Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
niedziela, 28 listopada 2004

Ano, tak, jak obiecywałem... Kolejność dosyć przypadkowa. Nie szkodzi.

Pisałem już, gdzie leży Inverness. Kiedyś o samym miasteczku też będzie, bo jest urocze i miłe wspomnienia się z nim wiążą... Ale dziś - droga z Inverness na zachód.

Droga niemal od początku biegnie wybrzeżem Loch Ness. Lodowcowe jezioro, typowe - długie a wąskie. A że droga - siłą rzeczy - biegnie nieco wyżej, to przez prawie cały czas widać także przeciwległy brzeg (o nim też kiedyś wspomnę). Po kilkunastu milach przejeżdża się przez urocze misteczko o uroczo celtyckiej nazwie Drumnadrochit, znane z tego, że jest w nim muzeum... potwora z Loch Ness, oczywiście. To znaczy - takich muzeów jest kilka, także w samym Inverness jedno działa - ale do w Drumnadrochit jest "oficjalne" (cokolwiek by to miało znaczyć). Kilka mil dalej - nad samym brzegiem jeziora - ruiny zamku Urquhart Castle, zburzonego w czasie którejś z wojen. Warto zobaczyć. Kolejne kilkanaście mil - i dojeżdża się do kolejnego uroczego miasteczka - Invermoriston (w szkockiej odmianie gaelika "inver" ozbacza "ujście" - i rzeczywiście, w tym miejscu rzeka Moriston wpada do Loch Ness).

I tu - dla turysty autostopowego - trudny wybór. Można jechać dalej główną drogą (hmmm.... w Szkocji pojęcie "głównej drogi" nie do końca oznacza to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni... Ale o tym kiedy indziej). Wtedy dojedzie się na zachodnie wybrzeże - do Fort William, leżącego nad Loch Linnhe, które z kolei przechodzi w zatokę Firth of Lorn. O tym też kiedyś będzie - bo to bardzo piękne miejsca.

Można natomiast odbić od "głównej drogi" w mniej główną drogę, poczatkowo biegnącą prosto na zachód, potem skręcającą nieco na północ. I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Teren jest coraz dzikszy, bardziej górzysty, lasy ustępują miejsca wrzosowiskom, nagim skałom. Droga biegnie wzdłuż kolejnych jezior, wije się po stokach wzgórz, przekracza piękny most w Shiel. Potem jedzie się nią wzdłuż Loch Duich i nagle - jakieś 10 mil od Shiel - ukazuje się oczom wędrowca widok, który każe zmusić kierowcę (przypominam, jedziemy autostopem), żeby stanął. I żeby dał nam wyjść, popatrzeć, może zdjęcia zrobić...

Otóż - na jeziorze (tak, na jeziorze - na małej, skalistej wyspece, kilkadziesiąt metrów od brzegu, na którą biegnie jedynie wąska, wyraźnie rękę ludzką usypana grobla) stoi sobie zamek. Ot tak, "in the middle of nowhere". Dookoła wzgórza, wijące się lodowcowe jezioro, mgły (prawie zawsze są tam jakieś mgły). Nastrój - znowu, co zrobić - jak ze starych eposów, jak z baśni.

Poniżej wklejam linki, na których możecie sobie to cudo obejrzeć. Zapewne powiecie: "gdzieś to już chyba widziałem..." - i pewnie będziecie mieli rację. Bo ten zamek - Eilean Donan Castle - zwany "najbardziej romantycznym zamkiem Szkocji" jest bardzo znany. Grał w wielu filmach - począwszy od któregoś "Bonda" (gdzie był oczywiście tajną siedzibą brytyjskiego wywiadu :) aż po "Nieśmiertelnego".

Ale powiadam wam - to, co widzieliście w filmach to nic. Trzeba wylądować w tym  miejscu wieczorem, jakąś godzinę przed zachodem słońca, kiedy mgły są szczególnie piękne - czerwono-złote - i kiedy nigdzie jak okiem sięgnąć nie ma żywej duszy. Tylko góry, ciemna woda jeziora, mgły i zamek. Trzeba wylądować tam, kiedy zamek jest już zamknięty dla zwiedzających, na parkingu na brzegu jeziora nie ma samochodów, a w zamku ktoś (pewnie członek personelu, może nocny stróż) siedzi sobie gdzieś w komnacie i - nieświadomy, że gdzieś pod zamkiem siedzą sobie jacyś dziwni turyści, którzy wcale nie spieszą się dalej - gra sobie na cynowym whistlu "Fanny Power", a zaraz potem "Sally Gardens", i jeszcze inne piękne rzeczy, których tytułów nawet Puchatek już nie pomni...

