Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 27 stycznia 2010

Zupełnie przypadkiem, szukając czegoś na pewnym forum internetowym, trafiłem na niesamowitą stronę jakiegoś irlandzkiego fotografa.

Niejaki Tarquin Blake dwa lata temu zaczął dokumentować coś, co nazwał "Abandoned Ireland", czyli "Opuszczoną / porzuconą Irlandią". W kraju który bądź co bądź i tak należy do najbardziej fotogenicznych na świecie (tak, to prywatne zdanie Puchatka) wynajduje miejsca opuszczone - ruiny starych zamków, kościołów, dawno niezamieszkane dworki i stare chaty...

"TOUCH NOTHING. TAKE NOTHING. LEAVE ONLY FOOTSTEPS." - to hasło, które mu przyświeca.

Na mnie te zdjęcia zrobiły ogromne wrażenie. Oceńcie sami.

Zwróćcie uwagę na pasek po lewej stronie każdej "lokalizacji", gdzie można znaleźć więcej zdjęć.

Oto strona ABANDONED IRELAND. Ląduje w zakładkach po prawej.

A może macie ochotę na podkład muzyczny?

 

Tak z kronikarskiego obowiązku:

Pan hydraulik przyjechał, obejrzał, westchnął ciężko i powiedział że nie ma niestety jakiejś tam holajzy, więc niestety przyjedzie dopiero jutro rano (czyli w środę, czyli dziś).

Puchatki wszystkie myły się zatem wczoraj wodą z baniaczków naniesioną od sąsiada.

Ale dziś rano pan hydraulik nie przyjechał, tylko zadzwonił, że mu bardzo przykro, ale właśnie wraca od lekarza, ma 40 stopni gorączki i się nie nadaje.

M. na myśl o kolejnym dniu bez wody zrzedła mina.

Na szczęście znajomi z Sąsiedniej Ulicy znali jeszcze innego sprawdzonego hydraulika, który mógł przyjechać od razu. Przy czym "od razu" znaczyło "między pierwszą a drugą".

Przyjechał. Dłubał prawie cztery godziny. Odmroził, zabezpieczył, pęknięte kolanko wymienił. I niestety zainkasował 350 zł. Co zrobić. Ale woda jest. Ufff.

To globalne ocieplenie nas wykończy.

wtorek, 26 stycznia 2010

Nie da się ukryć, dopadło nas globalne ocieplenie. A może raczej dopadła nas skuteczność walki z globalnym ociepleniem?

Mrrrróz rzędu -25 nie jest niby niczym niezwykłym (zwłaszcza, jak się mieszka w ogrzewanych pomieszczeniach...) - ale są takie formy bytu, dla których okazuje się to za dużo (czy raczej - za mało, żeby być ścisłym).

Do tych form bytu należą - jak się okazało - niektóre rurki doprowadzające wodę w Chatce Puchatków. Rurki zatem odmówiły współpracy i ogłosiły strajk. Okupacyjny. A może to woda ogłosiła strajk okupacyjny w rzeczonych rurkach? Kto wie...

Mówiąc krótko, wprost i konkretnie: zamarzło w cholerę. Na szczęście za wodomierzem, a nie przed. Bo jak trzeba coś robić za wodomierzem, to przyjeżdża znajomy pan hydraulik i odmraża (i wymienia jedno kolanko, które najwyraźniej pękło). I bierze za to jak zwykle 50 czy 100 zł.

A jakby było przed wodomierzem - ooo, to już by musiał pan z wodociągów przyjeżdżać. A to by oznaczało mniej więcej trzy razy tyle do zapłaty i trzy razy dłużej - bo jak znam życie wcześniej niż jutro "się nie da"...

Kurczę, myślałem że mamy już wszystkie newralgiczne miejsca zabezpieczone. Okazuje się, że nie wszystkie.

***

Z soboty na niedzielę nocował u nas Teść. Przyjechał w sobotę na obiad, ale jak popatrzył na termometr za oknem, to zapytał, czy może przenocować. Jasne, że może.

Wieczorem potwory się myją i szykują do spania, dziadek też się szykuje - na dole, na rozkładanej kanapie. Piłeczka chodzi i widać, że jej się w głowie trybiki obracają w tempie mocno przyspieszonym. W końcu mówi:

- Ja bym dziś chętnie spała z dziadkiem. Tylko jakby go tu DYPLOMATYCZNIE podejść...

