Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
poniedziałek, 30 stycznia 2006


Przestańcie płakać. Od naszych łez naprawdę nikomu nie będzie lepiej.

Jeśli naprawdę chcecie pomóc - zróbcie coś. Oddajcie krew. Wpłaćcie parę groszy.
Choćby TUTAJ.

Tylko nie dajcie się nabrać na akcję "pomocy przez SMS" - zwróćcie, proszę, uwagę, że nasze "soldarne państwo" pobiera od każdego SMSa 22% podatku. Jeśli możecie wpłacić te 2,44 zł - wpłaćcie je na konto. Inaczej ci naprawdę potrzebujący dostaną 2 zł, a 44 gr pójdzie w Worek Bez Dna zwany Urzędem Skarbowym.

Wyjatkowe draństwo, swoją drogą.

środa, 25 stycznia 2006


No normalnie zwariować można.

Kończę te upiorne ciasteczka tłumaczyć - juz mi się ciasteczka śnią po nocach i zapewniam, że nie są to sny przyjemne...

Od początku lutego miałem tłumaczyć książkę o rowerach. Ale zadzwonił zleceniodawca z pytaniem, czy mógłbym najpierw zrobić mu coś innego, bo nagle wypadło i pilne.

No świetnie. Tylko że to zajmie tydzień. Czyli na rowery zostanie miesiąc, a to mało (liczyłem pięć tygodni).

Bo potem już czeka kolejna rzecz, która zajmie trzy tygodnie (czyli do końca marca).

Kwiecień zarezerwowany znowu dla wydawnictwa R-D, czyli again rzecz mało intelektualna (na szczęście już nie ciasteczka...), za to bardzo dobrze płatna.

W maju - kolejna książka, tym razem "poważna" i ciekawa. No i bomba.

A tu zleceniodawca - ten od rowerów - rzuca, że on będzie miał jeszcze jedną książkę, tylko czy zdążę, bo bardzo duża jest. 800 stron standardowych! Czyli - przy najlepszych układach, łatwym języku i sprawnej pracy - trzy miesiące.

No i niby się wszystko świetnie składa - trzy miesiące jak obszył, akurat do końca sierpnia trzeba by to zrobić. I pieniądze spore. I w ogóle.

A Kocia Twarz! Mowy nie ma. Bo to by oznaczało, że będę na tym siedział przez czerwiec, lipiec i sierpień.

Oooo, nie. Nie po to przeszedłem "na swoje", żeby całe lato zasuwać. Jakieś priorytety mieć trzeba. Co najmniej na dwa tygodnie trzeba wyjechać (CO NAJMNIEJ!) - i to tak, żeby w tym czasie nie trzeba było nic robić. Należy się - i nam, i Potworom.

Ale wtedy nie mam szans zdążyć.

Ano, trudno. Jest wyjście - podzielić się tą książką z Osobistą Siostrą. Oddać jej - ja wiem - jedną trzecią. Jej się parę groszy przyda, a my będziemy mieli wakacje.

To natomiast, co warto napisać, to fakt, w jaki zleceniodawca argumentował, dlaczego chciałby, żebym to ja mu tę książkę zrobił, a nie kto inny.

Powiedział mianowicie: - Wiesz, trochę chcielibyśmy "wyjść z niszy", rozszerzyć tematykę, zaistnieć... Chcielibyśmy, żeby ta książka była dobrze rozreklamowana, żeby ją zauważono... No i sam rozumiesz, że musi być przetłumaczona na poziomie, dobrym językiem i w ogóle...

No, nie powiem, urosłem we własnych oczach.

"Obywatele, chwalcie się sami, nikt za was tego lepiej nie zrobi" – mawiał Tuwim. ;-)

A wczoraj przegadałem z Kimś przez telefon GODZINĘ I CZTERDZIEŚCI PIĘĆ MINUT. Ło mattko, jedyna osoba, z którą zdarzało mi się gadać przez telefon dłużej, to moja żona (jak jeszcze nie była moją żoną, to gadaliśmy przez telefon dłuuugo… Ale z nią już nie gadam przez telefon, tylko na żywo. Co nie znaczy, że krócej :)

Bo ja generalnie nie umiem długo rozmawiać przez telefon.

