Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 25 lutego 2006


Mam kryzys. Tak po prostu - kryzys pracy (nie)twórczej.

Siedzę, pracuję, zarabiam dosyć, żeby nas utrzymać i jeszcze trochę więcej, niczego mi niby nie brakuje w życiu...

A jednak brakuje. Brakuje mi właśnie jakiejkolwiek działalności "twórczej". Jakiejś odrobiny poezji w życiu... "Poezja" to nie tylko wiersze, chodzi mi raczej o tworzenie czegoś własnego (gr. "pojeo").

Kiedyś przynajmniej prowadziłem scholę. OK, nic wielkiego, zwykła parafialna schola, dziesiątka ludzi w różnym wieku - od gimnazjalistów po osoby pod trzydziestkę - która zbierała się raz w tygodniu, żeby półtorej godzinki pośpiewać, a potem śpiewała na mszach na przykład.
Nic wielkiego - ale coś żyło, ale człowiek miał odrobinę satysfakcji widząc, jak grupka kompletnych amatorów (...pod "dyrekcją" także nieprofesjonalisty przecież...) po pół roku jest już w stanie zaśpiewać czysto naprawdę niełatwe wielogłosy, że (w przeciwieństwie niestety do wielu znanych mi parafialnych schol...) nie śpiewa na mszach "byle czego, byle pobożnie", że nie zarzyna uszu upiornym "sacro-polo", ale porusza ludzi swoją muzyką...

A dziś? W mojej "nowej" (od czterech lat) parafii w G. stworzenie scholi czy chóru nie wchodzi w grę (taki układ). Grać nie ma jak, gdzie i z kim. Na pisanie własnych rzeczy też nie ma ani czasu, ani - przede wszystkim - siły (jakem już kiedyś pisał, po ośmiu godzinach spędzonych przy komputerze w celach zarobkowych jakoś nie ma się już weny na następną godzinę "dla przyjemności").

I tak to się toczy. Siedzę, pracuję, zarabiam... Ale brakuje mi "czegoś więcej".

No, to sobie pomarudziłem.

czwartek, 23 lutego 2006


A dzisiaj Podli Rodzice zostawiają Potwory na całe trzy godziny na pastwę Wujka D.

Bo dzisiaj M. ma urodziny. Nie powiem, które, bo mógłbym źle skończyć ;-)

*****

A widzieliście tę reklamówkę w telewizji, we której Stary Góral niezawodnie przepowiadał turystom deszcz, bo go w krzyżu łupało? No więc (...nie zaczyna się zdania od "no więc"...) Puchatek ma też taki skaner, przepowiadający nieomylnie nadejście wiosny. Otóż jak ma się już uwiosennić na świecie, to Puchatkowi na jakieś dwa-trzy tygodnie nabija zatoki. Najpierw trochę (niemiłe uczucie), potem bardziej (BARDZIEJ niemiłe uczcucie...), a w końcu Puchatek chodzi i czuje się tak, jakby gdzieś w kościach czaszki, po obu stronach, na wysokości nosa miał dwa mocno napompowane baloniki. I wtedy już wiadomo, że jest wiosna.

No więc na razie jesteśmy na pierwszym etapie. Więc nie dajcie sie nabrać, choćby jeszcze nawet się zimno zrobiło i śnieg napadał - to chwilowe. Wiosna idzie.

"Boli cię głowa? Szczęśliwcze, to jedyny dowód, że masz głowę!" ;-)


Ano, z tym naszym zdrowiem to jakoś tak... różnie (dzięki za troskę, Kinio :). Niby lepiej, a nie do końca jakoś. Potwory się przechorowały krótko, niby już w poniedziałek były zdrowe, ale Pietruszka ni z tego ni z owego we wtorek wieczorem pawia był uwolnił nagle a niespodziewanie. I ogólnie biedny był niezmiernie. I o co chodzi?
A wczoraj wprawdzie już wszystko było dobrze, ale cały dzień jakiś słaby był, jakiś śnięty... A wieczorem zasnął w pół zdania, z książeczką w ręce - po prostu leżał w łóziu, oczka mu się zamknęły i już. A to nie jest zwykły stan Pietruszki o ósmej wieczorem - zwykle jeszcze co najmiej pół godzinki imprezowania...

Ano, zobaczymy.

sobota, 18 lutego 2006


Pogrzeb był bardzo spokojny i cichy. Najbliższa rodzina (która musiała przyjechać aż z Wielkopolski), parę znajomych osób... Mała grupka ludzi. Mała, ale znacząca. Bo każdy z tej grupki coś Jej zawdzięczał. Niektórzy trochę. Inni - na przykład ja - dużo.