I trzeba sobie tak siedzieć, aż słońce zajdzie, mgły zgasną, a że właśnie jest nów - to gwiazd nad głową jest więcej, niż powietrza, kórym się oddycha. I trzeba tak siedzieć i o niczym nie myśleć i nic nie mówić. I warto nie być tam samemu - ale z kimś, z kim można właśnie nie myśleć i milczeć.

Tylko trzeba się cieplutko ubrać - w nocy bywa zimno. Namiot nie bardzo jest jak rozbić, ale nic to - jak chłód da się we znaki, można zawsze zarzucić plecak na grzbiet i powędrować dwie czy trzymile do Dornie. Nie, w Dornie nie ma kampingu - ale jakaś łączka zawsze się znajdzie, a rano można odpalić palniczek i zrobić herbatkę, albo pójść do lokalnego pubu na gorące kakao. I ruszyć dalej - bo z Dornie już tylko kilka mil do Kyle of Lochalsh, skąd pływają promy na wyspę Skye. Ale o tym już chyba następnym razem...

Puchatek.

A, byłbym zapomniał - obiecane linki do obrazków:

http://www.eileandonancastle.com/

http://www.castles.org/Chatelaine/EDC/e-donan.htm

http://www.castles.org/Chatelaine/EDC/ed.htm

piątek, 26 listopada 2004

Wszystko zaczeło się od tego, że sobie Puchatek kupił dyktafon. No bo praca dziennikarska i w ogóle, przydatne narzędzie, niezbędna rzecz. Ale skoro już dyktafon - to cyfrowy (bo te kasety... zawsze ich akurat nie ma w kiosku, jak się kończą...). A jak cyfrowy - to taki, żeby można było do komputera podłączyć, zgrać nagranie...

Kupił zatem Puchatek. Ma. Urządzenie działa, chrzest bojowy przeszło w czasie rozmowy z Bardzo Mądrym Panem Profesorem.

Dyktafon - rzecz mało poetycka, wydawałoby się... A jednak. Okazało się bowiem, że rzeczony sprzęt - oprócz oczywistej funkcji nagrywania (i odtwarzania) plików głosowych w jakimś kosmicznym, producentowi tylko właściwym formacie, może także przechowywać (i odtwarzać) stare, dobre MP3.

Puchatek generalnie MP3 nie lubi. Bo to taki "plastikowy" dźwięk, bo to niestety słychać, że to nie jest normalne nagranie... Ale - pomyślał Puchatek - co szkodzi spróbować. I wgrał sobie do komputera - w konwersji na MP3 - jedną płytkę. I przegrał ją do rzeczonego pudełeczka.

Puchatek raczej nie używa walkmana. No bo co to za przyjemność - słuchać muzyki w szumie, w mieście, gdzie ciągle coś przeszkadza, samochody warczą, jazgot. Bez sensu. Muzyki to trzeba słuchać tak, żeby ją słyszeć...

ALE - na pomysł Puchatek wpadł taki, że jak będzie sobie z pracy wracał, jak już wysiądze z podmiejszczaka w powiatowym mieście G. (40 minut od stacji Warszawa Śródmieście) i będzie miał przed sobą 25 minut spaceru do domu (bo o tej porze roku rower jednak śpi już snem zimowym), to sobie Puchatek posłucha.

No i bomba. Szedł sobie Puchatek od pociągu do domu. Cisza (bocznymi uliczkami szedł), spokój, mroźne powietrze, nad głową - gwiazdy i księżyc w pełni. A w uszach...

Loreena McKennitt, "Elemental". Kto zna - już wie. Kto nie zna - KONIECZNIE. Lektura obowiązkowa.