Bo co to za rozmowa, jak człowiek ma jedną rękę zajętą słuchawką i tylko jedna mu zostaje do machania! ;-)

niedziela, 22 stycznia 2006


No, o temperaturach Puchatek pisać nie będzie, bo i o czym. Wszyscy wiedzą. Dziś raczej o ich ubocznych skutkach...

Wstał Puchatek rano. Nawet trochę za rano, jak na fakt, że była niedziela i w ogóle. Ale co było robić - Piłeczka o godzinie siódmej minut czterdzieści obudziła się, siadła na łóżeczku i (jeszcze z zamkniętymi oczami...) zaczęła śpiewać. O krasnoludkach, co to pod grzybami mają budki. A potem zażyczyła sobie "tało dące", czyli kakao gorące.

No to powlókł się był Puchatek do kuchni. Kubeczek piłeczkowy wziął. Kubeczek okazał się być brudnym (na, zapomnieli Puchatki wieczorem wymyć, bo się był drań schował...).

Sięgnął zatem Puchatek nad zlew, kran odkręcił...

.... - powiedział kran. I wzruszył kurkami.

O, kurki wodne!

Rozbudził się był Puchatek w tempie ekspresowym. Za telefon złapał. Do wodociągów zadzownił. Wodociągi (choć niedziela) odebrały od razu.

- Wody nie ma? Eee, my żadnej awarii nie mamy. Musiało u pana zamarznąć. - powiedziały wodociągi radośnie.

Puchatek próbował nawet tłumaczyć, że skoro nie ma wody, to wodociągi OWSZEM, MAJĄ awarię - ale miła pani w słuchawce kazała wezwać hydraulika i pożegnała się grzecznie.

Hydraulika przywieźli znajomi. Pan Zbyszek - PRAWDZIWY fachowiec, jakich niewielu... - rury opukał, zaworki sprawdził, kluczem postukał i orzekł stanowczo:

- No, zamarzło...

...i na szczęście fachowcem będąc powiedział jeszcze:

- O, tu zamarzło. Ma pan nagrzewnicę?

Puchatek nie miał. Ale Znajomi mieli. Pożyczyli.

Pan Zbyszek pojechał (w dodatku odmówił przyjęcia zapłaty, twierdząc, że przecież nic nie robił, więc pieniędzy nie weźmie...). A Puchatek wziął pożyczoną nagrzewnicę (to taka jakby suszarka do włosów, tylko większa i ciut gorętszym powietrzem dmucha...) i zaczął nagrzewać wskazane miejsce.

No i trzeba panu Zbyszkowi oddać sprawiedliwość raz jeszcze: po kwadransie nagrzewania woda jako żywo poleciała.

Dlaczego jednak zamarzło, skoro w piwnicy, skoro poniżej poziomu gruntu i w ogóle nie miało prawa?

Otóż miało. Rurka szła przez kotłownię. W kotłowni stoi piec. Gazowy, od centralnego ogrzewania. Zgodnie z wszelkimi przepisami pomieszczenie w z piecem gazowym musi mieć "nawiew zewnętrzny". Czyli taką niewielką dziurę w ścianie, ewentualnie z kawałkiem rury.

Bo jak piec spala gaz, to potrzebuje powietrza. Jak potrzebuje - to zasysa. A jak zasysa - to musi być stały dostęp, czyli rzeczony "nawiew zewnętrzny".

A inteligentni panowie, którzy ...naście lat temu budowali dom (który potem stał się Chatką Puchatków) nie pomyśleli. Bo im zapewne za pracę płacono, a nie za myślenie...

No i puścili rurkę z wodą DOKŁADNIE pod tym wlotem powietrza. Czyli - jest dziura w ścianie z kawałkiem rury, tuż nad powierzchnią gruntu (wychodzi w ogródku). Od podłogi piwnicy – jakieś metr pięćdziesiąt. A poniżej – jakieś trzydzieści centymetrów nad podłogą – biegnie rzeczona rurka, która w dodatku dokładnie w tym miejscu rozdziela się na trzy.

No i tak: jak piec spala, to zasysa. Jak zasysa, to wciąga powietrze. Jak wciąga – to przez rzeczony otwór wpływa z dworu zimne powietrze. A zimne powietrze (...”praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb…”) opada. Opada zimnym strumieniem PROSTO na rzeczoną rurkę. Z wodą.

