Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
wtorek, 28 lutego 2012

Gdyby nie rok przestępny, to już jutro byłby marzec. A marzec - wiadomo, to początek wiosny... A tak - jeszcze jeden dzień lutego. Brrr.

Dwie pozycje czekają do umieszczenia w kategorii "Puchatek Poleca". Jedna płyta i jedna książka. Ale to nie dziś. Dziś jest lutowo, śnieżyście i obrzydliwie. Mokro i zimno. I z jeszcze paru innych powodów NIC MI SIĘ NIE CHCE. Amen.

czwartek, 23 lutego 2012

Zastanawiałem się, czy o tym pisać...

Tekst o. Pawła Gużyńskiego OP pt. "Uwiedzenie" pojawił się w Internecie z wczorajszą datą - ja wpadłem na niego dziś rano podczas codziennego porannego "przeglądu newsów", od którego zawsze zaczynam dzień pracy.

Przeczytałem - i aż mnie dreszcze przeszły. To już drugi tekst o sytuacji Kościoła w Polsce autorstwa polskich dominikanów, pod którego każdym słowem mogę się podpisać. Pierwszym był oczywiście głośny list o. Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza apostolskiego sprzed prawie dwóch lat. Coś jest w tych dominikanach... (I niech to będzie poczytane za prawdziwy komplement, zważywszy że jestem wychowankiem jezuitów ;-)

Tekst o. Gużyńskiego jest znacznie ostrzejszy i bardziej bezpośredni (i trudno się dziwić - o. Wiśniewski to człowiek już prawie osiemdziesięcioletni, podczas gdy Gużyński jest raptem o dwa lata starszy ode mnie).

Podejrzewam, że podobna różnica intensywności będzie także dotyczyła reakcji na ten tekst - w Radiu Maryja i otaczających je środowiskach o. Gużyński będzie zapewne "zniszczony" jako modelowy przykład zdrajcy Narodu i Kościoła, libertyn, mason i co tam jeszcze. Zwłaszcza, że tekst pojawił się na stronie internetowej "Gazety Wyborczej", co dla środowisk RM oznacza piekło i wrzącą smołę - i zwolnienie z jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji...

Nie zmienia to faktu, że jego diagnoza problemu RM jest moim zdaniem boleśnie prawdziwa. O. Gużyński zwraca uwagę na kilka aspektów - nie tylko ten stricte polityczny - i bezlitośnie rozprawia się z tezą o ogromnej roli Radia M. w procesie ewangelizacji i krzewienia wiary.

Dobrze, że ktoś to wprost napisał. Szkoda, że to zapewne nic nie da... Chociaż - czy ja wiem? Może da. Może nie od razu, ale... "Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo", jak wiadomo.

Cały tekst znajdziecie TUTAJ. Przeczytajcie, moim zdaniem warto.

piątek, 17 lutego 2012

Krótko, ale intensywnie.

Dobrze jest przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Dobrze uświadomić sobie na powrót podstawy, bazę na której buduje się pozostałe konstrukcje.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, z którymi na co dzień ma sie kontakt tylko drogą elektroniczną, albo - w najlepszym razie - telefoniczną.

Dobrze też - choć czasami niewygodnie... - uświadomić sobie, co jest nie tak, co powinno być inaczej, co trzeba by zmienić także tam, gdzie wydawało się, że wszystko jest z grubsza w porządku.

czwartek, 16 lutego 2012

"The Cats", Andrew Lloyd Weber. Klasyka. Kupiłem na Allegro. Miałem tylko na kasecie, a kaseta miała ... lat. I pomyślałen, że warto odnowić starą znajomość.

Kiedyś - dawno, dawno temu - zachwyciłem się tym musicalem. Genialna muzyka Webera (choć wielu twierdzi inaczej, uważam że "Koty" to jego największe dzieło - ani "Józef...", ani "Jesus Christ Superstar" to już nie to...) - a do tego genialne teksty Eliota.

