Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
sobota, 15 lipca 2017

Rzadko tu bywa politycznie, bo też nie o tym są te zapiski. Ale czasami jednak trzeba.

Nie mogę być jutro pod Sądem Najwyższym. Nie będę też pisał wzniosłych słów, bo i po co: jedna strona ich nie potrzebuje, druga ma je tam, gdzie pan może pana majstra…

Chciałbym jednak zacytować coś, co powinni wziąć pod uwagę obecnie rządzący. A zatem - oddajmy głos Kodeksowi Karnemu:

Art. 127. Zamach stanu
§1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

Art. 128. Zamach na organ konstytucyjny RP
§1. Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
§2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w §1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

I tyle.

00:25, puuchatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 lipca 2017

Inaczej - cytując Klasyków - prosimy nie powtarzać, zwłaszcza Osobom Zainteresowanym.

Jakiś czas temu Piłka - z wyrazem niejakiego obrzydzenia - opowiedziała mi:

- Wiesz, tato, jest w klasie taki kolega (tu padło imię), któremu się chyba podobam.

- A on Tobie? - zapytałem czujnie, ale dziecko spojrzało na mnie tak, jakbym je pytał, czy ma ochotę pogłaskać pająka (kto zna Piłkę, ten wie, że nie ma ochoty…).

No dobrze - czyli nie było się czym przejmować. Fakt, że moja córka jakiemuś chłopakowi się podoba, specjalnie mnie nie dziwi (zdziwiłbym się, gdybym poznał takiego, któremu nie…). Fakt, że mi o tym mówi (sama z siebie) i ze szczegółami opowiada, oznacza, że wszystko jest OK - i że ma do mnie zaufanie. No dobrze, było, minęło, o sprawie zapomniałem. Do dziś.

Bo dziś, Panie i Panowie, wyjąłem ze skrzynki list. List był niezwykle romantycznie przyrządzony - kartka ładnego papieru, opalona na brzegach (!), zapisana pismem co prawda mało kształtnym, ale wyraźnie zaangażowanym. Zaczynało się od "Droga Piłko…", kończyło podpisem (nie, żeby jakiś anonim, nie…). Skąd wiem, pytacie?

Ano stąd, że romantyczny list… nie był włożony do koperty (kolega wie, gdzie Piłka mieszka, bo kiedyś jakieś zeszyty od niej brał). Czyli teoretycznie mogłem go legalnie przeczytać od początku do końca (jak już przestałem się śmiać).

Czego nie zrobiłem, rzecz prosta. Nagłówek i pierwsze dwa czy trzy zdania przeczytane z rozpędu wystarczyły, żebym wiedział, że mam do czynienia z korespondencją miłosną. Oddałem list adresatce, mówiąc, że coś do niej w skrzynce leżało.

Przeczytała. Złapała się za głowę z taką miną, że na miejscu kolegi nie zbliżałbym się do niej bliżej niż na 50 metrów. Przez najbliższe 20 lat mniej więcej. Uniosłem brew pytająco - nie chciałem być wścibski (przesadnie…), ale dziecię wkurzonym tonem opowiedziało mi ze szczegółami treść listu, mniej więcej co drugie zdanie wtrącając epitety na temat kolegi. Nie zacytuję, bo damy takich rzeczy nie mówią. Zwykle.

Zasugerowałem lekko złośliwie, żeby odpisała koledze, aby następnym razem wkładał jednak list do zaklejonej koperty, bo inaczej tata przeczyta… Dowiedziałem się tylko, że "…jak będzie jakiś następny raz, to osobiście mu zrobię krzywdę".

No to śmiesznie. Moja córka dostaje listy miłosne. Czuję się staro… ;-)

***

A swoją drogą - historia lubi się powtarzać… Kiedy M. była mniej więcej w tym wieku (no dobrze, może rok starsza) też miała takiego upartego adoratora, co to był w niej po uszy zakochany. Opowiedziała mi o tym kiedyś (już po naszym ślubie), śmiejąc się i wspominając, jakiego obciachu jej parę razy narobił (na przykład przyjeżdżając bez zaproszenia na Drugi Koniec Polski, żeby ją odwiedzić u babci w czasie wakacji). Opowiadała, jaka była na niego wściekła. I pamietam - pamietam bardzo dobrze - że miała przy tym bardzo podobną minę jak Piłka dzisiaj. Naprawdę - na miejscu kolegi trzymałbym się z daleka…

***

Musze sobie kupić taką koszulkę:

Dadd2

…albo taką:

DADD1

:-)

