Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
czwartek, 28 lutego 2013

Ot, takie odkrycie małe muzyczne. Puchatkowa siostra podrzuciła. Zespół nie całkiem nowy (istnieje od 2007 r., pierwszą płytę wydał w 2009) - ale jakoś mi się dotąd w uszy nie rzucił.

No i muszę powiedzieć, że mi się spodobało. Jakieś to takie... świeże. Autentyczne. Za mało jeszcze posłuchałem (czasu brak...) żeby móc napisać coś przypominającego recenzję - ale to, co usłyszałem dotąd, jest bardzo sympatyczne.

Za jakiś czas napiszę coś więcej. A dziś tylko wrzucam - posłuchajcie sami.

Ladies and Gentlemen: przed państwem grupa Mumford & Sons. 

 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Życie mnie przegania. Tak zwana codzienność zajmuje tyle czasu, że nie starcza go już na to aby tu zajrzeć i coś napisać…

Wyniki histopatologiczne nie są fajne. To znaczy: mogło oczywiście być sporo gorzej – ale mogło też być dużo lepiej.

Zła wiadomość jest taka, że w wyciętych węzłach chłonnych był nowotwór. Dobra – że nie we wszystkich.

Dobra wiadomość oznacza, że zaraza raczej nie poszła dalej (skoro nie zdążyła jeszcze zająć całych węzłów). Zła wiadomość oznacza, że przed nami niestety dalszy ciąg leczenia: radioterapia, czyli naświetlania (bo pozostawienie aktualnego status quo byłoby zbyt ryzykowne), a także być może jeszcze jakaś chemia (ale tego dowiemy się za tydzień).

Z jednej strony – w zasadzie spodziewaliśmy się że tak będzie (nasza Pani Doktor od początku mówiła, że "najprawdopodobniej" po operacji potrzebne będzie jeszcze dodatkowe leczenie).

Z drugiej strony… Gdzieś "z tyłu głowy" kołatała się jednak jakaś nadzieja, że tak nie będzie. Że okaże się że węzły są czyste (że były "tylko" powiększone) i że – w związku z tym – będzie można uznać, że to "koniec imprezy". Że teraz już "tylko" rehabilitacja ręki i już.

Wiadomość że tak nie jest nie była tym, co chcieliśmy usłyszeć. Radioterapia to nie jest miłe leczenie (choć zwykle skutki uboczne są mniej męczące niż przy chemii, którą przecież M. znosiła bardzo dobrze). Za to cała strona "logistyczna" jest jeszcze bardziej skomplikowana: jeśli potwierdzi się to co wiemy dotąd (spotkanie ze specjalistką od naświetlań mamy jutro) to na te zabiegi trzeba jeździć codziennie przez pięć tygodni. Co, jak się łatwo domyśleć, dość mocno dezorganizuje życie codzienne. No, ale to już jest problem czysto techniczny – a problemy techniczne w tym wszystkim są naprawdę najmniej istotne.

Tymczasem M. ćwiczy rękę, w czym pomaga jej nasza Przyjaciółka i sąsiadka – mama Puckowej koleżanki – z wykształcenia rehabilitantka i fizjoterapeutka. Po raz kolejny okazuje się, że otaczają nas ludzie nie tylko dobrzy i gotowi do pomocy, ale jeszcze kompetentni akurat w tych dziedzinach, które są najbardziej potrzebne.

***

Niech już będzie wiosna, proszę…

 

piątek, 15 lutego 2013

Przepraszam, że ostatnio nie piszę, ale trudno czas znaleźć – a jak już jest czas, to sił nie ma…

Skrótowo:

M. już w piątek po operacji (czyli tydzień temu) wróciła do domu. Czuła się – jak to po operacji, ale nie najgorzej. Tylko lewa ręka na razie bardzo mało sprawna: trzeba ciągle ćwiczyć, żeby się nie "zastało", a przy ćwiczeniu boli.

Ja mam sytuację "pracowniczą" nieco mniej ciekawą, niż dotąd: Duży Portal dla którego obecnie tłumaczę postanowił – w ramach oszczędności etc. – obniżyć stawki dla tłumaczy. Jak powiedział, tak zrobił: obniżył. O ile samą obniżkę jestem w stanie zrozumieć (jak na takie rzeczy to płacili dość przyzwoicie), o tyle jej skalę uważam ze przesadę (z 40 brutto za stronę do 33…). A w dodatku od grudnia tekstów jest wyraźnie mniej, niż dotąd.

