Archiwum
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
wtorek, 23 sierpnia 2016

Tak, wiem, długo nic. Na swoje usprawiedliwienie - poza lenistwem, brakiem humoru i takimi tam drobiazgami… - mam także problemy z prawą ręką, które przez dłuższy czas sprawiały, że pisanie było dla mnie zdecydowanie mało przyjazną czynnością - więc ograniczałem się do tego, co pisać musiałem, czyli działań zarobkowych. Tak, już jest lepiej, choć jeszcze nie idealnie.

A potem byliśmy trzy tygodnie poza domem. Odwiedziliśmy wiele pięknych miejsc. Było wśród nich kilka, które na pewno trafią na listę "Tu Jeszcze Kiedyś Trzeba Przyjechać". I przynajmniej dwa z gatunku "O, Tu Kiedyś Mógłbym Mieszkać".

Tak, pod względem turystyczno-estetyczno-podróżniczym to była na pewno udana wyprawa wakacyjna. A pod innymi względami? Nie wiem. Wiele (zbyt wiele…) rzeczy i spraw było inaczej, niż bym chciał. Trudno byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, czy udało mi się tak naprawdę odpocząć.

Ale to już chyba nie dziś. Późno jest, a ja mam za sobą ponad 400 kilometrów za kierownicą. Może jutro.

czwartek, 30 czerwca 2016

Tyle się dzieje…

Koniec roku. Pucek - bardzo pozytywny opis na świadectwie (opisowym, bo to druga klasa). Same superlatywy (matematyka, wyobraźnia, rozumienie tekstu i mowy, czytanie ze zrozumieniem, umiejętności techniczne i społeczne) - z wyjątkiem (oczywiście) kwestii pisania. Pani nauczycielka ujęła to dość delikatnie, ale mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę, Pucek bazgrze jak kura pazurem, a przy tym robi sporo błędów - zwłaszcza, jak pisze ze słuchu. Może bym się tym nawet przejmował, gdyby nie fakt, że w drugiej klasie podstawówki (i jeszcze trochę później) miałem ten sam problem. A potem mi przeszło.

Piłka - średnia 5,7, najwyższa w szkole. O wynikach testów już pisałem. Czerwony pasek plus "złota tarcza" - takie specjalne, szkolne odznaczenie, które dostają najlepsi szóstoklasiści. Tarcz jest zawsze 9 (po 3 złote srebrne i brązowe), ale Piłka - jakże by inaczej - ma tarczę z tegorocznym numerem "1". Tak samo, jak jej starszy brat w ubiegłym roku.

Pietruszka - średnia na koniec pierwszej klasy gimnazjum 5,73. Co ciekawe - jest to… trzecia średnia w klasie i szkole. Po raz pierwszy nie jest pierwszy… :-) Na szczęście nie wygląda, jakby się tym przejął…

***

Piłka jałowej martwicy w kolanach nie ma. Lekarz podejrzewał młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów - ale badania tego nie potwierdziły. Na szczęście. Żeby upewnić się, o co chodzi, ortopeda zalecił USG stawów kolanowych. No i właśnie szukamy, gdzie to cholerstwo można zrobić, bo dzieciom nie wszędzie...

***

Remont - ten, co to się miał zacząć pod koniec marca - zaczął się w środę tydzień temu. Wreszcie. Ale za to jego tempo mnie zupełnie zaskoczyło. Myślałem, że potrwa to jakiś tydzień - tymczasem w piątek koło drugiej po południu było już po wszystkim.

To znaczy: po malowaniu. Bo tempo, w jakim fachowcy przenosili się z pokoju do pokoju, wymusiło na mnie błyskawiczne opróżnianie szaf, szafek, szafeczek, półeczek, pudełek i szuflad. I teraz wszystko leży wszędzie. Ubrania, papiery, różne mniej-i-bardziej-ważne-ważności stoją po całym domu, poupychane w niebieskie, plastikowe worki. Od niedzieli po południu w domu trwa rewolucja. Przeprowadzka międzypokojowa, która w teorii wydawała się prostą operacją (w końcu wszystko zostaje w domu, trzeba tylko przetransportować różne rzeczy z pokoju do pokoju…) okazała się gehenną. Chciałbym napisać, że wszystko odbyło się "with a little help from my friends" - ale to byłoby głęboko nieuczciwe. To nie była "little help", to była najpierw szalona robota sporej grupy przyjaciół, którzy nosili, taszczyli, rozkręcali, skręcali i transportowali rzeczy duże, większe i ogromne - a potem, przez kolejne trzy dni, współpraca z jednym kolegą, który pomagał mi (czy raczej, bądźmy szczerzy, ja jemu podawałem narzędzia…) rozkładać i składać w kolejnych pomieszczeniach różne meble. Gdyby nie ten kolega - umysł bardzo techniczny, inżynier elektronik w wielkiej, międzynarodowej korporacji - szarpałbym się z tym pewnie jakiś miesiąc. A, no i musiałbym wydać sporą sumę na panów fachowców z IKEI, bo wieeeelka szafa, którą parę lat temu samodzielnie złożyłem według ikeowskiej instrukcji, na pewno nie dałaby się równie łatwo rozłożyć i złożyć powtórnie, gdybym próbował robić to sam.

