Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 22 lutego 2018
wtorek, 20 lutego 2018

Choć czasu ostatnio za mało (…na cokolwiek), udało mi się gdzieś w biegu przesłuchać niesamowity album o specyficznym tytule: "Niepotrzebna pogodynka, aby znać kierunek wiatru".

Dylan.pl - niezwykły projekt, w efekcie którego powstał dwupłytowy album pod takim właśnie tytułem. Tytuł to tłumaczenie wersu z piosenki Boba Dylana "Subterranean Homesick Blues" (w oryginale: You don't need a weather man / To know which way the wind blows).

W nagraniach brało udział paru znakomitych muzyków, ale osobą, która najbardziej przyczyniła się do jego powstania jest Filip Łobodziński - dziennikarz, tłumacz, jeden z założycieli Zespołu Reprezentacyjnego (no i absolwent "mojej" szkoły średniej, czyli warszawskiego VI liceum imienia Reytana…).

Muzycznie album jest świetny - doskonale oddaje dylanowski klimat, nie będąc jednocześnie prostą kopią, ale ewidentnie dziełem autorskim. Ale "muzycznie" to tylko połowa tego zjawiska…

Teksty. Tłumaczenie Dylana to sprawa niełatwa - poziom nagromadzenia metafor, odniesień literackich, kulturowych i tak dalej - wie to każdy, kto kiedykolwiek wsłuchał się w to, co ubiegłoroczny noblista śpiewa… W Polsce niewiele było naprawdę dobrych tłumaczeń Dylana. "Blowin' in the Wind" śpiewało się kiedyś przy ogniskach ("Przez ile dróg…") - tłumaczenie było wcale dobre (Andrzej Bianusz, jeśli dobrze pamiętam). "The Times They Are a-Chinging" było tłumaczone kilka razy (m. in. bardzo dobrze przez Agnieszkę Osiecką). Ale poza tym? Niewiele.

A  tu nagle dostajemy dwadzieścia dziewięć piosenek, po polsku, w naprawdę znakomitych tłumaczeniach! Łobodziński znajduje doskonałą równowagę między wiernością autorowi, pięknem przekładu i tłumaczeniem dylanowskich skojarzeń na polską rzeczywistość.

Tak naprawdę do jego tłumaczeń mam tylko dwa zastrzeżenia… Pierwsze - to "Hard Rain's a-Gonna Fall", które w ogóle jest poezją z gatunku nieprzetłumaczalnych, a w dodatku z niezrozumiałych dla mnie powodów Łobodziński tłumaczy "hard rain" jako "twardy deszcz" (…dlaczego "twardy"? Angielskie "hard rain" to "mocny deszcz", "ulewny deszcz" - i o to w tej piosence chodzi). I jeszcze kilka szczegółów w poszczególnych zwrotkach… Drugie zastrzeżenie - to "Like a Rolling Stone" - piosenka przetłumaczona świetnie, z wyjątkiem samego tytułowego zdania, które Łobodzinski tłumaczy "Jak błądzący łach". Moim zdaniem ten "łach" ma zupełnie inny klimat, inny odcień niż angielskie (…czy raczej - amerykańskie…) "rolling stone".

Ale to są szczegóły. Naprawę. Cała reszta przetłumaczona jest świetnie, część - po prostu wspaniale, ale są dwie piosenki, które Łobodziński przetłumaczył po prostu genialnie.

Pierwsza to "Subterranean Homesick Blues", z której wziął się tytuł albumu. Nie myślałem, że to się w ogóle da tak po polsku zaśpiewać. W takim rytmie, z tak wiernym oddaniem klimatu oryginału i z tekstem, który opowiada wszystko, co Dylan chciał w tej piosence oddać.

Druga - to "Mr. Tambourine Man". Tu naprawdę aż trudno coś napisać… Zatkało mnie. Trzecia zwrotka to po prostu taki majstersztyk, że chylę czoło podwójnie: i jako miłośnik Dylana, i jako tłumacz. Chapeau bas. Posłuchajcie:  

środa, 07 lutego 2018

Rzadko, bo nie mam kiedy (tak, wiem, powtarzam się).

***

Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego - jako jedyna ze szkoły (!). Wśród lektur "zadanych" do każdego etapu zawsze jest jedna większa. W drugim etapie było to "Imię róży" - Piłka siedziała, czytała z wypiekami, mówiła, że trudne, ale ciekawe i wciąga. Do trzeciego etapu zadany jest "Moby Dick". Dziecko czyta, ale tym razem z oporami. Mówi, że nudne. I że ma dość wielorybów…

Zastanawiam się, czy rzeczywiście "Moby Dick" to książka która dotrze do współczesnej piętnastolatki. Niby ja to czytałem nawet trochę wcześniej, ale po pierwsze - to były inne czasy, a po drugie (co jest zasadniczą różnicą) z własnej woli.

A przedwczoraj Piłka idąc z psem (a w zasadzie jadąc na rolkach za psem pociągowym) źle wyliczyła zakręt i zaryła nogą w chodnik z takim impetem, że przez dłuższy czas byliśmy niemal pewni, że rzeczona noga jest złamana. Na szczęście rentgen udowodnił, że jednak nie - ale żeby go zrobić trzeba było podjąć wyprawę do szpitala i takie tam różne, co (rzecz prosta) stało się przyczynkiem do kolejnych głębokich przemyśleń na temat organizacji polskiej służby zdrowia. Ale o tym innym razem.

***

Pietruszka - namówiony przez swoją wychowawczynię, anglistkę - zdaje EFC. Pani ich zapisała, rodzice dostali maila potwierdzającego zapis z prośbą o uiszczeni opłaty egzaminacyjnej. Kwota, którą zobaczyłem, sprawiła, że się lekko zakrztusiłem. No cóż - jak się ma zdolne dzieci, to trzeba płacić…

***

W czasie ferii byliśmy kilka dni w C. Potwory nawet dwa razy na nartach pojeździły. W tym czasie kolega P. mieszkał u nas w domu jako dog-sitter. No i cat-sitter i turtle-sitter też. Cała menażeria przeżyła. Kolega też przeżył.

***

Kończę książkę dla Szacownego Wydawnictwa. Po raz pierwszy w całej "karierze" mam wrażenie, że z pozycji liczącej prawie 400 stron nie dowiedziałem się niczego nowego. Przy okazji - gdyby ktokolwiek z Was miał ochotę używać słowa "coaching", to bardzo proszę w bezpiecznej odległości ode mnie, bo będę gryzł.

***

A przy okazji tematów zawodowych: nasi ukochani rządzący zrobili mi wspaniałą niespodziankę. Od stycznia (przynajmniej na razie, bo rozmowy i naciski trwają…) od rachunków za tłumaczenia nie można odliczać 50% kosztów uzysku… Jeśli Wasza księgowa jeszcze o tym nie wie, to jej powiedzcie, żebyście potem nie mieli problemów z US… Jeśli łaskawcy w sejmie przegłosują poprawkę (i jeśli przegłosują, że poprawka działa od początku roku…), to ja się upomnę o zwrot od US przy rozliczeniu rocznym.

Tak, proszę państwa: zgodnie z aktualnie obowiązującą ustawą do zawodów „twórczych” należy m. in. zawód KASKADERA. Ale tłumacza już nie…