezskutecznie, ponieważ Potwory wpadają na kolejne genialne pomysły szybciej, niż ona zdąża likwidować ich skutki.

Kiedy już sytuacja wydaje się opanowana, okazuje się, że Piłeczka rozlała w tak zwanym międzyczasie na podłogę w pokoju spore wiaderko wody i właśnie rozmazuje ją trzy razy większym od siebie mopem.

"Ja ciałam pomóć ci!" ogłasza tonem skrzywdzonej niewinności, kiedy M. zabiera jej mopa, zaciskając zęby, żeby nie powiedzieć, co myśli (no bo nie przy dzieciach przecież...).

A minutę potem M. prosi Puchatka, żeby zmiksował cośtam. Podaje mu garnek, a Puchatek łapie go nie za uchwyt, tylko za "brzuch".

AUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!

Garnek był świeżo zdjęty z ognia...

M. i Puchatek patrzą na siebie z rezygnacją. - Może my juz chodźmy spać? - proponuje M. - Bo jak jeszcze coś zaczniemy robić, to pewnie wylecimy w powietrze...

Urszula Sipińska taką piosenkę kiedyś śpiewała: "Są takie dni w tygodniu..."

P.S. Potwory nie dały się uśpić do dziesiątej. Wieczorem. 22.00 znaczy się. A dziś (w niedzielę) wstały ZA WCZEŚNIE.

Czy gwarancja na dzieci jest roczna? Czy może jeszcze można wymienić?

I czy ktoś kiedyś wynajdzie zmywarkę do dzieci?

P.S.2 Po tygodniu szukania znalzał się zegarek M. Okazało się, że Piłeczka przez tydzień woziła go w ózeczku dla lalek. Na spacerki. I usypiała.

RATUNKUUUUU!!!!

sobota, 26 listopada 2005


Udało mi się kupić - na niezawodnym Allegro, rzecz prosta... - niezwykłą płytę.

"Shane MacGowan's Popes - Across The Broad Atlantic; Live on Paddy's Day - New York - Dublin".

O tym, kim jest Shane MacGowan, pisałem już kiedyś - można to poczytać TUTAJ.

A płyta jest niezwykła, bo - jak sam tytuł wskazuje - jest zapisem koncertu. A w zasadzie - dwóch koncertów. Koncertów z okazji dnia św. Patryka - w Dublinie i w Nowym Jorku. W roku 2001 akurat w Irlandii z jakichś powodów koncert był przesunięty na maj, więc The Popes mogli wziąć udział w obu imprezach.

Zachrypnięty Irlandczyk z wielkimi uszami, drący się na całe gardło na plenerowym koncercie brzmi zupełnie inaczej, niż na nagranych w studiu płytach. Ikry i ognia w tym tyle, że można by kilka festiwali obsłużyć. I są takie momenty, że słuchacza aż zatyka - kiedy MacGowan śpiewa "Sick Bed of Cuchulainn", "Streams of Whiskey" czy "Fairytale of New York" - i kilka tysięcy ludzi zaczyna śpiewać razem z nim. Kto słyszał "Sick Bed of Cuchulainn" ten wie, że nie jest to takie proste...

Większość muzyków "popularnych" (klasyka to zupełnie co innego) tworzy na koncertach znakomitą atmosferę. Jasne, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby wybrać się na koncert Joe Cockera, U2, Manhattan Transfer czy BB Kinga (żeby w skrócie przelecieć się po różnych stronach muzycznego świata). Ale wszystkich tych ludzi z dużą przyjemnością słucham z płyt i wszystko jest w porządku.

Są dwa zjawiska, które naprawdę bardzo chciałbym usłyszeć na żywo. Jedno - to Loreena McKennitt (o niej też pisałem), drugim - właśnie MacGowan.

Loreena McKennitt (mam jej dwupłytowy album koncertowy "Live in Paris and Toronto) z każdego koncertu tworzy misterium. Można siedzieć, słuchać, zagubić się w jej muzyce. To rodzaj kontemplacji...

Shane MacGowan to zupełnie co innego. To koncert, na którym można by się wyszaleć, wykrzyczeć, zedrzeć sobie gardło śpiewem i śmiechem.

Loreeny McKennitt chciałbym POSŁUCHAĆ. Z MacGowanem chciałbym zagrać - wziąć gitarę i dołączyć do tego szaleństwa choć na parę chwil, choć na dwie czy trzy piosenki.

wtorek, 22 listopada 2005


Uwaga, Puchatek będzie marudził.

No bo tak:

Zima idzie. Wstaje Puchatek rano, a tu zimno. A mało, że zimno - to jeszcze biało. Fuj. I trzeba wyjść najpierw z ciepłego łóżeczka, a potem (co gorsza) z ciepłego domku, złapać łopatę i odgarniać Białe Paskudztwo ze schodów i chodniczka, co by się potem na Białym Paskudztwie nie wykopyrtnąć.