W związku z tym musiałem przeprosić się z wydawnictwem RD – i właśnie leży na moim biurku kolejna niezwykle ambitna pozycja typu poradnikowego (dość prosta, na szczęście). Wydawnictwo też obniżyło stawki (pisałem o tym parę miesięcy temu), ale – jak się okazało, po długich bataliach – mniej niż planowało.

Co to oznacza w praktyce? Mniej więcej tyle, że zapewne utrzymamy dotychczasowy poziom przychodów, ale (jak się łatwo domyśleć…) kosztem spędzania większej ilości czasu przy pracy.

Co samo w sobie jest oczywiście do zniesienia (muszę przyznać,że przez ostatnie kilka miesięcy nie czułem się "zarobiony", spokojnie mógłbym robić nawet półtora raza tyle…) – tyle, że… No właśnie. Cała reszta "sytuacji życiowej" sprawia, że przymus siedzenia nad pracą dłużej niż dotąd niespecjalnie mi pasuje.

M. na razie (i tak będzie jeszcze przez jakiś czas) prawie nie wychodzi z domu. Nie jest w stanie zrobić zakupów, nie ma mowy o prowadzeniu samochodu (lewa ręka za słaba i za mało sprawna; za parę miesięcy pewnie to się zmieni, choć lekarze powiedzieli otwarcie że nie powinna już nigdy prowadzić na długich trasach wymagających na przykład kilku godzin za kierownicą). W domu większość rzeczy robi sama, ale jest trochę czynności które muszę robić ja, bo Ona zwyczajnie nie da rady.

Czyli: więcej pracy, więcej prac domowych, a do tego cała "logistyka" (zakupy, załatwianie spraw, dzieci do szkoły, ze szkoły, do muzycznej, na zajęcia… i tak dalej) wisi na mnie.

W tym wszystkim niemal nie do wiary wydaje się fakt, że finansowo stoimy (…na razie?) zupełnie spokojnie. Jest za co żyć, kolejne pieniądze już "wiszą" (czyli rachunek podpisany i "wpłyną na dniach"), książka którą zaczynam tłumaczyć będzie (jak już ją skończę…) całkiem sensownym zastrzykiem finansowym. Tyle, że jestem zmęczony – i pewnie będę coraz bardziej.

A przed nami jeszcze półtora tygodnia oczekiwania na wyniki i decyzję Pani Doktor "co dalej".

***

Pietruszka dostał wczoraj w szkole walentynkę. Prawdziwą. Serduszko, jakieś dodatki… Napis głosił "Bardzo Cię lubię", czy jakoś podobnie. Dostał ją od najładniejszej dziewczynki w klasie (no dobra, może są jeszcze ze dwie podobnie ładne – to znaczy naszym, rodzicielskim zdaniem ;–). Warto dodać, że autorka walentynki jest córką naszych serdecznych znajomych, z którą Pietruszka przyjaźni się także poza szkołą.

No i po tej walentynce był sprawdzian z polskiego – z czytania ze zrozumieniem, z czym Pietruszka generalnie (jak się łatwo domyśleć) nigdy nie miał problemów. Ale tym razem dostał "tylko" czwórkę z plusem. Pani od polskiego skomentowała, że był jakiś taki "rozkojarzony".

No, ja mu się tam nie dziwię ;–)

M. zapytała go potem, czy jakoś na te walentynkę odpowie. – Chyba tak… – odpowiedział niepewnie. – Ale na pewno nie w szkole!

No jasne, jeszcze by koledzy zobaczyli… ;–)

 

środa, 06 lutego 2013

Operacja za nami. Trwała niecałe dwie godziny. M. czuła się po niej zupełnie nieźle.

Teraz za jakiś czas zdjęcie szwów, potem być może jeszcze jakaś chemia, albo naświetlania, albo jedno i drugie – w zależności od wyników badań tego, co wycięli.

No i rehabilitacja ręki.

Ale to wszystko sprawy "techniczne". Tak naprawdę najważniejsze będą właśnie wyniki tych badań w laboratorium (mikroskop plus histopatologia i jeszcze jakieś inne medyczne czary).

Mamy nadzieję, że będzie dobrze. Że – niezależnie od tych wszystkich "dodatków" – najgorsze już za nami.

Więcej dziś nie piszę, bo nie mam siły. Może jutro.

wtorek, 05 lutego 2013

M. jest w szpitalu. Dziś ją tam zawiozłem. Trochę z nią posiedziałem, ale musiałem wracać do Potworów.

Jutro rano operacja.

Nie wiem co mam napisać. Jak napiszę że "mam nadzieję że wszystko będzie dobrze", to będzie banał. A jak napiszę, że się boję? Też…

Chciałbym, żeby już było po wszystkim…