Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 23 września 2017

No i wracamy do normalnego rytmu. Rok szkolny.

Pietrucha w ostatniej klasie gimnazjum, zaczynamy myśleć o wyborze liceum. Tak czy owak będzie to Warszawa, oczywiście, bo w okolicy żadnego naprawdę dobrego liceum nie ma (jest jedno niezłe, ale bez przesady, w B., 5 kilometrów stąd, i jedno podobno dobre w M. - ale prywatne, za ciężkie pieniądze). Przy pietruszkowych preferencjach intelektualnych liceum pierwszego wyboru to oczywiście Staszic (dla czytelników spoza terenów okołostołecznych - szkoła znana ze specjalizacji w przedmiotach ścisłych, zwłaszcza w matematyce, z klasami o eksperymentalnym programie matematyki przygotowanym przez jakichś naukowców etc.). Tylko czy się dostanie? Ilość kandydatów na miejsce jest tam taka, że nawet laureaci konkursów kuratoryjnych gwarancji nie mają. Poza tym są jeszcze dwa czy trzy licea we względnym centrum Warszawy, które warto wziąć pod uwagę. Ano, właśnie: bo dla nas - poza poziomem szkoły i "specjalizacją" - niemałe znaczenie mają także kwestie logistyczne. Pietruszka i tak będzie dojeżdżał pociągiem, więc liceum nie może być w takim miejscu, żeby jeszcze od tego pociągu musiał się tłuc godzinę przez miasto.

Piłka się rozkręca, wpasowała się w towarzystwo klasowe, mają taką "szaloną trójkę" - ona, jej koleżanka o tym samym imieniu, i kolega I., inteligentny gość, a przy tym sportowiec: uprawia sporty walki i …szachy. I podobno w jednym i w drugim jest niezły. Piłka ma już plany co do kilku konkursów kuratoryjnych, w których zamierza w tym roku brać udział. Dobrze by było, jakby w którymś coś osiągnęła - bo za dwa lata, jak będzie szła do liceum, do na skutek deformy oświaty będzie miała znacznie większą konkurencję, niż normalnie (dwa roczniki będą wtedy startować do liceów - obecne drugie klasy gimnazjum i obecne siódme klasy podstawówki. Super, co?).

Pucek w czwartej klasie, jak ten czas leci… Ma nową wychowawczynię - tak się składa, że tę samą, która w kasach 4-6 była wychowawczynią Pietruszki. Co jest generalnie dobrą wiadomością, bo pani jest sensowna, konkretna, "normalna" i o swoich uczniów dba. Pucek w szkole sobie radzi dobrze - nie wygląda, żeby był prymusem takim, jak jego starsze rodzeństwo (chociaż nigdy nie wiadomo…), ale jest solidny, łapie szybko, czyta sprawnie, liczy dobrze, rozumie, co powinien rozumieć. Jedyne, czego się obawiam, to pisanie (teraz już "normalny" polski, z dobrą, ale dość wymagającą nauczycielką, a Pucek jak się spieszy, to robi błędy). Ale generalnie jestem dobrej myśli, wszystko wygląda dość pozytywnie.

***

A poza szkołą? Wszystko po staremu. Finansowo znowu cienko. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach - "Co się polepszy, to się po…". Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej - to zaraz się okazuje, że jednak nie. Duży Amerykański Portal, o którym pisałem w czerwcu, wydawał się być światełkiem w tunelu, zapewniając akurat takie wpływy, jakich w moim miesięcznym budżecie brakowało. Ale jak zwykle nic nie jest tak piękne, jak się wydaje: okazało się, że jednak budżet mają niższy, niż się zapowiadało, więc zamiast "co najmniej jednego tekstu dziennie" są dwa - trzy tygodniowo. To oczywiście i tak plus, bo płacą nieźle i jakieś pieniądze z tego są - ale właśnie "jakieś". Ciągle nie takie, żeby na spokojnie wyjść na prostą.

A to oznacza, że trzeba by się porozglądać za czymś jeszcze. Czyli wracamy do punktu wyjścia, bo moje możliwości "rozglądania się" są takie, jakie są. Tak, jak już pisałem: na tym etapie życia do "normalnej" pracy, wymagającej wyjścia z domu na cały dzień, pójść nie mogę. Bo to by wymagało upchnięcia Pucka na cały dzień w szkole / świetlicy. A raczej nie zarobię tyle, żeby jeszcze móc zapłacić komuś, kto będzie się w tym czasie moimi dziećmi zajmował (nawet, gdybym uznał, że to dobry pomysł).

