Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 31 stycznia 2007


Czy wiecie, jaka jest różnica między kawą a herbatą?

Dobrą kawę można dziś wypić w niemal każdej kawiarni. Wystarczy, że jest w miarę przyzwoity ekspres i że kupuje się w miarę przyzwoitą kawę. Co tu zresztą mówić o kawiarniach - choćby w Pizza Hut czy w Pizza Dominium można wypić naprawdę dobrą kawę (Lavazza, parzona w ekspresie... Mmmm....).

Z herbatą jest zupełnie inaczej. Nawet w zupełnie eleganckich kawiarniach "parzenie herbaty" wygląda w ten sposób, że stawiają przed klientem filiżankę z wrzątkiem, w najlepszym razie - imbryczek z wrzątkiem i tak zwanego "szczura", czyli torebeczkę herbaty ekspresowej, żeby klient sobie "zapuścił".

A co z takimi zboczeńcami jak ja, którzy nie lubią "parzonej ligniny"? Którzy lubią herbatę zaparzoną, taką, która odpowiedni czas i w odpowiednich warunkach (podgrzany imbryk!) naciąga?

Co z takimi jak ja, którzy - wybaczcie - NIE CIERPIĄ przeperfumowanej Dilmah? I nie trawią herbatopodobnego produktu pod tytułem "Lipton Yellow Label"? Którym stoi w oczach fakt, że ta sama firma, która produkuje "herbatę Lipton" produkuje także płyny do mycia naczyń i proszki do prania?..

Ano - taki zboczeniec musi sobie herbatę parzyć sam, w domu. Bo parzenie herbaty to rodzaj czarów... Pewnie są restauracje, w których parzy się PRAWDZIWĄ herbatę, ale w takich restauracjach Puchatka nie byłoby stać nawet na kostkę cukru...

A oto herbata doskonała, mistrzostwo świata i okolic. Tylko proszę bez kłótni w komentarzach, bo złe słowo o Królowej Herbat Puchatek będzie traktował jak bluźnierstwo..

A zatem:



Ot, co :-)


piątek, 26 stycznia 2007


Śnieg roziskrzony słońcem, bezchmurne niebo, powietrze jak kryształ. Tak to wygląda za moim oknem. To jedyna forma zimy, którą naprawdę lubię.

Kiedyś - za czasów szkolnych, studenckich i wczesnopracowych - mieliśmy w grupie przyjaciół zwyczaj wyjeżdżania na sylwestra w góry. Nie, nie na "eleganckiego sylwestra w góry" ale po prostu w góry. Wynajmowliśmy pokoiki w gazdów w Murzasischlu i łaziliśmy po zimowych Tatrach. Raz czy drugi - kiedy mróz nie był ekstremalny - spędziliśmy nawet noc sylwestrową przy ognisku.

Tęskni mi się do wędrowania. Choćby nawet zimowego (choć wolę letnie, rzecz prosta). Choćby właśnie po roziskrzonym śniegu, w mroźnym powietrzu. Zauważyliście, że kiedy spadnie śnieg i jest poniżej zera, to na otwartej przestrzeni perspektywa wygląda zupełnie inaczej? Góry w oddali sprawiają wrażenie, jakby były wycięte z pocztówki - są tak ostre i wyraźne, że wydają się nierealne.

Panno Beskidzka, zielonooka
Wiesz o czym marzę, wiesz czego pragnę
Przyjdź kiedy do mnie Pani z daleka
Weź mnie na wielką włóczęgę

Weź mnie w góry dalekie
Weź mnie w góry ogromne
może będzie tak lepiej
gdy o tamtych zapomnę
może nie....

czwartek, 25 stycznia 2007


Dzieje się.

Przedszkole - oczywiście - nie ruszyło. Starostwo (na razie) odmówiło wydania zgody na "zmianę sposobu użytkowania budynku" (to miała być formalność, a ciągnie się już trzeci miesiąc). Tym razem dlatego, że pan W. (naczelnik wydziału architektury) dopatrzył się, że w starych planach budynku był wpisany... gabinet lekarski na parterze. A gabinet lekarski + przedszkole przekracza te magiczne trzydzięści procent powierzchni, które można przeznaczyć na działalność gospodarczą w domku jednorodzinnym.

Pan W. doskonale wie, że żadnego gabinetu tam nie było i nie ma. Ale pan W. jest tępym biurokratą, którego nie obchodzą fakty, jeśli nie ma ich na papierze. (Pan W. nota bene miał 30 dni na ewentualny sprzeciw wobec naszego zgłoszenia - i wystawił go w 29 dniu z tych trzydziestu).

W ten sposób w mieście, w którym brakuje 150 miejsc w przedszkolach nie można otworzyć przedszkola z czysto biurokratycznych powodów.

Oczywiście - i to da się obejść. Trzeba złożyć zgłsozenie o zmianie raz jeszcze, tym razem tak, żeby nie było na nim gabinetu. I przejdzie. Tyle, że to zajmie kolejny miesiąc. Ale to przecież urzędników nie obchodzi...