Trudno opisać, jaki to styl muzyczny - w sklepach stoi na półce "ethno-folk", ale to tylko "szufladka". Niesamowite interpretacje, muzyka, która wchodzi gdzieś głęboko w duszę. Ktoś z moich znajomych powiedział kiedyś: "Tak śpiewałaby Antonina Krzysztoń, gdyby była Celtem".

Nagle cała droga wyglądała zupełnie inaczej. Jakby się było... tam właśnie. Gdzieś na Skye albo w Ullapool. Nierealne przeżycie...

Jest na tej płycie coś, co się nazywa "Carrighfergus". Stara, irlandzka ludowa piosenka - nieco nostalgiczna, ze smutnawym tekstem. To jedyna piosenka, której nie śpiewa sama Loreena - śpiewa ją niejaki Cedric Smith (bliżej mi nie znany, dalej też nie). Brzmi to tak, jakby śpiewał stary, samotny człowiek, w starej, irlandzkiej tawernie portowej, wspominając młode lata... A sama Loreena McKennitt "dośpiewuje" tylko "back vocal". No i to jest po prostu powalające. On śpiewa smutną piosenkę - o tym, że tęskni do Irlandii, do ukochanej z lat młodości, że jego dni dobiegają kresu i zostały mu tylko wspomnienia... Niby banał. Ale melodia zmienia ten banał w poezję. I na tle tego wszystkiego - drugi głos, w delikatnych kwartach, czasami tercjach, potężniejący w miarę kolejnych zwrotek. Aż ciarki przechodzą po plecach, aż się chce śpiewać z nimi, aż człowiek chce wsiąść w tę łódź i popłynąć.

Jaka jest tajemnica pani McKennitt? Co to za nieprawdopodobna siła tkwi w jej głosie? Słychać, że ta muzyka (choć w większości przypadków licząca sobie kilakdziesiąt lat więcej, niż ta, która ją śpiewa) płynie prosto z niej, z serca. Jest PRAWDZIWA. Do obłędu prawdziwa. To nie jest plastikowa śpiewanka, kolejny "przebój", którego za parę lat - co tam lat, miesięcy - nikt juz nie będzie pamiętał. To jest samo serce muzyki, to "coś", co sprawia, że ludzie śpiewali od kiedy byli ludźmi, co kazało im muzyką wyrażać miłość, tęsknotę, ból, co sprawiało, że przez muzykę oddawali cześć Bogu.

Dawno, bardzo dawno nie było w moim dniu takiej chwili na Muzykę. Może to dobry pomysł - raz na jakiś czas wgrać sobie coś w to elektronicze pudełko i tak właśnie... w drodze do domu...

Dawno też nie byłem Tam. W Szkocji, w Irlandii... Chyba nadchodzi czas na kolejne wspominki (obiecane Sia-si skądinąd).

"I wish I was in Carrighfergus, only for nights in Ballygrant..."

Posłuchajcie Loreeny. "Elemental" to znakomita płyta - pierwsza chyba w jej karierze. Potem jest jeszcze kilka równie znakomitych - choćby "The Visit" czy "The Winter Garden", "The Mask And The Mirror"...

Jak się Wam nie spodoba - trudno. Mnie porusza.

wtorek, 23 listopada 2004

Ależ ja jetsem wredny typ. Z jednej strony zawsze wydaje mi się, że nie potrafię udawać, aktor ze mnie żaden, że jestem za szczery. A z drugiej, jak przychodzi co do czego, to jednakowoż udaję aż gwiżdże.

No bo tak:

Wziąłem wczoraj dzień urlopu. Trzeba było kilka ważnych spraw załatwić (między innymi zaprowadzić jednego przerażonego malamuta do weterynarza, na szczepienie...). W tym czasie w firmie B. działał informatyk, który "coś naprawiał na serwerze". No i naprawił, niech go drzwi ścisną. WSZSYTKIE moje pliki poleciały w kosmos. Ostatni, który się zachował, ma datę 31 maja 2004. Super. Czyli wszystko, co robiłem przez ostatnie dwa tygodnie (wcześniejsze nie mają znaczenia, bo już poszły w druku) - szlag trafił.

