Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
piątek, 19 lutego 2010

Śniegu napadało do licha i trochę. Na Puchatkowej uliczce zaspy odgarniętego białego paskudztwa sięgają do wysokości ogrodzeń.

Ale przynajmniej było ładnie.

A teraz odwilż nas dopada.

I tu zagadka: jaki Wielki Filozof ze Szkolnych Podręczników najlepiej opisuje sytuację na Puchatkowej ulicy i w jej okolicy?

Za poprawną odpowiedź z uzasadnieniem (cytatem z Filozofa) przewidziany jest Uścisk Ręki Puchatka. Wirtualny.

środa, 17 lutego 2010

No, długo się czekało (bo kryzys etc.), ale wreszcie jest. Książka, którą skończyłem tłumaczyć półtora roku temu wreszcie się ukazała.

Książka jest dobra. Naprawdę. Nie dlatego, że ja ją tłumaczyłem. Jak będziecie mieli trochę czasu - polecam.

John Pomfret - chiński korespondent m. in. Washington Post - był jednym z pierwszych Amerykanów, którym na początku lat osiemdziesiątych udało się dostać zgodę na studia w Chinach. Nie na jakiś kurs czy studencką wymianę, ale pełne studia historyczne. W Nankinie.

To, co pisze o Chinach lat osiemdziesiątych - aż do Tiananmen - już wystarczyłoby, żeby ta książka była ciekawa. Ale to co w niej naprawdę fascynujące, to historie życia kolegów (i koleżanek) Pomfreta z czasów Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Wstrząsające.

Zajrzyjcie. Naprawdę warto. Jakby w waszych księgarniach nie było, to każcie sprowadzić ;-) albo kupcie na stronie wydawcy.

 

 

czwartek, 11 lutego 2010

Zbliża się czas rozliczania podatków. Gdybyście nie mieli jeszcze pomysłu, na co przeznaczyć swój 1 procent, to chciałem Wam coś takiego zaproponować.

Ignaś ma sześć lat. Czeka na przeszczep nerki. Jego rodzice - nasi serdeczni znajomi - wydają co miesiąc bajońskie sumy na leki, specjalne środki czystości etc.

Wspiera ich stowarzyszenie "Możesz". Wszystkie szczegóły poniżej:

IGNACY

 

czwartek, 04 lutego 2010

Może to banalne, ale wiadomość o śmierci Salingera sprawiła, że sięgnąłem po raz wtóry po "Buszującego w zbożu". Czytałem to - jak ten czas leci... - ze dwadzieścia lat temu. I znowu, tak jak przy "Wahadle Focaulta" Eco stwierdzam, że suma doświadczeń i zdobytej wiedzy każe na czytaną książkę patrzeć zupełnie inaczej.

Czy to oznacza, że każdą książkę (no, w każdym razie każdą dobrą książkę, taką która robi na mnie wrażenie, porusza mnie, zmienia...) powinienem po kilku latach czytać powtórnie? Z jednej strony - byłoby to ciekawe doświadczenie, zobaczyć jak zmienia się rozumienie i percepcja tego samego tekstu wraz z doświadczeniem i mijającymi latami. Z drugiej - po ...nastu latach życia oznaczałoby to konieczność czytania wyłacznie kiedyś przeczytanych książek, bo na nowe nie byłoby już czasu.

Są książki do których się wraca. Są i takie, które - choć wartościowe, dobre, głębokie i tak dalej - są książkami "jednorazowego użytku". Książki, które po przewróceniu ostatniej kartki wędrują na półkę (bo "warto" lub "wypada" mieć je w domu), ale po które już się nie sięgnie.

***

I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że słowo ma większą siłę oddziaływania niż obraz czy dźwięk (czy połączenie jednego i drugiego). Oglądałem w życiu wiele filmów - także tych naprawdę dobrych - mówiących o samotności, alienacji, niezrozumieniu etc. I spokojnie mogę powiedzieć, że żaden z nich - żaden - nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak "Buszujący w zbożu" czy parę innych książek.

Nie, nie chcę być źle zrozumiany: ja lubię kino (zwłaszcza dobre kino). Ale najlepszy film nie ma takiej siły przekazu, nie dociera tak głęboko jak dobra książka.

(Co innego teatr - ale w teatrze jednak na pierwszym planie jest właśnie słowo, nie obraz).

No, jeśli chodzi o Salingera, to warto jeszcze dodać że w Polsce miał szczęście do tłumaczenia: bądź co bądź to przekład Marii Skibniewskiej.