Duża, "elegancka" parafia w samym centrum Warszawy. Ksiądz proboszcz - człowiek nobliwy, z kościelnymi tytułami, o którym wiele ust w diecezji szepcze, że prędzej czy później będzie biskupem - powiedział, że jak jest pogrzeb osoby, która była parafianką od czterdziestu paru lat, to żaden wikariusz, tylko on sam musi mszę odprawiać. I odprawił - spokojnie, z godnością i sercem. Widać było, że to nie było "kolejny odhaczony pogrzeb".

W jednej z modlitw pogrzebowych są słowa, w których dziękuje się Bogu za "...zmarłego i wszystkich, którym służył i pomagał w swoim życiu". Dawno tak namacalnie nie odczuwałem sensu tych słów.

A potem Cmentarz Bródnowski, pełen śniegu i drzew. I już.

Przy samym Jej grobie rośnie czarna brzoza. Tak po prostu.

*****

Kiedy wróciliśmy (bo pojechaliśmy oboje) okazało się, że Potwory wprawdzie z "babysitterką" (naszą dobrą znajomą) bawiły się świetnie, ale za to jakoś dziwnie wyglądają... Nie powiem "niewyraźnie", bo mi jeszcze kto kryptoreklamę zarzuci.

No i rzeczywiście. Pietruszka - 39 stopni w cieniu. Piłeczka - trochę mniej, ale za to kaszelek, co to się snuł za nią od tygodnia, wyraźnie zdecydował jednak zostać na dłużej. Że nikt go nie zparaszał, to chyba dodawać nie muszę... Gość nie w porę...

No to sobie chorujemy. W aptece wydałem wczoraj majątek, ale też przytargałem do domu torbę wielkości zeppelina. Taki syropek, owaki syropek, takie kropelki, inne kropelki - wszystko, co Pani Doktor kazała. I się leczymy. A tu pogoda piękna, a tu by się chciało na dwór... Ech, życie.

Niech już będzie wiosna...

czwartek, 16 lutego 2006


Nie mogę się oprzeć. W dzisiejszej gazecie - przy okazji krótkiej recenzji zbioru felietonów o. Tomasza Dostatniego, dominikanina z Lublina - pojawił się cytat, który jakiś czas temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Słowa Dietricha Bonhoeffera (ewangelickiego pastora zresztą) które - moim zdaniem - są jednym z najlepszych komentarzy do współczesnego świata (nie tylko do współczesnej Polski). Pozwolę sobie zacytować:

"(...) głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż przewrotność. Przeciw złu można protestować, można je demaskować, w razie potrzeby można mu przemocą zapobiec. Zło obarczone jest zawsze zarodkiem samozagłady, gdyż pozostawia w człowieku co najmniej niesmak.

Wobec głupoty jesteśmy bezbronni. Protestami czy przemocą nic się nie wskóra, argumenty na głupiego nie działają, faktom, które przeczą jego uprzedzeniu po prostu nie wierzy. W tych przypadkach staje się nawet krytyczny, a kiedy faktów ominąć nie można odsuwa je zwyczajnie na bok, jako nic nie mówiące, sporadyczne przypadki. Nigdy już więcej nie podejmujmy próby przekonania głupca, odwołując się do sedna rzeczy. Jest to bezsensowne i niebezpieczne".


Znamy to skądś?

niedziela, 12 lutego 2006


Dziś pewnie nazwano by ją nianią.

Kiedy byłem mały (bardzo) - opiekowała się mną. Prowadzała na spacerki, karmiła, siedziała ze mną, kiedy Osobista Mama była w pracy (...lub gdziekolwiek indziej...).

Czytała mi książeczki. Bajek nie opowiadała, bo nie umiała. Robiła najlepsze placki ziemniaczane na świecie. Nauczyła mnie wiązać buty. Spędzałem z Nią co roku część wakacji u Jej rodziny na wsi. Zawsze miała dla mnie czas.

Potem ja przyjeżdżałem odwiedzać ją. Odwiedzać, porozmawiać... Pomóc w czymś? O, nie, pomóc sobie nie dawała bardzo długo. Kiedy już nie mogła wychodzić z domu, zgadzała się czasem na to, żebym jej zrobił zakupy, ale zawsze widać było, że źle się z tym czuje.