No i odegrałem scenę załamanego pracownika, biadałem, ile to pracy mi się zmarnowało, co ja teraz zrobię... Podczas gdy w rzeczywistości - jak doszedłem po chwili zasatnowienia się na spokojnie - ani mnie to ziębi, ani grzeje. Jasne, wkurzyłem się trochę, ale... w gruncie rzeczy mało mnie to wzrusza, że wydanie naszego Wybitnego Miesięcznika Branżowego może się opóźnić... No, ale musiałem poudawać bardzo poruszonego. Hmmm.

Na szczęście (?) okazało się, że pliki można odzyskać (zrobili backup), tylko trzeba parę godzin poczekać, aż się zjawi informatyk (ciekawe, czy ten sam...).

***

Potwory już zdrowsze. Eurespal, oczywście, dostały (oba), jakieś jeszcze syropki, kropelki na katar - i już jest lepiej. Chwała Bogu.

***

Zima niestety przechodzi. Jest powyżej zera, śnieg topnieje. "U nas na wsi" jest jeszcze dosyć ładnie (tyle, że ślisko straszliwie), ale w Warszawie - ohyda. Plucha, breja, kałuże, samochody chlapią (mimo najlepszych chęci kierowców chcących oszczędzać nieszczęsnych pieszych), błoto. Byle do wiosny.

***

Jeszcze raz Cummings (E.E.):

miłość jest miejscem
& przez granice tego
miejsca przebiega
(cichym i jasnym przejściem)
każde miejsce

tak jest światem
& wewnątrz tego
świata legły
(w przytuleniu bratnim)
wszystkie światy

 (tłum. Barańczak).

...tak poprostu jest...

Puchatek.

11:20, puuchatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 listopada 2004

ŚNIEG PADA!!!!

Pierwszy w tym roku. Cały świat tonie w śniegu. Wszystko białe. Skrzypi pod nogami. Leci za kołnierz. I przykrywa - cały brud, smród i śmietnik miasta. To jedyna pora roku, kiedy Warszawa jest naprawdę piękna...

Tyle, że w mieście korki jak smok. Jak to dobrze, że mieszkam w G. Że po pracy wsiądę do pociagu podmiejskiego (który może się spóźni, ale przynajmniej w korku nie utknie... miejmy nadzieję...) i pojadę do domu.

A tam będzie jeszcze ładniej - zwłaszcza w okolicy domu, bo tam samochodów mniej, więc ulice będą naprawdę białe, a nie szaro-buro-rozjeżdżone.

Generalnie - nie lubię zimy przesadnie... Ale w takich chwilach jakoś mi się miło robi.

No - oczywiście, Puchatek musi!!! :) - mała mruczanka a propos:

Im bardziej pada śnieg
(Bim-bom)
Im bardziej prószy śnieg
(Bim-bom)
Tym bardziej sypie śnieg
(Bim-bom)
Jak biały puch z poduszki.


I nie wie zwierz ni człek
(Bim-bom)
Choć żyłby cały wiek
(Bim-bom)
Kiedy tak pada śnieg,
(Bim-bom)
Jak marzną mi paluszki.

Mnie akurat nie marzną, ale co tam. Mruczanka pasuje.

*************

A z mniej sympatycznych spraw - Potwory trochę chore. Pietruszka kaszlał przez pół nocy - na początku nawet się przestraszyliśmy, że to znowu zapalenie krtani (...było w czerwcu. Szpital, trzy dni... Nieby nic poważnego, ale brrrr).
Na szczęście nie - pokaszlał i spał dalej. I znowu pokaszlał. I tak całą noc. Dziś M. miała z Potworami iść do Pani Doktor. A tu śnieg wali. Na szczęście są taksówki, bo z wózkiem przez te zaspy... Ech.

A ja - zamiast być z moimi dziećmi i trzymać Pietruszkę za łapkę podczas "zaglądania do gardła" siedzę w B. i zajmuję się bzdurami... Bez sensu. :(

Zasypany Puchatek

czwartek, 18 listopada 2004

Piłeczce wychodzą zęby. Piłeczka ma 11 miesięcy. Kiedy Pietruszkę boli wychodząca (od trzech miesięcy) ostatnia "piątka", to też jest biedny - wszystko go drażni, reaguje nerowowo... Ale Pietruszka ma 2 lata i 8 miesięcy. I umie już powiedzieć "ząbek boli". I wiadomo przynajmniej, o co chodzi. Można pomóc. Są żele, jest w ostateczności paracetamol.

