Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
środa, 24 maja 2017

Komunia Pucka przebiegła nadspodziewanie spokojnie. Baliśmy się trochę czasu trwania samej mszy, bo w tym roku grupa dzieci była wyjątkowo (jak na naszą parafię) liczna - ponad setka. Ale okazało się, że wszystko grało jak w zegarku i całość wcale nie trwała bardzo długo (mimo, że ani przez chwilę nie miało się wrażenia pośpiechu).

A potem w domu - obiad dla rodziny, po południu ciasta i kawa dla Bliższych i Dalszych Znajomych. Na szczęście przy organizacji obiadu zadziałali Przyjaciele Domu, bo sam bym tego chyba nie ogarnął… Chwała im za to - i niech im Pan Bóg w dzieciach wynagrodzi (znaczy w tych, co już je mają, rzecz prosta).

Pucek był niesamowicie przejęty, radosny i - później, już w domu - nakręcony jak sprężynka. Wieczorem zasnął jak kłoda, ledwo głowę do poduszki przyłożył.

***

Zapraszając rodzinę i bliskich na Uroczystość podkreślałem, żeby "nie przesadzali z prezentami". Bardzo mi zależało, żeby Puckowi ten dzień nie kojarzył się przede wszystkim z tym, co dostał w kolorowych papierkach. Jasne, drobne prezenty, upominki, coś miłego - ale żadnych "wodotrysków", bo nie o to chodzi. Kiedy Pietruszka szedł do Pierwszej Komunii, jego głównym prezentem od rodziców był wyjazd sam na sam z tatą w góry (pisałem o tym sześć lat temu, TUTAJ). Piłka była ze mną na przedstawieniu i też miała taki cały dzień dla siebie. Z Puckiem pojedziemy chyba (bo jeszcze się nie zdecydował) na cały dzień na kajaki. Takie prezenty dzieci wspominają jeszcze po latach, kiedy wszystkie tablety, rowery, komputery i inne bajery dawno już się popsują…

Wszyscy - generalnie - uszanowali moją prośbę. Pucek dostał trochę fajnych książek, zegarek od Cioci B. (bo stary mu się zepsuł) i prawdziwego X-Winga z Lego Star Wars (tego dużego, łomattko!).

Wszyscy… z wyjątkiem dziadka L. (czyli teścia) rzecz prosta. Teść - jak to teść - do prezentów nie miał głowy, raz spytał mnie nawet, co kupić, ale ostatecznie stwierdził, że da wnukowi pieniądze, "…bo on już przecież nie jest taki mały, a wam łatwo nie jest, to już powinien wiedzieć, że się oszczędza…" - i tak dalej. Już miałem na końcu języka komentarz, że Pucek ma DZIEWIĘĆ lat, a nie dziewiętnaście, alem sobie odpuścił. OK, parę groszy dostanie, schowa sobie (bo Pucek ma skarbonkę, w której swoje oszczędności trzyma, i wcale do niej tak często nie sięga).

Tyle, że "pare groszy" okazało się kwotą moim zdaniem zdecydowanie za dużą, jednoznacznie przekraczającą granice "drobnego upominku". Zwłaszcza, że dziadek do milionerów nie należy.

Pucek się oczywiście ucieszył - pieniądze do skarbonki schował i więcej o nich nie mówił. Ciekawe, czy za rok - dwa będzie jeszcze pamiętał, od kogo je dostał i z jakiej okazji…

sobota, 20 maja 2017

Ostatni wpis sprzed miesiąca… Czasami nawet mam ochotę coś napisać (bo jest o czym, zawsze jest o czym!) - ale jak już przychodzi co do czego, to okazuje się, że znowu jest jedenasta w nocy, a jeszcze trzeba wstawić pranie, odpalić zmywarkę, nakarmić kota i co tam jeszcze. I nic z tego nie wychodzi.

***

No właśnie - czy ja już pisałem, że mamy kota? (I nie, nie mam na myśli stanu umysłu, tylko zwierzę mniej więcej futerkowe). Przyplątała się się taka bida jakoś pół roku temu - młode to było, małe, głodne… Jeść bidzie dali, to bida się wprowadziła. I tak już zostało. W dodatku okazało się, że bida została już wcześniej wysterylizowana (prawdopodobnie w ramach jakiegoś gminnego programu sterylizacji bezdomnych kotów). Dziś już ma koło roku i w zasadzie można powiedzieć, że mieszka u nas na pełen etat. Pucek nazwał ją Rey (od postaci z VIII epizodu Gwiezdnych Wojen, rzecz prosta), reszta rodziny mówi na nią "Kotówa", ale tak naprawdę zwierz reaguje na wymyślne imię "Choć, Masz Jeść"…