Porządne niedźwiedzie o tej porze roku ŚPIĄ. I niech mi ktoś powie, że niedźwiedź swojego rozumu nie ma...


Dialogi z Potworami są coraz ciekawsze. Potwory bowiem coraz więcej rozumieją i coraz więcej potrafią... powtórzyć.

- Och, jak mi się nie chce jutro jechać do tej pierniczonej Warszawy! - wzdycha Puchatek w niedzielę wieczorem (...żeby nie było - Puchatek słów grubszych używa naprawdę rzadko, a nigdy przy dzieciach - jeśli zatem pisze "pierniczonej", to dokładnie tak mówi, nie inaczej).

Chwila ciszy. Pietruszka trawi (Puchatek nie zauważył, że Pietruszka właśnie przed chwilą wszedł był do pokoju).

- Mamo, cy Warsawa jest piernicona? - pyta Pietruszka Mamę. Tonem (jak to Pietruszka) folozoficznym i zamyślonym.

Uuups.

piątek, 11 listopada 2005


Potwory w kąpieli. Piłeczka siedzi w wannie. Pietruszka mozolnie ściaga z siebie "lejstopki" w kolorze buraczkowym. Ściągnął. Potem majtaski. Ściągnął. Aż się spocił, ale dumny, że sam.

Piłeczka patrzy uważnie. Jak była młodsza, lubiła w takiej chwili sięgnąć małą łapką i złapać brata za... to, czego ona akurat nie ma. Dziś już wie, że robić tego nie należy, bo można od brata (bądź co bądź starszego o ten rok i dziewięć miesięcy) oberwać po czaszce.

Po czym Piłeczka wygłasza głosem tyleż poważnym, co radosnym, tekst: "Ciuciak. Pietluska ciuciaka ma!".

W tym miejscu Puchatki juz się lekko zwijają ze śmiechu.

Pietruszka patrzy na siostrę z politowaniem. "Siusiaka, sie mówi!" komentuje. Poczym dodaje mściwie: "A piłecka nie ma siusiaka! O!"
Ponieważ kwestia tego, kto wymieniony przyrząd ma, a kto nie została już skutecznie wyjaśniona kiedyś, Puchatki zwijają się już tylko trochę.

Ale tu do akcji wkracza Piłeczka. Uśmiech od ucha do ucha, mina z gatunku triumfalnych. I okrzyk taki, że słychać chyba w Stolicy:

"Ma! Ma! Piłecka ma ciuciaka! Ma ciuciaka! O! Majutkiego ma!" - tu wymowny gest w stronę właściwą.

Puchatka jeszcze boli przepona.

No, ale sami powiedzcie: czy dziadek Freud nie miał racji?

;)


Wiecie, co to są Danonki? Takie serki w małych pudełeczkach, o różnych owocowych (i nie tylko) smakach. Niektóre dzieci to lubią. Puchatkowe na przykład.

Od dłuższego czasu producent - w ramach promocji - do każdego "czteropaku" takich serków dołącza "bonus" w postaci magnesików na lodówkę z literami alfabetu. Taki mały obrazek, pokryty od tyłu magnetyczną folią: duża, kolorowa literka i obrazek czegoś, co się na tę literkę zaczyna.

Potwory uwielbiają Danonki, a jeszcze bardziej - magnetyczne literki. Dopytują bez końca (zwłaszcza Pietruszka) "Jaka to literka", albo upewniają się, że "To jest BE, plawda? BE jak bulak?" (Puchatek zaznacza, że nie zamierzał w ten sposób czynic najmniejszej nawet aluzji do niektórych Nowych Posłów!)

Wczoraj Puchatek był na zakupach w Dużym Sklepie. Kupował - między innymi - rzeczone serki.

Obśmiejecie się: Puchatek musiał (ku lekkiemu zaniepokojeniu Pana Ochroniarza) przekopać się przez DWIE WARSTWY serków leżące na wierzchu - dopiero w trzeciej warstwie znalazł czteropaki serków, z których NIE UKRADZIONO TYCH CHOLERNYCH LITEREK.

Puchatek naprawdę podziwia pomysłowośc Rodaków - żeby babrać się w zamkniętych czteropakach Danonków tak, żeby ich nie rozerwać (bo to by mogło zwrócic uwagę Pana Ochorniarza na przykład) tylko po to, żeby wyciągnąć z nich tandetny (nie oszukujmy się: tandetny właśnie) magnesik na lodówkę?

Kiedyś Puchatek widział - w Jeszcze Większym Sklepie - jak jakiś pan w średnim wieku (NAPRAWDĘ nie wyglądający na biednego...) nałożył do plastikowej torebki kilkanaście główek cebuli, zważył ją na elektronicznej wadze, nalepił stosowną nalepkę z kodem oaskowym, poczym... dorzucił do torebki jeszcze dwie spore cebulki.