 

piątek, 30 czerwca 2017

Jak wchodziłem do sklepu był upał - 28 stopni - i trochę chmur na niebie. Jak wychodziłem (kwadrans później) niebo było już ciemne. Oho, pomyślałem, ciekawe, czy zdążę do domu zanim zacznie lać. Bo pranie wisi na balkonie…

Nie zdążyłem. Po chwili zaczęło lać, dziesięć sekund później zerwał się taki wiatr, że widziałem fruwające w powietrzu przedmioty…

…a po kolejnych kilku sekundach trzy wielkie drzewa - sosny o wysokości ponad 30 metrów każda - przewróciły się na drogę tuż przed maską mojego samochodu. Jak zauważyłem kątem oka, że lecą, wcisnąłem hamulec do podłogi. ABS "zawarczał" na zalanym wodą asfalcie i zatrzymałem się na kilka metrów przed padającymi pniami, które rozwaliły płoty po obu stronach ulicy, a padając zerwały linię elektryczną: kable pod napięciem pacnęły w połowie drogi między drzewami a mną. Czyli jakieś dwa - trzy metry od mojego przedniego zderzaka. Snop iskier przeleciał po mokrej ulicy, przez całą jej szerokość. Dobrze, że samochody mają gumowe opony.

Gdybym jechał minimalnie szybciej, gdybym wyjechał z parkingu przed sklepem o jeden samochód wcześniej, gdyby nie było tego czerwonego światła… I tak dalej.

Wygląda na to, że mój Anioł Stróż wczoraj był na posterunku…

niedziela, 18 czerwca 2017

W biegu. Całe życie w biegu.

***

Rok szkolny się kończy, chwała Bogu. Łatwy nie był. Pod żadnym względem. A pod niektórymi - na przykład jeśli chodzi o finanse - fatalny po prostu. W maju po raz pierwszy od października stan mojego konta był "powyżej zera". Wszystko wskazuje na to, że czerwiec (jak już wpłyną wszystkie te pieniądze, które jeszcze "wiszą") też się zamknie na plusie (…niewielkim). Tyle, że potem wakacje, co - poza wszystkim innym - oznacza, że na początku lipca trzeba będzie oddać samochód do mechanika. Nic wielkiego - olej, klocki hamulcowe… Drobiazgi. Czyli kilkaset złotych. Wakacje w tym roku planujemy w zasadzie "bezkosztowe" (co nie znaczy, że byle jakie… Ale o tym innym razem).

***

Z drugiej strony - jest szansa, że będzie trochę lepiej. Duży amerykański portal o tematyce politycznej ma swoją europejską mutację z siedzibą w Brukseli. Teraz portal tworzy polską mutację. Zgłosił się do mnie pan redaktor B., szef (i - na razie - jedyny pracownik) tej polskiej wersji, z pytaniem, czy bym dla niego nie tłumaczył. A że moje tłumaczenia bardzo mu się spodobały, to mamy w zasadzie stałą współpracę. Cztery - pięć artykułów tygodniowo, każdy po kilka stron… Ciekawe, nie bardzo trudne, a przy tym bardzo dobrze płatne: ponieważ teksty dostaję albo wieczorem ("…tak, żeby rano już był gotowy"), albo rano ("nie spiesz się, ale zrób to ASAP!"), to prawie wszystkie liczone są po stawkach ekspresowych. A to jest naprawdę korzystne.

Tłumaczyłem dla redaktora B. przez tydzień maja - i zarobiłem naprawdę konkretną sumę (przy, co warto podkreślić, stosunkowo niewielkim nakładzie pracy). Jeśli średnia tygodniowa będzie taka (czy choćby o połowę mniejsza), to będzie to znaczący dodatek do miesięcznych finansów. To znaczy: zakładając, że dotychczasowe robótki utrzymają się na dotychczasowym poziomie, czego - rzecz prosta - pewnym być nie można.

Generalnie można powiedzieć, że jest to jakieś światełko w tunelu: jeśli projekt się rozwinie, to z czasem może być tego nawet nieco więcej. Oby.

Jedyny problem polega na tym, że tę poprawę na poziomie finansowym (jeśli będzie) realnie odczuję dopiero po wakacjach. Ano, zobaczymy.

***

Dobrze, że przynajmniej w sprawach szkolnych o nic martwić się nie muszę. Pietruszka - jak to Pietruszka, średnia 5,6 "z palcem w nosie". Piłka… O, Piłka w tym roku dała czadu. "Coś się pańska córka w nauce opuściła" - powiedziała do mnie, puszczając oko, wychowawczyni Piłki. "Ma tylko trzy piątki na świadectwie".