A że to młode i głupie, to pakuje się w różne dziwne miejsca. Ostatnio dłuższą chwilę zastanawiałem się, skąd dochodzi miauczenie - aż otworzyłem szafę i zobaczyłem widok następujący:

IMG_20170516_110223

***

A z rzeczy Ważniejszych - Pucek jutro idzie do Pierwszej Komunii. Będzie się działo…

22:36, puuchatek
Link Komentarze (2) »
środa, 26 kwietnia 2017

Nie mogę się ostatnio zebrać, żeby coś napisać. Na kilometrowe epistoły nie mam czasu, krótko jakoś nie umiem…

Ale dziś trafiłem na komentarz, który dobrze oddaje mój stan ducha i okolic. Niezawodna Aunty Acid:

 Zrzut_ekranu_20170426_o_10.47.26

…i tyle.

 

10:47, puuchatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017

Piłka - jak to ona - wpadła na primaaaprilisowy pomysł. Napracowała się, nikt nie wiedział, co robi…

Ale kiedy późnym wieczorem (dobrze po północy) wszedłem do kuchni, bo przypomniało mi się, że zapomniałem dać Kotu lekarstwo, cała kuchnia była oklejona… oczami. Na każdym sprzęcie była naklejona para wytrzeszczonych oczu. Gapił się na mnie ekspres do kawy, czajnik elektryczny, toster, nawet noże wiszące na magnetycznej listwie wbijały we mnie (nomen omen…) zaciekawione spojrzenia.

W pierwszej chwili uśmiechnąłem się szeroko - pomysł zabawny, wykonanie skrupulatne i w ogóle sympatyczny numer.

A potem otworzyłem lodówkę, bo potrzebowałem masła, z którym miesza się kocią pigułkę (danie kotu pigułki w innej formie jest, jak wiadomo, niewykonalne).

Otworzyłem i… zamarłem. Gapiły się na mnie jajka, puszki, słoiki, miseczki, butelki z octem winnym, ba - gapiło się na mnie nawet mleko w kartonie.

A potem zobaczyłem, jak gapią się na mnie kluski na parze (gdzieniegdzie w Polsce zwane też pampuchami). Stały (leżały?…) na talerzu w równym szyku i gapiły się na mnie z zainteresowaniem. Dostałem takiego ataku śmiechu, że przez dobry kwadrans nie mogłem się uspokoić…


IMG_20170401_012123.jakzmniejszycfotke_pl3

poniedziałek, 20 marca 2017

Przesilenie wiosenne (?) mnie dopada. Mam takie męczące poczucie, że wszystko - ale to absolutnie wszystko - idzie nie tak, jak powinno. Że nic się nie udaje. Że kolejne próby wturlania kamyczka pod górę kończą się za każdym razem tak samo.

Starsze Potwory nieustannie się żrą. Taki wiek - a do wieku dochodzi to, że są tak kompletnie różni. Działają na siebie (nawzajem) jak czerwona płachta na byka.

Pucek się nudzi. Ot, taki typ: jak ma pod ręką kolegę (czy, jeszcze lepiej, koleżankę…) to się nie nudzi i jest super. Ale nie potrafi się bawić sam. Cała jego kreatywność (którą nieustannie mnie zaskakuje!) kwitnie, pieni się i rośnie w relacji z drugim człowiekiem. A jak drugiego człowieka nie ma - to "nudzę się…". A jak się nudzi, to ogląda kreskówki. A jak idzie do szkoły na jedenastą czy dwunastą, to… Tak, wiem, już o tym pisałem. Ale mnie to męczy. Bo zwyczajnie nie jestem w stanie spędzać z nim całego przedpołudnia, bo muszę swoje robić. Bo i tak robię za mało (w każdym razie w przeliczeniu na przychody z tego płynące).

Dziwnie się człowiekowi zmienia optyka i priorytety. Dużo bym dał, żeby móc być pełnoetatowym rodzicem - po prostu zajmować się domem i Potworami. Bo mam takie poczucie, że to właśnie jest teraz ważne. Ważniejsze niż kolejna książka do tłumaczenia (choć ciekawa) i tak dalej.

A tu rzeczywistość skrzeczy (tak, tak, wiem, że u Wyspiańskiego to była "pospolitość" - ale u mnie skrzeczy rzeczywistość właśnie, i już). Bo (ach, jakież to prozaiczne, przyziemne i w ogóle mało natchnione…) na koncie wciąż echo niesie. Co się wydaje, że już-już - to znowu przyjdzie rachunek za gaz - i znowu echo. Sytuacja bez wyjścia, wydawałoby się, bo fizycznie po prostu nie jestem teraz w stanie robić więcej, niż robię. Bo nie wezmę jeszcze jednej książki (choć mi proponują…) - bo wiem, że nie dam rady.