Nie wiem. I trochę już jestem zmęczony tym "nie wiem".

 

sobota, 09 września 2017

Szanowni Państwo,

z kronikarskiego obowiązku spieszę poinformować, że od dziś mieszka z nami Lucjusz. Lucjusz wygląda tak, jak widać. Lucjusz przyjechał ze schroniska w Milanówku. Ma 7-8 miesięcy, jest rudy i dłuuugi.

Nie jest to wyżeł. Jest to raczej niżeł i dłużeł. Jego długość - czego na tym zdjęciu nie widać - jest zdecydowanie z innej bajki, niż wzrost. Jak leży - wygląda na psa średniej wielkości, rozmiaru border collie na przykład. Jak wstanie… No cóż - okazuje się, że jednak jest mały. I wygląda jak krzyżówka corgi z lisem.

Lucjusz jest psem Piłki. Wymarzonym, wybłaganym. I dlatego nazywa się Lucjusz. Bo miał się nazywać Baskerville, ale Piłka (niestety) zmieniła zdanie :-)

Na razie jest mocno przerażony - jak wszedł do pokoju Piłki, to nie chciał wyjść. A jak już wyszedł, to nie chciał wejść. Jego najgorszym koszmarem są schody - boi się ich. Ale już mniej, niż kilka godzin temu.

Na smyczy chodzi nadspodziewanie grzecznie (zwłaszcza jak na rezydenta schroniska). Z kotem też chyba problemów nie będzie: jak Lucjusz zjawił się w domu i zobaczył kota, to nie miał nawet najdrobniejszego odruchu agresji czy ścigania. Wyglądał tylko na zdziwionego. Kot zresztą też wyglądał na zdziwionego, może lekko zaniepokojonego, ale nie na tyle, żeby wstać i ruszyć się z miejsca. Więc chyba nie będzie źle :-)

 

IMG_3269_copy1

środa, 30 sierpnia 2017

Właśnie dostałem list. Z Francji. Na urzędowym papierze, z trójkolorową flagą, profilem Marianny i hasłem "Liberté-Égalité-Fraternité".

Poczułbym się prawie zaszczycony… gdyby nie fakt, że był to mandat. Za przekroczenie prędkości. Z jakiegoś francuskiego fotoradaru. Z tekstu korespondencji wynika, że przekroczyłem prędkość o… 5 kilometrów na godzinę. Kto mnie zna ten wie, że nie pędzę, nie szarżuję, jeżdżę zgodnie z przepisami - widać się rozpędziłem (może z górki było…).

45 euro. A żeby ich żaby zjadły :-)

Zapłaciłem, co robić.

To jednak, co z wrodzonej uczciwości musze przyznać, to fakt, że mandat (podobnie jak wszystkie dołączone do niego dokumenty) był PO POLSKU. Co więcej - całe pismo zredagowane było poprawną polszczyzną, bez błędów. Nawet przecinki były na swoich miejscach. Z ciekawości porównałem z kilkoma polskimi pismami urzędowymi, które ostatnio dostawałem. Różnica wyraźna - na korzyść Francuzów. :-)

wtorek, 29 sierpnia 2017

Tak, tak, wiem, poprzedni wpis był półtora miesiąca temu. Jakoś ciężko mi się ostatnio zebrać do tego, żeby tu coś napisać. NIe wspominając o tym, że miesiąc nas w domu nie było.

Tak, miesiąc. Z czego, rzecz prosta, mojego "urlopu" - czasu, kiedy nic nie robiłem zawodowo - był tydzień. Dobre i to.

Byliśmy w C., gdzie przyjmowano nas ciepło jak zwykle.

Byliśmy w Niemczech, u znajomych, w Lesie Palatynackim, w ich pięknym, nowym domu położonym w małej wiosce w górskiej dolince. Zwiedzaliśmy stare zamki, jeździliśmy pięknymi trasami, śmialiśmy się razem, wygłupialiśmy się. Nas czworo, ich ośmioro: wystarczyło, żeby wszyscy znaleźli się w tym samym czasie w jednym pomieszczeniu - i już było wesoło.