...

piątek, 22 stycznia 2010

Najgorszy czas w roku. Nie, nie przeszkadza mi mróz - to akurat znoszę całkiem dobrze. Chodzi raczej o całą resztę.

Wstaję rano - ciemno. Odwożę Potwory do szkoły - biało. Wracam - biało. Siedzę, pracuję - biało (za oknem). Wstaje na obiad - biało. Wracam do pracy - biało. Wstaję od pracy - ciemno. I - da capo. Zaczynam rozumieć, dlaczego w Skandynawii mają najwyższą na świecie ilość samobójstw…

W dodatku książka którą tłumaczę (i nad którą posiedzę do końca marca) jest wyjątkowo nudna. Ja wiem, nie zawsze można tłumaczyć takie rzeczy jak "Tybet..." czy ta książka o Chinach, która się jeszcze nie ukazała (kryzys etc.). Ale nawet książki kucharskie do czegoś się przydają… A tu co? Ogródek. W A R Z Y W K A z ogródka. Jak hodować (pardon, uprawiać) etc. Tak, tak, wiem, są ludzie których to pasjonuje (gdyby ich nie było, nikt by tego nie wydawał…) Ale dla mnie to akurat temat równie interesujący jak dywagacje na temat preferencji seksualnych bakterii Escherichia coli. Na przykład.

Ano, co robić. Dla chleba, panie, dla chleba...

Jasne, są i pozytywy.

Pietruszka brał udział w Konkursie Matematycznym. Konkurs teoretycznie był dla klas 1–3 - ale w praktyce brała w nim udział dwudziestka trzecioklasitów i... jeden pierwszak. Zgadnijcie, który.

Do drugiego etapu przeszło dziesięcioro. W tym Pietruszka, który pod względem ilości zdobytych punktów był TRZECI.

Drugi etap - międzyszkolny - już mu aż tak dobrze nie poszedł, ale nadal był tam JEDYNYM pierwszakiem. A nie poszło mu dobrze nie dlatego, żeby czegoś nie umiał od strony matematycznej - tylko dlatego, że treść zadań sformułowana była w sposób chyba zbyt trudny dla siedmiolatka (twórcy konkursu wyraźnie jednak celowali w klasy trzecie...). A i tak z czterech zadań które były do zrobienia na pewno dobrze zrobił... najtrudniejsze, wymagające najbardziej abstrakcyjnego myślenia.

Mój Boże, taki wstyd w porządnym, humanistycznym domu...

***

I jeszcze ze dwa pozytywy się wydarzyły, ale o nich już w następnym wpisie...

środa, 13 stycznia 2010

Właśnie skończyłem lekturę "Świata według Mellera", czyli wywiadu-rzeki ze Stefanem Mellerem - historykiem, ale też dyplomatą, ambasadorem RP w Paryżu i Moskwie, a w końcu - przez stosunkowo krótki czas - szefem MSZ.

Czyta się to wspaniale. Meller to erudyta, człowiek znający anegdotę na każdą okazję, mówiący świetną polszczyzną (nie tylko na papierze - ale o tym niżej). Ale przez anegdotki, bon moty i kapitalne historyjki prześwituje niezwykły obraz tego, czym tak na prawdę jest dyplomacja i polityka zagraniczna.

Mój Boże, gdybyż po tę książkę sięgnęli wszyscy ci nasi "fachowcy", tak autorytatywnie wypowiadający się na ten temat a to na blogach i forach internetowych, a to w mainstreemowych mediach... Gdyby zrozumieli, jakie głupoty czasami plotą...

Gdyby wam się chciało, zajrzyjcie szczególnie szczególnie do opisu negocjacji unijnych w czasach, kiedy Meller był ministrem w rządzie Marcinkiewicza. Rewelacja.

***

Tak się składa, że znałem Stefana Mellera - był stosunkowo bliskim przyjacielem mojego ojca. Kłócili się i spierali ogniście (bo na wiele spraw poglądy mieli zupełnie różne), ale naprawdę się lubili i szanowali. Na tyle, że na początku 2002 r., kiedy Meller szykował się już do wyjazdu do Rosji, zaproponował Staremu Puchatkowi stanowisko attaché kulturalnego ambasady. Ojciec oczywiście odmówił (nigdy w życiu nie sięgnął po coś, co mu proponowano "po znajomości", poza tym za bardzo się jednak różnili... Nie mówiąc już o tym, że wcale nie pociągała go perspektywa wyjazdu na parę lat do Moskwy) - ale wiedziałem, że poczuł się tą propozycją mile połechtany...