Przez całe lata nie zmieniała się. To znaczy - zmieniała, jak każdy człowiek z wiekiem. Problemy z nogami, z reumatyzmem, z czymś tam jeszcze... Ale nie zmieniało się jej podejście do życia. Chodziła juz z trudem i o kuli, ale podłogę w domu pastowała sama - bo przecież nikt inny tak dobrze tego nie zrobi, prawda?

Żartowaliśmy z Osobistym Tatą, że Ona nigdy nie umrze - no bo przecież jak można odejść, skoro trzeba jeszcze posprzątać, kurze zetrzeć, no i ta podłoga, której przecież nikt tak nie wypastuje... Nikt...

Była na moim ślubie - a kiedy składała nam życzenia, miała łzy w oczach. "A ja cię na rękach nosiłam... Taka jestem szczęśliwa, że doczekałam...".

To samo powiedziała, kiedy urodził się Pietruszka, potem Piłeczka...

Ale wiek swoje robił. Od trzech lat właściwie nie wychodziła z domu. Od pół roku nie mogła sama wstać z łóżka.

Od dwóch tygodni leżała w szpitalu. Nieruchoma, nie do końca świadoma tego, co się wokół działo.

Bezduszne babska - nie wiadomo dlaczego zwane pielęgniarkami - założyły chyba, że nie ma już po co się starać. Więc się nie starały. Wysunięta kroplówka pozostawała wysunięta tak długo, aż przyszedł ktoś z nas i ją poprawił. Albo aż zjawił się lekarz i nakrzyczał.

Leżała w czteroosobowej sali, na siódmym piętrze szpitala-molocha.

Wczoraj przed południem przyszedłem. Na chwilę. Może na dużo krócej, niż powinienem. Właściwie było już wiadomo, właściwie pytanie brzmiało już nie "czy", tylko "kiedy" (choć na dobrą sprawę przecież o każdym z nas można powiedzieć to samo...). Wychodząc zajrzałem do szpitalnej kaplicy. Zaczepiłem księdza kapelana, poprosiłem, żeby do niej zajrzał z Sakramentem Chorych. "Czy jest przytomna?" - zapytał. "Trochę. Ale chyba kojarzy, co się dzieje. A na pewno by tego chciała" - odpowiedziałem. "Dobrze, zaraz pójdę..."

Poszedł - był u niej pół godziny po moim wyjściu.

Cztery godziny później odeszła. Nikt nawet nie zauważył.

Za miesiąc skończyłaby 98 lat. Była jednym z najlepszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać w życiu.

******

(...)Naucz wierzyć, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół;
Że gdziekolwiek są, dobrze im jest - bo są z nami, choć w innej postaci...

I przekonaj, że tak ma być, że od głosów ich wciąż drży powietrze...
Że odeszli po to, by żyć - i że teraz już będą żyć wiecznie
(...)
(Z.Preisner)

piątek, 10 lutego 2006


Puchatki były dzisiaj z Pietruszką u dentystki. Albowiem w pietruszkowej piątce pojawiła się była kropeczka, którą to kropeczkę czujne oko M. wypatrzyło natychmiast. Czujne oko M. nie dało sobie także wmówić (mimo usilnych prób ze strony Puchatka), iż rzeczona kropeczka to zapewne ziarenko maku z bułki, ze śniadania. Skoro po trzech dniach kropeczka nadal tam jest - zadecydowała M. - trzeba, żeby ją fachowiec zobaczył.

Ano, jak trzeba to trzeba. Zadzwonili zatem Puchatki do Polecanego Przez Znajomych Gabinetu Dentystycznego (w szyldzie duży napis: "Dzieci mile widziane".). Umówili. Poszli.

Pierwsza wizyta - tydzień temu - była tylko kontrolna, żeby się Pietruszka nie zniechęcił. Pani dentystka ząbki obejrzała, pochwaliła, jaki dzielny pacjent, dała dzielnemu pacjentowi prezent z Dużego Pudła z Prezentami.

I powiedziała - niestety - że rzeczywiście, że jest kropeczka, że ona by jednak radziła ją "zrobić", bo to niby nic, ale nigdy nie wiadomo, a teraz to ledwie kropeczka na szkliwie, muśnięcie "borówką", maźnięcie odpowiednią żywicą - i po krzyku, a za rok czy dwa, to nie wiadomo...

Puchatki skonsultowali się z Pietruszki Chrzestną Mamą, skądinąd pediatrą. No bo niektórzy twierdzą, że mleczaków to lepiej w ogóle nie robić, i tak wypadną...