Jak na dworze jest minus pięć, to nie ma sprawy (w kotłowni jest wtedy plus dziesięć). Jak nawet jest minus piętnaście, to jeszcze nie ma sprawy. Ale jak jest minus dwadzieścia pięć...

Jak jest minus dwadzieścia pięć, to nawet w zamkniętym pomieszczeniu opadające na rurkę powietrze wciąż ma jakieś minus piętnaście. Czy minus dziesięć, whatever.

A temperatura zamarzania wody... Wiadomo.

Na razie Puchatek zawinął rzeczone rurki jakąś izolacją i zrobił nad nimi daszek z tektury. Może wystarczy. Jak nie wystarczy – to już przynajmniej wiadomo, gdzie grzać. A latem tak czy owak wymiana pieca etc, to i ten wlot się przerobi i rurki przesunie. Uf.

czwartek, 19 stycznia 2006


Ech, życie.

Zamarzyło mi się, wydawało się, a tu Kocia Twarz. Jak Zwykle Zresztą, cytując Klasyków ;-)

Wszystko zaczęło się od tego, że półtora roku temu kupiłem sobie w sklepie Jednej Dużej Sieci dyktafon cyfrowy. No bo się przydawał w pracy i przydaje nadal. Pisałem o tym kiedyś.

Ponieważ dyktafon rzeczony parę złotych był kosztował, kupiłem go na raty. Raty spłaciłem jak przykładny klient, za pomocą zlecenia stałego. Niewielkiego zresztą.

Ha. Przed świętami Jedna Duża Sieć Sklepów RTV przysłała mi... kartę stałego klienta. Z pięknym listem, że "...doceniając znakomitą obsługę kredytu..." etc. Co w tłumaczeniu na polski brzmi: w nagrodę za terminowe spłacanie rat damy panu szansę wydania jeszcze trochę kasy w naszym sklepie.

Karta ma to do siebie, że wystarczy z nią przyjść do rzeczonego sklepu i okazać dokumenty, żeby móc od ręki i bez żadnych zaświadczeń o zarobkach i innych takich kupić dowolny produkt na raty.

Ma to swój urok, bo przy moim obecnym systemie pracy zaświadczenia o zarobkach nie przyniosę, o zatrudnieniu nie wspominając :)

No i bomba. I zamarzyłem sobie, że w takim razie może uda się kuopić coś, o czym marzę od dawna, a czego za gotówkę - rzecz prosta - nie kupię.

Bo zamarzył mi się aparat. O, taki właśnie. Cyfrowa lustrzanka. 8 milionów pikseli. Ach.

No i Kocia Twarz. Oczywiście.

Bo te słynne "raty na zero procent" to owszem są, ale jak się bierze najwyżej na pół roku. A taka zabawka kosztuje tyle, że na pół roku to wychodzi prawie sześćset złotych miesięcznie. Ha, ha, ha. Odpada w przedbiegach.

Ja myślałem raczej o trzech latach. Tyle, że wtedy to jest „normalny” kredyt. Oprocentowanie (kosmiczne!!!), ubezpieczenie kredytu i parę innych szczegółów. Rata miesięczna jest do przyjęcia, ale po podliczeniu okazuje się, że w ciągu tych trzech lat za aparat, który kosztuje trzy i pół tysiąca złotych dopłacam dodatkowo prawie tysiąc siedemset, czyli połowę jego ceny.

 

Czyli – jako rzekłem – Kocia Twarz.

 

Jeszcze nie tym razem...

 

Bez szans. Ech. :(


Zmarł Ks. Jan Twardowski.

Tyle by się napisać chciało ale... Ale właściwie po co?

Był A.D. 1989. Dzień przed maturą (pisemną, z polskiego, czyli przed pierwszym egzaminem maturalnym...) poszedłem sobie do kina, a potem na starówkę. Ot tak, żeby połazić i odpocząć (wiadomo, że ostatniego dnia przed maturą uczyć się nie ma sensu...).