Dziś skończyliśmy - wszystkie meble stoją już z grubsza tam, gdzie miały stać. Teraz została już tylko robota, w której nikt mi nie pomoże: trzeba "rozebrać" te wszystkie worki i stosy ubrań. Posegregować. Połowę wyrzucić. Drugą połowę poukładać w szafach, szufladach, pudełkach etc.

Ale powoli, powoli, spod stert wyłania się nowy układ domu. Jeszcze trochę…

***

Przy okazji rozkładania wieeelkiej szafy musiałem wyjąć z niej wszystkie rzeczy, która należały do M. Po jej śmierci jakoś nie mogłem się za to wziąć, a potem nigdy nie było czasu. Aż do teraz.

Zrobiliśmy selekcję. My - czyli Piłka i ja. No bo w końcu to ona może te rzeczy nosić.

Podzieliliśmy rzeczy na trzy części: te, które Piłka może nosić już; te, które są jeszcze za duże, ale będzie je nosić kiedyś; i wreszcie te, które "nie są w jej stylu" i w których się nie widzi. Pierwsza część - do piłkowej szafy. Druga - w opisane pudełka. Trzecia - do oddania. Bo szkoda, żeby naprawdę ładne rzeczy (niektóre - jak nowe) leżały i się bez sensu kurzyły. Wiem, że M. chciałaby, żeby ktoś się tymi ciuchami cieszył. Ona sama - choć oczywiście lubiła się ładnie ubrać - nie przywiązywała się do rzeczy…

***

W sobotę Pietruszka wyjeżdża na obóz w Tatry, na dwa tygodnie. W następny piątek - Piłka rusza na warsztaty muzyczne w ramach "Miasta Sztuki", do Jarosławia. Tylko Pucek zostaje ze mną. Jak nam ten lipiec minie?…

wtorek, 07 czerwca 2016

Trzy tygodnie. Jeszcze tylko trzy tygodnie. Ale ile się przez ten czas ma wydarzyć…

W tym tygodniu (miejmy nadzieję, wreszcie, po trzech miesiącach opóźnienia z różnych powodów) wejdą fachowcy z malowaniem. Trzy pokoje zostaną pomalowane, po czym nastąpi Wielka Przeprowadzka, po której nikt nie będzie mieszkał w tym samym pokoju, co dotychczas. Głównym powodem całej operacji jest konieczność rozdzielenia Pietruszki i Pucka - jeden pokój, choć niemały, okazuje się jednak za mały dla dwóch Potworów o tak dużej różnicy wieku.

Jutro Pucek wyjeżdża na pierwszą w życiu wycieczkę z klasą. Wycieczka trzydniowa (powrót w piątek) oznacza konieczność spędzenia dwóch nocy poza domem, bez taty. Pucek napalony, ale też nieco przestraszony - jak dotąd raz czy drugi nocował sam poza domem, ale zawsze tylko jedną noc i u kogoś bliskiego. A tu taka przygoda… Ano, zobaczymy.

Piłkę bolą kolana. Wszystko wskazuje na to, że "jałowa martwica kości", która właśnie się kończy na piętach, dla odmiany zaczyna się na kolanach. Ortopeda potwierdzi. Nie, spokojnie, nie szukajcie w sieci. To nic groźnego - ot, "choroba wieku dziecięcego o nieznanej etiologii", sama się pojawia, sama przechodzi. Jedyne co można zrobić, to oszczędzać. Czyli Piłkę czeka kolejny rok (co najmniej) zwolnienia z WF. I dalej nie będzie mogła tańczyć. A jak kolana - to i na rowerze przez ten czas nie pojeździ. No żesz.