Piłeczka ma 11 miesięcy. Nie umie powiedzieć nic poza "mama" i "bam". Jak ją boli - to sama nie do końca rozumie, co.

Wczoraj w nocy płakała i płakała - jak nigdy. Bo Potwory mają tak (oboje), że jak im zęby idą - to jest strasznie. Wychodzą długo, boleśnie i z atrakcjami. I zawsze jak któryś idzie - to jeszcze brzuchy bolą (lekarze mówią, że to normalne). Dopiero, jak się ci durni rodzice zorientowali, o co chodzi (że to nie przesikany pampers, grypa, ból gardła czy co tam innego, tylko ZĘBISKA), jak dali paracetamol - to przeszło i poszła spać. Ale jeszcze się w nocy budziła sto razy. Bieda.

(Jedyna nadzieja, że to wszystko nie na darmo. Ja podobno także bardzo boleśnie ząblowałem (tako rzecze puchatkowa mama...) - ale jak juz zęby wyszły, to jakie! :) U dentysty bywam raz na trzy lata i generalnie nie miewam chorych zębów.)

Może to banałek - ale jak dziecko płacze i nie można mu pomóc, to człowieka (dużego) szlag trafia. Właśnie z tej bezsilności...

:(

Puchatek

wtorek, 16 listopada 2004

A zatem - na prośbę Sia-si (czy to się odmienia?) kilka moich obrazków ze Szkocji.

Pierwszy raz pojechałem tam (autostopem, to sama przyjemność w Wielkiej Brytanii...) w 1994 r. Ale daty nie są tu najważniejsze...

Mniej więcej w połowie drogi między Edynburgiem a Glasgow leży sobie miasteczko Stirling. To tam właśnie William Wallace (czyli Waleczne Serce, czyli Braveheart...) stoczył tę najsłynniejszą bitwę o most w Stirling, w której spuścił Anglikom bęcki straszliwe. Stirling to urocze miejsce - kręte, strome uliczki, kolorowe domki, atmosfera... A na wzgórzu - jakże by inaczej - zamek. Jeden z najpotężniejszych zamków Szkocji, prawie dorównujący edynburskiemu, choć nie tak urokliwy, jak zamki z zachodniego wybrzeża.

Kiedy wejdzie się na zamkowe wzgórze, stanie na murach i popatrzy na północ (zwłaszcza, kiedy robi się to po raz pierwszy) - to człowieka po prostu zatyka. Na północ od Stirling rozciągają się niewysokie góry (The Trossachs), porośnięte lasem i wrzosowiskami. I oto na jednym ze wzgórz stoi sobie... wieża. Tak po prostu. Nie zamek, nie kościół, nie miasteczko, w którym stoi budynek z wieżą. Po prostu ze wzgórza, ze środka lasu, wystrzela w niebo gotycka wieża, wysoka na niemal siedemdziesiąt metrów. W środku dzikich wzgórz. Ot, tak. Pierwsze skojarzenie - czysto tolkienowski klimat. Orthank. Albo choćby Amon Hen.

I to nic, że potem okazuje się, że to - w gruncie rzeczy - złudzenie. Wieża (będąca skądinąd pomnikiem Wallace'a właśnie) nie jest gotycka, tylko neogotycka, nie wyrasta "z dziczy", tylko tak to z daleka wygląda, a w rzeczywistości leży dwie mile od centrum Stirling i można do niej dojechać samochodem, a potem kupić bilety... To nieważne. Ważne jest pierwsze wrażenie przeniesienia się w czasie o kilkaset lat wstecz. A może nawet w innę Erę, w inny Świat...

Taka jest cała Szkocja. Mistyczna, baśniowa, nierzeczywista...