I przyznam, że napawa mnie to jakimś lękiem. No bo z jednej strony - jakoś to się turla, głodem nie przymieramy, pieniądze na życie są (a że na koncie jest minus, to i cóż, można by powiedzieć - takie czasy, trzeba przeczekać, będzie lepiej). Ale z drugiej strony - gdzieś z tyłu głowy tli się jakiś niepokój z gatunku "A co, jeśli…?". A co, jeśli się zepsuje samochód? Nie tak "normalnie", ale jakoś poważniej, tak, że trzeba będzie wyłożyć trzy czy cztery tysiące? Na razie nic na to nie wskazuje, ale to jednak dziesięcioletnie auto… A co, jeśli nagle okaże się, że trzeba coś zrobić w domu? Że - czy ja wiem - padnie lodówka? Bo wtedy nagle "krótka kołdra" przestaje być krótką kołdrą i robi się chusteczką do nosa. I jest kiepsko. I niby wiem, że nie ma sensu martwić się na zapas - ale z drugiej strony (znowu) nie martwiłbym się, gdyby był sam - bo ja zawsze sobie jakoś poradzę. Ale nie jestem sam. A nie mogę zawsze liczyć na to, że zjawią się Dobre Anioły…

O jakichś długach już nawet nie wspominam - bo niby się z nimi nie spieszy, ale też samopoczucia nie poprawiają.

Mam poczucie permanentnego kryzysu. Wszystkiego (no dobrze - prawie wszystkiego). Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie paradoksalna myśl, że tym, czego potrzebuję (ja / my) są nie tyle nawet jakieś większe pieniądze (choć wygraną w Lotto bym nie pogardził, wcale…), co nowy początek. Nowe rozdanie. Tak, żeby pewne rzeczy można było zacząć od nowa.

Co to konkretnie znaczy? Nie mam pojęcia. Jak miałby taki "nowy początek" wyglądać? Nie wiem. Ale chciałbym ruszyć z miejsca, pójść do przodu. Bo mam poczucie, że stoję w miejscu. W każdym znaczeniu. Prawie każdym.

Zobaczymy. A na razie - "róbmy swoje", cytując zmarłego niedawno Mistrza.

***

A propos Mistrza… "Róbmy swoje" cytowali po jego śmierci wszyscy. I parę innych tekstów też. Ale mnie jakoś - w perspektywie ciekawych czasów, w jakich przyszło nam żyć - chodzi ostatnio po głowie zupełnie inna piosenka Wojciecha Młynarskiego - "Ballada o dwóch koniach" (NIE, kochani B&J, nie o Was mi chodzi ;-)

Znacie? To posłuchajcie:

22:05, puuchatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 marca 2017

Zupełnie nieoczekiwanie byliśmy na koncercie. I to jakim…

Chrzestny tata Pietruszki zadzwonił ni z tego ni z owego koło środy, że w ramach prezentu urodzinowego dla chrześniaka zaprasza nasz wszystkich na koncert. Wszystkich się nie dało, bo koncert był późny wieczorem - ale Pucek z radością przyjął ofertę przenocowanie u Ulubionego Kolegi, bo koncerty (zwłaszcza o takich porach) niespecjalnie go bawią.

A my we trójkę, ze Starszymi Potworami, pojechaliśmy do Warszawy, do klubu Progresja, na koncert Moyi Brennan z zespołem.

Gdybyście nie wiedzieli, kto zacz - to może skojarzycie Máire Brennan - głos słynnego zespołu Clannad. To ta sama osoba.

 

Spróbuję jutro - pojutrze napisać coś więcej, ale…

Niesamowita, muzyczna podróż. Przez Irlandię, przez różne wspomnienia… Dużo, dużo muzyki.

Dzięki, B&J. Pietruszka był zadowolony, ale - paradoksalnie - to chyba mnie zrobiliście największy prezent.

czwartek, 23 lutego 2017

No, bo ferie były. Tylko jakoś nie mogłem się zebrać, żeby coś napisać.

Wyjechaliśmy sobie na tydzień. Najpierw na Dolny Śląsk, do rodziny M., gdzie zawsze jesteśmy mile widziani i gdzie możemy oddawać się słodkiemu lenistwu, bo kochana ciocia D. nie pozwala nam nawet zmyć po sobie naczyń. Wyspaliśmy się, wybawili, Potwory nawet pojeździły na nartach…

A potem pojechaliśmy do Zakopanego, do mojej ciotki. Na chwilę, na dwa dni (nie licząc dojazdów).