O, i takie atrakcje.

czwartek, 26 maja 2016

Tak żeby nie było, że tylko marudzę.

Wiecie, jaka jest ogólnopolska średnia wyników egzaminów szóstoklasisty? Angielski - 71%, polski (czyli część humanistyczna) - ok. 63%, matematyka - zaledwie 54%.

Piłka wczoraj dostała dostęp do swoich wyników. Angielski - 98% (co znaczy, że popełniła jeden błąd). Polski - 100%. Matematyka - 100%.

Jakieś pytania?…

wtorek, 24 maja 2016

Książka się skończyła. Nawet dość bezboleśnie i w terminie. Oczywiście - jak to w TYM wydawnictwie - nie obyło się bez lekkiej przepychanki na temat indeksu: pani redaktor miała na ten temat nieco inną wizję, niż pani redaktor prowadząca i - nie da się ukryć - zupełnie inną wizję, niż ja. Na szczęście okazała się (pani redaktor) osobą rozsądną i zgodziła się ze mną, że to, o co mnie chciała prosić, do moich obowiązków nie należy. Choć tyle. Teraz już tylko spływają do mnie kolejne rozdziały po redakcji, do zatwierdzenia zmian. Poza paroma drobiazgami, które zrobiłbym inaczej, widać, że pani redaktor jest fachowcem i do jej poprawek w zasadzie uwag mam niewiele. I dobrze.

Za to w pierwszym mailu pani redaktor wyraziła głębokie zadowolenie z jakości tłumaczenia, podkreślając, że jako redaktor ma z nim znacznie mniej pracy, niż zwykle. Bardzo się ucieszyłem - i natychmiast, powołując się na te słowa, zapytałem redaktor prowadzącą, czy po takich pochwałach mogę uznać, że tłumaczenie zostało przyjęte (na co teoretycznie wydawnictwo ma 30 dni). Potwierdziła.

Co oznacza, że w ciągu 30 dni muszą mi zapłacić. Czyli jest szansa, że na wakacje będą pieniądze :-)

***

Pietruszka zagrał dziś egzamin dyplomowy w szkole muzycznej - czwórkę dostał i ma spokój (bo wszystko wskazuje na to, że na tym się jego edukacja muzyczna zakończy: jak miał siedem lat, to marzył o klarnecie, a dziś marzy o tym, żeby nie musieć więcej progów szkoły muzycznej przekraczać…).

***

Pisałem kiedyś o takiej "problemowej" rodzinie (o, TUTAJ). Właśnie dostałem kolejne od nich wieści. Starszy syn (ten sam, tylko już szesnastoletni) pobił się w szkole ze swoją młodszą siostrą. Siostra wyszła z bijatyki z jakimś guzem - za to nauczycielka, które próbowała ich rozdzielić, ma wstrząs mózgu i uszkodzone oko. Fajnie, prawda?

Co zrobią dalej? Nie wiadomo. Chłopak jest znowu w szpitalu na Sobieskiego, na badaniach. Matka nic nie jest w stanie zrobić. Lekarka (ta "stała") mówi, że przecież dziecko na terapię chodzi, więc wszystko jest w porządku. Szkoła mówi, że świadectwo mu da (to ostania klasa gimnazjum), ale na terenie placówki nie chce go więcej widzieć. A tatuś? Tatuś nic nie poradzi, bo jest bardzo chory. Już nawet nie próbowałem się dowiedzieć, na co tym razem.

Niby już mnie życie powinno nauczyć, że czasami po prostu nie ma się na coś wpływu… Ale jakoś dalej nie potrafię się z tym pogodzić. No i - nie ukrywam - krew mnie zalewa, jak sobie przypomnę historię, o której pisałem TUTAJ. Gdyby po prostu posłuchali M., wszystko mogłoby teraz wyglądać inaczej. No, przynajmniej w tej sprawie.

poniedziałek, 02 maja 2016

Zmęczony jestem. Książka się tłumaczy. Ostatnio jakby szybciej - nie wiem, czy nabrałem rozpędu, czy po prostu te kolejne rozdziały są nieco prostsze… Ale tak czy owak mam lekkie opóźnienie. Więc długi, majowy weekend spędzam na upojnym klepaniu w klawisze. Szlag by.