Najlepsze zdjęcie, jakie "na szybko" znalazłem w sieci - to właśnie dokładnie widok z zamku w Stirling (jak zresztą można przeczytać w podpisie):

http://www.undiscoveredscotland.co.uk/stirling/wallace/

Poniżej jest trochę zdjęć "z okolicy", ale to pierwsze, na górze, pokazuje o co mi chodzi. Gdyby jeszcze dodać trochę mgieł snujących się u podnóża wieży... :)

Ciąg dalszy nastąpi, ale już nie dziś (późno się robi, spać się chce Puchatkowi...)

W kolejnych odcinkach będzie o:

- Buchlyvie i St Patrick Manor

- szlaku z Abberfoyle do Callander

- drodze wzdłuż Loch Ness - od Inverness do Fort William

- wyspie Skye

- północnym wybrzeżu

- granitowym mieście, czyli Aberdeen

- wodospadach Mesech

...nie wiem, czy w takiej kolejności, nie wiem, czy szybko - ale będzie. Sia-sia mnie sprowokowała, a ja jestem nałogowcem ;)

Puchatek The Brave.

Miało nie być o pracy, ale nie zdzierżę. A nie zdzierżę - bo sytuacja w firmie B. przekracza granice absurdu.

Niestety - żebyś, Drogi Czytelniku, zrozumiał, o co chodzi - muszę podać kilka szczegółów na temat firmy B. i jej działalności.

B. to firma konsultingowo - wydawnicza. Strona konsultingowa mnie nie dotyczy, wydawnicza - i owszem. Firma wydaje różnego rodzaju serwisy i miesięczniki branżowe. Tematyka - różna, mniejsza z tem. Problem polega na tym, że panuje tu kompletne pomieszanie z poplątaniem - zwałszcza co do tego, kto za co odpowiada i co robić powinien.

Przyszedł prezes - człowiek skądinąd sympatyczny i inteligentny - i nakręcał nas jak mógł. Że sprzedaż prenumeraty za słaba, że reklam nie ma, że musimy pomyśleć, co zrobić, żeby...

Gdzie tu asburd? Ano absurd polega na tym, że ja jestem... dziennikarzem, jakem już kiedyś pisał. Ja (i moich dwu kolegów) PISZEMY do tego miesięcznika. Wszystkie uwagi prezesa byłyby całkiem słuszne, gdyby uwzględnić dwa szczegóły:

1. Nie my powinniśmy być ich adresatami, tylko dział reklamy i marketingu. Ja robię to, co do mnie należy (i robię to, nie chwaląc się, nienajgorzej) - czyli piszę. To oni są od szukania reklamodawców, pozyskiwania prenumeratorów etc. Co mi do tego???

2. Warto jednak dodać, że w przypadku naszego miesięcznika także dział reklamy i marketingu może niewiele, bo... no właśnie, tu dochodzimy do sedna.

Otóż kiedy miesięcznik startował (pół roku temu) nie przeprowadzono ŻADNYCH badań rynku, rozeznania wśród potencjalnych reklamodawców etc. Wiem, że normalnie, kiedy przygotowuje się wydanie nowego pisma (ZWŁASZCZA branżowego) - to zanim się wyda pierwszy numer, zespół pracuje już przeciętnie pół roku "na sucho", robiąc i składając numery próbne. W momencie ukazania się w druku pierwszego numeru redakcja ma przygotowane tematy na jakies pół roku do przodu.

A u nas?

Zarządowi B. wyraźnie szkoda było pieniędzy na takie fanaberie (no bo po co płacić ludziom przez parę miesięcy nie mając z tego tytułu żadnych wpływów?). Ja przyszedłem w maju (moi koledzy trzy tygodnie wczesniej) i z marszu robiliśmy pierwszy numer. Dział reklamy składa się z samych nowicjuszy - niedawno dopiero przyszła do nich dziewczyna z praktyką - i się załamała. "Jak mam namawiać klientów na reklamę, skoro nie wiem, co będzie nie tylko za trzy miesiące, ale nawet w najbliższym numerze". I teraz to się mści - zwłaszcza, że dział rynku, o którym mamy pisać, jest specyficzny - nie da się w nim oddzielić biznesu od spraw społecznych, a spraw społecznych od polityki... No dobrze uchylę rąbka: chodzi o szerko pojęty "biznes medyczny". I teraz - co miesiąc zmieniają się dyrektywy, co dwa tygodnie słyszymy kolejne (sprzeczne ze sobą) polecenia o czym mamy pisac, a co sobie odpuszczać, na czym sie skupiać... Cyrk (bez kółek, niestety...)