Co, jak się domyślacie, oznacza, że reszta jej ocen to szóstki. Średnia prawie 5,8. Co prawda nie osiągnęła tego tak "na luzie", jak jej starszy brat, ale udowodniła, że poza wrodzoną inteligencją i ambicją jest też cholernie pracowita (no, to ostatnie to raczej nie po tatusiu). Średnia wyższa niż u Pietruszki nie została skomentowana przez żadną ze stron, ale widać było, że obie strony zdają sobie z niej sprawę. Jedna strona była wyraźnie urażona, druga - miała wyraźną satysfakcję ;-)

Pucek - na razie jeszcze ocena opisowa. Generalnie wynika z niej, że dziecię ze wszystkim radzi sobie albo dobrze, albo bardzo dobrze. Z jednym wszakże wyjątkiem: bazgrze jak kura pazurem i robi błędy ortograficzne. Może bym się tym nawet martwił… Gdyby nie fakt, że ja w trzeciej klasie też bazgrałem i robiłem błędy. A potem mi przeszło (no, błędy mi przeszły - bo do dziś jak muszę coś szybko napisać ręcznie, to bazgrzę). Poza tym Pucek robi błędy na dyktandach w szkole - ale jak odrabia prace domowe (czyli jak się nie spieszy i ma czas pomyśleć, co pisze) to błędów prawie nie ma. Czyli spokojnie - da radę.

***

A długi weekend minął bardzo, bardzo spokojnie. Aż się zdziwiłem…

 

czwartek, 01 czerwca 2017

W uzupełnieniu do poprzedniego wpisu: dziś drań uciekł po raz drugi. Znowu za szafę. Wystarczyły nie do końca zasunięte drzwiczki. Może nazwiemy go Houdini?…

poniedziałek, 29 maja 2017

 Parafrazując stary dowcip z czasów szkolnych (MOICH czasów szkolnych) - "żółw to temat-rzeka".

Pucek już ponad rok temu wymarzył sobie żółwia. Żółw i żółw. Wymyślał dla niego imię, rysował go w zeszycie i w ogóle. Ja początkowo byłem przeciwny (jeszcze jedno zwierzę, którym JA będę się musiał zajmować…), potem nawet się zgodziłem - ale jakoś tego żółwia nie było i nie było. Bo brak czasu, bo brak funduszy (sam żółw niedrogi, ale cały osprzęt…).

No i wreszcie, kilka dni temu, żółw wprowadził się do pokoju Pucka - przywiozła go chrzestna mama, która (wiedząc o puckowym marzeniu i uzyskawszy moją zgodę) nabyła zwierza drogą kupna wraz z (prawie) całym wyposażeniem. Mały, zielonkawy, ziemno-wodny żół bokoszyjny (a konkretnie - pelomeduza afrykańska, czyli Pelomedusa subrufa). Gatunek w sam raz dla bardzo początkującego hodowcy, łatwy w obsłudze, nie chorowity, mało wymagający.

Dostał swoje akwaterrarium, dwie lampy (jedną od promieniowania UVB, żeby mi skorupa nie miękła, drugą - grzewczą, udającą afrykańskie słońce), filtr do wody, grzałeczkę, sporo żwirku, sporo wody, duży kamień na który może się wygrzewać i trochę roślinek. I pokarm - takie małe, suszone krewetki, które trzeba trzymać w zakręconym słoiczku, bo śmierdzą rozpaczliwie.

Pucek - zachwycony, chwali się wszystkim kolegom. Cały dom skacze wokół żółwia. No, prawie cały - bo na ten przykład kot ma żółwia dokładnie w nosie: nie zainteresował się nawet na tyle, żeby obwąchać akwarium. Ale może to i lepiej…

***

No i dziś po przyjściu za szkoły idziemy do żółwia, a żółwia… nie ma.

Nie ma i już. Ani pod roślinkami. Ani pod "domkiem". Ani przy filtrze, ani przy grzałce. Ani zakopanego w żwirku. Ani w wodzie. Nie ma i już. Im bardziej zaglądamy, tym bardziej żółwia NIE MA.

Dramat, sami rozumiecie. Ale jak to możliwe?! No dobrze, drzwiczki od akwaterrarium Pucek zostawił odsunięte, ale jak, u licha, to bydlę wylazło z wody (!) i wspięło się na próg (umieszczony 2 cm nad powierzchnią wody!!)? A jak już wyszło - to co dalej? Akwarium stoi na niskim stoliku - zszedł na dół? Nie, no bez przesady, przecież to żółw, i to wodno-lądowy, a nie kot, do jasnej karbidówki!