Potem byliśmy tydzień we Francji - ale nie w Bretanii, bo okazało się, że akurat przez te kilka dni w Bretanii miało być deszczowo. Więc pojechaliśmy ciut dalej na południe, do Wandei, a konkretnie - na niezwykłą wyspę Île de Noirmoutier. Leniwy czas, spokojny, wakacyjny. Kemping nad samym oceanem, który szumiał nocami na swój niepowtarzalny, oceaniczny sposób.

A na koniec - Kotlina Kłodzka i rekolekcje / warsztaty muzyczne, podczas których okazało się, że z czterdziestki przypadkowych amatorów można jednak stworzyć chór, który naprawdę zabrzmi.

A teraz… Koniec wakacji. Za parę dni nowy rok szkolny. Znowu zacznie się „codzienność”. Pustka, która przez te dwa miesiące została zepchnięta poza margines postrzegania, wraca. Oczywiście - przecież wiadomo było, że nie zniknie.

Tysiąc myśli, inspiracji, projektów i pomysłów… Z których, rzecz prosta, nic nie wyjdzie. Bo brak czasu, bo obiad, pranie, dojazdy i praca, żeby na to wszystko pieniędzy starczyło.

Czegoś, cholera, w tym wszystkim brakuje.

sobota, 15 lipca 2017

Rzadko tu bywa politycznie, bo też nie o tym są te zapiski. Ale czasami jednak trzeba.

Nie mogę być jutro pod Sądem Najwyższym. Nie będę też pisał wzniosłych słów, bo i po co: jedna strona ich nie potrzebuje, druga ma je tam, gdzie pan może pana majstra…

Chciałbym jednak zacytować coś, co powinni wziąć pod uwagę obecnie rządzący. A zatem - oddajmy głos Kodeksowi Karnemu:

Art. 127. Zamach stanu
§1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

Art. 128. Zamach na organ konstytucyjny RP
§1. Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

I tyle.

poniedziałek, 03 lipca 2017

Inaczej - cytując Klasyków - prosimy nie powtarzać, zwłaszcza Osobom Zainteresowanym.

Jakiś czas temu Piłka - z wyrazem niejakiego obrzydzenia - opowiedziała mi:

- Wiesz, tato, jest w klasie taki kolega (tu padło imię), któremu się chyba podobam.

- A on Tobie? - zapytałem czujnie, ale dziecko spojrzało na mnie tak, jakbym je pytał, czy ma ochotę pogłaskać pająka (kto zna Piłkę, ten wie, że nie ma ochoty…).

No dobrze - czyli nie było się czym przejmować. Fakt, że moja córka jakiemuś chłopakowi się podoba, specjalnie mnie nie dziwi (zdziwiłbym się, gdybym poznał takiego, któremu nie…). Fakt, że mi o tym mówi (sama z siebie) i ze szczegółami opowiada, oznacza, że wszystko jest OK - i że ma do mnie zaufanie. No dobrze, było, minęło, o sprawie zapomniałem. Do dziś.

Bo dziś, Panie i Panowie, wyjąłem ze skrzynki list. List był niezwykle romantycznie przyrządzony - kartka ładnego papieru, opalona na brzegach (!), zapisana pismem co prawda mało kształtnym, ale wyraźnie zaangażowanym. Zaczynało się od "Droga Piłko…", kończyło podpisem (nie, żeby jakiś anonim, nie…). Skąd wiem, pytacie?

Ano stąd, że romantyczny list… nie był włożony do koperty (kolega wie, gdzie Piłka mieszka, bo kiedyś jakieś zeszyty od niej brał). Czyli teoretycznie mogłem go legalnie przeczytać od początku do końca (jak już przestałem się śmiać).

Czego nie zrobiłem, rzecz prosta. Nagłówek i pierwsze dwa czy trzy zdania przeczytane z rozpędu wystarczyły, żebym wiedział, że mam do czynienia z korespondencją miłosną. Oddałem list adresatce, mówiąc, że coś do niej w skrzynce leżało.

