Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 20 stycznia 2016

Nawet jak przez chwilę jest lepiej, to zaraz znowu się sypie. Wydawało się, że coś się zmienia - a w praktyce znowu jest tak samo. Znowu się martwię, znowu nie wiem, jak będzie wyglądał kolejny miesiąc. Nowe kontakty niby uruchomione - ale na razie na poziom dochodów bezpośrednio się to nie przekłada. Kiedy się przełoży? Ba. Trochę więcej pieniędzy z nowego źródła (no i ten plus, że to ciekawe i rozwijające…) - ale jakoś ostatnio sporo mniej ze źródła głównego. Jak długo tak będzie? Nie wiadomo, oczywiście. Taka specyfika pracy.

Z jednej strony niby dramatu nie ma - jakoś się to dopina, "na chlebek starcza i nawet na masełko do chlebka", jak mawiała T.

Z drugiej - jakby spojrzeć realnie i wszystko podliczyć, to dopina się trochę na styk. Nawet jak jest miesiąc ciut lepszy - to potem jest ciut gorszy i wszystko się wyrównuje.

W dodatku margines ruchu mam bardzo niewielki. Na razie - przynajmniej dopóki Pucek nie skończy podstawówki - nie jestem w stanie pójść do pracy typu "nine to five". Praca w domu jest teraz dla mnie jedyną opcją.

Ale ta praca w domu też ma swoje ograniczenia. Jak jest jej za mało - to źle z przyczyn oczywistych. Ale jak nagle robi się bardzo dużo - to też nie jest fajnie, bo przy trójce dzieci i związanych z tym obowiązkach po prostu nie jestem w stanie zrobić więcej, niż robię. Przez trzy dni w tygodniu Potwory idą na rano do szkoły. Po rozwiezieniu towarzystwa jestem w domu 8:15 - i mogę siadać do pracy. Cisza, spokój, robimy swoje. Ale ta cisza i spokój trwają (w zależności od dnia) od trzech i pół do maksymalnie czterech i pół godziny (te cztery i pół - to tylko raz w tygodniu). Potem trzeba przywieźć Pucka ze szkoły - i zaczyna się kołowrotek. Bo trzeba dać jeść, bo trzeba lekcje z Puckiem poodrabiać, bo trzeba odpowiedzieć na pięć tysięcy trudnych dziecięcych pytań. Starszaki już się sobą zajmują, ale on ma siedem lat (no dobra, siedem i pół…). Nie mogę tak po prostu usiąść "pełnoetatowo" do pracy i kazać mu zająć się sobą - bo to się skończy dwiema czy trzema godzinami gapienia się w kreskówki. Czasami zdarza się, że Pucek idzie do koleżanki Hanki czy jakiegoś kolegi - wtedy mogę znów "na całego" usiąść do pracy. Tyle, że "na całego" często jest przerywane wożeniem Starszaków do szkoły muzycznej i tego typu atrakcjami. Kolejna porcja "ciszy i spokoju" jest dopiero wieczorem, jak Potwory pójdą spać. Tyle, że zanim się "zamknie interes", to jest dziesiąta. A o dziesiątej praca już zupełnie nie idzie, przez godzinę robię tyle, co zwykle przez dwadzieścia minut.

Do tego dochodzą oczywiście jeszcze zakupy, pranie i pięć milionów innych drobiazgów, niespecjalnie wymagających i męczących, ale zabierających cenny czas.

Realia są takie, że na pracę mam dziennie około czterech - pięciu godzin. Czasami mniej. Dawniej było tak, że jak był miesiąc chudy - to potem przychodził miesiąc tłusty, kiedy siedziało się przy robocie bez przerwy, co oczywiście było męczące, ale owocowało konkretnym wpływem na konto. Teraz jest inaczej - bo takie "odpracowanie" chudego miesiąca nie do końca jest możliwe.

No, i tak to wygląda. A do tego dochodzą kolejne genialne pomysły naszych rządzących w rodzaju ozusowania wszystkiego, co się rusza (…żeby się przestało ruszać…) i planów zmuszania przedsiębiorców do zatrudniania na umowy. S. trochę się boi, co urzędasy wymyślą - i specjalnie mu się nie dziwię - więc wolałby, żebym założył własną działalność, zamiast rozliczać się z nim na umowy o dzieło. Tyle, że przy moim "na styk" taka działalność to morderstwo: po prostu przestanie mi się dopinać (bo trzeba będzie ZUS płacić znacznie większy i nie będzie 50% kosztów uzysku).