Śledztwo. Analiza śladów wykazała, że bydlę rzeczywiście wyszło (przeszło z kamienia na brzeg, a stamtąd zsunęło się na stolik). Ze stolika - idąc bezmyślnie przez siebie - spadło (mokre ślady na podłodze). Spadło (najwyraźniej…) na brzuch, nie na plecy. Więc polazło dalej, bo mogło.

Ale dokąd? Przeszukaliśmy całą górę - ani śladu żółwia. Nerwy. Łzy. Gdzie jest żółw?! I w ogóle jak bydlęcia szukać? Małe to, a do tego głupie…

Olśniło mnie. Wygoniłem całą ekipę na dół, odczekałem kwadrans, a potem bardzo cicho wszedłem na górę, do pokoju Pucka, siadłem na podłodze i zacząłem nasłuchiwać. No i oczywiście po minucie czy dwóch usłyszałem - "szurr, szurr, chrrup…".

Sukinkot był za szafą! Schował się tak, że musiałem całą szafę odsuwać. Po powrocie do domu wyglądał na całkiem zadowolonego z życia: chyba stęsknił się za wodą…

Wniosek numer 1: żółwie są sprytniejsze, niż nam się wydawało. Nie doceniliśmy gada.

Wniosek numer 2: żółwie są szybsze, niż nam się wydawało (jak w starym dowcipie: "Paaanie, dyyyrektoorze, tooo byyył moooment…".

Wniosek numer 3: żółwie są twarde. Gdybym ja spadł na brzuch (nawet w skorupie) z wysokości jakieś 20 razy większej, niż mój wzrost, to… pewnie nie miałbym sił, żeby iść się chować za szafą.

Muszę przyznać, że mi drań zaimponował. Ma charakter. Ale od dziś drzwiczki będzie się zamykać…

(…nie miała baba kłopotu…).

12531

środa, 24 maja 2017

Komunia Pucka przebiegła nadspodziewanie spokojnie. Baliśmy się trochę czasu trwania samej mszy, bo w tym roku grupa dzieci była wyjątkowo (jak na naszą parafię) liczna - ponad setka. Ale okazało się, że wszystko grało jak w zegarku i całość wcale nie trwała bardzo długo (mimo, że ani przez chwilę nie miało się wrażenia pośpiechu).

A potem w domu - obiad dla rodziny, po południu ciasta i kawa dla Bliższych i Dalszych Znajomych. Na szczęście przy organizacji obiadu zadziałali Przyjaciele Domu, bo sam bym tego chyba nie ogarnął… Chwała im za to - i niech im Pan Bóg w dzieciach wynagrodzi (znaczy w tych, co już je mają, rzecz prosta).

Pucek był niesamowicie przejęty, radosny i - później, już w domu - nakręcony jak sprężynka. Wieczorem zasnął jak kłoda, ledwo głowę do poduszki przyłożył.

***

Zapraszając rodzinę i bliskich na Uroczystość podkreślałem, żeby "nie przesadzali z prezentami". Bardzo mi zależało, żeby Puckowi ten dzień nie kojarzył się przede wszystkim z tym, co dostał w kolorowych papierkach. Jasne, drobne prezenty, upominki, coś miłego - ale żadnych "wodotrysków", bo nie o to chodzi. Kiedy Pietruszka szedł do Pierwszej Komunii, jego głównym prezentem od rodziców był wyjazd sam na sam z tatą w góry (pisałem o tym sześć lat temu, TUTAJ). Piłka była ze mną na przedstawieniu i też miała taki cały dzień dla siebie. Z Puckiem pojedziemy chyba (bo jeszcze się nie zdecydował) na cały dzień na kajaki. Takie prezenty dzieci wspominają jeszcze po latach, kiedy wszystkie tablety, rowery, komputery i inne bajery dawno już się popsują…

Wszyscy - generalnie - uszanowali moją prośbę. Pucek dostał trochę fajnych książek, zegarek od Cioci B. (bo stary mu się zepsuł) i prawdziwego X-Winga z Lego Star Wars (tego dużego, łomattko!).

Wszyscy… z wyjątkiem dziadka L. (czyli teścia) rzecz prosta. Teść - jak to teść - do prezentów nie miał głowy, raz spytał mnie nawet, co kupić, ale ostatecznie stwierdził, że da wnukowi pieniądze, "…bo on już przecież nie jest taki mały, a wam łatwo nie jest, to już powinien wiedzieć, że się oszczędza…" - i tak dalej. Już miałem na końcu języka komentarz, że Pucek ma DZIEWIĘĆ lat, a nie dziewiętnaście, alem sobie odpuścił. OK, parę groszy dostanie, schowa sobie (bo Pucek ma skarbonkę, w której swoje oszczędności trzyma, i wcale do niej tak często nie sięga).