Przeczytała. Złapała się za głowę z taką miną, że na miejscu kolegi nie zbliżałbym się do niej bliżej niż na 50 metrów. Przez najbliższe 20 lat mniej więcej. Uniosłem brew pytająco - nie chciałem być wścibski (przesadnie…), ale dziecię wkurzonym tonem opowiedziało mi ze szczegółami treść listu, mniej więcej co drugie zdanie wtrącając epitety na temat kolegi. Nie zacytuję, bo damy takich rzeczy nie mówią. Zwykle.

Zasugerowałem lekko złośliwie, żeby odpisała koledze, aby następnym razem wkładał jednak list do zaklejonej koperty, bo inaczej tata przeczyta… Dowiedziałem się tylko, że "…jak będzie jakiś następny raz, to osobiście mu zrobię krzywdę".

No to śmiesznie. Moja córka dostaje listy miłosne. Czuję się staro… ;-)

***

A swoją drogą - historia lubi się powtarzać… Kiedy M. była mniej więcej w tym wieku (no dobrze, może rok starsza) też miała takiego upartego adoratora, co to był w niej po uszy zakochany. Opowiedziała mi o tym kiedyś (już po naszym ślubie), śmiejąc się i wspominając, jakiego obciachu jej parę razy narobił (na przykład przyjeżdżając bez zaproszenia na Drugi Koniec Polski, żeby ją odwiedzić u babci w czasie wakacji). Opowiadała, jaka była na niego wściekła. I pamietam - pamietam bardzo dobrze - że miała przy tym bardzo podobną minę jak Piłka dzisiaj. Naprawdę - na miejscu kolegi trzymałbym się z daleka…

***

Musze sobie kupić taką koszulkę:

Dadd2

…albo taką:

DADD1

:-)

 

piątek, 30 czerwca 2017

Jak wchodziłem do sklepu był upał - 28 stopni - i trochę chmur na niebie. Jak wychodziłem (kwadrans później) niebo było już ciemne. Oho, pomyślałem, ciekawe, czy zdążę do domu zanim zacznie lać. Bo pranie wisi na balkonie…

Nie zdążyłem. Po chwili zaczęło lać, dziesięć sekund później zerwał się taki wiatr, że widziałem fruwające w powietrzu przedmioty…

…a po kolejnych kilku sekundach trzy wielkie drzewa - sosny o wysokości ponad 30 metrów każda - przewróciły się na drogę tuż przed maską mojego samochodu. Jak zauważyłem kątem oka, że lecą, wcisnąłem hamulec do podłogi. ABS "zawarczał" na zalanym wodą asfalcie i zatrzymałem się na kilka metrów przed padającymi pniami, które rozwaliły płoty po obu stronach ulicy, a padając zerwały linię elektryczną: kable pod napięciem pacnęły w połowie drogi między drzewami a mną. Czyli jakieś dwa - trzy metry od mojego przedniego zderzaka. Snop iskier przeleciał po mokrej ulicy, przez całą jej szerokość. Dobrze, że samochody mają gumowe opony.

Gdybym jechał minimalnie szybciej, gdybym wyjechał z parkingu przed sklepem o jeden samochód wcześniej, gdyby nie było tego czerwonego światła… I tak dalej.

Wygląda na to, że mój Anioł Stróż wczoraj był na posterunku…

niedziela, 18 czerwca 2017

W biegu. Całe życie w biegu.

***

Rok szkolny się kończy, chwała Bogu. Łatwy nie był. Pod żadnym względem. A pod niektórymi - na przykład jeśli chodzi o finanse - fatalny po prostu. W maju po raz pierwszy od października stan mojego konta był "powyżej zera". Wszystko wskazuje na to, że czerwiec (jak już wpłyną wszystkie te pieniądze, które jeszcze "wiszą") też się zamknie na plusie (…niewielkim). Tyle, że potem wakacje, co - poza wszystkim innym - oznacza, że na początku lipca trzeba będzie oddać samochód do mechanika. Nic wielkiego - olej, klocki hamulcowe… Drobiazgi. Czyli kilkaset złotych. Wakacje w tym roku planujemy w zasadzie "bezkosztowe" (co nie znaczy, że byle jakie… Ale o tym innym razem).