Wiersze Eliota o kotach są tak surrealistyczne - i tak realistyczne zarazem... A Weber - najwyraźniej - usłyszał je bardzo głęboko i bardzo mocno trafiły w jego muzyczną wyobraźnię. Te teksty i ta muzyka w mojej świadomości zlały się w jedno - nie potrafię już czytać "Old Possum's Book of Practical Cats" nie mając jednocześnie w głowie dźwięków musicalu "The Cats". Rum Tum Tugger, Mungojerrie and Rumpelteazer, pan Bustopher Jones czy mroczny Macavity zawsze brzmią mi frazami z Webera.

No i genialne, wielkie "Memory", które samo w sobie jest po prostu arcydziełem. Zwłaszcza, kiedy śpiewa je Barbara Streissand...

*

"Koty" były kiedyś jedną z moich większych fascynacji muzycznych. Kiedy podróżując po USA dojechałem wreszcie do Nowego Jorku, moja mieszkająca tam ciotka (de facto - ciotka mojej mamy) zaproponowała mi, że jeśli chce mi się stanąć w kolejce do Ticket Roll na Times Square (gdzie bilety zawsze były, ale trzeba było godzinkę po nie postać...), to ona funduje - mogę sobie wybrać dowolny musical który grają na Broadwayu i razem się na niego wybierzemy. Wybrałem "Koty", rzecz prosta. Odstałem swoje, poszliśmy razem z ciotką.

Sam spektakl - fantastyczny, rzecz prosta... Ale sama wyprawa do teatru miała (jak dowiedziałem się po ładnych kilku latach...) swój ciąg dalszy.

Ciotka zachwyciła się "Kotami", i potem jeszcze kilka razy je oglądała. Zaciągnęła na nie nawet wujka (czyli swojego męża), który generalnie był raczej miłośnikiem klasyki i poza nią niewiele go w muzyce interesowało.

A potem - jakieś trzy lata po mojej wizycie - ciotka zachorowała. Rak płuc. Za późno wykryty (tak, w USA też się tak zdarza...), nie dało się go już usunąć, pozostała chemioterapia i "przeciąganie czasu", jak mówią niektórzy.

Ciotka była już podobno bardzo słaba, wiedziała że umiera. I jeszcze raz, w ostatnich dniach życia, wyciągnęła wujka na "Koty".

I kiedy aktorka na scenie śpiewała "Memory" - piosenkę o tym, że noc się kończy, że niedługo nadejdzie świt który wszystko zmieni, że zostaną tylko wspomnienia pięknej przeszłości... - wujek trzymał ja za ręce i płakał jak dziecko. On, stary żołnierz, lotnik, cichociemny...

Ciotka zmarła bodaj tydzień później. A wujek - którego nigdy w życiu nie spotkałem (kiedy ja byłem w Nowym Jorku, on akurat był w Polsce...) za pośrednictwem innej ciotki przekazał mi, że jest mi bardzo wdzięczny za to, że dzięki mnie ciotka zobaczyła "Koty" - i że tam, w tym teatrze, mogli się tak pięknie pożegnać.

Ot, tak mi się przypomniało...

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Zima, jak wiadomo. Niedzielny wieczór. Na dworze osiemnaście stopni na minusie. Pies drapie w drzwi, że chce na dwór. Niby nic w tym dziwnego (co to jest -18 dla malamuta... Szelma spędza na dworze więcej czasu, niż w domu...). Tyle, że zaraza puchata PIĘĆ MINUT WCZEŚNIEJ drapała w te same drzwi z przeciwnej strony, że mianowicie chce wejść (coś jej tam widać z kuchni zapachniało).

Puchatek jest zirytowany - może malamuty lubią -18, ale Puchatki NIE LUBIĄ, a ciągłe otwieranie drzwi jak wiadomo utrzymaniu temperatury w domunie służy. Więc Puchatek, stojąc w przedpokoju, mówi mocno zirytowanym głosem do psa:

- Gdzie?! Zgłupiałaś?! Bez przesady, żadnego wychodzenia co pięć minut! Siedź w domu, gdzie cię znowu niesie!

Pucek w pokoju bawi się jakimis klockami. Słysząc tatę zadaje rzeczowe pytanie:

- Tatusiu, do kogo ty mówis?

- Do Szelmy, ozywiście - odpowiada zdziwiony Puchatek.

- A, bo ja MYŚLAŁEM ZE DO MAMUSI... - odpowiada dziecię.

No jasne...