Tyle, że "pare groszy" okazało się kwotą moim zdaniem zdecydowanie za dużą, jednoznacznie przekraczającą granice "drobnego upominku". Zwłaszcza, że dziadek do milionerów nie należy.

Pucek się oczywiście ucieszył - pieniądze do skarbonki schował i więcej o nich nie mówił. Ciekawe, czy za rok - dwa będzie jeszcze pamiętał, od kogo je dostał i z jakiej okazji…

sobota, 20 maja 2017

Ostatni wpis sprzed miesiąca… Czasami nawet mam ochotę coś napisać (bo jest o czym, zawsze jest o czym!) - ale jak już przychodzi co do czego, to okazuje się, że znowu jest jedenasta w nocy, a jeszcze trzeba wstawić pranie, odpalić zmywarkę, nakarmić kota i co tam jeszcze. I nic z tego nie wychodzi.

***

No właśnie - czy ja już pisałem, że mamy kota? (I nie, nie mam na myśli stanu umysłu, tylko zwierzę mniej więcej futerkowe). Przyplątała się się taka bida jakoś pół roku temu - młode to było, małe, głodne… Jeść bidzie dali, to bida się wprowadziła. I tak już zostało. W dodatku okazało się, że bida została już wcześniej wysterylizowana (prawdopodobnie w ramach jakiegoś gminnego programu sterylizacji bezdomnych kotów). Dziś już ma koło roku i w zasadzie można powiedzieć, że mieszka u nas na pełen etat. Pucek nazwał ją Rey (od postaci z VIII epizodu Gwiezdnych Wojen, rzecz prosta), reszta rodziny mówi na nią "Kotówa", ale tak naprawdę zwierz reaguje na wymyślne imię "Choć, Masz Jeść"…

A że to młode i głupie, to pakuje się w różne dziwne miejsca. Ostatnio dłuższą chwilę zastanawiałem się, skąd dochodzi miauczenie - aż otworzyłem szafę i zobaczyłem widok następujący:

IMG_20170516_110223

***

A z rzeczy Ważniejszych - Pucek jutro idzie do Pierwszej Komunii. Będzie się działo…

22:36, puuchatek
Link Komentarze (2) »
środa, 26 kwietnia 2017

Nie mogę się ostatnio zebrać, żeby coś napisać. Na kilometrowe epistoły nie mam czasu, krótko jakoś nie umiem…

Ale dziś trafiłem na komentarz, który dobrze oddaje mój stan ducha i okolic. Niezawodna Aunty Acid:

 Zrzut_ekranu_20170426_o_10.47.26

…i tyle.

 

10:47, puuchatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017

Piłka - jak to ona - wpadła na primaaaprilisowy pomysł. Napracowała się, nikt nie wiedział, co robi…

Ale kiedy późnym wieczorem (dobrze po północy) wszedłem do kuchni, bo przypomniało mi się, że zapomniałem dać Kotu lekarstwo, cała kuchnia była oklejona… oczami. Na każdym sprzęcie była naklejona para wytrzeszczonych oczu. Gapił się na mnie ekspres do kawy, czajnik elektryczny, toster, nawet noże wiszące na magnetycznej listwie wbijały we mnie (nomen omen…) zaciekawione spojrzenia.

W pierwszej chwili uśmiechnąłem się szeroko - pomysł zabawny, wykonanie skrupulatne i w ogóle sympatyczny numer.

A potem otworzyłem lodówkę, bo potrzebowałem masła, z którym miesza się kocią pigułkę (danie kotu pigułki w innej formie jest, jak wiadomo, niewykonalne).

Otworzyłem i… zamarłem. Gapiły się na mnie jajka, puszki, słoiki, miseczki, butelki z octem winnym, ba - gapiło się na mnie nawet mleko w kartonie.

A potem zobaczyłem, jak gapią się na mnie kluski na parze (gdzieniegdzie w Polsce zwane też pampuchami). Stały (leżały?…) na talerzu w równym szyku i gapiły się na mnie z zainteresowaniem. Dostałem takiego ataku śmiechu, że przez dobry kwadrans nie mogłem się uspokoić…


IMG_20170401_012123.jakzmniejszycfotke_pl3

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84