Dziwne doświadczenie. Kiedyś to były dla mnie najważniejsze miejsca na świecie. W Tatry wracałem jak do domu. Teraz od ładnych paru lat bywam tam tylko z rzadka, "przy okazji", raz na parę lat… Ale kiedy wszedłem do domu ciotki U. w centrum Zakopanego, poczułem się (przez krótką chwilę) jakby te wszystkie lata nie istniały. Ten dom to jedno z moich "miejsc magicznych". Kuchnia pachnąca przyprawami i drewnem (dom jest częściowo drewniany). "Salon" (połączony z sypialnią ciotki i jej prywatną łazienką) z wielkim kominkiem i fantastycznym, secesyjnym kredensem z intarsją, z obrazami… Portrety nieżyjącego już wujka U., osoby w Zakopanem niegdyś znanej i szanowanej, długoletniego burmistrza, przedwojennego olimpijczyka… A szerokie, drewniane schody wiodące na górę, do trzech dodatkowych sypialni i łazienki, mają niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju zapach drewnianego domu, z nutą dymu z kominka…

Wujek U. był młodszym bratem mojego dziadka, ojca mojej Mamy. Ciotka - choć była od męża sporo młodsza - dziś jest już dobrze po osiemdziesiątce i zdrowie jej szwankuje (choć humor - ani trochę). Kiedy jej zabraknie, dom odziedziczą jej wnuki z "Hameryki"… Co z nim zrobią? Sprzedadzą?… Bo przecież raczej nie wrócą z Chicago, Nowego Jorku i Ottawy, żeby zamieszkać w Zakopanem. Kiedyś - jako dziecko - marzyłem, że w przyszłości zamieszkam w tym domu. Gdybym wygrał w Lotto, to bym się chyba dogadał ze spadkobiercami i kiedyś ten dom od nich odkupił…

***

Kolana Piłki uniemożliwiły nam jakieś dłuższe wyprawy - przeszliśmy się tylko Doliną Kościeliską, do schroniska i z powrotem. Na niebie nie było jednej chmurki, słońce świeciło, śnieg - aż oczy bolały (dosłownie, bez żadnych poetyckich przenośni). Gdyby nie tłumy turystów, byłoby niemal idealnie.

A następnego dnia wjechaliśmy na Gubałówkę, żeby sobie popatrzeć - a potem pojechaliśmy w objazd po Różnych Ważnych Miejscach w okolicy Zakopanego. Pojechaliśmy przez Brzeziny do Murzasichla… I tam dopiero (patrząc na moje dzieci) zdałem sobie sprawę, że to są Ważne Miejsca - ale dla mnie. Dla nich znaczą niewiele. To znaczy - znają je, oczywiście, z moich opowieści, ale same żadnych wspomnień z nimi związanych nie mają.

A ja?

Do Murzasichla jeździłem dziesiątki razy. W Murzasichlu poznaliśmy się z M. (paradoks: w Warszawie mieszkaliśmy od siebie - w linii prostej - jakieś dwa czy trzy kilometry, ale nie znaliśmy się; a potem spotkaliśmy się 400 kilometrów od domu - i tak się zaczęło). A potem przez parę lat mieliśmy taki rytuał: zawsze jeździliśmy do Murzasichla z grupą przyjaciół na kilka dni w przerwie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Ja przyjeżdżałem zwykle już 26 grudnia, M. dojeżdżała dzień później - ale nie z Warszawy, tylko z C., z Dolnego Śląska, bo święta spędzała u ciotek. Pociąg z Wrocławia przyjeżdżał do Zakopanego o jakiejś nieludzkiej porze: żeby dojechać do Murzasichla M. musiała albo czekać bodaj trzy godziny na autobus, albo wskoczyć w miejski autobus zakopiański i dojechać przez Jaszczurówkę i Cyrhlę do Brzezin (dziś autobus przez Brzeziny dojeżdża do Murzasichla, wtedy tak nie było).

Więc M. jechała do Brzezin, a ja wychodziłem z Murzasichla tak, żeby czekać na Nią na przystanku o siódmej rano. Brałem od Niej plecak i szliśmy sobie szosą w kompletnej, górskiej ciszy (turystów tam wtedy prawie nie było, a już na pewno nie o takiej godzinie…) przez zawsze o tej porze roku zaśnieżony las. I wcale nam się nie spieszyło, choć o globalnym ociepleniu nikt jeszcze (chyba) nie mówił, a termometry pokazywały zwykle co najmniej minus dziesięć… Do domu, w którym zawsze mieszkaliśmy były jakieś cztery kilometry.