***

Z drugiej strony - jest szansa, że będzie trochę lepiej. Duży amerykański portal o tematyce politycznej ma swoją europejską mutację z siedzibą w Brukseli. Teraz portal tworzy polską mutację. Zgłosił się do mnie pan redaktor B., szef (i - na razie - jedyny pracownik) tej polskiej wersji, z pytaniem, czy bym dla niego nie tłumaczył. A że moje tłumaczenia bardzo mu się spodobały, to mamy w zasadzie stałą współpracę. Cztery - pięć artykułów tygodniowo, każdy po kilka stron… Ciekawe, nie bardzo trudne, a przy tym bardzo dobrze płatne: ponieważ teksty dostaję albo wieczorem ("…tak, żeby rano już był gotowy"), albo rano ("nie spiesz się, ale zrób to ASAP!"), to prawie wszystkie liczone są po stawkach ekspresowych. A to jest naprawdę korzystne.

Tłumaczyłem dla redaktora B. przez tydzień maja - i zarobiłem naprawdę konkretną sumę (przy, co warto podkreślić, stosunkowo niewielkim nakładzie pracy). Jeśli średnia tygodniowa będzie taka (czy choćby o połowę mniejsza), to będzie to znaczący dodatek do miesięcznych finansów. To znaczy: zakładając, że dotychczasowe robótki utrzymają się na dotychczasowym poziomie, czego - rzecz prosta - pewnym być nie można.

Generalnie można powiedzieć, że jest to jakieś światełko w tunelu: jeśli projekt się rozwinie, to z czasem może być tego nawet nieco więcej. Oby.

Jedyny problem polega na tym, że tę poprawę na poziomie finansowym (jeśli będzie) realnie odczuję dopiero po wakacjach. Ano, zobaczymy.

***

Dobrze, że przynajmniej w sprawach szkolnych o nic martwić się nie muszę. Pietruszka - jak to Pietruszka, średnia 5,6 "z palcem w nosie". Piłka… O, Piłka w tym roku dała czadu. "Coś się pańska córka w nauce opuściła" - powiedziała do mnie, puszczając oko, wychowawczyni Piłki. "Ma tylko trzy piątki na świadectwie".

Co, jak się domyślacie, oznacza, że reszta jej ocen to szóstki. Średnia prawie 5,8. Co prawda nie osiągnęła tego tak "na luzie", jak jej starszy brat, ale udowodniła, że poza wrodzoną inteligencją i ambicją jest też cholernie pracowita (no, to ostatnie to raczej nie po tatusiu). Średnia wyższa niż u Pietruszki nie została skomentowana przez żadną ze stron, ale widać było, że obie strony zdają sobie z niej sprawę. Jedna strona była wyraźnie urażona, druga - miała wyraźną satysfakcję ;-)

Pucek - na razie jeszcze ocena opisowa. Generalnie wynika z niej, że dziecię ze wszystkim radzi sobie albo dobrze, albo bardzo dobrze. Z jednym wszakże wyjątkiem: bazgrze jak kura pazurem i robi błędy ortograficzne. Może bym się tym nawet martwił… Gdyby nie fakt, że ja w trzeciej klasie też bazgrałem i robiłem błędy. A potem mi przeszło (no, błędy mi przeszły - bo do dziś jak muszę coś szybko napisać ręcznie, to bazgrzę). Poza tym Pucek robi błędy na dyktandach w szkole - ale jak odrabia prace domowe (czyli jak się nie spieszy i ma czas pomyśleć, co pisze) to błędów prawie nie ma. Czyli spokojnie - da radę.

***

A długi weekend minął bardzo, bardzo spokojnie. Aż się zdziwiłem…

 

czwartek, 01 czerwca 2017

W uzupełnieniu do poprzedniego wpisu: dziś drań uciekł po raz drugi. Znowu za szafę. Wystarczyły nie do końca zasunięte drzwiczki. Może nazwiemy go Houdini?…

poniedziałek, 29 maja 2017

 Parafrazując stary dowcip z czasów szkolnych (MOICH czasów szkolnych) - "żółw to temat-rzeka".

Pucek już ponad rok temu wymarzył sobie żółwia. Żółw i żółw. Wymyślał dla niego imię, rysował go w zeszycie i w ogóle. Ja początkowo byłem przeciwny (jeszcze jedno zwierzę, którym JA będę się musiał zajmować…), potem nawet się zgodziłem - ale jakoś tego żółwia nie było i nie było. Bo brak czasu, bo brak funduszy (sam żółw niedrogi, ale cały osprzęt…).