Czyli - ktoś nie pomyślał, ktoś czegoś nie dopatrzył, ktoś zwyczajnie dał ciała (pardon), a pretensje - do dziennkarzy. Śmiech pusty. Gdyby nie nadzieja, że to moje ostatnie miesiące w B., to chyba by mnie szlag trafił.

A tak - tylko mi śmiesznie :)

Puchatek

Sia-sia pisze w komentarzu, żem ją zawstydził... Ależ, dlaczego "zwastydził"? Absolutnie to w moich intencjach nie leżało...

O Szkocji mógłbym opowiadać długo - mniej może o historii (choć jest naprawdę ciekawa), więcej o kulturze, muzyce, jeszcze więcej - o "klimacie" (nie mam na myśli pogody, choć w Szkocji to temat bogaty, zwłaszcza z turystycznego punktu widzenia :). A najwięcej miałbym do powiedzenia o tym, co mnie się tam podoba, dlaczego właśnie to miejsce jest moją prywatną Arkadią... :)

Chetnie, chętnie. Ale nie dziś - bo pracy mnóstwo, a czasu mało.

Może Sia-sia napisze, co by chciała usłyszeć (...a raczej przeczytać).

Pozdrawiam

Zakłopotany nieco Puchatek

poniedziałek, 15 listopada 2004

Sia-sia (która sama pisze bardzo ciekawe rzeczy, polecam :) zadała mi pytanie pod poprzednim moim wpisem. Cytuję:

>sia.sia

>2004/11/15 17:11:55

>co to za miejsce? napiszesz coś więcej? pozdrawiam!

Ano - to właśnie dolina Glen Afric. A dokładniej?

Inverness to miasto w Szkocji. Mniej więcej w połowie wysokości Szkocji (patrząc na mapę), na wschodnim wybrzerzu jest takie dosyć duże "wcięcie" - to ujście rzeki Ness (która wypływa z przepięknego, polodowcowego jeziora o tej samej nazwie, czyli... Tak, właśnie Loch Ness ("Loch" - czytaj lok', przez takie gardłowe "k" -  to po prostu po szkocku to samo, co "lake", czyli jezioro). To samo Loch Ness od potwora Nessie ;)

No i niedaleko z tamtąd leży rzeczona dolina. Jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakie udało mi się w życiu trafić (choć przyznam obiektywnie, że moja ocena może być nieco zakłócona faktem, iż wyprawa, w czasie której to miało miejsce, była moją podróżą poślubną :)

Znalazłem "na szybko" stronę, na której można sobie obejrzeć kilka zdjęć z tamtąd (bo moje, niestety, mam tylko w wersji "papierowej". Jak kiedyś zeskanuję, to wrzucę).

A zatem:

http://www.danheller.com/scot-glenafric.html

Prawda, że pięknie?

Bo widzisz, Sia-sio (czy to się odmienia? :) Ja generalnie uwielbiam podróżować...

A zwłaszcza - po północy Świata...

A zwłaszcza - po północy Europy...

A już piękniejszego miejsca do podróżowania niż Szkocja po prostu  nie znam :)

I czasami, siedząc w pracy, której nie lubię i robiąc rzeczy, które mnie nudzą, myślami jestem właśnie tam. Jak chcesz, mogę poopowiadać Ci więcej.

Pozdrawiam,

Puchatek Podróżnik

Jest takie miejsce - trzeba wyjechać z Inverness na zachód, ale po kilku milach skręcić z drogi do Fort William lekko na północ. Dolina nazywa się Glen Afric. Mozna nią iść cały dzień (do połowy długości można dojechać samochodem (ale po co...), dalej już tylko piechotą. To takie miejsce, w którym można zapomnieć, że jest dwudziesty wiek (to znaczy - jasne, dwaudzisty pierwszy, ale ostatni raz byłem tam w 1999 r., więc...).

No, siedzę w męczącej firmie B. i nostalgia mnie ogarnęła. Glen Afric. No i "bonnie banks of Loch Lomond".

Ech.

 
1 , 2