Meller niewątpliwie należał do wymierającej kategorii "ludzi z klasą", ludzi których - poza wszystkim innym - przyjemnie było posłuchać.

I tu mała konkluzja: czy Wy także macie wrażenie, że coraz mniej jest wokół nas ludzi (nie tylko w życiu publicznym, niestety) których naprawdę dobrze się słucha? Ludzi mówiących nie tylko do rzeczy i sensownie, ale jeszcze dobrym, żywym, soczystym językiem (przez "soczystość" nie mam oczywiście na myśli doprawiania każdego zdania przekleństwami, jak się zapewne domyślacie...).

Ilu takich znacie? Ilu jest wokół Was ludzi, których tak po prostu dobrze się słucha? Ludzi którzy potrafią wspaniale opowiadać? Ludzi, którzy nawet o przygotowaniu sałatki warzywnej umieją mówić w taki sposób, że wszyscy słuchają ich z zapartym tchem?

środa, 06 stycznia 2010

Kuzynka znajomych była w ciąży. Czwarte dziecko (najstarsze - dwanaście lat, młodsze - trzyletnie bliźniaki). Wiadomo było, że ciąża "specjalnej troski" - łożysko przodujące, konieczna cesarka. Ale w końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek, cesarka to nie przeszczep serca, prawda? Nie było się czym martwić.

W określonym terminie trafiła do szpitala - dużej, uniwersyteckiej kliniki położniczej w Warszawie. Położono ją na patologii ciąży - na jeden dzień, żeby zrobić ostatnie badania, a następnego dnia "urodzić" malucha przez cesarkę.

I nagle, w nocy - krwotok. Krwotok tak silny, a przy tym tak nagły i niespodziewany, że nawet nie zdążyli jej przewieźć na salę operacyjną. Próby reanimacji - bez skutku. Podobno nawet lekarz się popłakał.

Jej mąż został sam z trójką dzieci, w tym dwójką maluchów. Ot, tak. Z dnia na dzień. Bez ostrzeżenia.

"Nie znacie dnia ni godziny". Cholera.

 

sobota, 02 stycznia 2010

Próbowałem. Naprawdę. I na święta miało coś być, i jakieś sylwestrowe podsumowania... Nie dało się. Po prostu się nie dało. Przedświąteczny (ty)dzień świra skutecznie uniemożliwił zajmowanie się czymkolwiek poza pracą i przygotowaniami.

A po świętach jakoś się tak leniwie zrobiło... Tak leniwie...

Święta jak święta. Wigilia w domu, choć tym razem przybył na nią Dziadek L. Czyli Teść mój szanowny. Dało się wytrzymać :-)

A potem trochę byczenia się w domu, trochę wizyt u rodziny i znajomych. Sylwester po prostu wystrzałowy: przyszli do nas Jedni Znajomi i Drudzy Znajomi. Jedni mają dwójkę dzieci, w tym młodsze dwumiesięczne. Drudzy mają troje dzieci, w tym najmłodsze w wieku Pyszczaka. Pysznie było, trochę po dziewiątej wszyscy się rozeszli. A Puchatki posprzątały, utłukły Potwory do spania i tradycyjnie włączyły sobie film. "Między słowami" Sofii Coppoli. Baaardzo sylwestrowe klimaty ;-)

A dziś Puchatki idą na kolędowanie. Będzie się działo - Potwory dostały bowiem pod choinkę różne przeszkadzajki (tamburyn, marakasy, dzwonki...) i będą... przeszkadzać.

Potwory dostały także pod choinkę łyżwy. I śmigają. Jak smoki. A wczoraj były na sankach. I śmigały. Jak smoki. Ich tata też zresztą. Jak wrócił do domu, to miał pełne buty śniegu. Biedaczek.

***

Wsiadają Puchatki do samochodu, żeby jechać na lodowisko. Puchatek przypina Potwory do fotelików. I nagle Piłeczka rzuca tekst, którzy rzuca na kolana.

- Tato, w wiesz że dzieci są za darmo?...

Puchatek ma na końcu języka odpowiedź w stylu "To ci się tylko tak  wydaje...", kiedy dziecko po chwili kończy myśl;

- No, to znaczy na lodowisku są za darmo. Do szesnastej.