Za to w sobotę byłem na koncercie. Znajomy mnie zaprosił - miał trzy bilety, ale zapomniał, że córka ma na dniach maturę i się uczy. Więc spytał, czy nie chciałbym z nim pojechać. Chciałem. Z G. do Gdańska jest 390 kilometrów (najszybszą trasą, nie najkrótszą). Jak się wyjedzie o piętnastej, to się spokojnie zdąży na dwudziestą na koncert - i już koło 3 nad ranem jest się z powrotem w domu. "Jak za studenckich czasów". Trochę miałem wyrzutów sumienia, że całe jedno popołudnie bez pracy… Ale pomyślałem, że raz można. Kiedy ja ostatni raz gdzieś byłem bez Potworów…?

Starsze Potwory zostały w domu ("Oooo, wolna chata!" - ucieszył się Pietruszka). Pucek nocował u kolegi i też był tym faktem zachwycony.

A ja pojechałem do Gdańska, na koncert Hansa Zimmera. Muzyka piękna, ale też sama oprawa niezwykle efektowna. Światła, wizualizacje nawiązujące do tytułów filmów… Sam Zimmer grał na pianinie i gitarze. Do tego kilkunastu muzyków "małego zespołu" (gitary, basy, saksofony, cztery (!) duże zestawy perkusyjne - począwszy od typowego "rockowego", poprzez różne marimby, ksylofony i dzwony rurowe, skończywszy na wielkich kotłach orkiestrowych). Do tego orkiestra symfoniczna (no dobrze, nie cała - smyczki i dęte) i chór.

Jedna wada (aż mi się przypomniał koncert Lauriego sprzed dwóch lat, zresztą kolega też był ten sam) - nagłośnienie. Odnoszę wrażenie, że inżynierowie dźwięku domyślnie ustawiają wszystkie koncerty (i imprezy plenerowe niestety też) tak, jakby główną grupą docelową byli ludzie, którzy od dwudziestu lat słuchają zbyt głośnej muzyki przez słuchawki i mają przytępiony słuch. Wszystko przesterowane, przy czym bas i perkusja - bardziej, niż reszta. Przy kawałkach bardziej orkiestrowych było OK (choć nieco za głośno), ale tam, gdzie klimat był bardziej rockowy, musiałem zatykać lekko uszy, żeby w ogóle słyszeć linię instrumentów czy chór. Bo inaczej słychać było wyłącznie perkusję z basem w tle…

 

wtorek, 22 marca 2016

Czasami jest tak, że po prostu nic nie działa. Że w którą stronę się człowiek nie obróci, trafia na ścianę. Wszystko pod górkę, wszystko nie tak. Jak już się jakieś okienko wydaje otwierać - to i tak się okazuje, że prowadzi do nikąd. Ja nie potrafię siedzieć i czekać - więc próbuję, kombinuję, wymyślam kolejne rozwiązania, robię nieustanną burzę mózgów (czy raczej - burzę mózgu).

I nic. Każde rozwiązanie okazuje się chybione. Każda decyzja - błędna. Im bardziej jakiś pomysł wydaje się logiczny i spójny - tym bardziej bierze w łeb. Tam, gdzie szukało się rozwiązania - trafia się na kolejny problem, który dodaje się do pozostałych (jakby ich było mało).

I to cholerne poczucie, że jestem z tym wszystkim sam, że sam muszę sobie z tym jakoś radzić. I że nie mogę pozwolić na to, żeby moje dzieci poczuły to obciążenie.

Jasne, i tak je czują (dzieci zawsze wiedzą i czują więcej, niż nam się wydaje - nauczyłem się tego już dawno…). Ale to JA muszę je przez to wszystko przenieść. Muszą czuć, że mają oparcie - zwłaszcza teraz, kiedy część ich świata i tak się już zawaliła. Więc nie, nie mogę sobie pozwolić na chwile słabości. Bo oni mają tylko mnie.

Więc sobie nie pozwalam. Dobrze, że nie jestem typem depresyjnym… Bo pewnie już bym się załamał. A tak to tylko sobie czasami pomarudzę i idę dalej. Do kolejnej ściany.

Hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again...

 

piątek, 18 marca 2016

Podobno się święta zbliżają? Ktoś coś słyszał na te temat?…

Nie mam czasu nawet posprzątać w domu, o zakupach nie wspominając.