No i wreszcie, kilka dni temu, żółw wprowadził się do pokoju Pucka - przywiozła go chrzestna mama, która (wiedząc o puckowym marzeniu i uzyskawszy moją zgodę) nabyła zwierza drogą kupna wraz z (prawie) całym wyposażeniem. Mały, zielonkawy, ziemno-wodny żół bokoszyjny (a konkretnie - pelomeduza afrykańska, czyli Pelomedusa subrufa). Gatunek w sam raz dla bardzo początkującego hodowcy, łatwy w obsłudze, nie chorowity, mało wymagający.

Dostał swoje akwaterrarium, dwie lampy (jedną od promieniowania UVB, żeby mi skorupa nie miękła, drugą - grzewczą, udającą afrykańskie słońce), filtr do wody, grzałeczkę, sporo żwirku, sporo wody, duży kamień na który może się wygrzewać i trochę roślinek. I pokarm - takie małe, suszone krewetki, które trzeba trzymać w zakręconym słoiczku, bo śmierdzą rozpaczliwie.

Pucek - zachwycony, chwali się wszystkim kolegom. Cały dom skacze wokół żółwia. No, prawie cały - bo na ten przykład kot ma żółwia dokładnie w nosie: nie zainteresował się nawet na tyle, żeby obwąchać akwarium. Ale może to i lepiej…

***

No i dziś po przyjściu za szkoły idziemy do żółwia, a żółwia… nie ma.

Nie ma i już. Ani pod roślinkami. Ani pod "domkiem". Ani przy filtrze, ani przy grzałce. Ani zakopanego w żwirku. Ani w wodzie. Nie ma i już. Im bardziej zaglądamy, tym bardziej żółwia NIE MA.

Dramat, sami rozumiecie. Ale jak to możliwe?! No dobrze, drzwiczki od akwaterrarium Pucek zostawił odsunięte, ale jak, u licha, to bydlę wylazło z wody (!) i wspięło się na próg (umieszczony 2 cm nad powierzchnią wody!!)? A jak już wyszło - to co dalej? Akwarium stoi na niskim stoliku - zszedł na dół? Nie, no bez przesady, przecież to żółw, i to wodno-lądowy, a nie kot, do jasnej karbidówki!

Śledztwo. Analiza śladów wykazała, że bydlę rzeczywiście wyszło (przeszło z kamienia na brzeg, a stamtąd zsunęło się na stolik). Ze stolika - idąc bezmyślnie przez siebie - spadło (mokre ślady na podłodze). Spadło (najwyraźniej…) na brzuch, nie na plecy. Więc polazło dalej, bo mogło.

Ale dokąd? Przeszukaliśmy całą górę - ani śladu żółwia. Nerwy. Łzy. Gdzie jest żółw?! I w ogóle jak bydlęcia szukać? Małe to, a do tego głupie…

Olśniło mnie. Wygoniłem całą ekipę na dół, odczekałem kwadrans, a potem bardzo cicho wszedłem na górę, do pokoju Pucka, siadłem na podłodze i zacząłem nasłuchiwać. No i oczywiście po minucie czy dwóch usłyszałem - "szurr, szurr, chrrup…".

Sukinkot był za szafą! Schował się tak, że musiałem całą szafę odsuwać. Po powrocie do domu wyglądał na całkiem zadowolonego z życia: chyba stęsknił się za wodą…

Wniosek numer 1: żółwie są sprytniejsze, niż nam się wydawało. Nie doceniliśmy gada.

Wniosek numer 2: żółwie są szybsze, niż nam się wydawało (jak w starym dowcipie: "Paaanie, dyyyrektoorze, tooo byyył moooment…".

Wniosek numer 3: żółwie są twarde. Gdybym ja spadł na brzuch (nawet w skorupie) z wysokości jakieś 20 razy większej, niż mój wzrost, to… pewnie nie miałbym sił, żeby iść się chować za szafą.

Muszę przyznać, że mi drań zaimponował. Ma charakter. Ale od dziś drzwiczki będzie się zamykać…

(…nie miała baba kłopotu…).

12531

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84