Na  starówce spotkałem znajomego. Szliśmy sobie, ze wszystkich sił starając się nie rozmawiać o Tym, Co Jutro, kiedy zagadał nas jakiś człowiek, wnoszący ciężkie paczki do Księgarni św. Jana Chrzciciela (która wówczas znajdowała się tuż przy katedrze, na Kanonii). Jak się okazało był to ksiądz, bodaj dyrektor tej księgarni, któremu nawaili jacyś robotnicy i musiał szybko sam przenieść do środka ileś tam paczek z książkami. Widząc młodych ludzi zapytał, czy nie zechcielibyśmy mu pomóc.

Zechcieliśmy, czemu nie? We trójkę w kwadrans przenieśliśmy na zaplecze wszystkie paczki. Ksiądz w podzięce poczęstował nas jakimś ciastkiem, poczym rozerwał jedną z paczek i dał nam w prezencie po książce.

To był tom (czy raczej zbiór kilku tomów) poezji ks. Twardowskiego "Nie przyszedłem pana nawracać".

Moje zamiłowania poetyckie były w tamtych czasach dużo bardziej klasyczne. Potrafiłem w kółko czytać Mickiewicza, Norwida, kochałem Tuwima (to mi zresztą zostalo do dziś...), Staffa, Gałczyńskiego... Ks. Twradowskiego prawie nie znałem (no tak, było kilka wierszy, które nawet w późnopeerelowskiej szkole były w programie nauczania, w klasie maturalnej, w ramach "poezji współczesnej" - ale na tym się kończyło...)

Kiedy wróciłem do domu, zacząłem czytać. Czytałem prawie do północy. Wiedziałem, że jutro matura, że powinienem już spać... Ale nie mogłem skończyć.

A potem jeszcze długo siedziałem i myślałem o tym, com przeczytał...

A wiersze Ks. Twardowskiego zostały już na stałe w moim prywatnym spisie lektur.

Kilka lat później poznałem Księdza osobiście, raz nawet jako dziennikarz przeprowadziłem z Nim jakąś krótką rozmowę... I opowiedziałem mu, jak to w noc przed maturą czytałem Jego wiersze.

Popatrzył na mnie znad okularów z lekkim niepokojem i powiedział:

"Ale mam nadzieję, że zdałeś tę maturę...?"

Zdałem, Księże Janie. Jasne.

:)

Poeci nie umierają cali. Wiadomo.

poniedziałek, 16 stycznia 2006


Przepraszam, ale trudno mi się powstrzymać. Patrzę co się dzieje, czytam serwisy informacyjne i włos mi się jeży na głowie.

Rozmowy o koalicji toczą ze sobą PSL, Samoobrona i LPR.

Tylko pomyślcie: PSL + Samoobrona + LPR.

W rządzie. W RZĄDZIE!!!

Koszmarny sen paranoika.

Każda partia wniesie zapewne do koalicji to, co w niej najlepsze.

Posłowie Samoobrony - uczciwość i szacunek dla prawa.

Działacze PSL - bezinteresowną służbę publiczną.

Eksperci z LPR - genialne plany i programy ekonomiczne.

Tylko co wniesie PiS???

Aaa, tak, zapomniałem - Czwartą Rzeczpospolitą oczywiście...

piątek, 13 stycznia 2006


Jeszcze nigdy tego nie robiłem. W żadnej sprawie. Nawet w tych, które uznawałem za głęboko słuszne.

Nie jestem zwolennikiem takich form. Uważam, że są mało skuteczne. Głupie. Niepotrzebne.

Ale PRZYSIĘGAM publicznie, że jeśli Andrzej Lepper zostanie członkiem rządu, pójdę demonstrować przed sejmem.

Jeśli pan Lepper wejdzie do rządu, to każde następne wspomnienie o "IV RP", "Moralnym oczyszczeniu" czy "Odnowie państwa" ze strony Panów Kaczyńskich będę traktował jak zimną, ordynarną hipokryzję.

Mam nadzieję, że PiS-owscy partyjni specjaliści od propagandy i badania nastrojów społecznych trafią także na te zapiski. Wystarczy, że wrzucą w Google odpowiedni zestaw haseł - a powinni to zrobić, jeśli choć trochę znają się na swojej robocie.