Z jednej strony - nie mogę wymagać od S., żeby ponosił z mojego powodu jakieś ryzyko. Z drugiej - założenie działalności może mnie pogrążyć, bo koszty mi znacząco wzrosną, a czasu, jaki mogę poświęcić na pracę, nie przybędzie.

"Jak nie staniesz, rzyć zawsze bedzie z tyłu", jak głosi góralska mądrość.

(Tak, wiem, że właśnie straciłem kwadrans na pisanie tutaj, zamiast w tym czasie pracować. Ale czasami muszę coś napisać, zebrać myśli, uporządkować…)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Najpierw - w sobotę  przed świętami - dziura ja krater po bombie. Prawe, przednie koło. Huk był taki, że myślałem, że mi to koło odpadło - ale nie: koło na miejscu, tylko opona w naleśnik. No nic - koło zmienione (zapasowe na szczęście zadbane i w dobrym stanie), w poniedziałek do wulkanizatora. Da się tę opnę naprawić? Ano, nie da się. Opona do wyrzucenia, felga do lekkiego prostowania.

No dobrze. Felga naprostowana, opona zmieniona (…wszystkie cztery zmienione - akurat były do wzięcia od Puchatkowego Ojca, zimówki, po jednym zimowym sezonie, czyli prawie nowe, bo Ojciec zimą jeździ bardzo niewiele. A że Tatusiowe Autko przeniosło się do samochodowego raju, to opony zostały.)

Jeździmy, jeździmy, niby wszystko OK (nawet na autostradzie, nawet przy 140 km/h…) - ale jednak nie do końca. Przy przejeżdżaniu przez progi spowalniające wyraźnie słychać, że w prawym, przednim zawieszeniu cosik zgrzyta. Ano - trzeba sprawdzić, bo może dziura uszkodziła nie tylko oponę…

Już się prawie z mechanikiem umawiałem, kiedy…

Ostatni Piątek, koło trzeciej po południu. Śnieg wali jak głupi, a pod śniegiem - podła warstewka lodu (o tym lodzie, żeby było jasne, wiem TERAZ. Wtedy nie wiedziałem). Skręcam w prawo z osiedlowej uliczki w drugą osiedlową  uliczkę, jadę ostrożnie (bo śnieg…), na liczniku mam szalone 15 km/h. Skręcam… Ja skręcam. Samochód nie całkiem. To znaczy - zmienia położenie względem osi jezdni, ale sunie dalej, po tym ukrytym lodzie, bokiem, w prawie tę samą stronę, co przed skręceniem kierownicy. I BUMS! - bokiem lewego przedniego koła w krawężnik. Koło cofnięte o jakieś 3 czy 4 centymetry. Zdołałem tylko dotelepać się do mechanika. I teraz czekam na wyrok - czy to tylko wahacze i takie tam (pół biedy), czy na przykład oś do wymiany. Bo jak to drugie, to aż się boję pomyśleć, ile ta zabawa będzie kosztować. Zwłaszcza, że jeszcze to lewe przednie do sprawdzenia, plus klocki hamulcowe chyba warto już zmienić, plus filtr paliwa, który już i tak powinien być zmieniony chwilę temu.

A tymczasem jeżdżę (…bo przecież czymś muszę…) takim śmiesznym autkiem pożyczonym od znajomych, którzy go na razie nie używają. Hyundai Galloper się toto nazywa. Terenówka, wysoka, pordzewiała, ma ze 20 lat. Na wielkich, potężnych oponach. Czuję się, jakbym siedział na drabinie i patrzył z góry na innych kierowców. Nie mówiąc o tym, że jak widzę przed sobą dziurę w asfalcie, to się tylko uśmiecham…

 

piątek, 01 stycznia 2016

Jedno zdanie powtarza się w życzeniach noworocznych - także tych, które przychodzą od wielu z Was w mailach i SMS-ach. Życzenie, żeby ten nowy rok był lepszy, niż poprzedni.

Ten jeden raz w życiu mam pewność, że Wasze życzenia się spełnią. Nie wiem, co się w tym roku zdarzy - ale gorszy niż poprzedni nie będzie na pewno.

01:05, puuchatek
Link Komentarze (1) »