Zważywszy, że kilo cebuli kosztuje koło złotówki - ile na tej operacji "zarobił"? Dziesięć groszy? Piętnaście?

Puchatek pomyślał wtedy, że nic durniejszego już nie zobaczy.

Ale się mylił. Bo teraz te literki. Żygać się chce.

:(


Tragedia w jednym akcie.

Osoby dramatu:

Piłeczka (lat prawie dwa).
Mama piłeczki, czyli M.
Szymuś, kolega z "przedszkola", półtora roku, przez Piłeczkę zwany "Cimusiem".
Rowerek (rola bez kwestii mówionych).

Piłeczka: Maaamo! Maaaamo!

M.: Słucham, Piłeczko?

Piłeczka: Piłecka ciała lowelek. Piłecka ciała blum blum.

M.: No i co?

Piłeczka: Ale Cimuś teś ciał lowelek.

M.: I co zrobiłaś?

Piłeczka: Piłecka BAAAAM Cimusia.


...Kurtyna.

poniedziałek, 07 listopada 2005


Opowiem wam zupełnie nie polityczną historyjkę z niespodziewanie polityczną pointą. Historyjka jest stuprocentowo autentyczna. Pointa natomiast - rzecz prosta - to czysto subiektywne skojarzenie Autora. Czyli moje.

Pewna Dobra (choć Dawno Nie Widywana, bo Mieszkająca Obecnie na Drugim Końcu Polski) Znajoma Puchtaków lat temu trzy wyszła była za mąż.

Jej mąż miał - nazwijmy to umownie - kryminalną przeszłość. Nic poważnego, broń Boże - jakieś "błędy młodości", jakieś nie do końca uczciwe interesy, jakieś wyłudzone i niespłacane kredyty. Wszystko to ładne parę lat temu.

Mąż nigdy tej przeszłości przed Znajomą Puchatków nie ukrywał. Także dlatego, że była to naprawdę przeszłość. Gdzieś po drodze człowiek ów się zmienił. Chyba można użyć słowa "nawrócił". Porzucił dawne sprawki, naprawił co zepsuł, pooddawał długi. Znalazł uczciwą pracę, odstawił dawne towarzystwo, zaczął zupełnie nowe życie. Już w tym "nowym życiu" spotkał Znajomą Puchatków.

Ostatnio okazało się, że jakaś część przeszłości jednak się za nim ciągnie. Okazało się, że - choć długi pooddawał - to pozostał dłużny pieniądze z tytułu odsetek jakiemuś bankowi. Pieniądze były nieduże, ale odsetki mają to do siebie, że rosną - i uzbierało się tego trzy tysiące.

Męża znajomej wezwano do sądu na rozprawę w sprawie tych pieniędzy. Pech chciał, że oboje byli wtedy na jakichś wakacjach, zresztą szczegółów nie znam - ostatecznie okazało się, że nie dowiedział się w porę o rozprawie i nie stawił się na niej. Sąd - jako dłużnika - skazał go w związku z tym na "odsiedzenie" długu. Przeliczyli mu te trzy tysiące na osiem miesięcy więzienia.

No i mąż Znajomej siedzi. Siedzi już cztery miesiące, jeszcze cztery mu zostały.

Znajoma jest załamana, co łatwo zrozumieć. Mąż podchodzi do całej sytuacji - moim zdaniem - w sposób niezwykle dojrzały. Powiedział: "jestem winien, to siedzę. Spłacimy ten dług i rozliczenia z przeszłością będą zamknięte ostatecznie".

Oboje zastanawiają się, czy sąd wyrazi zgodę na przepustkę na Boże Narodzenie...

Cóż, historia smutna, ale z nutą nadziei: ludzie się zmieniają, potrafią uczciwie rozliczyć się z przeszłością, zacząć nowe życie i nie dać się złamać. Osiem miesięcy więzienia to koszmar - ale jeśli sam uwięziony traktuje je jako pokutę i "zamknięcie rozliczeń", to jednak jest akcent pozytywny.

A dlaczego to opowiadam? Ano właśnie po to, żeby na końcu dodać niespodziewanie polityczną pointę.

Nie chcę być źle zrozumiany: absolutnie nie uważam, że on nie powinien odpowiadać za swoje czyny albo że "powinni mu darować, bo się zmienił". Natomiast przyznam, że kiedy usłyszałem o tej sytuacji, nasunęła mi się myśl w gruncie rzeczy bardzo mało optymistyczna. Ujmując to możliwie krótko i lapidarnie, sytuacja wygląda tak:

Żyjemy w kraju, w którym można mieć wobec banku trzy tysiące długu i pójść za to do więzienia, albo mieć kilkaset tysięcy długu i zostać wicemarszałkiem sejmu.

Czyli:

"Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są bardziej równe, niż inne".


 
1 , 2