Mówię zatem, panowie, głośno i wyraźnie:

Jesteście ludźmi bez honoru. Sto lat temu powiedziałbym Wam, że powinniście sobie w łeb strzelić, bo tylko to pozostaje w tej sytuacji człowiekowi uczciwemu. Dziś nikt sobie w łeb nie strzela - a "uczciwość PiS" to oksymoron.

Tyle.

środa, 04 stycznia 2006


Puchatek w supermarkecie (lokalnym, średniej wielkości). Kolajka do kasy. Towary na taśmie. Karta płatnicza w pogotwiu.

Pani W Kasie podlicza poprzednigo klienta. Niestety, gdzieś poginęły "poprzeczki", które można kłaść po swoich zakupach, żeby było wiadomo, że przecier pomidorowy w słoiczku pochodzi z koszyka Tamtego Pana, a dajmy na to litrowa butla "Kubusia" już z koszyka Puchatka.

Pani W Kasie, lekko niepewna, pyta zatem: "Czy te soki należą do pana?"

Puchatek - jakoś tak odruchowo, w dobrym nastroju będąc - odpowiada logicznie: "Do mnie to one będą należeć dopiero, jak za nie zapłacę!"

Pani W Kasie niestety nie docenia błyskotliwego poczucia humoru. Przesuwając kolejne produkty przed czytnikiem jeszcze duższą chwilę mamrocze coś pod nosem o klientach - niewczesnych żartownisiach.

poniedziałek, 02 stycznia 2006


Tośmy mieli Sywlestra! Impreza na całego! :)))

Najpierw Potwory poszły spać - koło dziewiątej. Potem zeszliśmy na dół. I zaczęliśmy imprezę.

A konkretnie, to M. ledwo ciepła leżała na kanapie ("zapalenie tchawicy", jak się okazało - znacie taką jednostkę chorobową?), a Puchatek zrobił herbatki (doooobrej herbatki zrobił!), ukroił ciasta, włączył płytę i zległ obok. Leżeliśmy sobie, rozmawiali, słuchali i pojadali. Potem zrobiliśmy drugą herbatkę. A koło jednenastej poszliśmy na górę. Wykąpaliśmy się, przebraliśmy w piżamiki. O północy Puchatek narzucił na piżamkę polar i wylazł na balkon pooglądać sztuczne ognie. Wytrzymał był kwadrans.

A potem szybciutko do łóżeczka. O wpół do pierwszej już okno było zasłonięte, Potwory przykryte (bo się wykopały, rzecz prosta...) i lampka zgaszona.

Jeśli wierzyć przepowiedniom, to w roku 2006 będziemy wyspani :)

***

Podsumowanie ubiegłego roku?

Właściwie jedno spostrzeżenie warte zapisania. Okazuje się, że decyzja o "zostaniu w domu" była absolutnie trafiona. Pracy jest tyle, że nie zdążam przerobić, zarabiam tyle, ile jeszcze w życiu nie zarabiałem - i to nie wychodząc z domu. Pozostaje tylko sprawa ZUS i składek emerytalnych - ale po prostu w połowie tego roku trzeba będzie "założyć działalność" i tyle.

Ja wiem - minął dopiero rok, to jeszcze za mało, żeby mieć pewność. Ja wiem, że różnie jeszcze być może. Ale co do meritum - to moja (nasza) decyzja była słuszna. Oczywiście, może się okazać, że jeszcze kiedyś wyląduję gdzieś na etacie i będę jeździł na osiem godzin do pracy.

Ale wtedy będę już wiedział, że to jest etap przejściowy, że to chwilowo tylko. Że docelowo - pracujemy w domu. I że to jest możliwe i sensowne.

Ot, co.

***

A od dziś biorę się za kolejne tłumaczenie. Obśmiejecie się: tym razem to książka kucharska o... pieczeniu ciasteczek. Tysiąc (jeśli nie więcej) przepisów na ciasteczka. Jak oglądam ilustrację, to muszę uważać, żeby nie zapluć klawiatury ;)

Jak będziecie grzeczni, to Wam mogę czasem jakiś co ciekawszy przepis podesłać. Na blogu nie zamieszczę, bo prawa autorskie i w ogóle... :)

Ciasteczkowy Puchatek, ojciec Ciasteczkowych Potworów ;-)