Mówiłem o tym moim dzieciom, ale to jednak nie ich wspomnienia. Tylko moje.

 

Dwa lata. Trudno uwierzyć. Nie wiem, co mógłbym napisać. Pusto. I już pewnie nigdy nie będzie inaczej. Nigdy. Nie znoszę tego słowa.

 

 

01:26, puuchatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 lutego 2017

Przepraszam, nie mogę się powstrzymać.

Wiadomość zauważona przypadkiem gdzieś w serwisach BBC. Jakaś amerykańska panna hodowała węża, konkretnie - pytona. Pyton był jeszcze mały (sądząc ze zdjęć - miał jakieś pół metra). Poza wężem panna miała także tak zwane "tunele" w płatkach uszu. No i w czasie zabawy z wężem stało się: wąż zaczął przepełzać przez ten "tunel" w uchu. I się był… zablokował. I nie mógł wyjść. Panna świńskim truchtem udała się do szpitala, gdzie lekarze ucho znieczulili, rozciągnęli nieco bardziej i uwolnili gadzinę. Nie uszkodzili przy tym ani pytona, ani ucha. Brawo!

Co symptomatyczne, rzeczona panna (choć, jak sama mówi, była "really worried") nie omieszkała oczywiście dokumentować całego wydarzenia na bieżąco na fejsiku czy innym tłiterze, włącznie z wrzucanymi na żywo selfikami na szpitalnej izbie przyjęć. Cytuję: "It all happened SO fast that before I even knew what was going on it was already too late..."

BBC podaje nawet imię i nazwisko bohaterki tych wydarzeń, dzięki czemu będziemy mogli śledzić jej dalszą karierę i oceniać szanse na zdobycie w przyszłości Nagrody Darwina.

Jako rzecze Aunty Acid:

 Zrzut_ekranu_20170202_o_09.41.21

09:40, puuchatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2017

W czwartek, przed pierwszym w tym roku długim weekendem, spędziłem godzinkę u bardzo życzliwej Pani Notariusz. Poświadczenie przejęcia spadku.

Dlaczego po prawie dwóch latach? Bo nie miałem pojęcia, że to w ogóle potrzebne. Tak, wiem, niby człowiek inteligentny (w miarę…) i wykształcony, a głupi. Ale co zrobić - pierwszy raz w życiu zostałem wdowcem. Zawsze mi się (naiwnie) wydawało, że sprawa spadkowa potrzebna jest wtedy, kiedy są jakieś wątpliwości. Większa ilość spadkobierców, spory między nimi, testament (na przykład przez kogoś kwestionowany), jakieś dzieci z poprzednich małżeństw czy z innych związków… A tu - wydawałoby się - sprawa prosta. Oboje byliśmy jedynakami, żadnych innych dzieci poza trójką Potworów, żadnych wątpliwości co i kto.

A jednak. Okazało się, że trzeba. Bo bez tego nie da się załatwić miliona spraw. Ignorantia iuris non excusat, jak wiadomo.

Na szczęście - dzięki pomocy znajomego prawnika - udało się to załatwić bez konieczności robienia sprawy w sądzie rodzinnym, tylko właśnie przez notariusza. Choć tyle.

Tak więc jestem właścicielem 5/8 naszego domu - pozostałe 3/8 należą do moich dzieci. Czyli nawet, jakbym chciał któreś wyrzucić z domu, to nie będzie proste… Podobnie ma się sprawa z samochodem. Gdybym chciał go sprzedać - muszę uzyskać zgodę sądu rodzinnego (bo Potwory są niepełnoletnie) - a potem albo kupić nowy samochód znowu "na współwłasność" z dziećmi, albo poinformować sąd, w jaki sposób część pieniędzy ze sprzedaży należącą do moich dzieci przeznaczę na ich potrzeby. Trochę to paranoiczne, zważywszy, że mówimy o dziesięcioletnim samochodzie… Cóż zrobić - stulta lex, sed lex.

***

Przyjęcie spadku… Wyszedłem od Pani Notariusz w dziwnym nastroju. Przygasiło mnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, co. Trzymanie w ręku takiego dokumentu sprawia, że człowiek jakoś wyraźniej - choćby po tych dwóch latach - zdaje sobie sprawę z nieodwracalności zdarzeń. Z tego, że już nigdy. I że już zawsze. I tak dalej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83