Ale Chrzestna Mama stwierdziła, że jej zdaniem lepiej zrobić. Argumenty podała te same, co pani dentystka. No to zapisały się Puchatki (a raczej zapisały Pietruszkę).

Wyprawa była całą rodziną. Puchatek wlazł był z Pietruszką do gabinetu, M. z Piłeczką czekały w poczekalni.

Pietruszka siadł na fotel - a raczej na kolana Puchatka siedzącego na fotelu. Pani dentystka WYJAŚNIŁA czteroletniemu pacjentowi, co mu będzie robić, rzeczowo i spokojnie, w słowach zrozumiałych dla dziecka. Potem psik-psik popsikała jakimś lekkim znieczulaczem i dalej borować! Całe borowanie trwało dokładnie osiem sekund (zegar wisiał na ścianie, Puchatek patrzył na niego cały czas...). Pietruszka przez moment spiął się, trochę nawet jąknął, łezki miał w oczach - ale się nie ruszył, tylko łapki na tatowych rękach zacisnął. A potem już żywica, a potem takim niebieskim światełkiem pani dentystka świeciła do pietruszkowej paszczy (bo żywicę się utwardza ultrafioletem...) i już, po krzyku.

Pietruszka zlazł z fotela, łezki otarł jeszcze z niepewną miną, ale jak mu pani dentystka podetknęła pod usmarkany nosek Duże Pudło z Prezentami, to zapomniał o całej historii i wybrał sobie Piękny, Zielony Samochodzik.

A jak wychodzilismy z gabinetu, to Pietruszka był już usmiechnięty od ucha do ucha, za to M. słuchająca pod drzwiami miała łzy w oczach.

No i proszę - Pietruszka niby taki delikatny, taki introwertyk, wszystko przeżywa, wielu rzeczy się boi... Ale jak przyjdzie co do czego, to jest naprawdę dzielny i potrafi swój lęk pokonać. No, w każdym razie ja w jego wieku (podobno, jak twierdzi Osobisty Tata Puchatka) taki dzielny u dentysty nie byłem...

Dumny jestem z mojego Pietruszki. Dzielny facet. :)

niedziela, 05 lutego 2006


Trudno mi ostatnio zebrać się i coś tu napisać.
Po pierwsze - jakże to banalne... - jestem zmęczony siedzeniem po osiem godzin dziennie przed ekranem komputera w celach zarobkowych i spędzanie kolejnego kwadransa w celach rozrywkowych już mnie nie pociąga. Nawet limeryki ostatnio zaniedbuję...

Po drugie - przyznam, że trochę jestem przybity naszą rzeczywistością. Od dłuższego czasu nie włączam telewizora w porze, kiedy nadawane są programy informacyjne. Nie mogę. Za bardzo mnie to wszystko irytuje. Nie chcę tu pisać o polityce (nie po to powatało to miejsce...), a z drugiej strony - cały czas stoi mi przed oczami zdjęcie, które zamieściłem w poprzednim wpisie - i SZLAG MNIE TRAFIA.

A z drugiej (trzeciej?...) strony, jest tyle rzeczy, które chciałbym napisać. Tyle spraw, które warto pokazać...

No dobrze. Trzeba zatem wziąć się w garść, wymazać sprzed oczu wredne gęby Mężów Od Stanu (szybki quiz - kto wymyślił to określenie?) i zacząć jednak coś pisać.

Miały być Mruczanki Podróżne, miały być bajki - no, chyba nie pozwolimy, żeby nasi Ókohani Politycy psuli nam zabawę?

Na początek zatem - w ramach odtrutki na poprzednie zdjęcie:



To ze strony www.isleofskye.com

Od razu lepiej, nieprawdaż? :)


czwartek, 02 lutego 2006


No to mam Czwartą Rzeczpospolitą. Jak w mordę strzelił.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3143822.html

Odechciewa się. wszystkiego. Tyle słów o prawie, sprawidliwosci, o nowych standardach, o odnowie moralnej... I co z tego zostało? Koalicja z Lepperem i Giertychem.

Miałem nadzieję, że pan Kaczyński (Jarosław, zaznaczam, bo jeszcze mnie ktoś oskarży o obrazę głowy państwa...) tak nisko nie upadnie.

I znowu moja naiwność była większa, niż poczucie przyzwoitości zwolenników "odnowy moralnej".

Żygać się chce.