Urzędnicy - wedle określenia, którem ostatnio usłyszał - cierpią (wszyscy chyba) na chorobę zwaną "jaskrą analną".

Jaskra analna polega na tym, że człowiek nie widzi... możliwości żeby ruszyć dupę. Pardon.

***

Zima jaka jest, każdy widzi. Do przedwczoraj była wiosna/jesień, a od wczoraj jest zima. Po prostu. Matka Natura zaplanowała chyba, że w ciagu tych kilku dni nadrobi zaległości i zrzuci nam na głowy (oraz drogi, chodniki i balkony) cały śnieg, który nie padał od grudnia.

Oczywiście nikt się tego nie spodziewał. Co prawda jest styczeń, co prawda w styczniu czasami pada śnieg, co prawda w prognozach od tygodnia mówiono, że w środę zacznie sypać...

Nic to. Zima zaskoczyła drogowców.

M. jechała wczoraj rano z miasta G. do miasta P., leżącego w połowie drogi z G do Stolicy. Z G. do Stolicy jest trzydzieści kilometrów, a zatem - jak łatwo obliczyć - z G. do P. jest ich piętnaście.

Zwykle tę odległość pokonuje się w 20 - 25 minut (wliczając w to fatalne drogi i poranne korki). Wczoraj M. jechała DWIE I PÓŁ GODZINY. Czyli jakby się uparła, to mogłaby w tym czasie dojść piechotą. Po drodze nie widziała ANI JEDNEGO pługu śnieżnego.

Mieszkańcom Mazowsza gratulujemy służb drogowych.

***

Ukazała się nowa płyta Loreeny McKennitt. W sklepach jej jeszcze nie widziałem, ale na niezawodnym Allegro już jest. Tyle, że jeszcze bardzo droga - koło 60 zł. Poczekam (...z bólem serca...) jeszcze ze dwa tygodnie - jak spadnie poniżej 45 złotych, to kupię. A jak wejdziecie TUTAJ, to możecie sobie posłuchać fragmetów (to oficjalna strona, żadne piractwo, żeby nie było!). Zwróćcie uwagę na ostatni fragment - z utworu Never-Ending Road.

Jak się tego słucha, to nagle pan W. (i wszyscy inni jego koledzy) wydają się tacy malutcy, że aż człowiekowi się ich żal robi...

sobota, 13 stycznia 2007


Pisałem Dawno Temu o wieczorze spędzonym u stóp Eilean Donan Castle, nad Loch Duich... I o tym, jak ktoś - gdzieś, w zamku - nieświadomy naszej obecności grał na whistlu różne ładne rzeczy. Między innymi "Fanny Power".

Otóż właśnie koleka Beblok - który też z nami w Szkocji bywał - nadesłał mi taki link. Wejdźcie, posłuchajcie - to wprawdzie gra Mike Oldfield (dla mnie trochę sbyt "popowy", że sie tak wyrażę...), ale towarzyszy mu sam Paddy Maloney. I grają właśnie "Fanny Power". A zatem:

Fanny Power

Inside - jeśłi tu trafisz, to z dedykacją dla Ciebie, ode mnie i od M. Trzymaj się.

wtorek, 02 stycznia 2007


Och, jakże ja nie lubię początków Nowego Roku... Po świąteczno - noworocznym rozprężeniu i rozleniwieniu tak trudno wrócić do normalnego rytmu pracy...

Odpalam komputer, otwieram kolejne wybitne (rzecz prosta) dzieło nad którego tłumaczeniem właśnie siedzę i... rzuca mną ostry napad pracowstrętu.

***

Na Sylwestra byli u nas znajomi Nieparzystokopytni. My byliśmy wykończeni po dwutygodniowej, przedświatecznej sesji kursu, na który uczęszcza M. Oni byli wykończeni po równie długiej przeprowadzce, w czasie której bili się najpierw z panami od przeprowadzek, potem z panami od remontów, zastrzelili dwóch hydraulików, jednego murarza i chyba z tuzin elektryków, a i tak w najmniej odpowiednim momencie (czyli po ZAKOŃCZENIU wszystkich prac w nowym mieszkaniu) wybuchł im (najdosłowniej) piecyk w łazience, którą w związku z tym trzeba było remontować w zasadzie od nowa.

Co ciekawe, piecyk był przepływowy, ale elektryczny. Jeśłi ktoś z Was zamontował sobie taki w domu myśląc, że - w przeciwieńsatwie do gazowego - nie grozi wybuchem, to już wie, że się myli...

***

Siedzieliśy sobie, gadaliśmy o wszystkim i o niczym... Bardzo było miło. Przy okazji dowiedzieliśmy się, kto ze znajomych jest w ciaży - zapowiada się na to, że rok 2007 też sypnie maluchami... :-)

A po północy wyszliśmy na balkon na górze, żeby popatrzeć na fajerwerki. Poszliśy spać o trzeciej, wstaliśmy o... dziesiątej. Potwory stanęły na wysokości zadania...

A teraz wszystko wraca do (nazwijmy to w ten sposób...) normy.

Ot, co.