 

sobota, 12 marca 2016

Rzadko ostatnio piszę… Trochę nie mam czasu, trochę nie mam siły. Książka się tłumaczy - wolniej, niż powinna… - a jeszcze jakieś inne drobiazgi, które są drobiazgami jeśli chodzi o wymiar, ale nie zawsze jeśli chodzi o ilość czasu, który trzeba na nie poświęcić.

Siedzę zatem i piszę. I ciągle mam wrażenie, że za mało, że nie zdążę. Że powinienem więcej.

A jednocześnie stukając w klawiaturę cały czas jednym uchem słyszę odgłosy dochodzące z dużego pokoju. I niestety często jest to dźwięk włączonego telewizora. Pucek siedzi i ogląda kreskówki. Ogląda ich za dużo. Tak, wiem, że inne dzieci oglądają znacznie więcej, że średnia w Polsce… I tak dalej. Ale co z tego. Powinienem spędzać z nim więcej czasu. Ze starszakami też, oczywiście. Ale starszaki już trochę zajmują się sobą, odrabiają lekcje, czytają, śpiewają… A on? Nie ma w domu towarzystwa w swoim wieku, a nie zawsze można pójść do koleżanki Hanki czy któregoś z kolegów. Jasne, są gry, są klocki… Ale co to za przyjemność bawić się nimi samemu?

Powinienem się nim zająć. Powinienem zadbać o to, żeby tę godzinę czy półtorej spędzał na zabawie ze mną, a nie przed telewizorem. Ale nie mogę - bo muszę pracować. Muszę, bo trzeba mieć za co żyć i tak dalej. „Nie, żeby mi się chciało”, cytując klasyków… Po prostu muszę utrzymać cały ten interes.

Więc stukam w klawisze tłumacząc kolejne (mniejsze lub większe) bzdury i cały czas myśląc, że to wszystko nie tak powinno być. Ale co mam zrobić?

Jestem sam. Muszę pracować, żeby ich utrzymać. Muszę też być przy nich, kiedy mnie potrzebują. Tylko kompletnie nie wiem, jak jedno z drugim pogodzić. Jeśli spędzę z Puckiem tyle czasu, ile bym chciał - tyle, ile on potrzebuje - to nie zdążę z tłumaczeniami i nie będziemy mieli za co żyć. Jeśli mam zdążyć - to muszę pracować tyle, ile pracuję (a w zasadzie powinienem nawet trochę więcej, tylko nie mam kiedy, bo jeszcze zakupy, obiad, bo jeszcze lekcje trzeba odrobić). A to znaczy, że Pucek będzie siedział przed telewizorem i oglądał kreskówki.

Sytuacja bez wyjścia.

Za parę lat byłoby łatwiej. Jak Pucek będzie starszy, jak pójdzie do gimnazjum… Jasne. Ale teraz jest teraz, a nie za parę lat. I moje dziecko mnie potrzebuje. Moje dzieci mnie potrzebują. A zamiast mnie mają telewizor, bo ja muszę siedzieć i tłumaczyć bzdety, żeby one miały co jeść i w co się ubierać.

Tak, wiem, że mogłoby być dużo gorzej. Mógłbym pracować "nine to five", być cały dzień poza domem, widywać się z nimi tylko wieczorami i tak dalej. Jasne, zawsze może być gorzej.

Ale kiedy siedzę i słyszę zza ściany kolejny odcinek "Fineasza i Ferba" (na przykład), to chce mi się krzyczeć.

Czasami naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie wiem. Boję się, że za parę lat oni już się tak oddalą, że… Boję się, że Pucek ucierpi na tym najbardziej. Że to się tak czy inaczej odbije na jego życiu. Że jakby mało było tego, że stracił Mamę, to jeszcze tata nie ma dla niego czasu, bo siedzi i pracuje.

Tylko jakie, do cholery, tata ma wyjście…?

Jakby ktoś wiedział, jakie cyferki wypadną w Lotto w najbliższym czasie, to niech się zgłosi. Jakoś się dogadamy…

00:08, puuchatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lutego 2016

Aż trudno uwierzyć, że to już rok. Dużo ludzi pamiętało, dużo dobrych słów, dużo ciepłych myśli. Jestem za nie wdzięczny, jasne. Tylko co to zmienia.

Mówi się, że czas leczy rany. Nie wierzcie w to. Nie leczy. Tak, czas sprawia, że rany mniej bolą. Ale to nie jest zdrowienie.

To jest habituacja.

23:02, puuchatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81